Wdowy Smoleńskie

Wdowy smoleńskie – Ewa Błasik, Beata Gosiewska, Ewa Kochanowska, Zuzanna Kurtyka, Magdalena Merta. Książka Dariusza Walusiaka to opowieść kilku kobiet, których sumienie, poczucie przyzwoitości i honor nie pozwoliły milczeć. Przeżyły dramat a państwo je zawiodło. Postanowiły same walczyć o prawdę i pamięć. Fragmenty książki.

 

ZAPOWIEDŹ

WSTĘP

10 kwietnia 2010 roku wielu Polakom świat się zawalił. Szczególnie dotyczy to rodzin ofiar, którym musiały wystarczyć oficjalne, często sprzeczne ze sobą informację o przyczynach tragedii. Kilka osób które straciły bliskich podjęło walkę o prawdę…

Nie była przyzwyczajona do fleszy aparatów i kamer, żyła w cieniu swojego męża. Żałobę chciała przeżyć cicho i godnie. Nie pozwolono jej. Gdy Rosjanie w raporcie MAK plugawili dobre imię poległego na służbie ojczyźnie oficera a premier, minister obrony narodowej i obecnie urzędujący prezydent wymownie i pokornie milczeli, Ewa Błasik mężnie stanęła w obronie godności dowódcy sił powietrznych kraju i w zastępstwie tchórzliwych polityków wystąpiła publicznie przeciwko kłamstwu postsowieckiej instytucji. Samotna, nieco stremowana, stanęła na wprost medialnego walca kłamstwa, by go powstrzymać lub dać się rozjechać. Ten dzień, te sceny były dla każdego kto ma sumienie jednymi z najbardziej przejmujących w posmoleńskiej rzeczywistości…

Wdowy w polskiej tradycji zawsze otoczone były szacunkiem, szczególnie, gdy były to wdowy po tych, którzy oddali życie na służbie dla Polski. Często przejmowały rolę swoich zmarłych mężów i kontynuowały ich publiczną czy społeczną działalność. W czasach niewoli czy okupacji nie raz musiały bronić ich dobrego imienia, walczyć o honor, prawdę i sprawiedliwość. Spotykały ich za to szykany… Dlaczego jednak w wolnej podobno Polsce wdowy po mężach, którzy oddali się służbie publicznej i będąc na tej służbie ponieśli śmierć także muszą walczyć o dobre imię swoich mężów, walczyć o honor, prawdę i sprawiedliwość? Dlaczego są narażone na szykany?

Smoleńskie wdowy Ewa Błasik, Beata Gosiewska, Ewa Kochanowska, Zuzanna Kurtyka i Magdalena Merta domagając się prawdy stały się sumieniem narodu.

„Wdowy smoleńskie” to opowieść kilku dzielnych kobiet, których sumienie, poczucie przyzwoitości i honor nie pozwoliły milczeć. Pomimo bólu spowodowanego cierpieniem i przeżywania najtrudniejszych chwil swojego życia mężnie stanęły do obrony pamięci i prawdy. Ich mężowie muszą być z nich dumni…

O mężach moich rozmówczyń, mocno zaangażowanych w budowę nowej Polski, słyszałem niejednokrotnie. Śledziłem ich działalność i dokonania. Osobiście znałem jedynie prezesa IPN Janusza Kurtykę, z którym przez kilka lat miałem zaszczyt współpracować realizując filmy dotyczące najnowszej historii Polski.

W listopadzie 2010 roku po raz pierwszy spotkałem panią Zuzannę żonę Janusza Kurtyki oraz panią Magdalenę wdowę po Tomaszu Mercie wiceministrze kultury i dziedzictwa narodowego. Poznaliśmy się podczas wyjazdu do Smoleńska. Wówczas w miejscu, gdzie rozbił się samolot prezydencki poświęciliśmy drewniany krzyż i ustawiliśmy pamiątkową tablicę informującą o tragedii. Rosjanie prowokacyjnie usunęli ją 9 kwietnia 2011 roku. Powodem były słowa umieszczone na tablicy, mówiące o Katyniu celu prezydenckiej wizyty, jako miejscu ludobójstwa polskich oficerów. Realizując na miejscu katastrofy film „Modlitwa smoleńska”, który był moim komentarzem do tragicznej posmoleńskiej rzeczywistości, przez wizjer kamery obserwowałem ból i cierpienie wdów, które modliły się na ziemi, gdzie zginęli ich mężowie. Tak narodził się pomysł przeprowadzenia wywiadów z wdowami smoleńskimi.

Dariusz Walusiak

Dariusz Walusiak – historyk, dokumentalista autor kilkudziesięciu filmów dotyczących najnowszej historii polski. W latach osiemdziesiątych związany z podziemnymi strukturami NZS. Za tę działalność 19 marca 2010 roku odznaczony przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego krzyżem kawalerskim Polonia Restituta.

Książkę można kupić >TU


FRAGMENTY KSIĄŻKI

Fragmenty rozmów z Ewą BłasikZuzanną KurtykąEwą Kochanowska, Beatą Gosiewską i Magdaleną Mertą

Suplement od redakcji HKP >Rossonero z wizytą u Ewy Błasik – strona [2]

 

ROZMOWY Z EWĄ BŁASIK



Czy Katyń funkcjonował w świadomości Pani męża?

Oczywiście. Oboje interesowaliśmy się historią. Oboje pochodzimy z rodzin prawicowo-katolickich. Tak się cudownie dobraliśmy. Mama męża była nauczycielką. Uczyła prawdziwej, wówczas zakazanej historii. Była to niesamowita kobieta, ciesząca się wielkim autorytetem. Wychowała wielu księży, prawych Polaków.

 

Dumna była niezwykle, że ma syna oficera. Zmarła, jak mąż był podpułkownikiem. Na pogrzebie były tłumy ludzi, jej wychowanków.
Ja natomiast jestem wnuczką Stanisława Buczyło żołnierza marszałka Józefa Piłsudskiego. Dziadek mówił do mnie wierszem. Do dziś pamiętam fragmenty: „Stoję na warcie, może Bóg się ulituje i od ruskiej kuli uratuje”. Dziadek nie zapisywał tych wierszy, tylko mówił je z pamięci. Dużo rozmawialiśmy o prawdziwej polskiej historii, szczególnie w święta Bożego Narodzenia, kiedy do stołu zasiadała cała rodzina.
Drugi dziadek, niezwykle kochający Polskę, był nieco młodszy. Walczył w czasie drugiej wojny światowej. Nienawidził komuny. Płakał, gdy opowiadał mi o Katyniu. To była dla mnie wielka lekcja patriotyzmu, którą wyniosłam z domu.
Pierwszy dziadek z okazji moich narodzin w 1963 roku postawił przed swoim domem krzyż. Drugi zbudował przed domem kapliczkę z Chrystusem Zmartwychwstałym. Miał z tego powodu duże nieprzyjemności. Były to przecież czasy, kiedy demonstracja przynależności do Kościoła nie była mile widziana.

Czy ktoś z rodziny Pani męża zginął zamordowany przez sowiecką NKWD?

Mąż miał krewnego, żołnierza armii Hallera, który został zamordowany w twierdzy twerskiej. W jego intencji chciał przyjąć Komunię Świętą w Katyniu. Taką misję sobie wyznaczył.
Oboje – razem z dziećmi – byliśmy na filmie „Katyń” Andrzeja Wajdy. Bardzo mądrze postąpił były Minister Obrony Narodowej śp. Aleksander Szczygło. Kiedy został Ministrem Obrony Narodowej, wysłał wojsko do kina na film „Katyń”. Uważaliśmy, że jest to świetny pomysł. Wielka sprawa. Nam się to niesamowicie podobało. Wojsko powinno zobaczyć ten film.
Podczas projekcji widziałam, jak ogromne wrażenie zrobiła na mężu scena haniebnego mordu polskich oficerów.

Kiedy mąż Pani decydował się wstąpić do dęblińskiej Szkoły Orląt, wiedział, że będzie służył w ludowym wojsku całkowicie podporządkowanym sowieckiej Rosji.

Nasze pokolenie w dorosłe życie wchodziło u schyłku komuny. Wszystko powoli zbliżało się do 1989 roku, do wolnej Polski.
Kiedy maż kończył szkołę lotniczą w Dęblinie w 1985 roku, Polska była jeszcze w Układzie Warszawskim. Andrzej był wówczas jednym z pierwszych pilotów wyszkolonych na Su-22. Ci chłopcy, młodzi piloci w stopniu podporucznika, zupełnie nie utożsamiali się z władzą komunistyczną. Dla nich najważniejsze było latanie. Byli w stanie poświęcić temu całe przyszłe życie.
W tamtych czasach wojsko było szczególnie inwigilowane. Oficerowie nie mogli brać kościelnych ślubów. Piętnowano wszelkie kontakty z Zachodem. Kariera w wojsku uzależniona była od lojalności wobec komunistów.
Nam się to wszystko nie podobało. Buntowaliśmy się. Pocztą otrzymywaliśmy z Zachodu książki z informacjami o NATO. Moja ciocia i wujek w czasie wojny zesłani zostali na roboty do Niemiec. Po wyzwoleniu nie wrócili do kraju, zamieszkali w Essen. Ich syn przysyłał nam książki, których z powodu cenzury nie można było kupić w Polsce.
Mąż i jego koledzy piloci spragnieni byli informacji o tym, co dzieje się na Zachodzie. Wszystko, co docierało do nich, pochłaniali niemal natychmiast. Przekornie mówili o sobie: „My jesteśmy chłopcy z Colorado Springs”.
Wiadomo, że w tamtych czasach wojskowych zagranicę wysyłano tylko do Moskwy na tamtejsze akademie.

Czy Pani mąż był świadom, że jeżeli będzie chciał zrobić karierę w wojsku, to będzie musiał również studiować w Moskwie?

Mąż był pilotem z krwi i kości. Nie dlatego poszedł do wojska, że chciał robić karierę. Od piętnastego roku życia latał w aeroklubie łódzkim. Swoją powietrzną przygodę zaczynał jako młody chłopak. Szkolili go najlepsi piloci, między innymi Ryszard Michalski, mistrz świata w lataniu precyzyjnym.
Andrzej zafascynowany był historią naszych asów lotniczych z okresu drugiej wojny światowej. Latanie było dla niego najważniejsze. Nigdy nie chciał robić kariery. Nie znosił tego słowa. Zawsze prosił mnie o to, bym nie mówiła mu o jakiejkolwiek karierze lotniczej. Pragnął być tylko pilotem. Zresztą do końca życia nim pozostał. W powietrzu czuł się jak ryba w wodzie.

Czy mąż Pani znał pilotów, którzy usiedli za sterami Tu-154 10 kwietnia 2010 roku?

Mój mąż miał tysiące ludzi pod sobą. Niezwykle cenił sobie prawdę i uczciwość. Musiał mieć zaufanie do swoich lotników. Podkreślał to na każdym kroku. Podstawą dla niego było bezpieczeństwo.
Znał dobrze kpt. Arkadiusza Protasiuka, dowódcę samolotu Tu-154. Niezmiernie go cenił za fachowość. Na początku roku nagrodził go za prawdziwy wyczyn, jakim był lot powrotny z Haiti, gdzie tupolew poleciał z misją humanitarną. W samolocie popsuł się wówczas autopilot i kpt Protasiuk przez wiele godzin ręcznie pilotował tupolewa do Warszawy. W środowisku lotniczym mówiono wtedy o mistrzowskim locie.
Rozmawiałam z pilotami 36. Specpułku, którzy latali z moim mężem. Są zbulwersowani tym, że grupka ludzi, chcąc bronić kpt. Protasiuka, nagadała bzdur dziennikarzom. Ktoś ich podkręca, żeby broniąc załogę, oskarżali mojego męża. To nie ma nic wspólnego z prawdą. Ani kpt Arkadiusz Protasiuk, ani mój mąż nie są winni tej tragedii.

A jak układała się współpraca gen. Błasika z ministrem Bogdanem Klichem?

Żołnierz służy ojczyźnie, a nie wdaje się w żadną politykę. Razem z mężem szanowaliśmy każdego wybranego demokratycznie prezydenta czy ministra. Dla nas byli to ludzie godni szacunku. Dziwi mnie teraz zachowanie ministra Klicha, który raz mówi, że po katastrofie Casy chciał odwołać mojego męża, to znów temu zaprzecza.
Kiedy po katastrofie Casy w 2008 roku napisano w gazetach, że chcą zdymisjonować mojego męża, rano zadzwonił minister Klich i zapewniał, że nawet przez myśl mu to nie przeszło. Byłam świadkiem tej rozmowy. A teraz, po śmierci męża, nie dość, że go nie broni, to jeszcze mówi, że chciał go odwoływać. Jestem bardzo ciekawa z jakiego powodu.

Pani mówi, że minister Klich nie broni gen. Błasika. Tymczasem minister twierdzi, że bronił go już na pogrzebie. Gdzie właściwie leży prawda?

Na pogrzebie mówił prawdę. Jak dobrze pamiętam, powiedział: „Jeżeli ktoś podniesie rękę na twój dorobek, to ja będę tego dorobku bronił”. Ale teraz nie wiem, dlaczego tego, o czym mówił, nie robi.

10 kwietnia rano gen. Błasik musiał wyjechać na lotnisko. Jak Pani zapamiętała ten dzień?

Tego ranka wszystko odbyło się jak zwykle. Pożegnałam męża. Jeszcze 9 kwietnia planował, że wszyscy dowódcy polecą Jakiem-40, a nie Tu-154 .

Czy obawiał się, że w samolocie, którym leci prezydent, nie będzie miejsca dla generałów Wojska Polskiego?

On nigdy się nigdzie nie pchał. Był skromny. Nawet tak się złożyło, że jego pogrzeb był ostatni. On, tak jak kapitan na okręcie, ostatni schodził z pokładu. Jakby sam tego chciał, został z tego grona dziewięćdziesięciu sześciu ofiar pochowany na końcu.

Kiedy odbył się pogrzeb?

28 kwietnia.

Wróćmy jednak do 10 kwietnia i ostatnich chwil, które spędziła Pani z mężem.

9 kwietnia wieczorem pożegnałam męża w obecności dzieci. Powiedziałam wtedy: „Andrzejku, bardzo Cię kocham. Godnie reprezentuj nas w Katyniu”. Ja również chciałam tam polecieć. Przy podobnych uroczystościach wielokrotnie mu towarzyszyłam. Tym razem, dzięki Bogu, nie było miejsca w samolocie.
Rano 10 kwietna założył galowy mundur, ubrał białą koszulę. Przyjechał po niego kierowca. Później opowiadał mi, że mąż tego dnia był bardzo pogodny. Przywitali go na lotnisku pułkownicy pełniący służbę w 36. Specpułku. Po chwili podjechał szef Sztabu Generalnego gen. Gągor. Przywitali się. Wszyscy dowódcy udali się do saloniku – poczekalni dla VIP-ów w wojskowej części lotniska Okęcie. Nikt ze świadków nie słyszał, aby były jakiekolwiek rozmowy o pogodzie nad Smoleńskiem. Odbywało się wszystko jak zawsze. Nie było tam nikogo z załogi.
Mąż w takiej sytuacji kontaktował się z dowódcą pułku i dowódcą bazy. Tym razem na Okęciu był zastępca dowódcy bazy oraz zastępca dowódcy 36. Specpułku. To oni byli dla niego partnerami do rozmowy, a nie dowódca załogi czy ktoś inny. Wszystko odbywało się spokojnie.

A skąd Pani wie, jak wyglądały oczekiwania na samolot?

Są świadkowie, ci, którzy ich obsługiwali, dowódcy, osoby, które odprowadzały wylatujących. Wszyscy mówią, że była spokojna atmosfera. Jestem przekonana, że w poczekalni mąż uzgodnił z szefem Sztabu Generalnego gen. Franciszkiem Gągorem, kto będzie składał meldunek prezydentowi. Uczestniczyłam w wielu uroczystościach i wielokrotnie byłam świadkiem takich ustaleń. Wiem, jak w takiej chwili Polscy generałowie się zachowują. Oni omawiali między sobą, co do kogo należy. Nie przypominam sobie, czy mąż miał kiedykolwiek wcześniej przyjemność lecieć z prezydentem – zwierzchnikiem Sił Zbrojnych. Uzgodniono – jak mi powiedziano później – że Andrzej złoży krótki meldunek prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu.
Kiedy ogłoszono komunikat, żeby wszyscy udali się do samolotu, pasażerowie powoli zaczęli opuszczać poczekalnię. Nie podjeżdżano autobusami, tak jak to się zwykle odbywa, ponieważ samolot stał blisko portu lotniczego.
Męża odprowadzali pułkownicy z 36. Specpułku. Podchodząc do samolotu, jeden z pułkowników powiadomił kpt. Protasiuka, że gen. Błasik będzie towarzyszył mu przy składaniu meldunku prezydentowi. Jako dowódca Sił Powietrznych, de facto pełniący rolę gospodarza, miał do tego pełne prawo. Pan Andrzej Klarkowski, doradca prezydenta, był tego świadkiem. Mój mąż przywitał się z dowódcą załogi kpt. Protasiukiem, którego cenił za profesjonalizm.
Przed wylotem mąż rozmawiał także z ministrem Mariuszem Handzlikiem. W tym czasie kpt Protasiuk sprawdzał samolot. Były to rutynowe czynności. Potem pasażerowie zajęli miejsca na pokładzie. Dowodzenie przejął już dowódca załogi samolotu. Dla mojego męża na pokładzie dowódca załogi był świętością. Wszyscy wiedzą, że bardzo oburzał się na polityków, którzy przeszkadzali pilotom i w różnych sytuacjach próbowali wywierać na nich nacisk.

***

Czy gen. Błasik miał dobry kontakt z wyższymi oficerami, którzy razem z nim lecieli wtedy do Katynia?

Oni wszyscy dobrze się znali i bardzo szanowali. Rozumieli się bez słów. Jak mieli gdzieś razem jechać, dzwonili do siebie. Umawiali się. Wspaniałym człowiekiem był szef sztabu generalnego gen. Franciszek Gągor. To był prawdziwy polski oficer.

Wcześniej doszło do innego nieszczęścia – katastrofy casy. Zginęli wyżsi oficerowie lotnictwa. Niektórzy z pewnością byli zaprzyjaźnieni z Pani mężem...

Andrzej do końca nie mógł uwierzyć, że winni tego nieszczęścia są piloci. Minister Obrony Narodowej, mówiąc o tym, powiedział o nonszalancji pilotów. Jak można stwierdzić coś takiego? Czy wiemy, co było przyczyną katastrofy?

Zginęli nasi przyjaciele. To w nas mocno uderzyło. Musieliśmy się nawzajem podnosić na duchu. Mąż musiał to wszystko jakoś ogarnąć i na zewnątrz pozostać twardy. Przeżył to jednak niesamowicie.

Jak oceniał tę katastrofę?

Piloci szkoleni byli w Hiszpanii, skąd pochodził samolot. Niestety, katastrofy zdarzają się w lotnictwie. Raport opracowany po wypadku zaskoczył go. Uważał, że mogły być inne przyczyny, niezbyt dobrze zbadane. Nie mógł w to uwierzyć.

Czy mąż Pani znał pilotów, którzy usiedli za sterami Tu-154 10 kwietnia 2010 roku?

Mój mąż miał tysiące ludzi pod sobą. Niezwykle cenił sobie prawdę i uczciwość. Musiał mieć zaufanie do swoich lotników. Podkreślał to na każdym kroku. Podstawą dla niego było bezpieczeństwo.

Znał dobrze kpt. Arkadiusza Protasiuka, dowódcę samolotu Tu-154. Niezmiernie go cenił za fachowość. Na początku roku nagrodził go za prawdziwy wyczyn, jakim był lot powrotny z Haiti, gdzie tupolew poleciał z misją humanitarną. W samolocie popsuł się wówczas autopilot i kpt Protasiuk przez wiele godzin ręcznie pilotował tupolewa do Warszawy. W środowisku lotniczym mówiono wtedy o mistrzowskim locie.

Rozmawiałam z pilotami 36. Specpułku, którzy latali z moim mężem. Są zbulwersowani tym, że grupka ludzi, chcąc bronić kpt. Protasiuka, nagadała bzdur dziennikarzom. Ktoś ich podkręca, żeby broniąc załogę, oskarżali mojego męża. To nie ma nic wspólnego z prawdą. Ani kpt Arkadiusz Protasiuk, ani mój mąż nie są winni tej tragedii.

W końcu prezydent Lech Kaczyński powierzył gen. Błasikowi dowodzenie siłami powietrznymi. Jak mąż przyjął to wyróżnienie?

Gdy wróciliśmy ze Stanów Zjednoczonych, minister Jerzy Szmajdziński i prezydent Aleksander Kwaśniewski 15 sierpnia 2005 roku awansowali mojego męża do stopnia generała. Dostał wtedy pierwszą generalską gwiazdkę. Powierzono mu jednocześnie stanowisko dowódcy brygady w Poznaniu.

W 2006 roku nowy minister Radosław Sikorski złożył propozycję mojemu mężowi, żeby został komendantem i rektorem Wyższej Oficerskiej Szkoły Sił Powietrznych w Dęblinie. Akurat byłam świadkiem telefonu od ministra Sikorskiego.

Mąż nie chciał się rozstać z Poznaniem, ze swoim ulubionym lotniskiem w Krzesinach.

W Dęblinie też się dobrze czuł. Miał lotnisko, samoloty pod nosem. Latał i zarządzał szkołą.

29 marca 2007 roku, w dniu moich urodzin, Andrzej został wezwany przez śp. ministra Aleksandra Strzygło do Ministerstwa Obrony Narodowej. Pan Minister powiedział, że chce mu powierzyć przejęcie dowodzenia nad siłami powietrznymi. Mąż świetnie sprawdzał się na wszystkich stanowiskach. Wiedzieliśmy, że wcześniej czy później powierzą mu tę odpowiedzialną funkcję.

Kiedy wrócił do domu po rozmowie z ministrem, opowiedział mi o wszystkim. Na koniec powiedział tak, jak zwykle mówił w takich sytuacjach: „No, nie odmówiłem”. Wiedział, jaka to jest odpowiedzialność.

Generał Brady podczas pogrzebu powiedział, że nie było dla nikogo zaskoczeniem powierzenie dowództwa nad siłami powietrznymi Polski gen. Andrzejowi Błasikowi. Mój mąż miał informację z Pentagonu, że NATO chciało go mieć w swoich strukturach na ważnych stanowiskach.

Generał Gągor miał odejść na wysokie stanowisko do Brukseli. Razem spędzaliśmy sylwestra i witaliśmy nowy 2010 rok. Generał Gągor powiedział do mojego męża: „Andrzeju, nie wyobrażam sobie, abyś w przyszłości nie zastąpił mnie na moim stanowisku”. Były takie plany.

Pani mąż uważany był za PiS-owskiego generała. Czy to mu nie przeszkadzało?

On nigdy nie utożsamiał się z żadną partią.

Nie tylko o nim tak mówiono, także o śp. Admirale Andrzeju Karwecie, który też był mianowany przez prezydenta Kaczyńskiego na stanowisko dowódcy marynarki. To jest wielka głupota. Jak można tak mówić o generałach sił zbrojnych, którzy muszą być ponad podziałami? Traktowanie ich jak jakichś „żołnierzyków” jest uwłaczające i niepoważne.

A jak układała się współpraca gen. Błasika z ministrem Bogdanem Klichem?

Żołnierz służy ojczyźnie, a nie wdaje się w żadną politykę. Razem z mężem szanowaliśmy każdego wybranego demokratycznie prezydenta czy ministra. Dla nas byli to ludzie godni szacunku. Dziwi mnie teraz zachowanie ministra Klicha, który raz mówi, że po katastrofie casy chciał odwołać mojego męża, to znów temu zaprzecza.

Kiedy po katastrofie casy w 2008 roku napisano w gazetach, że chcą zdymisjonować mojego męża, rano zadzwonił minister Klich i zapewniał, że nawet przez myśl mu to nie przeszło. Byłam świadkiem tej rozmowy. A teraz, po śmierci męża, nie dość, że go nie broni, to jeszcze mówi, że chciał go odwoływać. Jestem bardzo ciekawa z jakiego powodu.

Pani mówi, że minister Klich nie broni gen. Błasika. Tymczasem minister twierdzi, że bronił go już na pogrzebie. Gdzie właściwie leży prawda?

Na pogrzebie mówił prawdę. Jak dobrze pamiętam, powiedział: „Jeżeli ktoś podniesie rękę na twój dorobek, to ja będę tego dorobku bronił”. Ale teraz nie wiem, dlaczego tego, o czym mówił, nie robi.

***

Przez kilka miesięcy musiała Pani samotnie bronić dobrego imienia męża – generała lotnictwa III Rzeczpospolitej, oskarżanego niemalże o spowodowanie katastrofy samolotu prezydenckiego. Obecnie chyba nikt już w wersję podawaną przez komisję MAK nie wierzy?

Mam nadzieję, że już nikt w te kłamstwa nie wierzy. W normalnym kraju nie pozwolono by sobie na obrazę honoru generała, dowódcy sił powietrznych. Zastanawiam się, czemu to wszystko służyło?

Komisja Jerzego Millera stwierdziła, że głos słyszany w kokpicie przypisany został mojemu mężowi. Tak naprawdę nie wiemy, czy w tej krytycznej chwili on tam był.

Pani nikt przez ten czas nie proponował zidentyfikowania głosu męża?

Prokuratura powinna mnie była wezwać. Dla nich widać jest to nieważne. Rosjanie oczerniają naszego generała i nikt nic w Polsce nie robi. Kogo interesuje mój mąż? Znaleźli kozła ofiarnego i to wszystkim wystarczy.

Czuje Pani, że odniosła zwycięstwo w walce o prawdę i dobre imię męża?

Im o to chodziło, żeby znaleźć kogoś, kto nie może się bronić. Te niedociągnięcia organizacyjne. Jak można tak nie dbać o bezpieczeństwo prezydenta. Oni w powietrzu z pewnością liczyli na jakąś pomoc z dołu, że ktoś im podpowie, poinformuje o warunkach, sprowadzi samolot na lotnisko lub zdecydowanie zamknie lotnisko i zabroni lądować. Tymczasem byli zdani tylko na siebie. Z pewnością walczyli o życie do końca.

Dlatego Antoni Macierewicz, który przewodniczy komisji badającej przyczyny katastrofy, uważa, że pilotom oraz gen. Błasikowi, ratującym do ostatniej chwili prezydenta, należy się za to Krzyż Virtuti Militari.

Mój mąż jako dowódca był do końca ze swoimi żołnierzami. Rozumieją to wszyscy wojskowi, z którymi rozmawiam, szczególnie zagraniczni generałowie NATO.

Dla mnie słowa pana Macierewicza wypowiedziane publicznie w Rawie Mazowieckiej były bardzo miłe. Nie oczekuję jednak żadnych zaszczytów. Bardzo chciałabym, żeby ktoś z rządzących przywrócił honor mojemu mężowi.

Ci, którzy za wszelką cenę chcą obwinić naszych, a wybielić Rosjan, są zwykłymi zdrajcami. Dziennikarze, publicyści, eksperci lotniczy – oni na siłę, nie mając żadnych podstaw, kreują zupełnie inny obraz.

Od tego rządu nie mogę się niczego dobrego spodziewać. Liczyłam na nową władzę, na nowych ludzi, którzy wiedzą, co to jest honor.

Dowódcy amerykańscy stwierdzili, że generał, który ginie w katastrofie, powinien być traktowany jak żołnierz poległy na polu walki.

Mój mąż, gdy odczytywał listę tych, którzy zginęli w katastrofie pod Mirosławcem, traktował ich jako poległych.

Generałowie, którzy zginęli w katastrofie smoleńskiej, byli przecież na służbie. Lecieli do Katynia służbowo, towarzysząc prezydentowi. Polegli zginęli i należy im się najwyższy szacunek.

W świat poszła jednak informacja, że pijany generał doprowadził do katastrofy prezydenckiego samolotu. Ludzie w Polsce w to nie uwierzyli. Jest w tym niewątpliwie Pani zasługa. Stanęła Pani stanowczo w obronie dobrego imienia męża. Od tego czasu jest Pani bardzo aktywna. Zaangażowała się także w ostatnich wyborach. Na czym polegała Pani rola? Osobiście nie zdecydowała się Pani startować.

Chciałam przede wszystkim, żeby weszli do parlamentu ludzie mądrzy, bliscy ofiar: Zuzanna Kurtyka, Beata Gosiewska, Magda Merta, Andrzej Melak, ci wszyscy, którzy chcą prawdy.

Sama też miałam propozycję, ale ja do polityki się nie nadaję. Za dużo przeszłam po śmierci męża, żeby teraz o cokolwiek innego walczyć. Muszę sama ze sobą dać sobie radę.

Wspierałam przede wszystkim mojego pełnomocnika mecenasa Bartosza Kownackiego. Jeździłam z nim na spotkania z wyborcami. Mówiliśmy o Smoleńsku to, czego oficjalnie nie można usłyszeć ani przeczytać. Działalność ta przyniosła efekt. Cieszę się, że mecenas Kownacki dostał się do sejmu z listy Prawa i Sprawiedliwości.

Dużo ludzi było zainteresowanych spotkaniami z Panią i mecenasem Kownackim?

Na spotkaniach była wypełniona cała sala. Za każdym razem zgotowano nam ciepłe przyjęcie. Często widziałam, że ludzie płaczą, już nie wiedzą, jak mi współczuć. Dużo osób mówi, że mnie podziwia, iż stawiłam samotnie czoło, walcząc z obcym państwem. Mówili, że się modlą za mnie.

Pani wielokrotnie rozmawiała z generałami NATO, często przyjaciółmi Pani męża. Co ich przede wszystkim interesowało?

Wszędzie, gdzie się pojawiałam za granicą, generałowie NATO zwracali uwagę nie na to, że była zła pogoda podczas lotu do Smoleńska. Oni przede wszystkim mówili, że wizyta ta była przez Rosjan niechciana, a przez to też źle przygotowana. Zdziwieni byli tymi wszystkimi oskarżeniami kierowanymi przeciwko mojemu mężowi.

Zachodni oficerowie wspierają Panią. A polscy?

Polscy się boją. Nikt nie chce wychodzić przed szereg. Każdy martwi się o swoje stanowisko, rodzinę. Jeżeli minister Obrony Narodowej nie stanął po stronie swojego dowódcy, tak samo jak polski premier czy prezydent, którzy poświęcili go dla dobra sprawy na ołtarzu przyjaźni polsko-rosyjskiej, to nikt w takiej sytuacji nie chciał się wychylać.

Antoni Macierewicz na spotkaniu w Rawie Mazowieckiej powiedział, że to, co spotkało Pani męża, te wszystkie oskarżenia były zemstą Rosjan. Pani mąż – jak, przypomniał – wprowadzał do polskiego lotnictwa samoloty F-16 i dla tego tak haniebnie potraktowano go po śmierci, próbując ośmieszyć wobec całego świata.

Mąż zmieniał oblicze sił powietrznych w Polsce. Wprowadzał zasady, procedury NATO. Zmieniał nawet sposób zachowania pilotów. Oswajał swoich podwładnych ze standardami zachodnimi. Wcześniej dowodzenie polegało na wzbudzaniu strachu u żołnierzy. Dominował w wojsku styl sowiecki.

W Polsce ktoś Panią wspierał w tych trudnych chwilach?

PiS, Radio Maryja, duchowni zawsze byli ze mną. Gdziekolwiek byłam, nikt mi nie sprawił żadnej przykrości. Wojsko nie występuje oficjalnie, ale wiem, że także są ze mną.

Najbardziej było mi przykro, kiedy piloci z 36. Specpułku zeznawali przeciwko mojemu mężowi. Telewizja TVN nagłaśniała wszystkie te kłamstwa. Piloci mówili, że nie lubili z moim mężem latać. Same bzdury. Nie wiem, ilu pełnomocników podpowiadało im, co jeszcze mają powiedzieć.

Był to okres, kiedy atakowano również kpt. Arkadiusza Protasiuka. Sądzili, że zrzucą wszystko na gen. Błasika i tym samym obronią dowódcę załogi tupolewa.

Myślałam, że mi serce pęknie. Mój mąż dla swoich pilotów zrobiłby wszystko, zawsze o nich walczył. Kapitana Protasiuka uważał za doskonałego pilota i zamierzał go awansować. Skończyło się to tym, że rozwiązano 36. Specpułk. Zwalono winę na lotnictwo, a politycy dalej są bezkarni.

Generalnie rzecz biorąc, Marta Kaczyńska, która straciła oboje rodziców, najbardziej ucierpiała w tej katastrofie. Nasza rodzina, Błasików, zaraz po niej ma najgorzej. Nie chodzi o to, że mój mąż, ojciec naszych dzieci nie żyje, ale o to, że trzeba było stanąć i bronić jego dobrego imienia. Wiedziałam, że są to kłamstwa. Jak miałam to powiedzieć całemu światu, że to, co mówią o moim mężu, to nieprawda? Obawiałam się, że nie dam rady przekonać ludzi, żeby wierzyli mi, a nie tym potężnym mediom, tej całej machinie politycznej.

Dokonała Pani jednak tego cudu.

Dzięki Bogu i naszemu papieżowi Janowi Pawłowi II. Do niego przez ten cały czas się modliłam. Czułam jego wsparcie, czułam, że on czuwa nade mną. Wiedziałam, że mając takiego orędownika, nie mogę się poddać. Zawsze miałam w pamięci, jak on walczył z różnymi przeciwnościami, ze złem całego świata. W końcówce swojego życia nie miał już sił, a mimo wszystko się nie poddawał. Dał mi przykład, jak można wytrwale dźwigać swój krzyż. Był wielki do końca. Dzięki niemu dałam radę. Teraz, kiedy krzyż bezczeszczony jest w naszej ojczyźnie, strasznie przykro musi być naszemu papieżowi.

 

ROZMOWA Z ZUZANNĄ KURTYKĄ

Profesor Andrzej Nowak, który popierał Pani kandydaturę, podkreślił, że Pani może coś innego wprowadzić do polityki: wykorzystać swoją wiedzę i doświadczenie dla dobra kraju. Tymczasem w ostatnich wyborach okazało się, że ludzie, którzy nic nie mają do zaproponowania, zyskali mandat społeczny do rządzenia Polską.

Ostatnie wybory to świeże doświadczenie. Może trzeba dać sobie trochę więcej czasu, by wszystko się skrystalizowało i bardziej uformowało wewnętrznie. Poza tym dziwnymi kryteriami kieruje się społeczeństwo. Byłoby mi znacznie przyjemniej, gdybym przegrała z osobą, która zrobiła cokolwiek, prowadziła kampanię, spotykała się z ludźmi. Mój kontrkandydat, który wszedł z Platformy Obywatelskiej, nie ruszył nawet palcem. Uczestniczył jedynie w oficjalnych uroczystościach i audycjach telewizyjnych, gdzie był zapraszany i gdzie się pojawiał. Na tym się jego rola kończyła.

Były przecież spotkania i debaty, w których Pani uczestniczyła razem z nim. Jak wyglądały te spotkania?

Próbował mnie atakować. Udzielił wywiadu jednej z krakowskich gazet, atakując moją osobę. Powiem szczerze, że ja się nie zdobyłam na coś takiego. Oczywiście mogłam zacząć taką wojnę. Przychodzili do mnie ludzie, często byli to jego dawni współpracownicy, z informacjami o tym panu. Prawdę mówiąc, nie chciałam słuchać, co mieli do powiedzenia, a jak już zaczynałam, to mi się niedobrze robiło. Musiałabym się zniżyć do zerowego poziomu, gdybym chciała te informacje upubliczniać. Nie wyobrażam sobie siebie w takiej roli. Zresztą po tych ostatnich wyborach widać, że cokolwiek by się nie mówiło, to i tak nie ma to jakiegokolwiek znaczenia dla dużej części naszego społeczeństwa.

Mówi Pani, że pewnych rzeczy by nie zrobiła. Tymczasem, jak można zauważyć, w polityce nie ma sentymentów i używa się wszelkich środków, by pokonać, a czasem zniszczyć przeciwnika. Głoszenie samej prawdy, jak widać, nie opłaca się w walce o poparcie wyborców. 

Jeżeli używa się wszelkich metod i środków, czyli stosuje się filozofię Machiavellego, to ja się do takiej polityki nie bardzo nadaję. Drugą sprawą jest możliwość przebicia się z ważnymi informacjami, dotarcie do społeczeństwa. Z całym szacunkiem, rozgłośnia Radia Maryja nie wystarczy do informowania społeczeństwa o tym, co się dzieje. Wszystkie inne media zostały stracone. Znajdują się pod ścisłą kontrolą strony przeciwnej.

Uczestniczyła Pani w konferencjach prasowych, gdzie mogła coś powiedzieć na temat swojego programu i tego, jak Pani widzi swoją rolę w senacie. Czy tym nikt z dziennikarzy nie był zainteresowany?

Gdyby się okazało, że można wygenerować jakąś sensację, albo gdybym się potknęła i upadła, albo gdyby ktoś rzucił kamieniem w moją stronę, to myślę, że taka informacja miałaby szansę zaistnieć w mediach jako news. Natomiast merytorycznymi aspektami programu wyborczego lub tym, co ja mam do powiedzenia o tym, co się w kraju dzieje, media nie są zainteresowane z bardzo prostego powodu – ich mocodawcy nie są tym zainteresowani.
Podczas pierwszej konferencji prasowej, kiedy przedstawiłam mój program wyborczy: recepty dla Polski, nikt z dziennikarzy się tym nie zainteresował. Nie było żadnych pytań. Wykorzystano obecność prezesa Jarosława Kaczyńskiego, by zapytać go o proces sądowy, czyli zupełnie nie na temat.
Zresztą na innych konferencjach, w których uczestniczyłam, dziennikarze nigdy się o nic nie pytali. Kompletny brak zainteresowania. Przychodzili, bo widocznie mają obowiązek pojawiać się na takich spotkaniach, i nic więcej. Zero pytań. Informacyjna strona mediów w ogóle nie istnieje. Przynajmniej moje doświadczenie z kampanii wyborczej jest jednoznaczne. Media w Polsce nie są zainteresowane informowaniem społeczeństwa o czymkolwiek.

Udzielała przecież Pani wywiadów… 

Tak naprawdę to tych wywiadów nie było dużo. To też bardzo ciekawy aspekt kampanii wyborczej. Część prasy miała zakaz przeprowadzania wywiadów z kandydatami na posłów czy senatorów. Tak na przykład było w przypadku „Tygodnika Nowohuckiego”, gdzie okazało się, że jeżeli chcę wywiad, to muszę sobie za niego zapłacić. To istna paranoja! W normalnym, demokratycznym kraju to jest niewyobrażalne.

Nowa Huta była Pani okręgiem wyborczym.

Wydawało się, że poinformowanie wyborców jest podstawowym obowiązkiem prasy. To dziennikarze powinni zabiegać o wyciąganie od kandydatów informacji i przekazywać je dalej, bo od tego właśnie są. Tak mi się przynajmniej wydawało. A tu się okazuje, że jeżeli chcę, to muszę sobie zapłacić. To samo było z inną gazetą krakowską – „Dziennikiem Polskim”. To jest nie do uwierzenia.
Kampania wyborcza nie powinna się odbywać na ulicach. Nie powinna ograniczać się tylko do rozlepiania plakatów, banerów. Jest to taka forma, w której społeczeństwo traktowane jest jak zwierzęta doświadczalne, na przykład psy w doświadczeniach Pawłowa. Odbywa się to na zasadzie dosłownego wdrukowania nazwiska i numeru na liście poprzez oglądanie tysiąca czy dwóch tysięcy plakatów ze zdjęciem kandydata. Potem to zwierzę pójdzie głosować, zobaczy takie nazwisko i je skreśli.
Jak można w ten sposób traktować społeczeństwo”! To jest karygodne i niedopuszczalne. Media przez cały czas kampanii wyborczej powinny pokazywać kandydatów, ale nie na zasadzie igrzysk i walk gladiatorów, czyli napuszczania jednego na drugiego, ku uciesze prowadzących i oglądających. Chodzi o to, by kandydaci byli naprawdę wysłuchiwani, by rozmawiano z nimi o konkretnych problemach dotyczących Polski. Jednak, niestety, nie istnieje coś takiego.
Mamy za to proces uprzedmiotawiania za wszelką cenę społeczeństwa. Bliżej się temu przypatrzyłam w ostatniej kampanii wyborczej. Traktowanie ludzi jak przedmioty funkcjonuje na niebotyczną skalę. Szczerze mówiąc, jest to moje nowe doświadczenie. Nie sądziłam, że do tego stopnia można manipulować ludźmi.

Czy proponowano Pani udział w takiej walce gladiatorów?

Zaproponowała mi takie spotkanie „Gazeta Krakowska”, ale odmówiłam. (…)

Demokratyczne państwo może istnieć jedynie z wolnymi mediami, które są bardzo potrzebne, żeby cały system mógł funkcjonować, by nie zachodziły nadużycia. Media sprawują rolę kontrolną. Czy wobec tego możemy mówić, że system demokratyczny w naszym kraju jest zagrożony?

Pytanie o wolne media jest już pytaniem z pogranicza filozofii. Prawdę mówiąc, trzeba by było odpowiedzieć sobie najpierw, co to są wolne media. Dzisiaj jest to bardzo trudne pytanie.

Czy w Polsce są jeszcze wolne media?

Dla mnie jest to ciągle pytanie otwarte. Tak naprawdę każdy duży koncern medialny ma jakiegoś właściciela. Dziennikarze są absolutnie od niego zależni. W Polsce powoli powstaje wyraźny monopol medialny, zwłaszcza jeżeli chodzi o telewizję, która ogniskuje zachowania społeczeństwa. Te koncerny generują olbrzymie pieniądze. Ktoś, kto chce funkcjonować niezależnie, nie jest w stanie się przebić ze względu na ograniczone środki finansowe. Ten ma media, kto ma pieniądze. Tak wygląda w tym momencie prywatyzacja środków przekazu.
Pytanie o media publiczne jest już zupełnie innym pytaniem; pytaniem o demokrację w Polsce.

W Polsce nadal funkcjonują takie tygodniki jak „Uważam Rze” czy „Gazeta Polska”, mające nieco inne spojrzenie na sprawy kraju niż zdecydowana większość prasy lewicowo-liberalnej. Ostatnio pojawił się także dziennik „Codzienna Gazeta Polska”.

Jakie będą dalsze losy tygodnika „Uważam Rze”, nie wiadomo. Nowy właściciel może zażądać od redakcji takiego a nie innego funkcjonowania i zmieni się natychmiast profil pisma, tak jak się zmienił po zmianie zarządu program TVP 1.
Nie ma żadnego problemu, jeśli chodzi o zwolnienie obecnej ekipy i zastąpienie jej nową. Jak już wielokrotnie było to widać, nie liczy się to, czy ktoś jest dobrym dziennikarzem, czy wyłącznie „pogodynką”. Wszystko jest na odwrót: im gorszy, tym lepszy do manipulacji i wypełniania zarządzeń. Ktoś taki nie będzie się stawiał, dyskutował, tylko grzecznie wykona każde polecenie.
Jeżeli chodzi o „Gazetę Polską”, to ustawiła się ona na bardzo radykalnym skrzydle i przez to duża część społeczeństwa – umiarkowana lub ta, która sama nie wie, co myśleć – nie weźmie jej do ręki. Tak więc jest to prasa dla ludzi, którzy i tak wiedzą, jak myśleć. Nie są to gazety, które mogą pomóc w dotarciu do większej części naszego społeczeństwa.
Na dobrą sprawę sedno problemu nie tkwi w gazetach. My do tego podchodzimy, jak ludzie nawykli do czytania, dla których słowo drukowane zawsze było wartością. Gros społeczeństwa, jak się dowiadujemy, w ogóle nie czyta. To jest kwestia telewizji. Dla wielu jest to sposób na spędzanie czasu. Tu już jest większy problem, jeżeli chodzi o przekaz społeczny. Nie ma takiej stacji, która informowałaby w sposób rzetelny i prawdziwy. Nie mówię tu o telewizji Trwam, która jest ewidentnie niszowa i dociera do ludzi, którzy już i tak wiedzą, co mają sądzić o ważnych sprawach. Za chwilę i tej telewizji nie będzie, bo jej koncesja znajduje się pod wielkim znakiem zapytania. Jak się dowiedziałam, będzie kosztować horrendalną kwotę. W momencie, kiedy przechodzimy na system cyfrowy, przy wykupieniu koncesji na telewizję cyfrową trzeba będzie zapłacić straszne pieniądze. Na dobrą sprawę przy tej cyfryzacji wszystkie mniejsze stacje muszą upaść. Na rynku zostaną tylko najwięksi i najbogatsi. Oprócz trudności, które się piętrzy przed telewizją Trwam, jest jeszcze dodatkowy próg do przekroczenia – próg finansowy.

Zostaje nam więc tylko internet…

Póki co, zostaje nam internet. Myślę, że też do czasu. Nie jest to rzecz, nad którą nie można zapanować. Zresztą internet, jako źródło informacji, jest wykorzystywany przez wszystkie możliwe strony na różne sposoby. Trudno się tutaj połapać. Ci, którzy stoją po stronie przeciwnej, mają ogromne doświadczenie, finanse i niektóre portale internetowe, które wydawałoby się, że są prawicowo-konserwatywne. Jednak po pewnym czasie zaczynają funkcjonować jak osławiona V Komenda WiN (Wolność i Niezawisłość), którą – jak wiemy – powołało UB po aresztowaniu kierownictwa IV Komendy. Więcej jest tam ludzi podstawionych niż tych autentycznie przekonanych do prowadzenia właściwej działalności.

Jaki portal ma Pani na myśli?

Mówię o Nowym Ekranie. O tym wiem, ale z pewnością nie wszystko. Sądzę, że ta działalność jest kontrolowana i manipulowana.
Niedawno dowiedziałam się, że zakładka „Smoleńsk” zniknęła z Salonu 24. Pojawia się pytanie, komu przeszkadzała? Temat się wyczerpał? Przestał być aktualny? Może przestał być modny i dlatego zniknęła?

 

ROZMOWA Z EWĄ KOCHANOWSKĄ

Czy Pani znała tych, którzy zginęli pod Smoleńskiem?

Tak, znałam wiele z tych osób. To jeszcze bardziej potęguje mój smutek.

Jak Janusz Kochanowski podchodził do rozgrywek związanych z wyjazdem do Katynia? Teraz dowiadujemy się, w jakich okolicznościach organizowano wizytę prezydenta?

Co do wydarzeń politycznych, to muszę przyznać, że mąż był ich uważnym i krytycznym obserwatorem.
Rzeczywiście, owe rozgrywki były bardzo czytelnym politycznym sygnałem. Wydawało się, że wszystko zaczęło się po obchodach rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej i bardzo mocnym przemówieniu prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Bardzo nieprzyjemną minę miał wtedy premier Rosji. Potem było spotkanie na molo w Sopocie, gdzie przez pół godziny premier Donald Tusk rozmawiał z premierem Putinem. Od tego momentu nastąpiło jakieś nieuzasadnione zbliżenie polsko-rosyjskie. Kiedy mąż tuż przed Świętami Wielkanocnymi, w Wielki Czwartek, przyniósł wiadomość, że będzie w samolocie prezydenckim lecącym do Katynia, bardzo był z tego zadowolony, po czym z właściwym sobie sarkazmem powiedział: „Żeby nam się tylko ten number one nie roztrzaskał”.

Dlaczego tak powiedział?

Nie wiem. Wydaje mi się, że nagle zdał sobie sprawę z rangi osób obecnych na pokładzie tego samolotu.

Pani mąż obserwował nieustanne ataki na prezydenta Kaczyńskiego. Co mówił na ten temat?

Doskonale wszyscy widzimy, że jedynym programem partii rządzącej jest atak na braci Kaczyńskich i PiS. To jest jedyna rzecz, którą robią z pasją i konsekwentnie. Obserwujemy to wszyscy od kilku lat.
Można dużo mówić o tej manipulacji. Mam już na tym tle obsesję. Nie przyjmuję tego, co usiłuje mi się wmówić. Z zasady nie kupuję reklamowanych dóbr. Wydaje mi się, że dobrych rzeczy nie trzeba reklamować, one się same obronią. Natomiast jeżeli coś jest reklamowane, to znaczy, że ktoś usiłuje mi coś sprzedać za wszelką cenę. Podobnie jest z wypowiedziami polityków. Kiedy je słyszę, zapala mi się wielkie czerwone, migające światło. Uważam, że wzbudzana niechęć i nienawiść są cyniczną grą na fobiach ludzkich i to takich najbardziej prymitywnych, na wzbudzaniu poczucia strachu, zagrożenia, że coś zostanie odebrane albo coś będzie się musiało robić, będzie się musiało za coś płacić, będzie się podsłuchiwanym i szpiegowanym. Rozgrywa się to wszystko w sferze takich właśnie elementarnych instynktów ludzkich.

Jak w takim razie mąż podchodził do polityki historycznej prezydenta Lecha Kaczyńskiego budującej naszą tożsamość?

Pewnego rodzaju historię mieli wspólną. Pogląd na Polskę, tradycję, literaturę mieli bardzo podobne. Mam teraz raczej gorzką satysfakcję, że sprawy, o które walczył mój mąż, zyskują powszechną aprobatę. Niedawno właśnie Trybunał Konstytucyjny uznał stan wojenny za sprzeczny z konstytucją. W prasie odezwały się głosy, że właściwie wszyscy o tym od początku wiedzieliśmy. No tak, ale trzeba było trzydziestu lat i wniosku Rzecznika Praw Obywatelskich, żeby ta prawda została uznana oficjalnie. Jeszcze dwa lata temu, kiedy ten wniosek złożono, odbyła się bardzo burzliwa dyskusja na ten temat. Wypowiedź mojego męża została skontrowana przez prof. Andrzeja Zolla, który był zupełnie innego zdania.
Teraz wypowiedzi na temat oczywistości tego, że stan wojenny był bezprawny, słucham z dużym politowaniem.

Jednak gen. Jaruzelski nie przez wszystkich postrzegany jest negatywnie. Obecny prezydent honoruje twórcę stanu wojennego i zaprasza go do Rady Bezpieczeństwa Narodowego?

W czasie któregoś wywiadu Monika Olejnik pytała mojego męża, jak się ustosunkowuje do wypowiedzi gen. Jaruzelskiego, który, zeznając przed sądem, przytaczał swoje argumenty i prowadził obronę. Wtedy bardzo powszechnie cytowano te wypowiedzi w prasie. Mąż powiedział wówczas: „Każdy ma prawo do obrony, ale moim zdaniem generał jest zbrodniarzem i zostańmy przy tym”.

Jaki był ten ostatni moment, kiedy widziała Pani męża?

Banalny i codzienny. Chciałabym zapamiętać coś wyjątkowego z tej ostatniej chwili. Wychylona przez balustradę balkonu wołałam za mężem: „Masz wszystko? Paszport?”. Zdarzało mu się zapomnieć go, a nie chciałam, by się wracał.. Odpowiedział tylko: „Tak, tak”, i zbiegł po schodach.

Pani zamierzała tego dnia oglądać transmisję uroczystości z Katynia?

Tak, zamierzałam. Po jego wyjściu, dosyć wcześnie rano, wróciłam do łóżka, trochę jeszcze przysnęłam. Potem poszłam na spacer z psem. Wróciłam. Nie zdążyłam jeszcze włączyć telewizora, jak zadzwoniła do mnie przyjaciółka z pytaniem, czy Janusz poleciał. Potem powiedziała: „Włącz telewizor”. Tam już podawano informację o katastrofie.
Siedziałam, czekając na córkę. Chciałam tam jechać, szukać go. Wydawało mi się niemożliwe, że w samolocie, który spada z wysokości drzew, były takie zniszczenia i nikt się nie uratował. Wyglądałam przez okno i, patrząc na drzewa, sprawdzałam najwyższe, nawet siedemdziesięcioletnie. Doszłam do wniosku, że to nie jest możliwe, żeby samolot uderzył skrzydłem z tej wysokości. Pamiętam to niedowierzanie, które mi towarzyszy właściwie do tej pory.

Informacje, które teraz do nas docierają, opinie niezależnych ekspertów często potwierdzają te Pani wątpliwości”

Zauważył Pan, że ostatnio już się o tej brzozie nie mówi. Rosjanie tę kwestię pominęli milczeniem. Obawiam się, że to są takie „wrzutki”, które mają na celu rozkręcenie sprawy aż do absurdu. Zdumiewająca jest informacja o obecności gen. Błasika w kokpicie. Nie mogę o tym wszystkim mówić, ponieważ obowiązuje mnie tajemnica śledztwa. Ale chociaż tyle mogę powiedzieć, że identyfikacje były przeprowadzone w sposób budzący najwyższe wątpliwości. I to jest niedomówienie stulecia. Cokolwiek się ruszy w oficjalnych dokumentach, nie trzyma się kupy.

Są gazety, które prowadzą własne śledztwa. Czy czyta Pani te artykuły na bieżąco?

Czytam regularnie. Dokładnie śledzę te informacje. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła postępować inaczej. Nie zawsze potrafię wyciągnąć z nich wnioski. Jestem polonistką z wykształcenia, nie mam żadnej wiedzy technicznej.

Czy po lekturze artykułów prasowych można więcej się dowiedzieć, niż czytając akta prokuratorskie?

Bez wątpienia. Moja córka jest prawnikiem, czytała te akta. Miała nadzieję, że może wyłapie interesujące fakty. Zna się na tym i potrafi czytać takie dokumenty. Była w szoku. My nic nie mamy. Nie wiem, na czym bazuje komisja Jerzego Millera, na jakiej podstawie będzie sporządzać raport. Dowody w tej sprawie nie istnieją. To, co posiada prokuratura, to są naprawdę szczątkowe rzeczy. Wszystko jest w rękach Rosjan.

Czy słysząc po raz pierwszy o katastrofie, miała Pani jakieś wątpliwości? Nie pomyślała Pani, że mógł to być zamach terrorystyczny? Przecież co jakiś czas słyszymy o aktach terroru dokonywanych na całym świecie.

Jeżeli była to katastrofa i przypadek, to bardzo wygodne i jakby na zamówienie. Trudno się nie oprzeć takiemu myśleniu. Można powiedzieć, że jest to oszołomstwo, zaćmienie umysłu. Była to jednak sytuacja, która aż się prosiła, by ją wykorzystać.

Czy to, co zaszło w Polsce w tych pierwszych godzinach po katastrofie, również zdaniem Pani budzi wiele wątpliwości?

Tak. Sposób przejęcia władzy. Przemówienie, które ukazało się przed katastrofą. Mówię o przemówieniu Bronisława Komorowskiego, marszałka sejmu, które było przygotowane na okoliczność katastrofy. Nie znam się na internecie tak dobrze, żeby to do końca jednoznacznie ocenić, brzmiało to jednak szalenie wiarygodnie. Ukazało się ono w którymś z serwisów o piątej rano, kiedy samolot z prezydentem Lechem Kaczyńskim jeszcze z Polski nie wyleciał. Z tą godziną ktoś to zarejestrował. Potem oficjalne przemówienie ukazało się około trzynastej. Nie wiadomo również, kto je przygotował. Komorowski twierdzi, że był wtedy w drodze do Warszawy. Dosyć to wszystko dziwne. Nikt się jednak tym nie interesuje.

Jaki ktoś miałby cel w tym, by wypuścić takie przemówienie?

W każdym było ono przez krótką chwilę i potem zniknęło. Wcześniej zostało jednak zarejestrowane. To wszystko jest bardzo dziwne.

Każda rzecz, którą się głębiej analizuje, okazuje się?

.. być nieprawdą albo nie mieć miejsca. Tak jak było w przypadku gen. Błasika i jego rzekomego pobytu w kokpicie. Być może zajrzał tam, ale w czasie katastrofy na pewno go tam nie było.

Zawiadomiono Panią oficjalnie o tym, co się stało?

Oficjalnie nie. Dzwoniłam na numer podany na pasku w telewizji. Skontaktowała się ze mną pracownica biura rzecznika. Jedna z pań pomaga mi do tej pory, jest dla mnie dużym wsparciem w tych trudnych chwilach.

Czy Pani od razu podjęła decyzję o wyjeździe do Moskwy?

Oczywiście. Nie wyobrażałam sobie, żeby mogło być inaczej. Poleciałyśmy tam z córką zaraz w pierwszej grupie.

Słyszałem, że odwodzono rodziny od takiej decyzji?

Było kilka momentów, które z perspektywy czasu można za takie uznać. Uprzedzono nas, że wyjazd będzie o piętnastej w niedzielę 11 kwietnia i że do dwunastej przyjdzie ABW na pobranie materiału genetycznego od dzieci. Dałam też rzeczy męża, których używał. Pojechaliśmy na miejsce zbiórki, gdzie gromadziły się rodziny przed wyjazdem. Po kilku godzinach oczekiwania przyjechał przedstawiciel MSZ i powiedział, żebyśmy zdawali sobie sprawę z tego, że była to katastrofa, że ciała są bardzo zmasakrowane, że do tej pory udało się zidentyfikować tylko nieliczne ofiary. Mówił, że mało prawdopodobna jest identyfikacja pozostałych ciał. Odradzał wyjazd. Sugerował raczej podanie materiału genetycznego.
Może chcieli oszczędzić nam bólu? Nie wiem. Można na to różnie patrzeć w zależności od nastawienia. Mogło to być zarówno odwodzenie, jak i próba ochrony.

Jaka była reakcja zebranych?

Kilka osób zrezygnowało, ale nieznaczna ilość. Najwyżej trzy rodziny, może nawet dalsi krewni, którzy nie znali znaków szczególnych tych, którzy zginęli. Przecież myśmy sobie nie wyobrażali, że to będzie taka masakra. Nam się wydawało, że zobaczymy nieżyjących, jakby usnęli, może najwyżej z jakimiś urazami i to wszystko. Nie sądziliśmy, że ciała będą tak zmasakrowane.

A co było w Moskwie?

To też było zdumiewające. Proszę sobie wyobrazić, jesteśmy kolejną dobę w traumie. Dolecieliśmy do Moskwy na dwunastą w nocy tamtejszego czasu. Dwadzieścia kilometrów, które dzieliły nas od hotelu, gdzie nas zakwaterowano, jechaliśmy półtorej godziny. Poruszaliśmy się jak za konduktem żałobnym w kompletnie pustej Moskwie. Jechaliśmy w żółwim tempie przy nastawionym maksymalnie ogrzewaniu. Siedziałam pod termometrem. Wiem, że było 33 stopnie ciepła. Podczas gdy kierowca chłodził się przy uchylonym oknie, my byliśmy gotowani na miękko. Zaczęłam podejrzewać wtedy, że mamy być jacyś tacy otumanieni, skołowani, zmęczeni. Nie wyobrażałam sobie, że można jechać dwadzieścia kilometrów tak strasznie powoli z innego powodu. Zresztą konsul, która była razem z nami w autokarze, poganiała kierowcę, mówiąc: „Nie da się szybciej? Przecież ulica jest pusta?”. Kierowca odpowiadał: „Nie mogę, bo przede mną jedzie radiowóz milicyjny i to on wyznacza tempo”. To było zdumiewające. Jechaliśmy jak z jakimś ładunkiem nitrogliceryny na filmach amerykańskich.
Przed godziną drugą nad ranem dojechaliśmy do hotelu, gdzie odbyło się spotkanie. Byliśmy już czterdzieści osiem godzin na nogach, bo oczywiście o spaniu poprzedniej nocy nie mogło być mowy. Minister Ewa Kopacz poinformowała nas, że kilka osób zostało zidentyfikowanych. Potem nastąpiło kuriozalne wystąpienie ministra Tomasza Arabskiego. Na sali poza rodzinami ofiar znajdowali się Rosjanie. Oni mieli tłumaczy, którzy na bieżąco tłumaczyli im to, co minister Kopacz i minister Arabski mówią do nas.

Kim byli ci Rosjanie?

Nie wiem. Przypuszczam, że funkcjonariusze jakiś służb. Nie wyobrażam sobie, że mógł to być ktoś inny.
W pewnym momencie minister Arabski powiedział, że w instytucie w Moskwie zostanie przeprowadzona na podstawie badań genetycznych identyfikacja szczątków ofiar. Potem trumny zostaną zamknięte i nie będą otwierane w Polsce.

Już wtedy padła informacja o nieotwieraniu trumien?

Tak. Potem dopiero zrozumiałam znaczenie tych słów. Wtedy nie zastanawiałam się nad tym. Dla mnie było to oczywiste. Razem z mężem byliśmy na placówce dyplomatycznej w Londynie. Janusz był konsulem generalnym i, jak pamiętam z doświadczenia, każdą trumnę wiezioną do Polski plombowano, bo takie są wymogi przy przekraczaniu granicy. Natomiast jeżeli istnieje podejrzenie popełnienia przestępstwa czy jeśli rodzina życzy sobie ustalenia przyczyny zgonu, to ciała później są ekshumowane i poddawane badaniom.
Nie przywiązywałam do tego zakazu większej uwagi. Niektóre rodziny, a w szczególności Andrzej Melak, zaczęły protestować. Mówiły: „Jak to możliwe? Nie będziemy otwierać trumien!?”.
Wydawało mi się, że nie ma się czym przejmować. Przecież przywieziemy do Polski ciała bliskich, otworzymy trumny i zbadamy. Tu możemy mówić i zrobić, co zechcemy.
Z perspektywy czasu wydaje mi się, że minister Arabski celowo o tym wówczas mówił. Nie chodziło o poinformowanie nas. On mówił do Rosjan. Chciał jakby powiedzieć: „Mamy tydzień – taki okres założono na trwanie żałoby. Żeby tego nie przedłużać, pakujcie, co tam macie, a my dopilnujemy, żeby nie otwierano trumien w Polsce”.
Potem podzielono nas na grupy. Byłam w tej szczęśliwej sytuacji w całym tym nieszczęściu, że przydzielono mnie do pierwszej. Mój mąż był zidentyfikowany o trzeciej po południu poprzedniego dnia. Był zmasakrowany, ale nie w sposób utrudniający identyfikację.
Inni byli w gorszym położeniu. Widziałam jedną matkę, która oglądała kilka ciał. To było straszne patrzeć, jak ona wchodzi do pomieszczenia, gdzie odbywała się identyfikacja, po chwili wychodzi i znów przygotowują kolejne ciało do identyfikacji.

Czy kiedy zawiadomiono Panią o zidentyfikowaniu Janusza Kochanowskiego, zdecydowała się Pani wracać do Polski?

Tak. Wtedy byłam taka bezgranicznie naiwna. Teraz bardzo żałuję, że nie dopilnowałam tego tak, jak pani Zuzanna Kurtyka, która zidentyfikowała ciało męża i wszystkiego dopilnowała osobiście.

Czy w Moskwie zapewniono Państwu dostateczną opiekę?

Ze mną była lekarka rosyjska, bardzo pomocna. Córka w pewnym momencie zaczęła się dusić. Dostała jakiś lek, po którym poczuła się lepiej. Przy pożegnaniu zapytałyśmy, czy możemy dostać go jeszcze na później. Teraz używamy go w stresie.
Ludzie tam byli bardzo zainteresowani, ale jednocześnie bardzo współczujący. Chciałyśmy włożyć do trumny nasze zdjęcia, ale nie wzięłyśmy ich z Polski. Udostępniono nam więc internet i ściągnęłyśmy je z Facebooka. Wydrukowałyśmy na kolorowej kserokopiarce. Dziewczyna, która obsługiwała to urządzenie, kiedy zorientowała się, po co my to robimy, tak strasznie zaczęła płakać, że to my musiałyśmy ją pocieszać.

Czy ze strony Rosjan było widać współczucie?

Oczywiście, że tak. Wiele było takich momentów. Ale pewnego razu moja córka została sama w hallu hotelu. Umundurowana kobieta wypytywała ją szczegółowo: kim jest? co tata tutaj robił? po co leciał? Trudno powiedzieć, czy była to jakaś źle wyartykułowana ciekawość, czy przesłuchanie. Nie miało to na pewno takiego charakteru jak opowiadała Małgosia Wasserrman. Ją trzymano kilka godzin na osobności, wypytując o różne rzeczy.

Kiedy wróciła Pani do Polski trwały przygotowania do przyjęcia trumien z ciałami ofiar katastrofy?

Jak wyjeżdżałyśmy do Rosji, to do Warszawy przylatywała trumna z ciałem prezydenta. Kiedy byliśmy już w Moskwie, dotarła do nas informacja o zidentyfikowaniu ciała Marii Kaczyńskiej.

 

ROZMOWA Z MAGDALENĄ MERTĄ

Czy informacje o wyjeździe premiera do Katynia w jakikolwiek sposób utrudniały przygotowania do wizyty prezydenckiej delegacji?

Tomek był lekko zawiedziony, że wizyty tych delegacji przebiegną osobno. Z pewnością chciał, by Polacy jednoczyli się wokół sprawy katyńskiej. Był jednak niezmiernie zadowolony, że wizyta prezydencka dochodzi do skutku, ponieważ długo stała pod znakiem zapytania. Cieszył się, że polskie władze, wszystko jedno, czy wspólnie, czy osobno, będą miały szansę oddać hołd katyńskim ofiarom. Widział w tym bardzo wielką wartość.

7 kwietnia doszło do ważnego wydarzenia. Nad mogiłami żołnierzy polskich w Katyniu pochylili się premierzy Donald Tusk i Władimir Putin. Pani mąż wierzył, że Katyń może pojednać Polaków z Rosjanami?

Tomek nie wierzył Rosjanom. Na pytanie, czy kiedyś nasze kontakty będą układać się dobrze, odpowiadał: „Tak już było, za Jelcyna”. Uważał, że mentalnie narody Wschodu niewiele się zmieniły, i że gdyby Rosjanie dostali rozkaz powtórzenia zbrodni katyńskiej, to by go wykonali. Oni nie postrzegają tego jako straszliwej zbrodni, która nie ma prawa więcej zaistnieć. Mąż wskazywał, iż Niemcom, poddanym denazyfikacji po II wojnie światowej – jak mówił – przeorano umysły. Pokazano ogrom zła, jakim był totalitarny system – faszyzm. Na Wschodzie nigdy do tego nie doszło i w Rosji dowody na to są na każdym kroku. W Smoleńsku nad główną aleją miasta do dziś króluje pomnik Lenina. Widać, że nie do końca zrozumiano, jak potworny był system komunistyczny.

Jak wiele osób, które zginęły w katastrofie, znała Pani osobiście?

Myślę, że znałam wszystkich poza pilotami, obsługą samolotu i funkcjonariuszami BOR-u i żołnierzami, z wyjątkiem dowódcy Garnizonu Warszawa gen. Kazimierza Gilarskiego, z którym wspólnie organizowaliśmy uroczystości patriotyczne. Był to człowiek niezwykle przychylny idei oddawania czci bohaterom czynu zbrojnego. Nie znałam też niektórych księży. Ze znakomitą większością spośród pozostałych zetknęłam się wielokrotnie. Przepadałam za Tadeuszem Lutoborskim, poprzednim szefem Stowarzyszenia Rodzin Katyńskich. Dużo teraz o nim myślę. Często mówił o bezsilności w walce o prawdę, o starciu z kłamstwem, z brakiem woli wyjaśnienia katyńskiej zbrodni. Dziś mam wrażenie, że tamte uczucia stały się moim udziałem. Zawsze z wielką serdecznością witała się ze mną Anna Walentynowicz. Zdarzało nam się spotykać w różnych publicznych sytuacjach. Uwielbiałam również Marię Kaczyńską. Była pełna ciepła i uroku.

Znała Pani osobiście Panią Prezydentową?

Tak, miałam ten zaszczyt. Ostatni raz zetknęłam się z nią przy okazji inauguracji Roku Chopinowskiego. Spotykałyśmy się w różnych okolicznościach i miałyśmy okazję ze sobą rozmawiać. Zawsze byłam pod wrażeniem jej niebywałego taktu, ujmującego sposobu bycia. To była nie tylko pierwsza dama, to była po prostu wielka dama.

A prezydenta Lecha Kaczyńskiego jak Pani wspomina?

Za czasów warszawskiej prezydentury Lecha Kaczyńskiego byłam pracownikiem samorządu i miałam szansę się z nim zetknąć. Wtedy w Urzędzie Miejskim pracowali także: Sławomir Skrzypek, Władysław Stasiak, Paweł Wypych, Barbara Mamińska. Myśmy blisko współpracowali ze sobą i siłą rzeczy znaliśmy się. Miałam powody, żeby tych ludzi cenić. Byli niezwykle ideowi.

W 1940 roku w Katyniu Rosjanie zamordowali polskich oficerów, dla których najwyższą wartością był Bóg, Honor, Ojczyzna. Teraz – kiedy poznajemy bliżej ludzi, którzy zginęli w Smoleńsku – okazuje się, że większość z nich również podzielała te ideały.

Etos tych, którzy zginęli siedemdziesiąt jeden lat temu w Katyniu, i tych, którzy skończyli życie w Smoleńsku, posłuży hartowaniu ducha i budowania mocy polskiego serca. Mam nadzieję, że nigdy nie zabraknie ludzi prawych, szlachetnych, zdolnych oddać wszystkie swoje siły w służbie Rzeczypospolitej. Wolę mieć taką nadzieję niż poczucie, że 10 kwietnia wszystko się skończyło.

Zbrodnia katyńska obejmuje ponad dwadzieścia tysięcy żołnierzy, oficerów rezerwy, na co dzień pracujących jako prawnicy, naukowcy, nauczyciele. Była to ścisła elita II Rzeczypospolitej. W katastrofie smoleńskiej zginęła niecała setka osób zajmujących ważne stanowiska w państwie, w większości bezgranicznie oddanych niepodległej ojczyźnie. Czy nie ma Pani wrażenia, że po ich stracie, tak jak i po zagładzie katyńskiej elity, kraj nasz pogrąża się w chaosie?

Na pewno mam wrażenie, że Rzeczpospolita nam spsiała po 10 kwietnia. Wszystko toczy się i wygląda gorzej, tak jakby rzeczywiście ci ludzie byli strażnikami suwerenności naszego kraju. Widziałam tę Polskę spsiałą za czasu PRL-u. Bywały w naszej historii momenty trudne, ale podnosiliśmy się do niezależnego, suwerennego bytu. Pozwólmy sobie na nadzieję i wiarę, że i tym razem tak będzie.

Ale przecież teraz Polska jest suwerennym krajem.

Nie jesteśmy suwerenni w decyzjach i myślę, że jako społeczeństwo jesteśmy w szczególny sposób zdradzani. Uważam, że polski interes narodowy jest zagrożony.

Nie jest tak, że to nie działo się przed 10 kwietnia. Byli jednak ludzie, którzy pilnowali, żeby Polsce nie stała się krzywda. W Smoleńsku zginęli na przykład ludzie, którzy walczyli o dywersyfikację dostaw gazu, i tym samym o naszą niezależną politykę energetyczną.

Uważam, że obecnie znowu wpisujemy w nasze dobrosąsiedzkie stosunki postulaty, które nam samym przynoszą szkodę. Strasząc nas groźbą złych stosunków z Rosjanami, chce się osiągnąć taki efekt, żebyśmy z obawy wybrali do rządzenia tych, których uważamy za gwarantów dobrych relacji ze Wschodem. Okazuje się jednak, że ich rękoma będziemy się pozbywać wpływu na to, co się dzieje choćby na Śląsku. Straszy się nas Rosją, a tak naprawdę zagrożenie wyrasta gdzie indziej. Dobrze, żebyśmy się nie nabrali na te groźby.

Postawa wiernopoddańcza wobec Rosji nigdy nam nie służyła. Na Wschodzie gardzi się tymi, którzy okazują swoją słabość. Wydaje się, że rząd polski po raz kolejny przekonał się o tym?

Byłoby dobrze, gdyby towarzyszyła nam taka świadomość, jaka towarzyszyła Polakom przed wybuchem II wojny światowej. U schyłku II Rzeczpospolitej kraj nasz borykał się z nieprawdopodobnymi trudnościami. To, co było wtedy w Polakach, i to, co odróżnia dzisiejszy nasz stan świadomości, to wiara, że potrafimy wygrywać. Wówczas stał za nami rok 1920, wcześniej 1918, bohaterska obrona Lwowa, mocna wiara w zwycięstwo. Dzisiaj mam wrażenie, że wpojono nam przekonanie (zresztą było ono w nas już w PRL-u, w stanie wojennym), że jeżeli Rosjanie będą chcieli nas pokonać, to nie mamy żadnych szans. Nie trzeba tak myśleć! Przykładem może być maleńka Estonia z niewielką społecznością, która żyje w przekonaniu, że Rosjanie są do pokonania. Zdecydowano się usunąć w Tallinie sowiecki pomnik i – mimo histerycznej reakcji Rosji – zwyciężono.

Bardzo bym nie chciała, żeby to, co dzieje się w pierwszą rocznicę tragedii smoleńskiej, przyćmiło wagę rocznicy katyńskiej. Wierzę, że opowieść o katastrofie smoleńskiej można wpisać w narrację katyńską. Myślę, że byłoby to najpiękniejsze spełnienie testamentu zostawionego przez tych, którzy zginęli.

 

ROZMOWA Z BEATĄ GOSIEWSKĄ

 

Czy – poza informacjami, które docierały z mediów – miała Pani inne źródło wiadomości o tym, co się stało?

Nikt mnie nie informował o niczym. Po dwóch dniach zadzwonił marszałek Bronisław Komorowski. Kurtuazyjnie złożył kondolencje mamie Przemka. Poza tym nie było żadnej oficjalnej informacji. W niedzielę rodzina poleciała do Moskwy.

Pani nie zdecydowała się lecieć, żeby zidentyfikować męża?

Nie zdecydowałam się.
Chciała lecieć mama Przemka. Wszyscy uważaliśmy, że jest to zły pomysł. Z Nysy przyjechał jej brat ze swoją żoną. Wspólnie ustaliliśmy, że to oni pojadą do Moskwy. Uważam, że była to właściwa decyzja.

Co mówili o przebiegu identyfikacji?

Tak naprawdę do tej pory chcą mówić jak najmniej. My staramy się wyciągnąć od nich jak najwięcej informacji. Oni chcieliby jak najszybciej zapomnieć o tym koszmarze.
Szokujące dla nas było to, czego dowiedzieliśmy się z mediów – że ciało mojego męża zostało zidentyfikowane. Gdy zadzwoniliśmy do wujka do Moskwy, powiedział nam, że nie doszli nawet do prosektorium. To są właśnie te dwa światy, o których już mówiłam.
Okazało się, że pani minister Ewa Kopacz, która miała jakieś informacje, wtedy – na tamtym etapie – błędne, nie dzwoniła do rodzin i nie przekazywała im tych wiadomości, tylko robiono kolejne konferencje prasowe. Nawet wtedy, w obliczu tragedii, dbano o wizerunek rządzącej ekipy, opowiadano o kolejnych sukcesach, ile ciał zidentyfikowano i tak dalej. Teraz, z perspektywy czasu, uważam, że było to nieludzkie, okrutne.

Rząd otoczył rodziny ofiar opieką, przynajmniej takie informacje były podawane opinii publicznej. Czy Pani, jako obywatelka Polski, czuła taką pomoc?

Jako obywatel Polski, który przeżył czterdzieści lat, bo niedawno obchodziłam urodziny, dowiedziałam się po tej katastrofie, jak funkcjonuje państwo polskie. Okazało się, że instytucje państwowe tak naprawdę nie działają bądź działają fatalnie.
Pytanie, kto ma prawo do oceny tego, czy rodziny były objęte opieką i czy państwo polskie w tej trudnej sytuacji zdało egzamin. Czy mają do niej prawo sami zainteresowani, czy tylko ci, którzy, jak ich nikt nie chwali, to sami się chwalą.
Tuż po katastrofie nam, rodzinom, w większości nie była potrzebna pomoc finansowa, o której to tak hucznie wypowiada się rząd. W mojej ocenie jest to celowe działanie.
Niestety, w Polsce nie dzieje się dobrze. Bieda szerzy się coraz bardziej i ludzie, którzy słyszą, ile to pieniędzy dostały rodziny, różnie reagują, często negatywnie, i chyba komuś o to chodzi. Kiedy zobaczyłam, co się dzieje i co mówi telewizja, wtedy postanowiłam, że muszę bronić prawdy. To nie może być zamiecione pod dywan. Ponieważ Platforma Obywatelska ma przychylne media, to nieważne, jaka była prawda, ważne jest to, co uda im się wmówić i przekazać społeczeństwu.
Nasza walka o prawdę jest niełatwa. Widzimy od roku, jak wiele kłamstw jest w tej sprawie. Po raz kolejny powtórzę, oczekiwałam wsparcia organizacyjnego i tego, że będą nam przekazywane uczciwe informacje. Natomiast ani takiego wsparcia, ani takich wiadomości nie otrzymywałam. Mieliśmy informacje tylko z mediów i z telefonów do Moskwy.
Dla mnie ten tydzień oczekiwania na przylot trumny był koszmarem. Czułam, jakby się czas zawiesił. Właśnie z powodu braku wiadomości nasze cierpienie było tym bardziej bolesne. Mieliśmy ciągle wątpliwości, czy to, co mówią w telewizji, jest prawdą. Wiedzieliśmy, że tam jest tyle kłamstwa. Trudno uwierzyć w to, że miałby stać się cud i że zaczną głosić prawdę.
Dodatkowo towarzyszył temu ogromny bałagan organizacyjny. Każdy otrzymywał inne informacje. Każdy starał się też pozyskiwać je z innych źródeł. Często były one sprzeczne ze sobą. To było okropne.
Mówiąc, że nie mieliśmy wsparcia, miałam na myśli dwadzieścia osiem pogrzebów na Powązkach, gdzie nie było żadnej koordynacji chociażby w ustalaniu daty pochówku. Musiałam trzykrotnie zmieniać termin. W końcu ustaliłam datę pogrzebu. Nie było kogoś, kto by to wszystko skoordynował. Próbując ustalić termin, dowiadywałam się, że ktoś inny w tym czasie już zamówił pogrzeb. To były targi, jakie przedstawiciele władz toczyli z nami.
Tyle się mówi, że to były pogrzeby na koszt państwa, że pokryto wszystkie wydatki. Te rozmowy były naprawdę żenujące. Za każdym razem pytano nas: „Czy wy sami zapłacicie? Czy sami zapłacicie za wynajem autokarów?”. Nie było jasnych kryteriów i żadnych zasad. Rozumiem urzędników. Oni nie wiedzieli tak do końca, co mogą. Był po prostu wielki bałagan. Dopiero po fakcie okazało się, że państwo zapłaciło. Ale przeżycia z tamtego okresu były koszmarne.
Mówiłam o tym zamieszaniu i braku przychylności. Później pojęłam z wypowiedzi urzędników, że traktowali mnie tak, jak traktowali mojego męża – posła opozycji. W trakcie tych wydarzeń nie byłam w stanie tego zrozumieć. Zrzucałam to na karb bałaganu.

W tym czasie nad zwłokami ofiar katastrofy mówiono o pojednaniu z Rosją. Czy uważa Pani, że było to właściwe-

Teraz już wiemy, kto mówił o tym pojednaniu. Agent!

Kogo ma Pani na myśli-

Mówię o pracowniku ambasady polskiej w Moskwie Tomaszu Turowskim, który był jedną z pierwszych osób na miejscu katastrofy. Jak się później okazało, w okresie PRL-u był on wpływowym agentem SB, przez lata pracującym w otoczeniu papieża Jana Pawła II w Watykanie. Był on jednym z współautorów tego pojednania.
Dla nas, rodzin, była to szokująca informacja. Kiedy jakiś czas po tym wypadku po raz pierwszy spotkaliśmy się, wiedzieliśmy już, że nas brutalnie okłamywano. Każdej z rodzin mówiono coś innego. Okazało się, że również w Moskwie każdego inaczej informowano. Teraz już wiemy, że było to działanie wyrachowane. Jak dowiedzieliśmy się od dziennikarzy, pan prezydent Bronisław Komorowski, wówczas jeszcze marszałek sejmu, powiedział, że polityka nie kieruje się współczuciem. Mówił to jeszcze wtedy, kiedy nie wystygło ciało prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Ono jeszcze nie zostało odnalezione, a on już zajmował Pałac Prezydencki.
Wówczas rodzinami posłów, które straciły swoich bliskich, nie miał kto się opiekować. Marszałek Komorowski czuł się panem w Pałacu Prezydenckim i nie był nami zainteresowany. Byliśmy skazani na kontakty z osobami, które były na miejscu katastrofy, i przez prywatne telefony i media uzyskiwaliśmy informacje o tym, co się tam działo. Z perspektywy czasu wiemy, jak wiele było w tych doniesieniach medialnych dezinformacji.
Z każdym dniem widzieliśmy też, że wypowiedzi premiera Donalda Tuska i jego ministrów były zwykłymi – nie boję się tego nazwać po imieniu – kłamstwami. Zmieniały się co tydzień, co dwa tygodnie. Premier polskiego rządu mówił, że on nie ma powodu, by nie ufać Rosjanom. Dla nas był to kolejny policzek. Zastanawialiśmy się, kogo ten człowiek reprezentuje – polski rząd czy jakieś kolesiostwo? W czyim on działa interesie?
Dla nas to było szokujące. Zginęli nasi bliscy, a on mówi o pojednaniu. Jednocześnie pojawiły się wezwania do palenia świeczek 9 maja na grobach żołnierzy radzieckich. Potem wyniknęła kwestia budowy pomnika bolszewikom, którzy zginęli w 1920 roku, atakując Warszawę, i pochowani zostali w Ossowie. Decyzja ta została oprotestowana. Towarzyszyły temu kompromitujące polskie władze wypowiedzi, chociażby wielokrotnie wypowiadane przez pana prezydenta Komorowskiego słowa, który w trakcie toczącego się śledztwa publicznie podał przyczyny katastrofy, wskazując na błędy pilotów oraz lądowanie w złej pogodzie. Takie same przyczyny podano bezpośrednio po katastrofie. Wyglądało to tak, jakby taka wersja była przygotowana skrupulatnie z góry przez najlepszych mistrzów dezinformacji, jakimi są służby rosyjskie.

Czy zastanawiała się Pani wtedy także nad informacjami, które docierały do nas za pośrednictwem mediów?

W tych pierwszych dniach do końca nie wiedziałam, co się tak naprawdę dzieje. Kiedy pan marszałek Bronisław Komorowski zaprosił nas, bodajże 13 kwietnia, na wspólne posiedzenie sejmu i senatu, nie podszedł do nas i się nie przywitał. Zapakowano nas na galerię. Nie mówiono, w jakim charakterze. Nie wiadomo, po co. Odebrałam to tak, jakby pan marszałek robił sobie już kampanię wyborczą.
Kolejne sprawy. Ten dodatkowy pochówek w mogile zbiorowej na Powązkach. Byłam dzień wcześniej na cmentarzu, widziałam wykopany dół i tak naprawdę zastanawiałam się, o co chodzi.
W następnych dniach wiele rodzin zaczęło się spotykać ze sobą, poznawać i komentować zachowanie przedstawicieli rządu przed tymi oficjalnymi uroczystościami. W telewizji Trwam pokazano, jak w dniu, kiedy przylatywała trumna mojego męża, pan marszałek Komorowski stał z panem premierem Tuskiem i ministrem spraw zagranicznych Radosławem Sikorskim radośni, we wspaniałych humorach. Bardzo szybko zobaczyłam, że oni z trudem ukrywają satysfakcję, że tak naprawdę czują się wielkimi zwycięzcami. Znienawidzonych przez wiele lat wrogów udało im się w końcu pozbyć. Tak to wówczas odebrałam.
Kiedy żył mój mąż, wielokrotnie pytałam go o współpracę PO z PiS, o koalicję tych dwóch partii, na którą wówczas wszyscy liczyli. „Dlaczego wy nie jesteście w stanie się dogadać?”. Mąż wtedy mówił: „Oni uśmiech mają tylko do kamery. Tak naprawdę oni nas nienawidzą. Gdyby mogli, to by nas pozabijali”. Tutaj okazał się jasnowidzem. Jego słowa, niestety, się ziściły.

Z czego ta nienawiść wynikała? 

Według mnie, nienawiść brała się ze strachu. Rząd Jarosława Kaczyńskiego, w którym był mój mąż, wypowiadał się i konsekwentnie walczył z korupcją. Wiele osób, które zbudowało swoje majątki w sposób nieuczciwy, przestraszyło się. Jak mówił mój mąż, ci najwięksi uciekli za granicę w czasach rządu PiS-u.
Myślę, że łączy ich solidarność strachu. Do tego doszła likwidacja Wojskowych Służb Informacyjnych. W konsekwencji to była taka mieszanka, która połączyła się i postanowiła zmienić porządek rzeczy. Wtedy wystąpili przeciwko rządowi w Polsce. Myślę, że taka ekipa wspiera obecną władzę i jest solidarna poza jakąkolwiek polityką. Nie chodzi tu o poglądy, tylko o interesy. Towarzyszy temu wielki strach, że ktoś uczciwy może przyjść i zagrozić tym wpływom i fortunom.
W momencie, kiedy Platforma Obywatelska przejęła władzę, czy wcześniej, gdy przegrała wybory, nagle media z niespotykaną perfidią zaczęły straszyć społeczeństwo polskie Prawem i Sprawiedliwością. Przyprawiono im taką koszmarną gębę. A tak naprawdę ludzie, którzy razem z braćmi Kaczyńskimi chcieli zmieniać Polskę, w polityce kierowali się ideałami. Oni uśmiechali się nie tylko do kamery. Oni chcieli w Polsce przywracać normalność. W tym celu wypowiedzieli wojnę nieuczciwym układom.

Czy Pani mąż czuł, że jest na pierwszej linii walki o kształt Polski?

Myślę, że tak. On już to czuł jako poseł, na początku działania w opozycji, później jako polityk bardzo brutalnie, niesprawiedliwie atakowany przez media. Wiedział, że te ataki nie są przypadkowe. Im więcej działał, tym był bardziej atakowany. Pod koniec był już niezmiernym pracoholikiem.
Uwielbiał to, co robił. Jego życiową pasją była działalność społeczna. Politykę rozumiał jako pracę na rzecz dobra wspólnego. Za to w mediach wykreowano jego fałszywy wizerunek. Robiono z niego jakiegoś tyrana, człowieka niemiłego, groźnego, bezwzględnego. Wiedział, że ten obraz może zmienić jedynie poprzez osobisty kontakt z ludźmi, swoimi wyborcami. Nie było tygodnia, żeby nie jechał do województwa świętokrzyskiego, skąd kandydował. W zasadzie spędzał tam każdy weekend, każdy poniedziałek, czyli przynajmniej trzy dni w tygodniu. Bywał na bardzo wielu uroczystościach. Żartował, że kiedyś napisze przewodnik po remizach strażackich województwa świętokrzyskiego. Potrafił uczestniczyć w kilku czy kilkunastu spotkaniach dziennie, często jeżdżąc od jednej miejscowości do drugiej, od świtu do nocy. Dawało mu to szaloną satysfakcję. Jeżeli mógł załatwić jakąś ludzką sprawę, jeżeli mógł coś dobrego zrobić dla swoich wyborców, dla swojego województwa, on się tym cieszył jak dziecko z nowej zabawki. W województwie świętokrzyskim czuł się gospodarzem. Dbał o sprawy kraju bardziej niż o własne. Teraz wiele osób, z którymi rozmawiam, mówi właśnie o tym bezgranicznym zaangażowaniu mojego męża.

źródła: http://pomniksmolensk.pl/ oraz http://www.blogpress.pl/node/11847

___________________________________________________

Rossonero [salon24.pl]

Ewa Błasik – Kobieta niezłomna 

Panią Ewę Błasik, żonę śp. Dowódcy Sił Powietrznych RP, generała pilota Andrzeja Błasika oraz ich dzieci – Joannę i Michała, miałem przyjemność i zaszczyt poznać osobiście. Ba, poznać! Spędzić w ich towarzystwie kilka godzin. Spotkać i porozmawiać z Panią Generałową udało się kilka miesięcy temu, u schyłku wakacji, czego efektem był krótki wywiad, naturalnie autoryzowany przez Panią Ewę.

Skłamałbym twierdząc (bo znajomi mnie pytali), że nie miałem przed spotkaniem tremy. Zwolniwszy się nieco z pracy popędziłem do zaprzyjaźnionej kwiaciarni (pozdrowienia dla Pana Wiesława ze Starego Mokotowa) i po załatwieniu tego, co trzeba – w drogę. Naturalnie w pośpiechu nie zdążyłem zatankować, więc kiedy wjeżdżałem z Trasy Siekierkowskiej w korek na Marsa – już się tylko modliłem, żebym nie stanął jak ta … na środku podjazdu. Ostatecznie udało się dojechać pod wskazany adres bez dalszych perturbacji, ale trema pozostała. Na szczęście Pani Generałowa okazała się osobą niezwykle otwartą, ciepłą i serdeczną, że stres ustąpił niemal z miejsca. Trudno na pierwszy rzut oka było stwierdzić, że to kobieta, której polskie państwo, część bezklasy politycznej i przedstawicieli mediów zafundowało długie miesiące koszmaru.

Wiem, to niezwykle trudne wyobrazić sobie, co żona generała Błasika przeżywała przez ten czas. Szczególną kulminacją była ogłoszenie raportu MAK. Sposób jego prezentacji oraz wydźwięk – jak mówią sprawozdawcy sportowcy: wynik poszedł w świat. To nie do uwierzenia, ale nikt (NIKT!) z wysoko umocowanych w państwie polskim osób, ani żaden z liczących się wojskowych nie uderzył się w pierś i nie powiedział czegoś w stylu: Przepraszam, przykro mi, daliśmy dupy, bo powinniśmy być w Moskwie i patrzyć Rosjanom na ręce podczas wszystkich czynności. Generałowa zatem została praktycznie sama. Mimo to dzielnie walczyła o dobre imię męża, oficera Wojska Polskiego. Nie ugięła się sunącym z każdej strony atakom na osobę tragicznie zmarłego dowódcy Sił Powietrznych (POKAŻ MI SWOICH WROGÓW A POWIEM CI, KIM JESTEŚ), także na siebie – choćby ze strony rosyjskiej prasy, a także nieprzyjaznych gen. Błasikowi wojskowych i polityków.

Ewa Błasik to kobieta wspaniała. Pewnie niejeden facet na jej miejscu najzwyczajniej w świecie mógłby się załamać (nie z takich powodów niektórzy kaleczą sobie policzki). A Ona wytrwała, na przekór ruskiej dezinformacji, polskiej propagandzie i urabianej przez największe media w kraju opinii publicznej. Dziwne? Tylko na pozór. Podczas bezpośredniej rozmowy bez większej trudności można przekonać się, że połączenie, albo też po prostu umiłowanie takich wartości jak miłość, dobro, prawda – prędzej czy później obronią się same. Trzeba tylko mieć je wyryte w sercu a nie na pokaz, o czym można się przekonać, obserwując wszelkiej maści działania szeroko pojętego establiszmętu.

Atmosfera w domu państwa Błasików, kiedy miałem zaszczyt tam gościć jest równie niezwykła. Wszystkie słowa Pani Ewy, które mówiła w różnych wywiadach, dopiero w saloniku rodzinnym nabierają pełnego znaczenia. Trzeba zobaczyć, jakim blaskiem świecą Jej oczy, kiedy wspomina męża, opowiada dykteryjki prywatne czy służbowe, albo jak się szklą, gdy przypomina o rzucanych oszczerstwach. I mogą Państwo mi wierzyć lub nie – ale tam było czuć obecność Generała. To było niesłychane wrażenie, zupełnie jakby żył tam nadal, tylko wyszedł na chwilę do sklepu za rogiem. Dlatego jestem przekonany, mimo iż nieobecny – czuwał nad całą swoją rodziną, pomagając im przejść wszelkie trudne chwile. Bo miłość wszystko przetrzyma.

Tak sobie myślę, że kiedyś, w podręcznikach do historii będzie rozdział, w którym obok pewnego premiera, który za cenę kilku pustych gestów sprzedał najważniejsze śledztwo w historii kraju – sporo miejsca poświęci się pewnej wdowie po generale. Wdowie, która w momencie, gdy przyszedł czas próby zastąpiła najważniejszych mężczyzn w kraju.

http://rossonero.salon24.pl/

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności, Antypropaganda, Recenzje, Sylwetki, Wywiady i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Wdowy Smoleńskie

  1. goldi78 pisze:

    przeczytałam jednym tchem! od samego początku wiedziałam, że to nie był „zbiego okoliczności”. całym sercem jestem z tymi, których ta tragedia dotyczy. A książkę warto nabyć, przeczytać i przekazywać dalej. Im więcej ludzi dowie się o prawdzie, tym lepiej dla Polski. Musimy się w końcu obudzić! Nie ma co wierzyć w TV lub gazety (mam na myśli GW,Wprost,RzP,Dziennik)-oni nigdy nie przekażą prawdy, bo to nie wygodne!
    Do czego to doszło, żyjemy w Wolnej Niepodległej Polsce, a tak naprawdę jesteśmy zniewoleni przez MEDIA PUBLICZNE i komercyjne. Dobrze, że istnieje Internet, tu nie ma cenzury i w końcu jest WOLNOSC SŁOWA!!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.