Esbeckie tajemnice „getta” na Montelupich

Jak Służba Bezpieczeństwa łamała i niszczyła ludzi w krakowskim areszcie śledczym na Montelupich w stanie wojennym i jak uwięzieni działacze KPN, NZS i „Solidarności” próbowali się przed tym bronić. Pasjonujące i wstrząsające fragmenty książki „Gaz na ulicach” Mirosława Lewandowskiego i Macieja Gawlikowskiego. Rebelya.pl jest jej patronem medialnym.

 

Strajki, konspiracja niepodległościowa, krwawo tłumione demonstracje. Historie młodych ludzi – zapomnianych dziś bohaterów walki z wojskową juntą.

Fascynująca opowieść o stanie wojennym. Bez retuszu. Bez upiększeń. Prawda o tamtych czasach. Książka pokazuje nie tylko działalność Konfederacji Polski Niepodległej, ale też osób i środowisk dziś zupełnie zapomnianych, które w stanie wojennym w Krakowie odgrywały znaczącą rolę. Powstała po drobiazgowej kwerendzie w archiwach IPN. Materiały SB precyzyjnie skonfrontowano z relacjami uczestników opisywanych wydarzeń, także funkcjonariuszy SB i WSW.

Autorzy jako pierwsi opisują mechanizmy pracy operacyjnej SB w aresztach śledczych, w tym działanie Tajnych Współpracowników Celnych.Mroczne historie zza murów aresztów, bohaterska postawa nieraz nastoletnich opozycjonistów, podstępne działanie agentury, relacje z burzliwych walk ulicznych – takiego stanu wojennego nie pokazał dotychczas nikt. Dwa tomy, łącznie prawie 1000 stron, ponad 200 zdjęć, twarda oprawa. Książka została wydana przez wydawnictwo Dar Point.

Więcej na stronie www.gaznaulicach.pl

 

Recenzja 

Jerzy Bukowski

Książkowy hołd dzielnym ludziom

Dawno już tak niewielu nie napisało tak wiele o tak wielu, spośród których znaliśmy do tej pory tak niewielu.

Ta parafraza słynnych słów Winstona Churchilla nasunęła mi się w chwili, w której zamykałem po lekturze obszerne dzieło Mirosława Lewandowskiego i Macieja Gawlikowskiego pt. „Gaz na ulicach”, stanowiące kontynuację wydanej przez nich dwa lata temu książki „Prześladowani, wyszydzani, zapomniani – Niepokonani. ROPCiO i KPN w Krakowie 1977 – 1981”.

Podtytuł precyzuje zamiar, z jakim obaj autorzy przystąpili do iście benedyktyńskiej pracy: „KPN w Krakowie – Stan wojenny – 1981-1982” i tłumaczy zarazem wyjście poza opis działań partii. Można więc bez najmniejszej wątpliwości stwierdzić, że książka stanowi wszechstronny opis wszystkiego, co działo się pod Wawelem oraz w obozach internowania i w aresztach w innych częściach kraju w okresie zaledwie jednego, ale jakże gorącego roku.

Lewandowski i Gawlikowski nie ograniczyli się do przedstawienia imponujących dokonań członków oraz kierownictwa Konfederacji Polski Niepodległej w tym czasie, chociaż z pewnością wystarczyłyby one na zapełnienie dwóch solidnych tomów (w sumie niemal 1000 stron), ale zarysowali szersze tło wydarzeń po 13 grudnia 1981 roku, skrzętnie odnotowując również działalność innych krakowskich organizacji antykomunistycznych.

„Gaz na ulicach” spełnia wszystkie wysokie kryteria, jakim muszą sprostać autorzy prac naukowych. Pomimo że żaden z nich nie jest zawodowym historykiem, znakomicie poradzili sobie zarówno z dotarciem do źródeł, jak również z takim ich opracowaniem, że książkę czyta się jak powieść kryminalną. Jej zaletą jest także potoczystość stylu, barwność języka oraz umiejętność zachowania obiektywizmu, co mogło nastręczać pewne trudności, ponieważ obaj autorzy byli czynnymi uczestnikami opisywanych wydarzeń, w których brali udział także ich ówcześni przyjaciele nie tylko z konfederackich szeregów. A ponieważ po latach dawne więzy często ulegają na skutek różnych uwarunkowań bądź zacieśnieniu, bądź – łagodnie mówiąc – rozluźnieniu, zachowanie dystansu oraz emocjonalnego chłodu zapewne nie było zbyt łatwe.

Najwięcej czasu spędzili autorzy w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej i na rozmowach z działaczami KPN oraz innych struktur opozycyjnych, z byłymi funkcjonariuszami Służby Bezpieczeństwa i Wojskowej Służby Wewnętrznej, a także z członkami krakowskich władz administracyjnych i pezetpeerowskich. Chyba po raz pierwszy tak obszernie i dokładnie opisane zostały mechanizmy pracy operacyjnej SB w aresztach śledczych, szczególnie działalność tajnych współpracowników celnych, potrafiących wykorzystać naturalne odprężenie ludzi, którzy trafiając w takie miejsca pozwalali sobie niekiedy na zbyt daleko idącą szczerość w kontaktach z współosadzonymi.

Zebranie relacji z obu stron ówczesnej barykady pozwala czytelnikowi zorientować się, jak widzieli siebie nawzajem przedstawiciele każdej z nich oraz dostarcza wiedzy na temat przepływu informacji w dwóch kierunkach. Nie tylko bezpieka miała bowiem swoich współpracowników w szeregach opozycji, także niektórzy jej funkcjonariusze działali na rzecz tych, których mieli bezkompromisowo zwalczać.

Nie brak w tej książce opisów dramatycznych losów ludzkich: ktoś przeżywa chwile zwątpienia lub załamania, ktoś zdradza, ktoś zdobywa się na akt bohaterstwa, o który nikt by go wcześniej nie podejrzewał, komuś rozsypuje się życie rodzinne na skutek zaangażowania bez reszty w walkę z komuną. Autorzy nie oceniają tych postaw, ale bezstronnie naświetlają wydarzenia, których były one efektami. Zamiast moralizatorstwa mamy więc rzetelne relacje, często pozyskane od osób zupełnie inaczej traktujących dzisiaj ludzi, o których przyszło im się po wielu latach wypowiedzieć. A czas jedne rany zabliźnia, inne zaś rozdrapuje.

W „Gazie na ulicach” znajdziemy pełny obraz wszystkich form społecznego oporu przeciw sowieckiemu reżimowi. Z rozmachem zarysowane zostały demonstracje uliczne i starcia z ZOMO, skrupulatnie przedstawione procesy członków KPN oraz losy osób internowanych, aresztowanych i skazanych, fachowo opisane działania, które – jak np. Marsz Szlakiem Pierwszej Kompanii Kadrowej czy opieka nad kopcem Józefa Piłsudskiego – budowały patriotyczną atmosferę Krakowa z lat 1981 i 1982.

Sporo miejsca poświęcono podziemnej poligrafii i kolportażowi nielegalnych wydawnictw, bez których ówczesny stan wiedzy krakowian o represjach stanu wojennego byłby znikomy, a informacje o mających się odbyć manifestacjach nie dotarłyby do zainteresowanych. Nie zabrakło danych o konspiracji szkolnej i o roli wiernego Bogu, Polsce i bliźnim harcerstwa w kształtowaniu patriotycznej postawy młodzieży, a także o antysystemowym charakterze ruchu hipisowskiego.

Szczególnie gorzki jest ostatni podrozdział, poświęcony nieudanym próbom osądzenia autorów stanu wojennego najpierw przez Trybunał Konstytucyjny z inicjatywy klubu parlamentarnego KPN w 1991 roku (wniosek pisał Lewandowski), a potem przez sądy powszechne. Po raz kolejny przekonujemy się, że III Rzeczpospolita jest bardzo niechętna rozliczeniu komunistycznych zbrodniarzy.

Imponująca jest liczba dokumentów i fotografii. Autorom należy się szczery podziw, że zdołali dotrzeć do tak wielu wcześniej niepublikowanych materiałów i wzbogacić nimi narrację. Na szczególne uznanie zasługują zamieszczone na końcu drugiego tomu skrupulatnie sporządzone kalendarium, ogromna bibliografia, robiący kolosalne wrażenie indeks osób, a także znakomicie pomyślany przewodnik po ludziach i strukturach zwalczających opozycję w Krakowie nie tylko w stanie wojennym, ale także długo przed nim i po nim.

Jak słusznie zauważył w recenzji wydawniczej profesor Tomasz Gąsowski z Uniwersytetu Jagiellońskiego, autorom udało się „odtworzyć klimat <konspiracyjnego> Krakowa roku 1982?, co ?rzadko jest udziałem profesjonalnych historyków”.

Mimo że indeks osób zawiera gigantyczną liczbę nazwisk, celowo nie przytoczyłem wyżej ani jednego. Sam będąc czynnym uczestnikiem niektórych zdarzeń przedstawionych w „Gazie na ulicach” nie chcę bowiem zostać posadzony o stronniczość lub, co jeszcze gorsze, o arbitralność. Jestem jednak przekonany, że już wkrótce rozpocznie się ostra i oby rzeczowa dyskusja, w której udział wezmą pozytywni i negatywni bohaterowie tej książki. Mam do nich – jako sympatyk KPN z tamtego okresu – serdeczną prośbę o wzniesienie się ponad osobiste urazy, które tak bardzo dzielą dzisiaj byłych członków nie tylko tej partii. Apeluję więc:

Drodzy kapeenowcy, książka Lewandowskiego i Gawlikowskiego jest wspaniałym dokumentem Waszej odwagi i bezkompromisowości, którymi imponowaliście wielu krakowianom po 13 grudnia 1981 roku, zawstydzając jednocześnie ówczesną tzw. „konstruktywną opozycję”, do dzisiaj nie mogącą Wam darować wyboru najprostszej drogi do niepodległości – nie dawajcie więc im także dzisiaj powodu do satysfakcji odczytywaniem „Gazu na ulicach” przez pryzmat aktualnych sporów i personalnych animozji, ale bądźcie dumni z tego co zrobiliście wówczas dla Polski, a co tak pięknie przekazują potomności autorzy.

Mirosław Lewandowski – „Gaz na ulicach”, wydawca: Dar-Point, współwydawcy (koedycja): Muzeum Historii Polski i Fundacja Wolności, tom I – 602 strony, tom II – 383 strony, twarda oprawa, ok. 200 zdjęć.

Cena obu tomów: 75 złotych.

http://www.naszememento.pl/

 

 

Mirosław Lewandowski i Maciej Gawlikowski

GAZ NA ULICACH /fragmenty/


W Oddziale II Aresztu Śledczego, w tym samym korytarzu, co „getto”, siedzieli więźniowie skazani na karę śmierci (karę śmierci wykonywano w Krakowie właśnie przy Montelupich). W „getcie” trzymano tymczasowo aresztowanych, rozpracowywanych przez Wydział Śledczy SB, których poddawano nadzwyczajnym metodom pracy operacyjnej. Przed wprowadzeniem stanu wojennego byli to głównie groźni przestępcy kryminalni (np. zbrodniarze, aferzyści), oraz podejrzani o szpiegostwo. Po 13 grudnia 1981 r. – głównie „przestępcy polityczni”, tj. aresztowani działacze „Solidarności”, KPN, NZS i innych niezależnych organizacji. Byli tam poddawani intensywnej inwigilacji i prowokacjom ze strony agentury celnej. Wszystko to musiało się dziać za wiedzą i akceptacją administracji aresztu śledczego. Jeśli nawet nie znali szczegółów, to musieli wiedzieć, że łamane jest tam prawo. Musieli wiedzieć np., że politycznych, w tym młodocianych, umieszcza się w celach ze skazanymi na śmierć bandziorami, musieli wiedzieć, że rozpracowuje się ich za pomocą prowokacji. Musieli wiedzieć, bo każde przemieszczenie więźnia z celi do celi odbywało się za aprobatą podległego im Działu Rozmieszczenia.

Wystarczy prześledzić losy kolejnych śledztw z udziałem tymczasowo aresztowanych, którzy trafiali do „getta”, aby przekonać się, jak skuteczne były metody stosowane przez Sekcję Operacyjną Wydziału Śledczego SB. Bardzo szybko po pierwszych aresztowaniach
następowały kolejne, a później wyroki skazujące. Można zaryzykować hipotezę, że te sukcesy SB zawdzięczała głównie metodom stosowanym w „getcie”.

***

Działania operacyjne w „getcie” cechowała nadzwyczajna efektywność. Dlatego warto przyjrzeć się bliżej zasadom jego funkcjonowania.

Tajni współpracownicy celni (TWC) to kategoria TW, której samo nawet istnienie było ścisłą tajemnicą. Faktu istnienia takiej kategorii osobowych źródeł informacji nie potwierdza żadna instrukcja pracy operacyjnej obowiązująca w peerelowskim MSW.
Jej opisu nie znajdziemy w żadnym z licznych opracowań wydanych przez IPN. Choć wszyscy funkcjonariusze SB wiedzieli, że istnieją agenci celni, to nawet ich oficjalnie o tym nie informowano. Niektórzy dostawali jedynie od swoich szefów, do spraw które prowadzili, kopie raportów TWC przydatnych do ich pracy. Sekcja Operacyjna Wydziału Śledczego, prowadząca celną agenturę, była grupą elitarną, do której włączano zaufanych i sprawdzonych funkcjonariuszy. Dziś ich biogramów próżno szukać w opasłym tomie „Twarze krakowskiej bezpieki”.

Oprócz agentów SB na Monte operowali też agenci Wydziału Kryminalnego oraz Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego KW MO (zajmowali się głównie zbieraniem informacji o przestępstwach kryminalnych) oraz – najliczniejsza grupa – agenci celni Służby Więziennej (mieli zapewnić spokój wewnątrz więzienia, informować o konfliktach między więźniami, o subkulturach więziennych czy też o planach buntów lub samookaleczeń).

W praktyce wszystkie te służby wymieniały się informacjami (np. jeżeli agent Wydziału Kryminalnego zdobył informację o działalności politycznej, to przekazywano ją natychmiast SB – przykład takiej sytuacji w następnym podrozdziale). Służby użyczały
też sobie wzajemnie agentów, choć ten proces był zwykle jednostronny – SB korzystała z TWC ochrony więziennej czy agenta pionu kryminalnego, nie odwrotnie.

Z zachowanej szczątkowo dokumentacji wynika pewność, że część agentury więziennej, w tym cała agentura działająca w „getcie”, podlegała Wydziałowi Śledczemu SB, choć najprawdopodobniej była formalnie „na stanie” MO (mimo że opłacano ją z funduszu operacyjnego bezpieki). Jej zadaniem było wspieranie działań śledczych SB.

W warunkach stanu wojennego było to głównie rozpracowanie działaczy politycznych i związkowych. Formalna przynależność esbeckiej agentury celnej do pionu milicyjnego jest najprawdopodobniej powodem tego, że w archiwach IPN nie ma ani jednej teczki
pracy TWC, ani jednej instrukcji operacyjnej na ten temat, ani jednego zapisu ewidencyjnego.

Źródłem naszej wiedzy na ten temat są m.in. teczki tajnych współpracowników SB, którzy wcześniej siedzieli w więzieniu i pracowali w charakterze TWC. Przy ponownym werbunku, już na wolności, odnotowywano w aktach ich konfidencką przeszłość.

Agenci celni Służby Więziennej byli prowadzeni przez dział ochrony wewnętrznej – wyspecjalizowaną część SW, działającą wewnątrz każdego więzienia i aresztu (obok działu ochrony zewnętrznej, zabezpieczającego mury, wieżyczki, bramy, budynki).

Zastępcy szefa ochrony do spraw ochrony wewnętrznej podlegali komendanci pawilonów – odpowiedzialni za poszczególne oddziały aresztu. To oni prowadzili agenturę celną SW i całą jej dokumentację. Właśnie oni te wszystkie teczki pracy agentury spalili w połowie grudnia 1989 roku w kotłowni aresztu, wraz z całą dodatkową dokumentacją pracy operacyjnej, wykonując polecenie z góry, z Centralnego Zarządu Zakładów Karnych.

Obok nich, na każdym oddziale byli tzw. oddziałowi – „klawisze” zajmujący się przeprowadzaniem więźniów po terenie więzienia (na spacer, do łaźni, na przesłuchanie czy widzenie), sprawdzaniem zabezpieczeń i stanu osobowego cel. Funkcjonariuszami SW o zupełnie innym charakterze pracy byli wychowawcy (od końca lat 60. zatrudniano absolwentów psychologii lub pedagogiki), psycholodzy oraz pracownicy kulturalno-oświatowi. W tym czasie na Monte nie było kapelana.

W „getcie” faktycznie rządziła SB, ale cały II Oddział, którego było częścią, był kierowany przez Służbę Więzienną. Większa część II Oddziału, w tym znajdujące się już „za blachą” cele po lewej stronie korytarza, w których siedzieli tzw. kaesiacy, podlegały w pełni Służbie Więziennej. Funkcjonariusze SB nie wchodzili do cel, nie mieli do nich w ogóle kluczy, stąd konieczność współdziałania ze Służbą Więzienną. W „getcie”, obok funkcjonariuszy SB pracowali więc na co dzień funkcjonariusze SW, zwłaszcza oddziałowi oraz wychowawca, psycholog i pracownik kulturalno-oświatowy. Ci ostatni mieli utrudnione poruszanie się po „getcie”, nie byli tam mile widziani. „Getto” było tak zakonspirowane, że ta część Oddziału II nie miał formalnie żadnej nazwy. Nieoficjalnie mówiono „za blachą” lub „getto” (nazwa niemile traktowana przez szefostwo aresztu i funkcyjnych), oficjalnie nie mówiono nic, bo udawano, że tego nie ma.

W 1982 r. „gettem” faktycznie kierował por. SB Tadeusz Katolik. Jego zwierzchnikiem, szefem Sekcji Operacyjnej Wydziału Śledczego KWMO, był kpt. SB Zbigniew Ziobro, ale on w stanie wojennym rzadko gościł przy Montelupich, bo w tym czasie był odpowiedzialny za zorganizowanie i poprowadzenie pracy operacyjnej w terenie – w ośrodkach internowania, w których zamknięto opozycjonistów z Krakowa.

Naczelnikiem aresztu przy Montelupich w stanie wojennym był Eugeniusz Zawada (do 1984 roku), a jego zastępcami – Jan Dziewoński i Stanisław Twardowski (dwaj pierwsi pełnili wysokie funkcje w więziennictwie także w III RP). Oficerem politycznym był Jan Gross.

Ustalenie personalnej obsady aresztu z 1982 roku nie jest łatwe. Dzisiejsza dyrekcja odmawia jej podania ze względu na ochronę danych osobowych, więc pozostaje żmudne odtwarzanie danych z ksiąg ruchu i innych dostępnych dokumentów. Lista może być niekompletna. Nie ma też pewności, czy poszczególni oddziałowi lub komendanci pełnili wymienione funkcje przez cały rok 1982, czy np. tylko przez miesiąc.

Kierownikiem Działu Ochrony był Stanisław Oleksy, jego zastępcami – Stanisław Karcz (ochrona zewnętrzna) i Stanisław Korzeniowski (ochrona wewnętrzna).

Komendantami pawilonu w „getcie” byli: m.in. Jerzy Stasiak, Günter Herzog, Włodzimierz Skirliński, Tadeusz Batiuszczak.

Jako oddziałowi pracowali: Zbigniew Godula, Piotr Grudnik, Jerzy Stasiak, Julian Prządo, Zbigniew Cacała.

Ponadto ograniczony wstęp na „getto” mieli także: psychologowie – Maciej Szaszkiewicz i Jerzy Trebusznyj oraz pracownik kulturalno-oświatowy – Andrzej Kręcioch. Ustaliliśmy, że współpracujący z SB w „getcie” funkcjonariusze SW byli przez nich wynagradzani i traktowani formalnie jako współpracownicy. W 1982 r. dostawali zwykle jednorazowo miesięczną wypłatę w wysokości 1500 zł. Wypłaty księgowano pod pseudonimem będącym nazwiskiem współpracownika, wziętym w cudzysłów. Ponieważ werbowanie funkcjonariuszy innej służby mundurowej (a na dodatek jeszcze członków PZPR!) jako TW, byłoby sprzeczne z zasadami obowiązującymi w SB, zaklasyfikowano ich jako
OZ – osoby zaufane. To kategoria współpracy nieujęta w żadnej instrukcji pracy SB, stosowana w pionie kryminalnym oraz w wydziałach pomocniczych SB.

Do Sprawozdania o stanie Funduszu „O” [Operacyjnego] Wydziału Śledczego KW MO na dzień 31 grudnia 1982 dołączono załącznik nr 2 – „Opisowa część polityki finansowej”, gdzie napisano wprost: Fundusz „O” KW MO wykorzystywany był do opłacania TWC [tajnych współpracowników celnych] oraz OZ [osób zaufanych], tj. oddziałowych zatrudnionych na Oddziale II, współpracujących z tutejszym Wydziałem”.

W dokumencie tym podano także, że w areszcie przy Montelupich „przeciętna ilość obsługiwanych TWC wzrosła do 6”. To podwojenie liczby agentów w porównaniu do poprzednich lat było spowodowane uwięzieniem w stanie wojennym wielu politycznych.
W raporcie kasowym załączonym do „Sprawozdania o stanie Funduszu „O” Wydziału Śledczego KW MO na dzień 31 marca 1982″ występuje 6 agentów celnych („Czernik”, „Misiek”, „Opel”, „Jastrząb”, „Daniel”, „Hiszpan”) oraz 3 OZ – „Zbigniew Godula”,
„P. Bień” oraz „Piotr Grudnik”. W raporcie z 30 czerwca 1982 roku pojawiają się nowi agenci celni („Combi” oraz „Wacek”) oraz nowy OZ – „Romaniuk” (nie udało się ustalić funkcjonariusza SW o takim nazwisku, mógł to być pracownik cywilny aresztu, np. zatrudniony w oddziale szpitalnym), z 30 września 1982 r. – kolejni TWC: „Tomasz”, „Szmaragd”, a z 31 grudnia 1982 r. następni TWC: „Rubin” i „Cichy” i OZ „Mieczysław Marewicz”. Ogółem w sprawozdaniach za cały rok 1982 pojawiają się więc pseudonimy 12 agentów celnych oraz nazwiska 5 pracowników aresztu współpracujących z SB i rejestrowanych jako współpracownicy SB.

O intensywności pracy agentury celnej świadczyć mogą sygnatury wewnętrzne na donosach niektórych TWC. Pierwszy znany nam meldunek TWC „Hiszpana” z 17 maja 1982 roku nosi numer 186/82. Wynika stąd, że od stycznia do połowy maja tego roku SB
otrzymywała w „getcie” miesięcznie ponad 40 meldunków. Średnia w kolejnych miesiącach była zapewne wyższa, bo w początkach stanu wojennego praca agentury nie była jeszcze tak rozwinięta, jak później.

W sprawozdaniu o stanie Funduszu „O” pojawiają się także wielokrotnie upominki o wartości 1-2 tysięcy złotych dla naczelników aresztu. Sposób zapisu, np.: upominek dla OZ „Jan Dziewoński” nie pozostawia wątpliwości, co do traktowania kierownictwa
aresztu jako współpracowników SB. Z dokumentu wynika, że prezent od bezpieki finansowany z funduszu operacyjnego dostał także prokurator wojskowy – płk Jerzy Drabik.

Potwierdza to, że SB działała w „getcie” w Areszcie Śledczym w Krakowie za wiedzą i zgodą kierownictwa aresztu, we współpracy z prokuraturą wojskową.

***

Relacje aresztowanych w „getcie” w pierwszych miesiącach stanu wojennego dowodzą, że relatywnie łatwo było im zdemaskować agenta w celi (opowiadają o tym: Wiesław Grudniewicz, Andrzej Fischer oraz Witold Tukałło). Z drugiej strony, nawet w takim wypadku, zanim dochodziło do demaskacji, więziennemu donosicielowi udawało się pozyskać cenne informacje (np. od Wiesława Grudniewicza, na co wskazują meldunki „Hiszpana” na jego temat). Poza tym rozszyfrowanie w celi agenta, łączyło się najczęściej z osłabieniem czujności wobec drugiego współwięźnia – nierzadko także współpracującego z SB. Mało kto przypuszczał, że w celi może być dwóch czy nawet trzech donosicieli.

Osobnym sposobem pozyskiwania informacji była prowokacja, polegająca na nakłanianiu współwięźniów do pisania grypsów do siedzących w innych celach kolegów lub na zewnątrz. Prowokator dysponował zwykle legendą, która uprawdopodobniała możliwości przekazania takiego grypsu. Korespondencja lądowała oczywiście na biurku funkcjonariusza SB, a jej treść dostarczała śledczym cennych informacji. W przypadku grypsu adresowanego na zewnątrz aresztu, SB uzyskiwała adres tego, kogo w grypsie ostrzegano, np. polecając „wysprzątanie” mieszkania. Z czasem wiarygodność więziennych konfidentów wzrastała, bo przebywając z kolejnymi więźniami politycznymi zdobywali coraz więcej informacji o specyfice środowisk opozycyjnych i coraz łatwiej było im podszywać się pod działaczy podziemia. Jak się wydaje, nastąpiła tutaj specjalizacja, polegająca na przypisaniu agenta celnego do jednego środowiska, co ułatwiało mu orientację i zrozumienie nieistotnych z pozoru wiadomości od współwięźniów. Przykładem może być TWC „Hiszpan”, który umieszczany był w jednej celi z działaczami KPN (Grudniewicz, Głowacki, Tukałło, Toś, Bik). Można przypuszczać, że podobną specjalizację stosowano także w stosunku do środowiska NZS czy RKW „Solidarność”.

Dodatkowym ułatwienie dla agentury celnej były informacje operacyjne SB (których z każdym miesiącem przybywało) oraz – tam, gdzie to było możliwe – dysponowanie portretem psychologicznym współwięźnia i znajomość jego słabych punktów (co będziemy mogli prześledzić na przykładzie rozpracowania Witolda Tosia).

Charakterystyczne jest, że SB udało się utrzymać w tajemnicy metody pracy stosowane w „getcie” i były one stosowane z dużym powodzeniem przez cały rok 1982, mimo że czasem informacje na ten temat przeciekały na wolność. Dowodem artykuł w podziemnym „Serwisie Informacyjnym” nr 9 z 21 maja 1982 roku: Kraków – więzienie na Montelupich. Powtarzają się doniesienia, że oddział II jest nafaszerowany kapusiami.

Podaje się następujące nazwiska więźniów – kapusiów: Kucharczyk, Stasiak, Koenig, Żak. Oprócz kapusi w celach znajdują się urządzenia podsłuchowe. Że cały ten system jest dość sprawny, świadczy casus Miętki z HiL (wpadł za ulotki), który wdał się w celi w rozmowę z kapusiami i w ten sposób przyczynił się pośrednio do wpadki jeszcze jednego człowieka.

Chodziło prawdopodobnie o Jana Miętkę (ur. w 1944 r.) i Wojciecha Ciułę (ur. w 1954 r.), którzy 16 kwietnia 1982 roku zostali skazani za kolportaż „Biuletynu Małopolskiego” na kary po 3 lata pozbawienia wolności. Miętka został zatrzymany 23 lutego a Ciuła
– 15 marca 1982 roku. Kolejny, obszerniejszy artykuł o metodach pracy stosowanych w „getcie” ukazał się w „Niepodległości” z 6 września 1982 roku. Wydaje się, że główną przyczyną milczenia na ten temat samych aresztowanych było skuteczne wyciągnięcie od
nich przez SB „potwierdzenia” informacji z „getta” w czasie przesłuchań. Stosowali oni często taktykę „syp zasypane”. Gdy orientowali się, że bezpieka dysponuje obciążającymi ich informacjami (a były to często informacje z „getta”, czego SB oczywiście nie ujawniała
przesłuchiwanym) potwierdzali je do protokołu i opowiadali później o „wszechwiedzy SB”. Stąd, gdy dzisiaj czyta się protokoły przesłuchań w sprawach prowadzonych w roku 1982 (przede wszystkim akta dotyczące podziemnej „Solidarności”; w przypadku KPN przykładem są protokoły przesłuchań Stanisława Papieża), to znajdujemy tam zaskakująco wiele szczegółów, które podał przesłuchiwany.

Gdy się z nim rozmawia, to ten zwykle twierdzi, że jedynie potwierdził to, co SB już wcześniej wiedziała. Ukrycie tego mechanizmu było tym łatwiejsze, że SB nie tylko wobec przesłuchiwanych, ale także w swoich wewnętrznych papierach (dostępnych dzisiaj w IPN) często ukrywała prawdziwe źródła swojej wiedzy. Dobrze widać to na przykładzie KPN – większość informacji o podziemnej działalności II Obszaru Konfederacji SB uzyskała w wyniku pracy agentury celnej, zwłaszcza dzięki nadzwyczajnej skuteczności TWC „Hiszpana”. Jednak, gdy czytamy raporty por. Celbana na ten temat, to o kluczowej roli „Hiszpana” nie ma ani słowa. Trudno się dziwić – Celban wolał przypisać sobie sukcesy i nie był zainteresowany w podkreślaniu roli innych. Ukrycie tego mechanizmu było też możliwe dzięki milczeniu więźniów „getta”. Nawet jeżeli w pewnym momencie orientowali się, że mają w celi kapusia, to zdążyli już wcześniej przekazać mu jakieś informacje lub wysłać z jego pomocą grypsy, dostarczające SB cenne informacje. Tuż po wyjściu na wolność (a także później) było im po prostu głupio przyznać się, że dali się podejść konfidentowi w celi. Milczenie katów i ofiar powodowało, że tajemnica „getta” jest do dziś mało znana.

***
Maciej Szaszkiewicz pracował przy Montelupich jako psycholog – wychowawca. Andrzej Kręcioch – jako wychowawca kulturalno-oświatowy. Szaszkiewicz odszedł w październiku 1982 roku, Kręcioch pracował przez całe lata 80. Obydwaj w stanie wojennym
utrzymywali kontakty z opozycją.

Andrzej Kręcioch: Na parterze po prawej stronie od wejścia była krata, a za nią pokoje służbowe. Potem była druga krata i cele więźniów. Gdy idzie o pokoje służbowe, to po prawej pokój esbeków (najbliżej drugiej kraty i cel więziennych) oraz pokoje przesłuchań. Po lewej był mój punkt biblioteczny, a także dwie cele przerobione na pokoiki, które stanowiły studio i pokój nagrań. Na tych drzwiach było napisane „Radiowęzeł”.

Maciej Szaszkiewicz: Formalnie „getto” to był normalny oddział więzienia przeznaczony dla niebezpiecznych, np. zabójców (którzy, nawiasem mówiąc, zawsze sprawiali w więzieniu najmniej kłopotów – to są na ogół spokojni ludzie). Dopiero po latach pracy zorientowałem się, że „getto” ma drugą funkcję, niejawną, o której wcześniej nie wiedziałem. A mianowicie, że jest tam drugi pion dowodzący tym oddziałem, pion ubecki. Więzienia podlegały Ministerstwu Sprawiedliwości, a nie MSW. A tu się okazywało, że w więzieniu była filia MSW. Funkcjonariusze SB, tacy jak Zbigniew Ziobro czy Tadeusz Katolik, urzędowali codziennie na tym oddziale.

Kręcioch: Ziobro w pewnym momencie zniknął z więzienia. Potem „na getcie” rządził Katolik i jeszcze jakiś taki młody, wysoki (185 cm) blondynek, na oko bardzo miły [prawdopodobnie chodzi o Leszka Szczepkowicza]. Obaj tam pracowali do końca, czyli gdzieś do 1989 lub 1990. Potem „getto” zlikwidowano i oni zniknęli z Monte.

Szaszkiewicz: Katolik to był taki miły, wesoły, życzliwy człowiek. Taki, jaki powinien być wzorowy ubol, bo inaczej to by nic nie zwojował. Zdarzało się, że w więzieniu, po służbie, szliśmy z ubekami do świetlicy i tam piliśmy. Przy tej okazji dowiadywałem się różnych
rzeczy. A mnie, psychologowi, było może łatwiej, niż komuś innemu wniknąć w to, co taki ubek myśli i co mówi.

W ten sposób dowiedziałem się o wykonywanych potajemnie wyrokach śmierci. Skazani na karę śmierci siedzieli właśnie „na getcie”. Tylko wybrani funkcjonariusze więzienia wiedzieli, kiedy są egzekucje. Ludzie, którzy wykonywali wyroki śmierci (z reguły dwóch
panów), wchodzili do więzienia nie legitymując się, o czym uprzedzał naczelnik. Szli prosto do naczelnika, a potem do gabinetu komendanta. Egzekucje były nie wcześniej niż po 100 dniach od dnia, w którym Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski. Skazany był jeszcze kilka razy wzywany do komendanta, który namawiał go: „Napisz jeszcze odwołanie, napisz dodatkowe uzasadnienie”. Tak mu radził. A pewnego razu, gdy więzień przychodził na taką rozmowę, to ci dwaj go łapali, zaciągali go do celi z zapadnią, gdzie się odbywały egzekucje i tam go wieszali. Wszystko to odbywało się po 15.00, gdy dzienni pracownicy poszli już do domu.

Kręcioch: Egzekucje na Monte były już w czasach hitlerowskich i stalinowskich. Odbywały się, z tego, co wiem, w piwnicy (rozstrzeliwano też na podwórku). Gdy pracowałem „na getcie”, to cela śmierci była także w piwnicy. Idąc od głównego wejścia, skręcało się na prawo. Po prawej była kuchnia, potem pralnia, dalej introligatornia. Po lewej była kuchnia dietetyczna, a na końcu korytarza – cela śmierci.
Gdy miałem dyżur po południu, to wiedziałem, że będzie wykonywany wyrok.
Sygnałem było np. to, że w więzieniu zjawiał się prokurator, który musiał być obecny przy egzekucji. Przy egzekucji był także obecny naczelnik więzienia. Były wtedy podejmowane szczególne środki ostrożności. Np. kazano mi siedzieć przez ok. godzinę w bibliotece i z niej nie wychodzić. Strasznie przeżyłem jedną egzekucję, bo w czasie egzekucji prowadziłem audycje w radiowęźle. Tam akurat mnie zamknięto. Czułem się bardzo dziwnie, że ja tu prowadzę jakąś audycję historyczną albo puszczam muzykę, a piętro niżej wieszają człowieka. Wyroki wykonywano późnym popołudniem i wieczorem. Delikwenta wyprowadzano z celi niby do adwokata albo do lekarza. I brano go na egzekucję.

Szaszkiewicz: Ubecy „na getcie” mieli świetne efekty, ale też mieli luksusowe warunki: podgląd, podsłuch i kapusiów… Bo w celach „na getcie” były podsłuchy, a podobno w niektórych – nawet kamery. Jednak główną robotę odwalali kapusie. Werbowali ich
funkcjonariusze więzienni, tzw. komendanci pawilonów, którzy wchodzili w skład działu ochrony w areszcie. To była część Służby Więziennej ściśle powiązana z SB. Komendanci mieli za główne zadanie werbowanie spośród więźniów donosicieli po to, żeby rozeznawać
nastroje w areszcie – czy więźniowie nie przygotowują jakiegoś buntu albo ucieczki. Ci ludzie często nadużywali swojej roli i wykorzystywali tych kapusiów do rozeznania, czy więźniowie nie mają jeszcze „za uszami” jakichś innych spraw. Na przykład, czy dany więzień nie popełnił jeszcze kiedyś innego przestępstwa. Mieli za zadanie zdobycie informacji o dowodach i zaraz zgłaszali to ubolom.
Więźniowie, którzy byli w zainteresowaniu ubecji, byli umieszczani w celi na tym oddziale i otaczani kapusiami. Dobry kapuś potrafił się wkupić w łaski więźnia, którego rozpracowywał, zdobyć jego zaufanie. Jeżeli rozpracowywał opozycjonistę, to sam udawał
opozycjonistę, tylko z innego regionu.

Kręcioch: „Na getcie” w ciągu dnia nie było głośników w celach (prawdopodobnie dlatego, że utrudniałyby nagrywanie rozmów w celach). Dawano im głośniki dopiero około godziny 19.00 – na dziennik, a zabierano o godzinie 21.00. Chyba w 1983 w ogóle zrezygnowano
z głośników w celach „na getcie” (być może ze strony esbeckiej agentury celnej poszła informacja, że te audycje są szkodliwe). W tym czasie odsunięto mnie też od wypożyczania tam książek. I od tego czasu z „gettem” nie miałem już kontaktu.

Szaszkiewicz: Główny kapuś, który rozpracowywał danego więźnia, dostawał do wglądu esbeckie akta tego człowieka. Znał wszystkie szczegóły. Najczęściej pisał codzienne raporty. Ciekawiło mnie, po co kapusie musieli pisać wszystko, co mówił więzień, a nie tylko zasadnicze rzeczy. Jeżeli nawet więzień nie był w ciemię bity i nie mówił nic istotnego, tak na wszelki wypadek, to zawsze coś gadał. Na przykład mówił, że był nad morzem na wakacjach u cioci i była heca, bo na jedną babę wylało się wino… A potem ubecy to wszystko o nim zbierali i jak brali go na przesłuchanie, to mówili mu tak: „Słuchaj! To, czy ty się przyznasz, czy nie, to nie ma dla nas żadnego znaczenia. Bo my i tak o tobie wszystko wiemy. My cię już od lat obserwujemy. Popatrz! Byłeś na wakacjach w zeszłym roku nad morzem u cioci i na jakąś babę wylało się wino…”. Takie szczegóły mu mówili. I przesłuchiwany myślał, że oni wszystko wiedzą. Zwłaszcza, jak to było inteligentnie zrobione, to więzień się nie połapał, że sam to mówił wcześniej w celi, bo takich drobiazgów się nie pamięta.
Zwłaszcza że ubecy nie mówili mu na przesłuchaniu świeżych opowieści, tylko dawniejsze. I taki więzień sobie myślał: „Jak oni o mnie takie rzeczy wiedzą, to co dopiero, gdy idzie o sprawy zasadnicze!”. I zmieniał taktykę. Nie szedł już w zaparte, tylko usiłował z nimi coś
ugrać. Najpierw chciał zorientować się, co oni właściwie wiedzą, a potem postanawiał się przyznać do tego, co już i tak wiedzą, żeby ukryć coś innego. Brnął coraz głębiej?

Kapusie za donoszenie mieli różne nagrody, m.in. warunkowe zwolnienie oraz wszelakie ulgi w więzieniu: paczki, widzenia, tzw. wypiskę, czyli możliwość kupna papierosów czy herbaty. A to wszystko było wtedy reglamentowane. Musiał tylko odpowiednio manewrować, żeby to nie budziło podejrzeń u innych. No i przede wszystkim w banku na koncie rosła odpowiednia kwota pieniędzy za to donoszenie. Nieduża, wręcz śmiesznie niskie stawki, ale po latach trochę się uzbierało…

Kręcioch: Klawisz Godula „na getcie” współpracował z esbekami. Słyszałem na przykład o takim numerze. Agent celny namawiał współwięźnia: „Stary, wyślij gryps!”. „A co ja z nim mogę zrobić?”. „Włóż go do buta, jak będziesz wystawiał buty na noc przed celę”.
A potem Godula szedł, wyciągał grypsy z butów i dawał esbekom. Esbecy „na getcie” nieraz udawali wychowawców. Godula mówił do nowego więźnia, który jeszcze nie wiedział, kto jest kim w więzieniu: „Wychowawca zaprowadzi was do biblioteki”.
Esbek brał nowego więźnia do biblioteki i próbował od niego coś wyciągnąć.

Szaszkiewicz: Ponadto SB robiła tam takie numery, że jak więzień prosił o kontakt z psychologiem, to przychodził do celi ubek i mówił: „Jestem psychologiem”, poprosił o księdza, to przychodził ubek jako ksiądz.

Kręcioch: Wiem o jednym agencie celnym, który był tak dobry, że był zabierany przez esbeków na Mogilską. A potem wracał „na getto”. Były też okresy, że on znajdował się nagle na wolności (bo go nieoczekiwanie spotkałem na Rynku)! Równocześnie miał jakieś inklinacje malarskie i potem, po kilku latach, znalazł się na IV oddziale i tam malował takie przejaskrawione obrazy, straszne knoty. Widywałem go przez całe lata 80. na Monte. To był na pewno więzień, a nie funkcjonariusz, bo widziałem jego teczkę.

Szaszkiewicz: Był „na getcie” jeden gość szczególnie sprytny. Miał szczególny dar, żeby wydobywać informacje od więźniów. Miał na imię Zygmunt. Siedział tam długo, co jakiś czas pod innym nazwiskiem, aby uniknąć dekonspiracji. Ciągle wracał do więzienia. Być
może starali się go szybko zamknąć za byle co, bo był im potrzebny na Monte. Spotkałem go kiedyś na Plantach, już po 1989 roku, i wypowiadał się o nowej rzeczywistości jak zatwardziały komunista, jak „beton”. Mówił, że to wrogowie opanowali Polskę. W pełni utożsamiał się z tymi, którym służył… Czyli poszukiwał też wyższych wartości w tym, co robił, w tym swoim łajdactwie. Tłumaczył sobie, że ten opozycjonista, na którego kablował, to wróg narodu, więc nie miał wyrzutów sumienia.

Kręcioch: Agenci celni byli nie tylko „na getcie”. W „normalnych” celach, na innych oddziałach też byli kapusie. Tam już następowało rozluźnienie i wtedy mogli się jeszcze czegoś dowiedzieć. Zasada była taka, żeby w każdej celi był jeden przynajmniej pewny człowiek,
który ostrzeże o próbie buntu czy o jakichś konfliktach, o subkulturach więziennych. Ale pewnie ci agenci celni w „zwykłych” celach donosili też na politycznych. A kiedyś pamiętam, jak opróżnili cele na piątym oddziale (czyli tym na najwyższym, na trzecim piętrze), wyprowadzili ludzi na spacer i zainstalowali tam podsłuch – takie było przekonanie wśród funkcjonariuszy więziennych. To było gdzieś w 1982 lub 1983 roku. Mój przyjaciel, Piotr Szatkowski, mówił, że na tych wyższych piętrach łatwo było się zorientować, kto jest „ucho”.
I wtedy uważało się na to, co się mówi w celi przy takiej osobie.

Szaszkiewicz: Więzień „na getcie” miał małe szanse wyjścia z tego zwycięsko. Miałby większe, chyba tylko wtedy, gdyby wiedział to wszystko, co teraz wiemy. Mówiło się w konspiracji, żeby nie gadać nigdy nic nikomu, ale psychicznie było to bardzo trudne
w więzieniu, gdzie człowiek był otoczony wrogami przez 24 godziny na dobę. A przeżywał przecież różne rozterki, musiał mieć chwile słabości. Zwłaszcza że ubecy na przykład zatrzymywali jego żonę i opowiadali mu, co będą z nią wyrabiać, że dzieckiem nie będzie
miał kto się opiekować… Poza tym więzień „na getcie” był cały czas izolowany od świata zewnętrznego. Nie było widzeń, listów, kontaktu z kimkolwiek poza śledczym i kilkoma wyselekcjonowanymi klawiszami. Ksiądz fałszywy, psycholog fałszywy… Człowiek wracał
z przesłuchania do celi i myślał, że najgorsze minęło, że jest poza ich zasięgiem. A tak naprawdę, najgorsze czekało go właśnie tutaj…

Odszukaliśmy żyjących jeszcze funkcjonariuszy SB, którzy prowadzili prace operacyjną na Monte. Leszek Szczepkowicz, który przesłuchiwał więzionych w „getcie” konfederatów, Marka Bika i Witolda Tosia i – jak wynika z dekretacji na meldunkach agentów celnych – dobrze orientował się w metodach pracy stosowanych przez SB w „getcie”: Nie pracowałem nigdy na Monte. Nie pamiętam żadnej gry grypsami. Jeżeli tak było, to wszystko było robione u Tadka Katolika. Tadek Katolik może powiedzieć więcej. Niech pan z nim pogada.
Ja o tym kompletnie nic nie mogę powiedzieć. Wymazałem te sprawy z pamięci kompletnie! Doszedłem do wniosku, że to był stracony czas. Żałuję, że poszedłem tam w ogóle do roboty.

Tadeusz Katolik, który pod nieobecność Zbigniewa Ziobry kierował „gettem”: Ma pan tam naczelników więzienia – niech pan z nimi rozmawia. Niech pan rozmawia z moimi szefami. Ja wielu rzeczy już nie pamiętam.

Książkę można kupić składając zamówienie tutaj.

http://rebelya.pl/post/546/

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Eseje, Historia, Lata PRL, Po 1980, Recenzje i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.