Andrzej Wajda, dodatek do biografii

Zaskakującą książką jest „Pan Andrzej”. Po serii książek omawiających twórczość Andrzeja Wajdy, po zbiorach jego wypowiedzi i wywiadów, po „Autobiografii” pozycja ta próbuje zweryfikować mit Wielkiego Twórcy. Największym atutem książki są cytowane dokumenty. Autor niestety nie pozostawia nam złudzeń.

Ważniejsze publikacje:

NA STRONACH:
strona [2] Wajda po 10 kwietnia 2010
strona [3] Wojciech Wencel, Matrioszka III RP
strona [4] Polska w filmach Wajdy „Popiół i diament”
strona [5] Odkłamujemy polskie kino – „Lotna”

 

Pan Andrzej 

Piotr Włodarski posługując się fragmentami wypowiedzi reżysera, jego notatkami oraz publikacjami prasowymi stara się udowodnić iż wielkość Andrzeja Wajdy budowana była przez dawnych władców PRL dla doraźnych potrzeb propagandowych. Z cytowanych dokumentów wynika, że sam reżyser zgodził się na taką grę i świadomie w niej uczestniczył.

Zaangażował do tej gry swój talent realizując tylko takie filmy jakich oczekiwali od niego władcy PRL. Kim więc był i jest Andrzej Wajda – wzorem, autorytetem, artystą czy też ofiarą polityki a może wiecznym konformistą ?

Niektóre z cytowanych dokumentów budzą swoistą grozę, inne odsłaniając mechanizmy rządów w PRL kompromitują nie tylko polityków ale tzw. elity artystyczne. Wszystko to prowokuje do ponowienia pytania – czy brak rozliczenia z przeszłością nadal nie jest główną przeszkodą w normalnym i zdrowym funkcjonowaniu państwa polskiego

 

Już sama forma książki jest rewelacyjna. Składa się ona z samych oświadczeń, wypowiedzi o osobie reżysera Wajdy, z zachwytów pochwalnych recenzji i jego dokumentów osobowych pisanych przez bohatera książki, a odnalezionych przez Włodarskiego. Z chwalb i pochwał powstała książka niszcząca.

Przemilczenie tej zaskakująco ciekawej książki nie jest niczym nieodwołalnym. Pomijanie jej dziś, przez „badaczy twórczości”, recenzentów – zarówno filmowych, poświęcających swe życie Wajdzie, jak i informujących o książkach – nie będzie trwało zawsze, gdyż książka ta jest nie tylko bezcennym źródłem dla badania warunków, w jakich powstawała „socjalistyczna kultura” Polski, losów jej twórców, jak i ze względu na walory formalne.

Wobec wielu faktów wydobytych na jaw przez Włodarskiego drobiazgiem jest to, że bezpartyjny i odżegnujący się nawet od podejrzenia go o samą myśl wstąpienia do PPR-PZPR, okazuje się jednak byłym członkiem PZPR, co o tyle dziwniejsze, że pozwolono mu cichaczem z tej partii zniknąć i nie tylko nie prześladowano go za to, ale otrzymał nieograniczone wsparcie.

Kulminacją Pana Andrzeja… jest strona 143, na której Włodarski dochodzi do rodowodu Andrzeja W w. wersji podanej przez reżysera. W czym tkwi problem? Jak zwykle w faktach – pisze Włodarski.

Ojciec Pana Andrzeja nie zginął w Katyniu, o czym Pan Andrzej dobrze wiedział.

Ojciec Pana Andrzeja zginął podczas wojny – to fakt. Osoba, do której Pan Andrzej się przyznaje, a która zginęła w Katyniu, nawet nie należała do rodziny Pana Andrzeja, o czym Pan Andrzej dobrze wiedział. Po co więc głosić nieprawdę? Żeby czuć się lepszym? Bardziej doświadczonym przez los?

Po co szargał dla swej pychy kolejną świętość Polaków?

Faktem zamykającym wszystkie niedomówienia co do osoby zamordowanej w Katyniu była publikacja życiorysów ofiar w Wojskowym Przeglądzie Historycznym (lista ta była drukowana w latach 1989-1994). Według historyków, wspomniany już w 1943 r. zamordowany „kapitan Karol Wajda” to rzeczywiście „Karol Konrad Erazm Wajda, kapitan, syn Stanisława i Marii z Königów”.

Nie miał on nigdy nic wspólnego z Jakubem Wajdą, synem Kazimierza (czyli ojcem Pana Andrzeja).

http://blogmedia24.pl/node/30106

 

Piotr Włodarski, autor książki Pan Andrzej w programie Jerzego Zalewskiego Pod prąd

Prawda o Andrzeju Wajdzie i filmowcach z PRL-u

Wersja skrócona wywiadu:

 

 

 

Krzysztof Kąkolewski 

Generałowie giną w czasie pokoju, wyd. von borowiecky, 2005

fragmenty książki

Dla apologetów Andrzeja W. Żeromski, Fredro, Wyspiański czy Mickiewicz to „murzyni” (ghost writers) przygotowujący papkę scenariuszową, której kształt nada mistrz. Oni pracowali nieświadomie na jego wielkość.

Według innych, którzy jednak nie wypowiadają się publicznie, jest to produkcja wizualnych lektur szkolnych, chroniąca uczniów przed czytaniem, a zapędzanych całymi szkołami (klasami) do kin, co z tajemniczych względów podoba się szkolnictwu, a dla kont reżysera jest zbawienne. Jest on w dodatku akcjonariuszem plutokratyczno-lewackiej, ideologiczno-kapitałowej spółki medialnej „Agora”, od której w dużej mierze zależy propaganda jego dzieł w zależnej od niej prasie, pomijania innych, ma ona także odpowiednie kontakty, by w pełni czuwać nad sprawą dzieł Andrzeja W.

Pozycja wielu krytyków zbudowana została na chwaleniu tego reżysera; ich gusta, ich psychika są wręcz zrośnięte i nieodwracalnie związane z podziwianiem jego filmów, bo te recenzje są ich głównym dorobkiem. (…)

Już w pierwszym tomie Generałów… rozważałem zagadnienie, kim był ojciec Andrzeja Wajdy. Czy był oficerem czynnej służby? W jakim stopniu? Czy miało to wpływ na syna – ujemny, gdyż mógł go zrazić do niepodległościowych obrzędów, symboli, ale i ofiarności w ich imię? Jerzy Putrament, którego ojciec był pułkownikiem WP, nienawidził Polski i robił wszystko, co mógł jako człowiek dorosły, by umocnić wpływy rosyjskie w Polsce. Przykrą niespodziankę zrobił entuzjastom witającym powracających z emigracji syn generała Nikodema Sulika, niedokończony filmowiec i krytyk, wróg „Solidarności”, autor filmu, w którym posunął się do fałszerstwa, przyprawiając cudzą rękę Wałęsie, by udowodnić w dokumencie, że ten w czasie ważnych obrad rozwiązuje krzyżówki. Roman Bratny, syn pułkownika WP i ZWZ-AK, odnosił się z niechęcią do tej ostatniej organizacji w swojej książce Kolumbowie rocznik dwudziesty, która, ku zaskoczeniu wydawców, stała się, jako jedyna powieść o AK, jakby to nazwano dziś – „kultowa”.

Nieoczekiwanie Rosja zwolniła z utajenia mord w Katyniu. Równie nieoczekiwanie Wajda ogłosił, że będzie robił poświęcony temu film. Nieoficjalnie – ale w rozmowach z prasą – dodawał, że tam właśnie zamordowano jego ojca. Nikogo nie dziwiło, że dotąd nikomu o tym nie mówił, gdyż dzieci katyniaków za śmierć ojców karane były w PRL przez tę samą rękę, która spowodowała ich sieroctwo. Gdyby przyznał się wtedy, jego kariera filmowa skończyłaby się tego samego dnia, nawet gdyby twierdził, że winni mordu byli Niemcy. Katyń? Tego w ogóle nie było.

Jaki byłby ten film – możemy się domyślać i rekonstruować jego fabułę na podstawie dotychczasowej filmografii reżysera. Przypuszczam, że kończyłby się na desancie grupy Berlinga na lewy brzeg Wisły w czasie Powstania Warszawskiego, na triumfie takich generałów, jak Berling, Żymierski czy Paszkiewicz. Wyszli cało z Rosji, a jeszcze wyprowadzili z domu niewoli tych, których nie zdążono zamordować. Ceną życia dla oficerów i generałów była zdrada, ale nawet to proponowano nielicznym. Ocalała masa żołnierska i częściowo podoficerska, czyli coś w rodzaju tułowia z odciętą głową, na wzór początkowej bazy Armii Czerwonej.

Podoficerowie i szeregowcy stali się oficerami. Nie wyzbyli się wdzięczności za darowanie im życia i wyniesienia na wyżyny, których nie osiągnęliby w wolnej Polsce. Teraz w ich nekrologach emerytowanych oficerów LWP pojawia się słowo „sybirak”. Duża część społeczeństwa polskiego dlatego właśnie wiązała pewne nadzieje z wojskiem ludowym, że w decydującym momencie – jakim, nie wiedziano – stanie po stronie Polaków. 13 grudnia 1981 r. zawód był tym większy, im większe kto żywił złudzenia. To wojsko było Polsce niepotrzebne. W czasie pokoju stanowiło zagrożenie, demoralizując żołnierzy, z kadry czyniąc niewolników Moskwy, a w czasie wojny grudniowej stało się dla Polski niebezpieczne na równi z obcojęzycznymi wojskami.

Tyle już zaczęto wybaczać Wajdzie, że wybaczono by mu także lęk przed odkryciem prawdy o jego pochodzeniu, które pozostawiło mu tak niebezpieczne dziedzictwo (a nawet żal do ojca – bo zginął), mogło wpływać na jego utwory, a nawet rodzić swoistą wdzięczność wobec oprawców ojca, że jego, syna, oszczędzili. Na liście pomordowanych w Katyniu był kapitan Karol Wajda. Tak, tylko że… aż strach o tym pisać i więcej niż wstyd.

Autor Generałów… dawno zauważył, że jedyne ciekawe książki wychodzące w Polsce to te, o których dziennikarzom i krytykom nie wolno pisać lub o ich ukazaniu się nawet nie wiedzą. Są to wydawnictwa nowej generacji konspiracyjnej, bo to nie autorzy konspirują, a ci, którzy obawiają się treści pewnych książek. Do takich dzieł należy książka Piotra Włodarskiego Pan Andrzej (my napisalibyśmy Pan Andrzej W.). Kłamca, mitoman czy konformista – brzmi podtytuł.

W epoce przemilczanych i nie dopuszczanych przez niektóre księgarnie do sprzedaży dzieł powstała paradoksalna sytuacja, że książek reklamowanych jako dobre, nie warto kupować, a tym bardziej czytać, natomiast czas czytelników zużywany jest na żmudne dowiadywania się, że pewne pozycje istnieją, czasem nawet kwerendy wielomiesięczne, nieraz zakończone prośbą do autora o sprzedanie czy darowanie egzemplarza.

Tak było – i jest – nawet z książką Detektyw tak medialnego przecież detektywa Krzysztofa Rutkowskiego. Jeszcze gorszy los spotkał książkę Piotra Włodarskiego: Pan Andrzej. Kłamca, mitoman czy konformista. O istnieniu tej książki nie wie nikt poza osobami, które Autor wyróżnił, wysyłając im egzemplarz.

Sprawa tak niezwykle ważna dla większości ludzi na świecie, jak to, od kogo się wywodzą, ich rodowód, przodkowie, nieraz odlegli, o których pamięć pielęgnowana jest nie tylko przez szlachtę, ale przez mieszczaństwo, a także chłopów – przez reżysera została podeptana, czym poniżył nie tylko siebie, ale i pamięć swojego rzeczywistego rodzica, w tyle lat po jego zgonie, wybierając sobie innego ojca dla autoreklamy.

http://www.bastion.krakow.pl/

 

Jacek Trznadel

Film „Katyń” między fikcją a kiczem

Uwagi o filmie Andrzeja Wajdy Katyń zapisuję w formie luźnych refleksji, na ogół tak jak nasuwały mi się podczas oglądania filmu. Nie tworzą może w ten sposób jakiejś uporządkowanej całości, zaletą jednak jest spontaniczność tych refleksji. Wypowiadałem je po raz pierwszy na publicznej dyskusji panelowej, zorganizowanej w Wojskowym Biurze Badań Historycznych 25 X 2007 r., a następnie opublikowanej jako: „Film Andrzeja Wajdy „Katyń” jako forma przekazu historycznego o zagładzie polskich elit” – w „Wojskowym Przeglądzie Historycznym” 2007, nr 4.

Między obejrzeniem filmu, a obecnymi zapisem upłynęło kilka miesięcy i pojawiły się różne komentarze i oceny. Interesujące jest, że po pierwszych ocenach dość krytycznych (np. K. Kłopotowski) – nastał prawie obowiązujący ton pochwalny, a nawet czasem adoracyjny, wobec filmu. Podkreśla się jego wagę dla powstania trwałej świadomości tego faktu historycznego. Podkreślają to także niektórzy Rosjanie (np. Aleksiej Pamiatnych).

W związku z tym chcę też przypomnieć kilkakrotnie powtarzaną wypowiedź reżysera. Mianowicie, „że nie miał to być i nie jest to film antyrosyjski”. Warto podkreślić tę słuszną troskę Wajdy. A przecież używanie tutaj określenia „rosyjski” w kontekście zbrodni nie znaczyłoby wcale, że obciąża się winą cały naród. To już chyba zrozumieliśmy. Czy jednak, w swym pragnieniu, by nie być antyrosyjskim, Wajda nie posunął się za daleko, ograniczając elementy przekazu historycznego? Omijanie słowa „rosyjski” mogłoby być czasem po prostu pomijaniem konkretu. Trudno zaprzeczyć, że i decydenci, i wykonawcy, byli Rosjanami, po rosyjsku były pisane dokumenty i rozkazy, język katów był rosyjski. Jednak to nie naród rosyjski zadecydował o Katyniu. To była zbrodnia obciążająca państwo rosyjskie. To samo państwo, które 17 września dokonało zaboru polskich kresów, a w 1945 zwyciężyło niemiecką III Rzeszę. Tego współcześni Rosjanie często nie chcą jasno powiedzieć.

Zdaje się, że ta przesadna obawa przed złym zrozumieniem filmu przez widza odbiła się na jego konstrukcji. Wspomina się w niektórych doniesieniach prasowych, że pewna część młodzieży wychodzi z kina, uważając, że sprawcami Katynia byli Niemcy. Pisano, że oni nie rozróżniają dobrze mundurów Gestapo czy SS – od mundurów NKWD. Świadomość historyczna młodzieży bywa zerowa, czy nie warto w przekazie o tym pamiętać? Być może obrazy w filmie, określające niemieckość SS-manów, nie grzeszą podobną ostrożnością? Wydaje mi się błędem – dla historycznego znaczenia filmu – że zabrakło tu epizodu ukazującego, że decyzja katyńska została podjęta przez rząd Związku Sowieckiego, a wykonanie zlecono państwowej policji politycznej (NKWD). Nie ma nawet migawki o decydentach, ze Stalinem, Berią czy Mierkułowem. Pokazuje się tylko funkcjonariuszy NKWD. Chodzi o to, że taki unik charakteryzuje dziś oficjalne organy wymiaru sprawiedliwości Rosji, a nieraz także niektórych Rosjan. Tego wszystkiego Wajda nie posunął do przodu.

Gdy zarzuca się Wajdzie różne nieścisłości historyczne w filmie o Katyniu, słyszy się często argument: utwór artystyczny, filmowy rządzi się własnymi prawami artystycznymi. Czy to znaczy że można lekceważyć realia, dobrze opisane i znane? Czy ten obraz należy do tak odległej historycznej przeszłości, że szczegóły są nieważne? Pamięć jeszcze nie umarła. Przypominam sobie pewien fragment polemiki Józefa Mackiewicza w sprawie realiów w utworze artystycznym, dotyczącym właśnie problematyki katyńskiej – z wybitnym pisarzem, Włodzimierzem Odojewskim. Mackiewicz wypowiedział wtedy bardzo znane zdanie – Jedynie prawda jest ciekawa .  O co chodziło? Pisząc swoją powieść jeszcze w Polsce, Odojewski nie miał dostępu do literatury historycznej o Katyniu. Mackiewicz zwrócił mu uwagę, że używając fikcyjnego nazwiska ofiary, nadał jej numer ekshumacyjny, istniejący na prawdziwej liście katyńskiej. I Odojewski – w myśl tego, na co mu Mackiewicz zwrócił uwagę – a mówił to świadek, który pochylał się nad grobami katyńskimi – to wszystko zmienił. Wykreślił także twierdzenie, że każdego z ekshumowanych oficerów umieszczano w osobnym grobie.

Jedynie prawda jest ciekawa.

Nigdy nie posiadamy pełnej wiedzy o sytuacji historycznej. Jest obszar znany, potwierdzony opisem czy dokumentem, i fragment nieznany. Ukazując artystycznie takie zdarzenia, nie możemy zmieniać faktów znanych i potwierdzonych. Oczywiście, gdy chcemy realistycznie ukazać jakiś fakt historyczny. Zachowujemy natomiast swobodę ukazania takiego fragmentu, który jest nieznany, pod warunkiem, że nie narusza znanej nam reszty prawdy. Ta część nieznana może zostać wypełniona dzięki naszej życiowej i artystycznej wyobraźni. Ta zasada została w filmie Wajdy wielokrotnie silnie naruszona. Spróbuję powiedzieć kilka słów o niektórych scenach, tak jak ukazywały się one na taśmie filmowej. Sceneria faktów ukazywanych w filmie nie wywoływała we mnie najczęściej wrażenia, że przenoszę się tę, oddaloną już epokę. Oddaloną jednak nie na tyle, żeby nie sięgała tam pamięć niektórych świadków. I czasem, jeśli to nie był widok krakowskiego rynku, nie wiedziałem w ogóle, co Wajda chciał przedstawić i powiedzieć . Tak na początku filmu. Co robi tłum znieruchomiały na tym moście kolejowym (dlaczego kolejowym?), widać rzekę, czy to na Bugu czy Sanie? Dlaczego oni stoją po jego jednej (zachodniej?) stronie, na wejściu, jak zaczarowani (film wczesno surrealistyczny z nieprzekraczalną granicą?). Na co czekają? Nie ma przecież żadnych posterunków. By runąć do przodu na okrzyk: ” Weszli Ruscy”! Biegnąć w ich stronę? Ucieczka od Niemców? Niektórzy idą czy jadą w stronę -niemiecką?. Dlaczego po moście kolejowym? Co to znaczy? Co to za „miejsce graniczne”?

Bohaterka filmu, Anna, szuka swojego męża, oficera z takiego to a takiego pułku. Trochę dziwne, bo przecież jest wojna, dyslokacje wojska są tajne. Ale po drugiej stronie rzeki (Bugu?) napotyka prowizoryczny szpital przy kościele, ranni i umierający leżą po bitwie na trawie. Chirurdzy, kapelani, bardzo to malownicze. I dlaczego ona prowadzi rower tuż obok chirurgów operujących rannych? Dlaczego nie przeniesiono ich do jakiegoś budynku czy kościoła? Wygląda to na jakieś pobojowisko napoleońskie w stylu, jakiego by może użył Goya, a nie na rok 1939. Nierealne, jak rzeźba głowy cierpiącego Chrystusa, przykryta szynelem. Ten zdjęty z krzyża Chrystus w cierniowej koronie, odsłonięty nagle przez żonę szukającą męża, na oczach dziecka, to efekt bardzo naciągnięty. Polska Chrystusem narodów? Kto tak ukrył tę rzeźbę i po co? Skąd ją wziął? A przed chwilą podobny efekt: krzyż, z którego zwisa tylko jedna ręka Chrystusa. Takie nadużycie symbolu, nie dorównujące jego wadze, nazywa się kiczem. A z kim była ta filmowa bitwa Wajdy? Pytałem widzów, nikt nie wiedział. Może to ostatnia bitwa z Niemcami ? generała Kleeberga, bo od rana Sowieci nie zdążyliby w to miejsce. Z Sowietami potykały się najpierw, na samej granicy, tylko placówki KOP. Przez megafon słyszymy komunikat Naczelnego Wodza o właśnie zaistniałym wkroczeniu Armii Czerwonej, przerwany nagle przemówieniem Mołotowa. Kto przestawił radio dla tych polskich żołnierzy na obcą stację i dlaczego? I zaraz mówi się, że Sowieci, ich „czołgi są już wszędzie”. W filmie Wajdy poruszają się z szybkością światła?!

Polacy już otoczeni przez Ruskich, tuż obok. Obok? Tak, bo ona jedzie na rowerze zobaczyć męża. On w notesie zapisuje, że „Rosjanie oddzielili oficerów od szeregowych, których rozpuszczają do domów. Szeregowych biorą do niewoli Niemcy”. To historycznie nieprawdziwe, na początku do niewoli rosyjskiej poszły także setki tysięcy szeregowych. Oficerowie, którzy za chwilę wsiądą do sowieckiego eszelonu, nie są pilnowani. Nieprawdopodobne, bo byli pilnowani. Scena powitania Anny z mężem. Ona namawia go, żeby się przebrał i uciekł z nimi, jest drugi rower. On mówi, że nie pozwala mu na to „przysięga wojskowa”. Co to za nieprawdziwa informacja, nakręcająca i później fabułę? Nie było w wojsku polskim regulaminu i przysięgi, że nie będą uciekać z niewoli. I było wiele ucieczek, także z niemieckich transportów i obozów. Ten fałszywy wątek jest kontynuowany w rozmowie żony oficera z jego matką w Krakowie. Żona mówi, że „obowiązek wobec munduru” nie pozwolił mężowi uciec. Po co w filmie wprowadza się i kontynuuje takie fałszywe twierdzenia? Żeby uwydatnić wysokie pojęcie honoru oficera polskiego? Zaraz potem „grzeczne” ładowanie oficerów do wagonów na oczach ludności? Czy dziecko mogło podbiec do odjeżdżającego eszelonu? A przy okazji, w tym samym miejscu, żeby upchać dużo informacji, zrywanie polskiej flagi i nagle, fraternizacja wojskowych Wehrmachtu i Armii Czerwonej. Nie dorównuje to sile prawdziwego dokumentu z Brześcia. Tak więc On jedzie do Kozielska, a Anna pozostanie na razie w zonie sowieckiej.

Wajda w ogóle nie zaznaczył okrucieństwa tej pierwszej okupacji sowieckiej, okrucieństwa żołnierzy i oficerów Czerwonej Armii podczas wkraczania do Polski. Nie było tak, że po 17 września 1939 r. powsadzali ich tylko do wagonów i powieźli do obozów. Przecież już w okresie wkraczania Armii Czerwonej, po kapitulacji mniejszych oddziałów polskich, rozstrzeliwano oficerów bez żadnego sądu. Generał Olszyna-Wilczyński wtedy właśnie i w ten sposób zginął. Było masę zabójstw, kiedy ich otaczano. A jak nastąpił atak Niemców w czerwcu 1941 roku , cały pas wschodniej Polski był jednym morzem krwi. Pędzono i rozstrzeliwano więźniów. W więzieniach lwowskich były tysiące trupów więźniów, zastrzelonych przez NKWD. Całe wschodnie pasmo Rzeczypospolitej to był jakby pre Katyń i wszyscy o tym dokładnie wiedzieli.

Jeśli wbrew faktom początek okupacji wschodniej Polski przez Sowiety, 1939-1941 – jest tu łagodną opowiastką, to jakby dla symetrii – działania antypolskie drugiego, niemieckiego okupanta Polski, ukazane są z dużą brutalnością. Bo przenosimy się już do Krakowa. Scena aresztowania profesorów UJ, w krakowskim Collegium Maius, 6 listopada 1939, została ukazana z przesadną groteską. Ewakuacja wielkiej sali i załadowanie aresztowanych odbywa się w kilkanaście sekund! Kłąb ciał, popychanej przez żandarmów masy, uczonych spadających ze schodów. O tym wywiezieniu pisał prof. Kazimierz Wyka, który spóźnił się na to zebranie, a woźny brutalnie go zatrzymał i ocalił.

Taki obraz filmowy, pozostawiony bez komentarza, dezinformuje, bo profesorowie UJ już po kilku miesiącach (luty-marzec 1940) zostali uwolnieni. Bez tego, scena z przesłaną z Sachsenhausen urną z prochami uczonego (marzec 1940), zdaje się nie znającemu historii widzowi ukazaniem symbolicznego losu wszystkich uczonych. Tak nie było. Tam zginęło kilku starszych wiekiem luminarzy nauki polskiej, jak prof. Chrzanowski, prof. Estreicher. Odpowiedzią na te niemieckie represje było konspiracyjne, tajne nauczanie uniwersyteckie w Krakowie. Pamiętam w mieszkaniu mojej ciotki tajne wykłady wydziału historii i głos prowadzącego zajęcia prof. Konopczyńskiego. Bardzo blisko ocieraliśmy się o te sprawy. Ale profesorowie z obozów sowieckich zginęli prawie wszyscy. O tym Wajda nie mówi. A jeżeli już trzeba było coś porównać, to fakty podobne – rozstrzeliwanie w Palmirach, tam nikt nie ocalał, tam zginął kwiat inteligencji polskiej, tam zginęli byli członkowie rządu, wybitni Polacy, jak na przykład Rataj, Niedziałkowski, tam zastrzelono Kusocińskiego. Ale Wajda chciał już tak koniecznie nawiązywać do Krakowa. Ale jednocześnie ten spokojny Rynek Główny i Kościół Mariacki z roku 1943? Chodziliśmy wszędzie ze strachem, wciąż groziły łapanki. A w kościele Ojciec miał skrytkę, z której roznosił prasę akowską, pod grozą Auschwitz. Tej grozy okupacyjnego Krakowa u Wajdy nie widać.

Nie podobała mi się tak chwalona scena z wywożeniem (ze Lwowa?) żon oficerów z dziećmi. I to z kilku względów. Prawdopodobnie większość tych deportacji przypadła na wywózkę z kwietnia 1940 roku, gdy już ustała korespondencja z obozów. Tak więc proponowanie Annie małżeństwa przez „dobrego” rosyjskiego kapitana, połączone z przewidywaniem powołania go na front wojny z Finlandią, jest anachroniczne – wojna z Finami była już wtedy ukończona. Zaatakowano Finlandię z końcem listopada 1939 r., a wojna trwała do marca 1940 r., wtedy jeszcze nie było wywózek rodzin ofiar Katynia . Sprawa wojny z Finlandią była wszystkim Polakom znana. Pod koniec 1939 r. we Lwowie, Polacy zrobili kawał, niosąc w pochodzie transparent: „Nie oddamy Finom Lwowa”. Sowieci zorientowali się o chwilę za późno, gdy manifestanci uciekli.

Drugi, ważniejszy może fałsz sceny z dobrym rosyjskim kapitanem: Anna wprawdzie odmawia (bo ma męża), ale w obliczu wiadomego okrucieństwa Czerwonej Armii, ta kobieta powinna inaczej zareagować (żeby rozmawiać spokojnie, jak to się odbywa, musiałaby najpierw usłyszeć, że oficer potępia dopiero co dokonane okrucieństwa). Opisała tych oficerów Karolina Lanckorońska, która wtedy była we Lwowie… Film Wajdy udaje, że nie było atmosfery nienawiści i strachu. W tym czasie mieszkańcy Lwowa oglądali wywożonych na platformach ciężarówek NKWD. Gdy wywożono miejscowe prostytutki – dziewczyny śpiewały „Jeszcze Polska nie zginęła!”.

Najście enkawudystów dokonujących aresztowania i deportacji odbywa się w filmie znów szczególnie powściągliwie. Anna z córeczką są ocalone. A przecież naprawdę schowanie kogoś w mieszkaniu nie wchodziło w grę. Znam to z opowieści mego Ojca, który zmieniając miejsca pobytu we Lwowie, akurat w noc takiego najścia nocował w mieszkaniu, gdzie były żony oficerów (nie wiedziały, że są już wdowami). Wtargnęli do mieszkania. Nie pytali o nazwiska: ” Wszyscy siadać na podłogę! ” Chcieli mieć pewność, że nikt nie będzie stawiał oporu. Mieli donos, nie sprawdzali dokumentów. Wszyscy pojechali na lwowski dworzec, do deportacyjnego pociągu. Tylko ryzykancki charakter mojego Ojca sprawił, że nie pojechał do Kazachstanu, uciekł w zamęcie samochodów i wozów końskich na dworcu, pod brzuchami koni, przez ogrodzenie. Tak to wyglądało w relacji naocznego świadka. A dlaczego Wajda pokazuje tu akurat dobrego Rosjanina, chyba ze względu na morał, a nie historię? Bo po wkroczeniu Krasnoj Armii na tereny polskie cały ten obszar spłynął krwią polskich wojskowych, cywilów. Także brutalność samej deportacji została pominięta. To było pasmo niedoli, klęsk i okrucieństwa rosyjskiego okupanta. Myślę więc, że wprowadzony dla „politycznej poprawności” reżysera dobry Rosjanin, nie był tu potrzebny.

Próba przedostania się Anny do GG, do Krakowa, ukazuje wprawdzie brutalny rosyjski formalizm, ale i tutaj brak grozy i beznadziejności towarzyszącej tym usiłowaniom. Wobec zatrzymywania wyjazdów do GG dochodziło wręcz do niesamowitych i niebezpiecznych forteli na zielonej granicy. Opisywano je. Tu znów relacja naocznego świadka – mego Ojca. Sytuacja podobna: chciał przedostać się do nas, swoich dzieci i żony, do Krakowa. Jeśli zważyć, że był człowiekiem ostrożnym, to co zrobił, wskazuje, że był przyciśnięty do muru. Podczas niebywałego mrozu, w nocy, przeszedł na stronę niemiecką przez zamarznięty San. Niemiecki patrol, który go schwytał, okazał litość. Tylko go obrabowali i przepędzili z powrotem – na pastwę, na sowiecką stronę. I żeby nie natknąć się na sowiecki patrol, nocą i w ten mróz, przeszedł pieszo dwadzieścia kilometrów. Potem przekroczył granicę „legalnie”, jako mąż kobiety, której nawet nie znał. Okupacyjny Kraków wydał mu się zrazu rajem. Jeśli pamiętać, że we Lwowie patrol NKWD prowadził go do więzienia na Łąckiego a na plecach czuł bagnet idącego za nim enkawudysty… Ileż było dramatów przy tym przechodzeniu granicy. Przekraczania granicy w beczce czy wpław. Złapani w najlepszym razie jechali do Kazachstanu.

Zawsze mi się wydawało, że w filmie o Katyniu zasadniczym bohaterem – w samym obrazie – powinni być polscy oficerowie, ofiary mordu. Tymczasem w kilku scenach, kiedy ich widzimy, stanowią oni nieciekawą, nie zróżnicowaną właściwie masę, podobnych sobie twarzy, ujednolicają ich dodatkowo mundury. Dotyczy to także osób wyróżnionych: młodego męża bohaterki i oficera Jerzego, ofiarowującego mu sweter. W pewnej chwili generał (który?) mówi, że tyle tu ciekawych osób, jest nawet malarz (być może chodzi o Czapskiego?). Ale nic to nie znaczy w samej materii wizualnej, zbitego tłumu, nie zróżnicowanych postaci. I tak będzie w następnych scenach, aż do końca. Są to na ogół ludzie młodzi, a przecież zróżnicowanie było duże także pod względem wieku. Oficerowie są w filmie bez wyróżnień, a przecież w grobach mundury były w zasadzie w pełni oznaczone szarżami.

Ta anonimowość ofiar Katynia w filmie Wajdy jest w jakimś sensie odpowiednikiem anonimowości z jaką mówi się o „sprawie Katynia”, „ofiarach Katynia” w komunikatach i relacjach. Zmieniają tę sprawę dopiero konkretne opisy. Jeśli zaś chodzi o film Wajdy, to jeśli jest dokumentem dokonującym zbliżenia wobec sprawy Katynia, to w takim razie powinien ukazywać jak najwięcej konkretu. Zaś w wypadku wizji artystyczno historycznej zasada konkretu jeszcze bardziej obowiązuje, dzieło artystyczne bowiem zawsze musi przybliżać konkret. Ukazując któregoś ze szwoleżerów polskich, w szarży na Somosierrę, można ostatecznie ukazać tylko typ. Jednak jeśli chodzi o dowódcę – musi nim być Kozietulski, prawdziwy lub wymyślony.

W Krakowie, po odkryciu grobów katyńskich, na filmie Wajdy przesłuchiwana jest żona jednego z generałów w obecności swej córki. Kto to? W Katyniu znaleziono ciała tylko dwu generałów: Smorawińskiego i Bohaterewicza, a epizod niemieckiego przesłuchania i propozycja nagrania oświadczenia na „stilo” miał miejsce wobec żony generała Smorawińskiego i jej syna, w Lublinie (znam to z ustnej relacji samego Smorawińskiego Juniora). Zwracam na to uwagę, gdyż – jak powiedziałem – dziwnym celem filmu Wajdy jest zamierzona anonimowość ofiar Katynia. W całym filmie, dosłownie, nie pada ani jedno nazwisko i zbliżenie którejkolwiek z prawdziwych ofiar Katynia. To właściwie anonimowy szary tłum. Słowa, że zginęli tam często ludzie bardzo wybitni – pozostają niewiarygodną deklaracją. Jeśli zaś w wypadku dwu odnalezionych ciał generałów w lesie katyńskim przesłuchiwano żonę gen. Smorawińskiego i jego syna – przedstawiona w filmie generałowa może być tylko żoną gen. Bohaterewicza. Nie wiem, czy oni mieli córkę? Inny przykład: dlaczego cytując fragmenty dziennika mjra Solskiego, z chwili tuż przed egzekucją – nie pada jego nazwisko? W relacjach historycznych też obwiązują „prawa autorskie”. Nie wolno zapomnieć, kto powiedział „veni vidi, vici”. Czesław Miłosz wykazał niewiedzę pisząc, że wielki poeta polski Władysław Sebyła został pochowany „w katyńskim lesie”. Ale przynajmniej pisząc o ofiarach wyszedł poza ich całkowitą anonimowość. Będąc jednak zlepkiem konwencji, film Wajdy oscyluje między dokumentem a przeinaczeniem.

Film nie pokazuje jednej zasadniczej rzeczy dotyczącej oficerów, ofiar katyńskich. Zginęli bezbronni, jako jeńcy, nie w bitwie. Mówi się, że zostali eksterminowani, bo to była jednocześnie elita polska, cywilna i wojskowa. Ale że rozstrzelano ich także w wyniku całkiem realnej, choć nie militarnej bitwy, która rozegrała się w samych obozach – o tym film nie mówi. Bo Wajda pomija fakt, kto, i dlaczego, na Kremlu wydał tę decyzję. Zwracano na to zresztą uwagę w dyskusjach. W uzasadnieniu decyzji przedstawionej przez Berię Stalinowi, czytamy przecież, że oficerowie są nieprzejednanymi wrogami Związku Sowieckiego i fakt ten jest nieodwracalny. A politrucy przekonali się o tym podczas przesłuchań, którym podlegali wszyscy w obozach, gdy starano się ich przekonać do racji komunistycznej i przekształcić w agentów. Brak mi w filmie tych przesłuchań i szantażu pozyskiwania na agentów.

Odmówili. Na tym polegała ich walka. Odmówili, niezależnie od grożących konsekwencji. Ci, którzy poszli na agenturę (oblicza się ich na około sto osób), nie zostali rozstrzelani i znaleźli się w obozie w Griazowcu. Oprócz nich zostawiono na wszelki wypadek jeszcze kilkaset osób, by byli dowodem, że nie rozstrzeliwano. Taka jest prawda, której Wajda nie pokazał. To dlatego prezydent RP powziął decyzję o awansowaniu rozstrzelanych oficerów, pośmiertnie, o jeden stopień. Nie dlatego, że zginęli, ale za okazane męstwo. Reżyser im tego odmawia.

Wiadomość o niemieckim odkryciu grobów katyńskich, 13 kwietnia 1943 roku, zostaje ukazana w filmie na tle Krakowa. Tu muszę powiedzieć coś osobistego. Ja się czuję prawie świadkiem tamtych czasów. Mieszkałem w Krakowie, mieście mojego dzieciństwa, rodziny i przyjaciół, byłem tam jako dorastający chłopak – od 1940 do 1946 roku. Ten numer „Gońca Krakowskiego” z informacją o odkryciu zbrodni katyńskiej trzymałem w ręku, to musiał być w tych dniach wysoki nakład.

Ale w filmie Wajdy pusty Rynek z kioskiem, gdzie można dostać „Goniec Krakowski”, to sceneria dość nieciekawa, i tylko urywek filmu niemieckiego przenosi nas do lasu katyńskiego. Pominięty został udział delegacji polskiej i oglądanie grobów przez wybitnych polskich pisarzy, dających natychmiast świadectwo (Goetel, Skiwski, Mackiewicz), ale także praca komisji technicznej PCK przy ekshumacjach, a w Krakowie badanie dokumentów z grobów przez komisję specjalistów medycyny sądowej pod przewodnictwem prof. Robla. Wajda anachronicznie zresztą umieszcza prace tej ostatniej komisji na okres już po wejściu Armii Czerwonej w 1945.

A ten Kraków okupacyjny to też nie była sielanka Rynku z 1943 roku u Wajdy, spokojniutko, jak co dzień. Atmosfera okupacji niemieckiej nie była taka! Byliśmy wciąż zagrożeni. Pamiętam. W nocy słyszałem bicie kolbami w wejściową bramę, to znów uciekałem ogrodami przed łapanką. Porażający efekt 13 kwietnia osłabia Wajda psychologizacją, że kobiety nie chcą uwierzyć! To ważny szczegół. Nie ma jednak ukazanego wstrząsu tych, co w Katyń uwierzyli. Był w tych dniach zapewne większy nakład „Gońca Krakowskiego”! Zawsze będę pamiętał tę czołówkę w gazecie, rzuconej na ulicy i moknącej na deszczu. Podniosłem.

W „Parteitag” Rynek opływał na domach czerwono czarnymi sztandarami ze swastykami (opisał ten widok, gdy oglądali go z Miłoszem, Jerzy Andrzejewski), żandarmi zawsze stali przed Wawelem (przechodziłem tam co dzień). Łapanki! Wyskoczyć z tramwaju czy nie!? U ciotki słuchanie radia Londyn (bum, bum, bum buum!) i lęk, że usłyszą. Nie tak to wyglądało jak w filmie.

Chwila ogłoszenia przez Niemców rewelacji katyńskiej służy Wajdzie ukazaniu dramatu kilku kobiet oczekujących swoich mężów. Ale przede wszystkim demaskowaniu niemieckiej propagandy. Ten wrzask niemieckiego propagandysty wobec rodziny generała! Ale nie ma wieści o zamordowania -w dukcie Katynia- gen Sikorskiego, jak głosiły niemieckie gazety: „Zginął za Katyń”!

A ten Kraków Wajdy tuż po wojnie? Ostateczne zwycięstwo zdrajców polskich z ZSSR! Nagle Kraków wolny! Kraków nie był w zasadzie broniony. Mimo wszystko zajęcie Krakowa odbyło się wśród szczęku broni maszynowej i huku bomb, a przedtem wysadzono mosty na Wiśle, przez jeden z nich zdołał tuż przedtem uciec Józef Mackiewicz, katyński świadek. Pamiętam tę detonację. I pamiętam na ulicy trupy pojedynczych żołnierzy Wehrmachtu, których kilka godzin wcześniej widziałem jeszcze cofających się z panzerfaustami w ręku. Jest oczywiście u Wajdy obowiązująca scena zrzucania swastyk z murów. Ale nie ma – ukrywającego się koło Rakowickiego Cmentarza i ściganego listem gończym Ferdynanda Goetla, drugiego katyńskiego świadka.

W Warszawie były tylko ruiny, ale Kraków, gdyby chcieć to pokazać, był silnie związany ze sprawą katyńską. Prokurator Martini przesłuchiwał już w 1945 r. wybitnych polskich pisarzy z powodu dwu listów gończych za pisarzami, świadkami Katynia: Janem Emilem Skiwskim i Ferdynandem Goetlem. Nikt z przesłuchiwanych pisarzy nie ośmielił się wtedy powiedzieć, że Katyń to zbrodnia rosyjska. Jako przesłuchiwany zdobył się na odwagę jedynie prezes Polskiego Czerwonego Krzyża Kazimierz Skarżyński, który przesłuchującemu go sędziemu śledczemu Szwarcowi powiedział prosto w oczy: to zrobili Rosjanie, tego się nie da skreślić. Jego była prawda. A w tym czasie Goetel ukrywał się jeszcze w Krakowie w klasztorze, nim uszedł na Zachód. Do mieszkania Goetla przyszedł z patrolem Adam Ważyk, bo potrafiłby go rozpoznać. Jednak z tego ważnego krakowskiego, tuż powojennego, wątku, w filmie Wajdy nie ma ani śladu. Niedługo potem była sprawa zabójstwa prokuratora Martiniego, przed którym zeznawali ci najwięksi polscy pisarze. Ten Kraków był o wiele bardziej potrząsany historią. Już w tym czasie trwały przygotowania do ewentualnego polskiego udziału w oskarżeniu Niemców o Katyń w Norymberdze.

W Krakowie, wolnym już od Niemców, dzieją się w filmie różne „katyńskie” wątki. Pierwszy, to postępowanie NKWD i polskiego nowego bezpieczeństwa wobec naukowców z Zakładu Medycyny Sądowej, U Wajdy, w 1945 r. zajmują się oni nadal badaniem dokumentów katyńskich, chowają je, boją się rewizji. To anachronizm, dokumenty katyńskie już rok wcześniej wyjechały w skrzyniach z Krakowa, najpierw do Wrocławia, a potem pod Drezno, gdzie być może zostały spalone w Radebeul. Nieprawdziwa więc jest także cała scena, w której ten oficer Jerzy prosi członka komisji o wyjęte z grobu przedmioty, należące do jego dowódcy, by je przekazać rodzinie. Wielu członków komisji Polskiego Czerwonego Krzyża było aresztowanych i przetrzymywanych. Te represje należało pokazać. Niektórzy cudem ocalili życie, jak na przykład doktor Marian Wodziński, tylko dlatego, że uciekli. Nie można jednak zmieniać faktów historycznych tak bezceremonialnie.

Bardzo istotnym wątkiem akcji w Krakowie, po wojnie, jest wpleciony w losy innych osób wątek oficera ludowego wojska, berlingowca, Jerzego, jakoś ocalonego od masakry katyńskiej. Był w Kozielsku. Ten ocalony od rozstrzelania polski oficer ma niedopowiedzianą przeszłość. Mówi, że „spóźnił się” do Andersa. Ale co to znaczy? Kłamie? Był może osobno więziony? Nie był w Griazowcu, ani w Małachówce? Dlaczego więc awansował? Wiemy, kto nie wyszedł z Andersem do Iranu ? Zygmunt Berling. Zdezerterował, za co otrzymał wyrok śmierci sądu wojskowego. A spóźnili się ci, którzy przebywali w oddalonych o tysiące kilometrów łagrach. Tak więc powiedzenie oficera, który mówi, że przypadkowo ocalał od rozstrzelania, nic konkretnego po prostu tu nie znaczy. Po co był Wajdzie potrzebny taki sensacyjny wątek, dosyć nieprawdopodobny? Jerzy krył swoją świadomość przez dwa lata i nagle, pod wpływem spotkania z rodziną swego dowódcy, z Anną, i rozmowy z generałową – doznaje wstrząsu psychicznego (ale nie z powodu poznania prawdy o Katyniu, bo tę zna od lat). Rozumiemy, że nie chce już podtrzymywać sowieckiej wersji Katynia. Dlaczego nagle zmienił swoją postawę, upił się, a potem się zastrzelił? A jeśli już chciał się zastrzelić, to mógł wykrzykiwać, że zrobili to Rosjanie!… Doznaje wstrząsu tylko z powodu dwu rozmów? Mały człowiek. Zamiast świadczyć rzeczywistą prawdę, póki go nie aresztują? I to po tym, jak wytrzymał w taki sposób całą marszrutę wojska? Można uzasadniać jego przemianę, ale cały ten wątek niepotrzebnie zaburza prostotę filmu (taki film nie potrzebował efektownych sensacji). Zamiana swetrów, wzięta z filmów „opończy i szpady”, powodująca pomyłkę na liście katyńskiej, jest – podobnie jak sekwencja w knajpie, tyleż niepotrzebna, co swoiście histeryczna. Oddziałuje aż po koniec filmu efekciarskim widokiem różańca, wystającego spod spychanej do grobu ziemi.

Wyeksponowana, ale nieprawdziwa, jest postać tego młodego partyzanta Tadzia z kieleckiego, bratanka jednej z bohaterek. Chyba nie o Katyń tu chodziło, ale o podkreślenie przez Wajdę znaczenia wcześniejszej swojej twórczości, w tym wypadku „Popiołu i diamentu ” , gdzie młody partyzant wykonuje wyrok na „niewinnym” sekretarzu Szczuce, a następnie ucieka – to był ten straszliwy bieg Cybulskiego! I ginie zastrzelony, na śmietniku („śmietniku historii”), słyszymy to słynne zdanie, z fałszywym podtekstem, wypowiedziane przez prostego, nieświadomego milicjanta: ?”Człowieku po coś uciekał” – Ta scena ukazuje niemiłą dwuznaczność „Popiołu i diamentu”. Zostaje w filmie „Katyń” jakby powtórzona, żeby uzasadnić rację dawnego filmu. W Krakowie ten młody chłopak z AK to paszkwil na bohaterskich, choć nieszczęsnych młodych partyzantów. Ten chłopak nosi się z pistoletem na wierzchu, jak z torebką czekoladek, u fotografa jedna z bohaterek zakrywa mu kurtką tę broń. Przecież to głupiec, a nie partyzant. On na ulicy, na oczach wszystkich, zrywa plakat z napisem „AK zapluty karzeł reakcji” (nie rozumiem, dlaczego aktor, grający tę rolę, nie zbuntował się tu przeciw reżyserowi). Potem chłopak ucieka na dachy, żeby było egzotycznie, tak jak we francuskim filmie „Huzar na dachu”. I jeszcze towarzyszy mu tam dziewczyna. Całują się. Ale to chyba z innej bajki, obok sprawy Katynia. A potem chłopak znów ucieka, następuje ten długi bieg, i ginie w akcji milicyjnej, jak przedtem Chełmicki. Bo wszelki opór chłopców z lasu był bez sensu! Ale racja, może już daremna, młodego partyzanta, nie została ukazana: nie słyszymy o zbrodniach nowej okupacji, nowych obozach i deportacjach, eksterminacjach i lochach UB. Wajda przekonuje, że powojenna partyzantka była tragiczną głupotą, bo przecież, jak słyszymy, gdy zapisywał się na uczelnię, „zaciągnęło się na tysiąc lat”, „ustrój się nigdy nie zmieni”. Wiemy, że tak też myślano, ale Wajda upraszcza tu racje i słowa.

Nie tylko taki pogląd istniał w dramatycznej historii tamtego okresu! Było także, w obliczu zniewolenia, dość powszechne czekanie na wojnę, nadzieja zmiany („Truman, Truman, spuść te bania, bo jest nie-do-wytrzymania!”). Zaciskanie się pętli. Te historiozoficzne uzasadnienia, by akceptować stan rzeczy, to często – na drugim planie – próby wytłumaczenia współpracy z komunistami, łagodzenie ocen. Ale przystosowanie się też miało różne twarze. Chodziło o to, żeby robić rzeczy pozytywne, między kolaboracją a więzieniem.

Nie podobał mi się pomysł z tą szabla generalską, ocaloną przez byłą gosposię, dziś starościnę. I zwróconą generałowej. Dla gosposi nie znaczyła nic. Nowy hałaśliwy lud oddaje wam te symbole kicze. Ale druga strona wiedziała już, że najmniej chodzi o symbole. Po klęsce Września szabla nie jest już „złotym rogiem”.

Okupacyjny ustrój jest jakby za ścianą, nieobecny. Pokazany tutaj jako konflikt rodzinny (dwie siostry). Tylko sprawa honoru, jako sprawa prawdziwej daty Katynia i pamięci. Odejmuje to konfliktowi siły, bo nie istnieje to obce, straszne, brutalne zniewolenie. A nowe eksterminacje, podobne „katyńskim” były w toku. Tego nie ma, tylko dwie siostry nie mogą ze sobą dojść do ładu. To prawdziwe, ale kłamstwo katyńskie było tylko cząstką Wielkiego Kłamstwa. Walka o datę była czymś wielkim, ale milcząca zgoda na ten fałsz nie musiała być aż tak podła. Nie pada argument, tak ważny dla Polaków, który kiedyś w XIX wieku sformułował Mickiewicz: „łudzenie despoty”. Walka o tę prawdę była bohaterstwem, ale zaniechanie jej tutaj mogło kryć inne tragiczne bohaterstwo, na innych planach. Szkodzi filmowi prosty schematyzm, którego dało się uniknąć. Umieszczenie właściwej daty śmierci na symbolicznym nagrobku, było na ogół niemożliwe. Ale przez lata był jeszcze inny problem. Aktami stanu cywilnego rządziło państwo ludowe i nie zezwalano na umieszczenie tam przy nazwisku ofiar daty 1940 roku, a ustalenie zgonu i jego daty było podstawową sprawą dla różnych sytuacji cywilnych. Pisano np. „zaginiony na wojnie”. W pewnej chwili przyjęto dla tych wpisów jednolitą datę, która nie była prawdziwa.

Ale tu mamy jeszcze inne niedopatrzenie. Gdy mowa o księdzu, do którego przychodzi jedna z bohaterek, starać się o umieszczenie tablicy katyńczyka w kościele. Przecież to ten sam ksiądz, którego widzimy u Wajdy w dokumencie niemieckim, jak odprawia mszę nad grobami katyńskimi, ksiądz kanonik Stanisław Jasiński. Tak się przedstawia. Wtedy wzruszała nas ta postać. Ale w filmie później powiedziano: ” Nie, nie ma księdza Jasińskiego, bo ksiądz został zatrzymany. ” Rozumiemy, przez Urząd Bezpieczeństwa. Prześladuje się bohatera z 1943 roku! Ale ksiądz Jasiński wydał wtedy oświadczenie, że już w Katyniu, kiedy odprawiał tę mszę, był przekonany, że jest to zbrodnia niemiecka, niemiecka prowokacja. Wyparł się prawdy. Nie był tu świetlaną postacią w okresie powojennym ksiądz Jasiński. Byli też inni tacy księża z episkopatu krakowskiego. Czy scenarzysta i reżyser o tym zapomnieli?

Zaś sprawa „włączenia się” nie dotyczyła tylko grupy rodzin katyńskich. Była szerszym, trudnym problemem. „Włączyć się”, nie być już młokosem z pistoletem? Ale przyjęcie okupacyjnej rzeczywistości po wojnie, to znaczyło nie tylko tolerowanie fałszu o sprawcach Katynia. U Wajdy strzeże tej prawdy kilku tajniaków, nie czuje się, że kłamstwo nabiera wymiaru powszechnego. Słowa o „tworzenie wartości”, gdyby zostały wypowiedziane mniej oschle i nonszalancko – tylko jako negatyw, ale zostały podbudowane rzeczywistym zrozumieniem panującego zła – dałyby w sumie prawdziwszy obraz. Bo tworząc wartości trzeba było znosić rewizje i „kotły” w mieszkaniach, tolerować audycje radiowe z Wandą Odolską i jej „falą 49”. Jedni studiowali szkolę filmową, a inni wkraczali w krąg nieszczęścia, jak świadczy sprawa lektora „fali 49”, Stefana Martyki i sprawców jego zabójstwa. Spokoju nie miało być nigdy i nigdy nie zdołano w pełni spacyfikować społeczeństwa.

Wajda w ogóle bardzo niejasno przedstawia racje osób, nie dając im właściwego, innego dla różnych osób kontekstu. Kogo ma przedstawiać i kogo usprawiedliwiać wyłożona racja, że „zaciągnęło się na długo” i że „trzeba się przystosować”? Pogląd przecież słuszny, pod warunkiem jednoczesnego ukazania prawdy o brutalnej powojennej rzeczywistości, gdzie kłamstwo katyńskie było tylko drobnym elementem. Tylko za to iść do więzienia, to było heroiczne, ale przymknięcie tu oczu nie musiało być podłe. I inaczej było zaraz po wojnie, a inaczej na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Było tak przecież, że tuż po wojnie dzieci ojców zastrzelonych w Katyniu ukrywały długo ten fakt, by nie stać się przedmiotem represji. Moja bliska przyjaciółka z klasy maturalnej straciła ojca w Katyniu i stryja w Starobielsku, ale wtedy o tym nie mówiła. Była jednak szantażowana przez UB. Chodzi o to, że całość sytuacji była nie do zniesienia. A tu nawet symbolicznych odgłosów tej sytuacji nie mamy. Niezrównoważony wojskowy zastrzelił się. Głupi młokos trzyma na wierzchu automat. W ogóle nie pada słowo okupacja, tak jakby film był kręcony w PRL-u, zaraz po „Popiele i diamencie”.

A ja pamiętam choćby Kraków z czasu przestawionego przez Wajdę. Kocioł UB założony w mieszkaniu mojej ciotki na cały tydzień. Krwawo zakończona manifestacja 3-cio Majowa w 1946 roku. W Rynku ludzie niosą obok mnie samochód z Mikołajczykiem na ramionach. Całkowita przegrana komunistów w referendum 1946 w Krakowie (partyjni przywódcy mówili wtedy, że trzeba by deportować na inny teren część ludności Krakowa). A „w temacie” katyńskim: aresztowania członków komisji dra Robla za pracę nad dokumentami katyńskimi; ukrywanie się w Krakowie, ściganego listem gończym świadka katyńskiego, Ferdynanda Goetla; przesłuchania pisarzy (przychodzili, by otrzymać „lojalkę”) przez prokuratora Martiniego, zamordowanie go w niejasnych okolicznościach, na pewno nie dla rabunku, jak twierdzi się i dzisiaj. Z tego krakowskiego, patriotycznego i katyńskiego materiału wziął Wajda tylko sprawę walki o datę na cmentarnej płycie. To ważne, ale wyimkowe.

Mógł Wajda jeszcze ratować swój film scenami egzekucji katyńskich. Mimo pozorów, każda była inna, bo wobec innego człowieka. Można sobie wyobrazić tyleż realizacji artystycznych tej całości. Trzeba powiedzieć, że jedyna sekwencja filmu, w której Rosjanie są brutalni i morderczy, to wymowna, lecz tylko końcowa, nie za długa w stosunku do czasu dziania się filmu, końcowa sekwencja rozstrzeliwania przez NKWD. Wbrew wielu opiniom, nie bardzo podobały mi się sceny egzekucji. To jest jakiś bezładny, szalony rytm pracy oprawców, nie wiadomo, kto strzela, gdzie, w którym miejscu, tu jednemu zaciął się pistolet, tam działa spychacz… W lesie katyńskim nie było spychacza. Spychacz był w Miednoje, tam przywożono tylko trupy (była koparka „Komsomolec”) A tu jeszcze na końcu, kiedy już zabici zostali zasypani ziemią, wystaje ręka z różańcem, bo to ma wzruszyć polskiego widza. Wyobraził sobie Wajda, że ten właśnie zamieniony sweter na oficerze to będzie końcowy naoczny dowód, jak w kryminale. Te ostatnie sceny nie są znakomite. Jest oczywiście jakaś groza. Ale tam jest za dużo hałasu, łomotu, wszystko jest nieskoordynowane – tu rozstrzeliwują w piwnicy, tu rozstrzeliwują nad grobem, tu spychają trupy. Jak stwierdzał w 1943 r. prof. Buhtz, wybitny niemiecki znawca sądowy (w towarzystwie Józefa Mackiewicza), nie rozstrzeliwano w podziemiu daczy. Badali to. W podziemiu rozstrzeliwano w Kalininie i w Charkowie. W lesie katyńskim nad grobami.

Można się spierać o artystyczne racje. Ja myślę, że w tym szalonym tańcu egzekucji został zatracony zwykły, rutynowy charakter działań oprawców (podobnie jak w scenie aresztowania profesorów UJ). Byli po doświadczeniach 1938 i 1939 roku, kiedy rozstrzelano setki tysięcy ludzi. Zabrakło jakby tego, co Hannah Arendt nazwała „banalnym złem”, zwykłych twarzy oprawców, ich zmęczenia po oddaniu osiemdziesiątego strzału z Walthera. Dzieło artystyczne może uprościć czy nawet podmienić pewne realia historyczne, ale trzeba uważać. Realia katyńskie są historycznie dosyć bliskie i nieźle opisane. W filmie o wyjątkowej, przyziemnie ponurej sprawie, należało pójść na bardzo proste efekty.

Chodzi też o to, że w lesie katyńskim było inaczej. Systematyka mordu o wiele bardziej przemyślana. A tu łapu capu, zmasowanie zabijania zupełnie nieznośne. W jakimś szalonym, groteskowym tempie przyspieszonego filmu. Nawała tych autobusów, jadą jedne za drugimi. Razem. A to nie były konwoje. Rozstrzeliwano pierwszy autobus, a potem dopiero drugi. Znakomita organizacja. I jednego pojazdu Wajda nie ukazał. Słynnej więźniarki, „czarnego kruka”, „czernowo worona” – symbolu czystek sprzed 1940 roku. Jak mówili świadkowie rosyjscy, w lesie katyńskim było ich kilka. Dowoziły nad groby, każdy oficer w osobnej celce więźniarki. Dlatego zbiorowy opór był niemożliwy. A przecież unikano konfrontacji dopiero przywożonych – z rozstrzeliwanymi. A tu równoczesność strzelania na kilku stanowiskach? Tyle, że to rzeczywiści szło gładko: to były dobre niemieckie pistolety Walther. W Winnicy, gdzie rozstrzelano z naganów dziesięć tysięcy więźniów, często musiano dobijać ich łomem.

Tu i tam film został dobrze przyjęty w Rosji, może także dlatego, że nie ma tu personalizacji zła? Tego, co Nałkowska powiedziała o hitlerowcach, że „ludzie ludziom zgotowali ten los”.

Pisząc o filmie Wajdy Aleksiej Pamiatnych (w: „Zbrodnia katyńska między prawdą i kłamstwem”, Warszawa 2008) przypomina uwagę Daniela Olbrychskiego, że jest dumny, bo dwie trzecie Polaków uważa, że należy przebaczyć Rosjanom Katyń. Na większą skalę tę komedię przebaczenia grał u nas kiedyś ks. Peszkowski. Bo wobec tych, co dokonali zbrodni, nie widzę sensu przebaczania. To jakiś obłędny mistycyzm czy odwrócony nacjonalizm. A ci, co nie byli winni tej zbrodni, nie podlegają problemowi wybaczania. Natomiast argument Pamiatnycha, że nie wolno krytykować za film o Katyniu pod nieobecność Wajdy i pod nieobecność Rosjan – wprawił mnie w osłupienie. To z jakiegoś zapomnianego zbioru pojęć – nie wolno krytykować KC poza plecami jego członków. Inaczej będzie to obraźliwe. Pamiatnych pisze to na marginesie wspomnianej wyżej dyskusji, jaka odbyła się pod koniec zeszłego roku w Wojskowym Biurze Badań Historycznych. Dyskusję tę określił Pamiatnych jako wiec polityczny. Choćby nawet. Czy wiec to coś nagannego? Argumenty rosyjskie w ocenie filmu bywają dość wymowne. Były głosy rosyjskie, że film Wajdy coś zakończy A tymczasem bardzo jest daleko (w sztuce) do wyrażenia tego, czym była Rosja Sowiecka dla Polaków. Na przykład ta, przytoczona w tym samym miejscu, Arsenija Rogińskiego: dobrze, że Wajda nie wspomina o rozkazie rozstrzelania wydanym przez Biuro Polityczne partii sowieckiej (i przez rząd ZSSR, dodam). Lepiej uważać, że to była jakaś „plaga, która spadła na Polaków i Rosjan”. Gdyby trzymać się tego sądu – uprawiamy historię zapominając, że wszystko jest dziełem istot z tak zwanej „Ukrytej Galaktyki”. 17 września 1939 roku nie wtargnęła do Polski Armia Czerwona, tylko czerwona kosmiczna plaga, a w roku 1941 zaatakowała Związek Sowiecki plaga brunatna. Ale ja też ulegałem historii fantastycznej, choć w innym kierunku: napisałem kiedyś opowiadanie, w którym na szubienicach na Placu Czerwonym w Moskwie, po sądzie „czerwonej Norymbergi”, postawiono wiele szubienic, na których kołysał się Stalin i całe Biuro Polityczne. Zabawki, zabawki..

http://www.jacektrznadel.pl/

DALEJ
strona [2] Wajda po 10 kwietnia 2010
strona [3] Wojciech Wencel Matrioszka III RP
strona [4] Polska w filmach Wajdy „Popiół i diament”
strona [5] Odkłamujemy polskie kino „Lotna”

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Antypropaganda, Eseje, Historia, II wojna światowa, III RP, Lata PRL, Po 1980, Recenzje, Teatr TV, film, Wywiady i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

13 odpowiedzi na „Andrzej Wajda, dodatek do biografii

  1. demonica pisze:

    wajda, zdecydowanie ałtorytet oralny, mały człowieczek , być może z dużym talentem (?) , wypromowany przez władców PRL i sowieckich agentów w Polsce.

    • yuhma pisze:

      Nie przesadzaj, to naprawdę wybitny reżyser filmowy i ten Oscar mu się należał. Nie mieszajmy sztuki z moralnością. Wielu wybitnych artystów było ludźmi wręcz amoralnymi, jeszcze więcej bywało z moralnością na bakier.
      Gdyby Wajda był kiepskim reżyserem, to mielibyśmy w… nosie jego moralność. Jest niestety gorzej – „Popiół i diament” nie dlatego jest zły, że zły, tylko dlatego właśnie, że wybitny.

      • Jan pisze:

        Nie przesadzaj, że ‚popiół i diament’ jest wybitny reżysersko i że oskar należy się bajdzie za jego
        talent. Wybitnie się z taką wizją nie zgadzam! Zarówno książka Undrzejewskiego, jak i film Bajdy to draństwo. Zgoda, jest to majstersztyk propagandowy, ale nie zmienia to faktu, że jest to twór nikczemy.

        Czytałem książkę – to komuszy wirus, leży teraz gdzieś na podłodze pod szafą, ciśnięta z
        obrzydzeniem. Film oglądałem dwa razy i nie mam zamiaru więcej poddawać się takiej prostytucji
        intelektualnej.

        „Nie mieszajmy sztuki z moralnością”? Hasło dla maszyn.
        Chociaż… zgoda: sztukę z moralnością się nie miesza, ponieważ one były i są nierozerwalnie złączone, więc jak mieszać coś, co stanowi jednolitą strukturę?

        Piszesz magiczne słówko „sztuka” i żądasz dla Bajdy aby był on wyjęty spod praw człowieczeństwa. Przewrotne. Czyli co? Osoby zajmujące się sztuką nie muszą stosować się do praw moralnych, które są właściwe pozostałym, nie zajmującym się sztuką ludziom? Wymawia się zaklęcie: „abrakadabra: SZTUKA” i już jest wszystko w porządku? Skoro to artysta, to jest nadczłowiekiem; można mu dać więcej przyzwolenia na
        nieodpowiedzialność niż innym ludziom, podobnie jak daje się więcej swobody kobietom, będącym w stanie błogosławionym? Skoro tak, to czy kobietom ciężarnym pozwala się na popełnianie przestępstw kryminalnych, bo noszą ‚sztukę’ w macicy?

        Jeśli nie dostrzegasz, że sztuka może równie szkodzić jak przestępstwa pospolite, to przypatrz się jakim nikczemnym szkodnikiem jest ten ‚artysta’ w stosunku do polskiej polityki, do np. wydarzeń z 10.IV.2010 r. lub jak z maniakalnym entuzjazmem wspiera POtworną koalicję polityczną, walczącą z Polską. Aż wstyd patrzeć i słuchać, że jest ten przedstawiciel gatunku homo sapiens pochodzi z Polski! Jego działania przekładają się na konkretne skutki – izanie dupska czynnym spadkobiercom ideologii, która strzelała do naszej prawdziwej elity w Katyniu w 1940, to sk*rwienie się totalne. Jego żałosne zachowanie się i jego ‚sztuka’ niszczy moralność, niszczy zdrowy rozsądek i zatruwa studnie polskiego kodu kulturowego, daje wzór do naśladowania takich nikczemnych zachowań wśród tych Polaków, którzy nie orientują się co robił Bajda i jak sprawa naprawdę wygląda, jak jest propagandowo rozgrywana przez ruskich i jak bezpośrednio może wpływać tzw. sztuka na rzeczywistość, moralność, wychowanie, prawdę… Nie znasz sposobu działania ruskich polityków względem Polski? Oni, Twą nie zmieszaną z moralnością sztukę, wykorzystują w bardzo konkretnych – osłabiających morale narodów, na które chcą wpłynąć – celach, sprawach, działaniach – i ślepy by to dostrzegł, szczególnie teraz, w czasie wojny rosji z Ukrainą.

        Z Bajdą podobnie jest jak z Czymborską – raz się w taki sposób sk*rwisz, k*rwą już będziesz zawsze…

  2. schulz pisze:

    Boże jak ja sie strasznie raduję widząc tę mendę wsród tego grona, pieszczoszek komunizmu, zawsze na właściwym miejscu, chorągiewka na balkonie, spojrzenie na wiatr … i do pracy. Tfu Obrzydliwy typ. I dzisiaj jeszcze menda robi film o drugim wielkim co o takie Polskie walczył. Niesamowity kraj, niesamowity

  3. Schulz pisze:

    Powstaje piekny film o jutrzence polskiej nauki, genialnym Lechu ,który sam wraz z Danką pokonał komunizm, stoczył dramatyczna walkę z SB ( sam osobiscie dotarł do najbardziej skrywanego dokumentu SB i z narażeniem życia wydarł prawie wszystkie kartki, cwaniacko i perpektywicznie na miare możliwości swoich półkół pózgowych zaplomobował teczkę z adnotacja nie pozwalającą jej odtwierać. Później prezydentura, przy której dawne siły czuły sie jak ryba w wodzie. MAJSTERSZTYK. Pieszczoszek komunizmu kręci ponoć piękny film, jest skazany na sukces

  4. LechGalicki pisze:

    „Otake Polskę walczyłem”, „Nie chcem ale muszem”, Lech Wałęsa z siekierą – to wszystko elementy eksponowane przez „GW”. Pamiętam, przed długą, ponad godzinną rozmową- moim wywiadem z panem Wałęsa młodzi „dziennikarze” z”GW” atakowali go przygotowanymi pytaniami na karteczkach, że ten wzburzony wyszedł z sali. To był koniec lat dziewięćdziesiątych ub. wieku. Potem, pózniej – „dziennikarze” z „GW” -z dyspozycji „GW’ centrali uznali, że należy Wałęsę promować na ojca Solidarności. Why? Tak do tej pory.

  5. emka pisze:

    Wyszkowski: Kryptokomunista z marmuru
    Kiedy zapoznałem się z relacją „Codziennej” ze spotkania z Andrzejem Wajdą w jego szkole filmowej, podczas którego deprecjonował Annę Walentynowicz, wspomniałem od razu wywiad, jaki przeprowadziłem z nim podczas strajku w Stoczni Gdańskiej do biuletynu strajkowego „Solidarność”. Wajda był wówczas bardzo popularny z powodu „Człowieka z marmuru”. Powiedziałem mu, że strajkiem nie kierują ludzie podobni do filmowego Birkuta, czyli tacy, którzy zawierzyli komunizmowi. Strajk był polityczny, dla nas było to Powstanie Warszawskie innymi środkami. Wajda zaczął bredzić, że „klasa robotnicza” wystąpiła o swoje prawa. Zrozumiałem, że mam do czynienia z kryptokomunistą. Wajda uwikłał się we współpracę ze stalinizmem i nigdy nie potrafił za to przeprosić. Poniża Annę Walentynowicz, bo bolszewizm nie znosi ludzi odważnych, walczących o niepodległość

    http://niezalezna.pl/47260-kryptokomunista-z-marmuru

  6. emka pisze:

    Jak Wajda leczył z Powstania Warszawskiego

    W zależności od sytuacji ukrywa bądź eksponuje kwestię zamordowania jego ojca przez Sowietów w Katyniu. Zapytany dlaczego pomijał kwestię Katynia w swoich życiorysach, które składał w przeszłości, aplikując na różne stanowiska. – Nie pisałem o tym, gdy uznawałem, że jest to w danym momencie nieistotne – powiedział „Gazecie Polskiej Codziennie” autor filmu „Katyń”.

    Reżyser w czwartek brał udział w spotkaniu organizowanym przez Agorę w związku z promocją poświęconej mu, opartej na aktach IPN, książki „Wajda podejrzany” autorstwa dziennikarzy Witolda Beresia i Krzysztofa Burnetki.

    „Gazeta Polska Codziennie” zadała reżyserowi podczas spotkania w siedzibie wydawcy „Gazety Wyborczej” pytanie o przyczyny pominięcia przez niego kwestii zbrodni katyńskiej w swoich CV, np. jako kandydata na Akademię Sztuk Pięknych i jako przyszłego senatora klubu OKP w wyborach do parlamentu kontraktowego w 1989 r. Pytany zaskoczył nas wyjaśnieniem, że wydawało mu się to nieistotne w ówczesnych okolicznościach. Powiedział też nam, co dla niego znaczy mord w Katyniu. – Dla mnie Katyń to nie zbrodnia na polskich oficerach. To zbrodnia na polskiej matce, która przez 50 lat czekała na ojca – stwierdził.

    Tym samym jego słowa, że na początku pracy zawodowej heroiczne postawy patriotyczne były dla niego czymś nie do przyjęcia, nabrały szczególnego kontekstu. – Uznaliśmy wtedy, że Polaków trzeba z pewnych rzeczy wyleczyć. Przede wszystkim z Powstania Warszawskiego. To było dla nas wtedy najważniejsze – mówił Wajda o grupie filmowców, z którymi współpracował.

    Pytany o stosowane przez niego wówczas metafory, które miały odstręczać od bohaterskiego patriotyzmu, wyjaśnił, jak powstały do dziś najsilniej krytykowane sceny z filmów takich, jak „Lotna”, „Popiół i diament” czy „Pokolenie”. – Te wszystkie filmy naraziły cię na ataki moczarowców. I oto dziś apologeci polityki historycznej mówią w tym samym duchu o pedagogice wstydu, o zdradzie, gdzie kala się Polskę i poniża Polaków – zachęcał Wajdę do odpowiedzi prowadzący spotkanie Jarosław Kurski, zastępca redaktora naczelnego „GW”.

    Reżyser przyznał, że celowo – wbrew faktom historycznym – umieścił w filmie „Lotna” scenę szarży polskich ułanów na niemieckie czołgi. – Dlaczego przegraliśmy wojnę? Bo szliśmy „z lancami na czołgi”. Ktoś musiał odważyć się zrobić taką scenę. Padło na mnie – objaśniał Wajda.

    Wajda odniósł się też do dodanej przez siebie poza scenariuszem sceny w filmie „Popiół i diament”, w której AK-owiec Maciek Chełmicki, walczący z komunistami, ginie na śmietniku.

    – Wróg ludu podniósł rękę na komunistów, więc jego miejsce jest na śmietniku historii – mówił reżyser o zamierzonym, jak na zamówienie cenzury i komunistycznych władz, wydźwięku tego fragmentu filmu.
    http://niezalezna.pl/48724-jak-wajda-leczyl-z-powstania-warszawskiego

  7. ryszard rwie serce pisze:

    Wajda jest wybitnym reżyserem , chociaż najlepsze filmy zrobił już dawno temu. W sposób zamierzony czy też nie miał wpływ na miliony Polaków i fakt ,że jest naszym rodakiem buduje moje poczucie dumy a nie wstydu. Nie lubię „Lotnej”, „Polowania na muchy” czy „Wszystko na sprzedaż” ale „Człowiek z marmuru” i „Człowiek z żelaza ” są solidnymi i ważnymi filmami. Jednak ponad wszystko cenię Go za „Ziemię Obiecaną” film ,który jest perfekcyjny od początku do niemal samego końca, to też adaptacja ale jaka adaptacja. Chyba mój film nr 1 nie tylko w Polsce ale w ogóle. No i trzeba to przyznać i się z tym pogodzić.

  8. emka pisze:

    Polityczna twarz Wajdy. W 1950 mówił, że reżyser musi być marksistą. Dziś twierdzi, że PiS-owska wersja historii nie przetrwa. Co jest pod maską Mistrza?
    W jaki sposób mógł przeciętny student Akademii zdobyć własny światopogląd poza pracownią? Obecna sytuacja jest katastrofalna. Wprowadzenie przedmiotu „Wiedza o Polsce Współczesnej” obowiązującego na II i IV roku studiów, jest niewystarczające
    — alarmował Wajda w końcu 1948 roku, kiedy komuniści oficjalnie przejmowali władzę w Polsce i kiedy formowały się kanony sztuki socrealizmu socjalistycznego. […]
    CZYTAJ DALEJ:
    http://wpolityce.pl/polityka/284156-polityczna-twarz-wajdy-w-1950-mowil-ze-rezyser-musi-byc-marksista-dzis-twierdzi-ze-pis-owska-wersja-historii-nie-przetrwa-co-jest-pod-maska-mistrza-wideo

  9. emka pisze:

    Andrzej Wajda nie żyje. Zmarł dziś w nocy w wieku 90 lat.

    Był autorem wielu filmów i spektakli teatralnych. W latach 1972-1983 był kierownikiem artystycznym zespołu filmowego „X”, opiekunem młodych reżyserów tworzących nurt tzw. kina moralnego niepokoju, a między 1978 i 1983 r. prezesem Stowarzyszenia Filmowców Polskich.

    W 1988 r. został powołany przez Lecha Wałęsę w skład Komitetu Obywatelskiego przy przewodniczącym NSZZ „Solidarność”, przewodniczył Radzie Kultury przy Prezydencie RP. Był też senatorem (między 1989 a 1991 r.) i członek Polskiej Akademii Umiejętności, a od 1997 r. zasiadał we francuskiej Akademii Sztuk Pięknych.

    W latach 50. jeden z głównych twórców polskiej szkoły filmowej, reżyser reprezentatywnych dla niej dzieł. Prowadząc artystyczny dyskurs na temat polskości, oceny tradycji i historii narodowej, tworzył filmowe adaptacje dzieł literackich. Światowy rozgłos zdobył jego dyptyk polityczny Człowiek z marmuru i Człowiek z żelaza. Autopolemiką z przesłaniem Popiołu i diamentu stał się dramat filmowy Pierścionek z orłem w koronie. W filmie Katyń Wajda pokazał zbrodnię sowiecką z perspektywy żon, matek i sióstr polskich oficerów.

    Andrzej Wajda był tez inicjatorem i jednym z fundatorów Centrum Kultury Japońskiej w Krakowie. Wielokrotnie odznaczany, m.in. Orderem Orła Białego. Był również członkiem Europejskiej Akademii Filmowej, a od 2001 r. prowadził w Warszawie Mistrzowską Szkołę Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy.

    Wajda angażował się w życie polityczne. W szczególności wspierał Unię Wolności (m.in. jako członek komitetu honorowego przed wyborami w 2001 roku). W 2010 r. i w 2015 r. poparł Bronisława Komorowskiego jako kandydata na urząd Prezydenta RP.
    http://niezalezna.pl/87318-andrzej-wajda-nie-zyje

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.