Zwycięstwo – ostatni żołnierze Niepodległej

Film dokumentalny „Zwycięstwo – ostatni żołnierze Niepodległej” Aliny Czerniakowskiej, w którym pokazuje, co działo się w Polsce po wejściu wojsk radzieckich razem z NKWD. Sytuacja polityczna i psychologiczna Polaków po wojnie, z dawką gorzkiej ironii i serdeczną refleksją o tych, którzy wbrew „realiom” gotowi byli kontynuować walkę z nowym okupantem.

Polacy czekali upragnionej wolności. 6 lat okupacji, podziemna walka z okupantem, wielki zryw narodu w stolicy w 1944 roku. Ginie kwiat inteligencji polskiej, ale świat zobaczył, że Polska nie da się zniewolić.

„Naród, który nie posiada dostatecznej siły, by wywalczyć sobie wolność i zapewnić suwerenność państwową – musi jednak znaleźć w sobie dość siły, aby przynajmniej przypomnieć światu o swoim prawie do wolności. Taki był sens powstań narodowych i taki był sens walki żołnierzy wyklętych po wojnie.” (Jerzy Narbutt)

Nowa okupacja, tym razem z Kremla, której skutki mamy do dzisiaj. W filmie można zobaczyć młodych historyków, prawnika i innych zapaleńców, którzy z pasją zbierają dowody kłamstwa, zbrodni, niszczenia Polski przez zdradziecki rząd komunistyczny, który pod hasłami równości społecznej, przyjaźni braterskiej, władzy ludowej, mordowali najwartościowszych Polaków i niszczyli dusze Polaków. Skutki mamy dzisiaj, bo najtrudniej odbudować charaktery.

Rok 1945. Sowieckie „wyzwolenie” Polski. Świat cieszy się ze zwycięstwa nad Niemcami. Czy to także nasze zwycięstwo?

 

ZWYCIĘSTWO – OSTATNI ŻOŁNIERZE NIEPODLEGŁEJ

Scenariusz i reżyseria: Alina Czerniakowska, produkcja 1995

***

Alina Czerniakowska: Opisuję Polskę, o której się nie mówi

 

Z Aliną Czerniakowską, autorką filmów dokumentalnych, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

 

 

 

Od dziecka związana jest Pani z Warszawą?

– Od 14. roku życia. Natomiast mój dziadek i pradziadek byli warszawiakami. Mieli przy Trakcie Królewskim bardzo dobrze prosperującą restaurację. To była taka warszawska rodzina, z dawien dawna. Jak zbadałam nasz rodowód, okazał się bardzo ziemiańsko-polski. Zresztą ja też się w takim duchu wychowałam, między Płońskiem a rzeką Wkrą, wśród pól i lasów, na zupełnym odludziu. Był tam dosyć jeszcze spory majątek mojego dziadka, potem bardzo okrojony. I tam się chyba nauczyłam podpatrywać szczegóły dotyczące życia przyrody i ludzi. Do dziś tak jest, że ciągle czegoś się uczę od innych ludzi – od kobiety przynoszącej mleko, od rolnika… Myślę, że jest kolosalna różnica między wychowaniem na betonowych podwórkach a wychowaniem wśród pól i lasów. Tego naprawdę nie można porównać.

Głęboki patriotyzm, który przebija z każdego Pani filmu, zaszczepili w Pani rodzice?

– Tak. Moja mama, prawie dwadzieścia lat młodsza od ojca, zawsze była osobą pełną życia, do dziś, mimo podeszłego wieku, sama jeździ samochodem. Natomiast mój ojciec był przedwojennym Polakiem, służył w 4. Pułku Strzelców Konnych w Płocku, a potem w 11. pułku ułanów i z tym pułkiem poszedł na wojnę. Opowiadał mi, jak podeszli pod Hrubieszów i tam 17 września 1939 roku starli się z armią sowiecką; opisywał cały szlak bojowy. Z rozrzewnieniem wspominał przepiękny koncert organowy dla ich pułku w Leżajsku, gdy muzyka rozsadzała im serca, choć wiedzieli, że ich Polska się kończy. Zawsze, kiedy to mówił, miał łzy w oczach, mimo że był typem twardego mężczyzny. Jako akowiec szedł ze swoim oddziałem na pomoc powstańczej Warszawie. Dotarli jednak tylko do Modlina, dalej już nie mogli przejść. Widzieli w nocy, jak płonie stolica. Ponieważ to była Warszawa jego pokolenia, jego przodków, klęknęli i płakali. Ojciec nigdy nie zapominał o 1 sierpnia. Dla mnie też jest to wielkie święto, nawet jeśli przebywam na urlopie, przyjeżdżam do Warszawy, żeby być na Powązkach, zawsze też prowadziłam tam swoje dzieci.

To znaczy, że miłość Ojczyzny była w Pani rodzinie kultywowana od pokoleń...

– Oczywiście. Dla ojca rzeczy wielkie, patriotyczne nie były jakimś kuriozum, ale czymś normalnym, codziennym. Pamiętam, że moja babcia i dziadek lubili śpiewać pieśni ułańskie. Wykonywano je również na licznych spotkaniach rodzinnych, wigiliach, na których zawsze było koło 40 osób, najwięcej z Warszawy. Szybko nauczyłam się tych pieśni ułańskich. Pamiętam, że w trzeciej klasie szkoły podstawowej trzeba było zaśpiewać jakąś piosenkę. Wszyscy śpiewali coś banalnego, a ja wyprężyłam się na baczność i zaśpiewałam „Hej, strzelcy wraz, nad nami orzeł biały”. Klasa zaczęła ryczeć ze śmiechu, ale potem się wyciszyli, a ja dośpiewałam do końca i byłam strasznie z tego dumna. Obiecałam sobie, że w życiu postaram się nie zawieść tych, których kocham. Ojciec zmarł w 1992 roku, kiedy Polska była już wolna. Choć doczekał tego, wciąż mi powtarzał: „Nie mów nic. Nie mów o mojej drodze akowskiej, nie mów o babci, nie mów o niczym”. Ciągle uważał, że to jeszcze nie pora… „Żyją ci, którzy mogą bardzo zaszkodzić, to nie jest jeszcze wolna Polska, to nie jest jeszcze to pokolenie” – podkreślał. Niemniej bardzo się cieszył. Natomiast babcia, Maria Czerniakowska, była cichą bohaterką. W czasie okupacji przechowywała ludzi z lasu i przez całe życie wspomagała uboższych. Zapamiętałam, że powtarzała mi: „Tyle jesteś warta, ile innym pomożesz, bo sobie każdy pomaga”. Jak zmarła, ludzie nieśli trumnę na ramionach blisko dwa kilometry, mimo mroźnej zimy (a był to 2 lutego), i powtarzali, że „odeszła nasza dobrodziejka”.

Czy ktoś przed Panią w rodzinie zajmował się filmem?

– Nie. U mnie w rodzinie nie ma dziennikarzy, są lekarze, prawnicy, rolnicy. Ja natomiast zawsze marzyłam, żeby robić reportaże.

Co Panią w nich pociągało?

– Już jako małe dziecko powtarzałam, że będę opisywała Polskę, o której się nie mówi. Na pewno mogłabym robić wiele innych rzeczy. Mój nauczyciel od fizyki, starszy pan, którego nazywaliśmy „Wąs”, przywiózł mnie do Pałacu Kultury i Nauki na olimpiadę fizyczną, którą notabene wygrałam, i strasznie bolał nad tym, że nie zdaję na politechnikę. Swego czasu szyłam sobie sukienki i spódnice, więc i krawcową byłabym niezłą. Ja jednak chciałam opisywać świat, dlatego myślałam o filmie dokumentalnym. Nie wiedziałam tylko, jak się do tego zabrać. Skończyłam na uniwersytecie ekonometrię, taki bardzo dziwny kierunek matematyczno-ekonomiczny, i prawie równocześnie wydział dziennikarstwa. Właśnie na tym wydziale trafiłam do pracowni telewizyjnej.

Jak wyglądały początki Pani pracy w telewizji?

– Pamiętam, były takie „Spotkania z Aleksandrem Bardinim”, chyba raz czy dwa razy byłam w studiu, umalowali mnie, posadzili na krześle i powiedzieli, że mam zadawać pytania. Pomyślałam sobie wtedy: „No nie!”. Tak jak stałam, tupiąc, wymaszerowałam z tego studia. „Gdzie ona jest?” – usłyszałam głos za sobą. Odwróciłam się i powiedziałam, że jeśli mam pracować w telewizji, to będę robić to, co naprawdę będę chciała, natomiast nie zamierzam pracować pod czyjeś dyktando. Nie wiem, czy mój upór pomógł, czy przeszkodził, niemniej udało mi się zrobić sporo rzeczy, czasami prawie że niemożliwych, tak jak film z procesu Adama Humera.

Nie wyproszono Pani z sali sądowej?

– Z początku wypraszano, można było być tylko 5 minut i potem każdy, kto miał kamerę, musiał wyjść. Oskarżeni nie życzyli sobie naszej obecności. Podeszłam do głównego sędziego Stanisława Grochowicza, który był przewodniczącym składu sędziowskiego, i powiedziałam: „Panie sędzio, jak ja mogę zrobić ten film, nie będąc z kamerą na sali sądowej? Od dzisiaj ten film robimy razem. Pan mi pomaga, pan mnie nie wyprasza z sali. Humer i jego podwładni nie będą nam rozkazywać”. Był zupełnie zaskoczony. Zatelefonowałam do dyspozytorki kamer na placu Powstańców, mówiąc, że dzwonię z Sądu Najwyższego i od jutra będę przychodzić na każdy proces Humera, sędzia się zgadza, więc nagrywamy i robimy film. Grochowicz zbaraniał, słyszałam, jak rzekł do kolegi: „Co ja mam z nią zrobić?”. Wychodząc z jego pokoju, powiedziałam, że następnego dnia będę z kamerą na procesie. I tak się stało. Jeden z oskarżonych wstał i powiedział, że nie życzy sobie, aby go nagrywać. Sędzia wychylił się, popatrzył na mnie – siedziałam w ostatnim rzędzie – i dał mi do zrozumienia, że jednak mam wyjść. Ale po dłuższym zastanowieniu zwrócił się nagle do oskarżonego: „Proszę zeznawać!”. Powiedział to mocnym, kategorycznym tonem, tak że oskarżony zaczął zeznawać. I to jest jeszcze jeden dowód na to, że ci, którzy szkodzili Polsce i mają tego świadomość, są tak naprawdę tchórzami. Teraz toczą się boje o to, czy powinna być przeprowadzana lustracja. Powinna. Powinno być tak, jak na procesie Humera. Ta kategoryczność w prowadzeniu badań historycznych, w dokumentowaniu, w przekazywaniu wiedzy o Polsce jest bardzo potrzebna. Nie możemy się tej kategoryczności bać tylko dlatego, że ktoś może poczuć się urażony.

Film „On wierzył w Polskę” poświęcony generałowi Emilowi Fieldorfowi „Nilowi” nakręciła Pani w 1992 roku. Czy w tamtym czasie nie miała Pani żadnych problemów z jego emisją w telewizji?

– Kłopoty z emisją tak naprawdę były przy każdym filmie. Za każdym razem toczyłam walkę, ale w końcu ją wygrywałam i nie poprawiałam ani słowa. Myślę, że najnowszy film „Odkryć prawdę”, o który toczą się boje, też zostanie wyemitowany. To byłby przełomowy film w telewizji. W kość dostałam za film „Widzę cię, Warszawo, sprzed lat”. Film ten zginął z archiwum, dzięki Bogu miałam go w komputerze, a dźwięk był w Stanach Zjednoczonych, bo pojechał razem z płytką. Świetny dźwiękowiec Jan Zawierski i moja wspaniała montażystka Hanna Kłoskowska odbudowali ten film. W telewizji dostali szału, że się znalazł. Opowiada on o Warszawie, którą architekci związani z Moskwą mur po murze wyburzali, likwidując wszystko, co według nich miało jakikolwiek aspekt kapitalistyczny i burżuazyjny. Tak w 1963 roku wyleciał w powietrze pałac Marconiego. Również za film „Musieli zwyciężyć” zapłaciłam dość wysoką cenę, bo Robert Kwiatkowski zwolnił mnie po jego emisji z telewizji. Mam wycinek z „Rzeczpospolitej”, gdzie napisano, że zwolnienie mnie nastąpiło po interwencji premiera Millera (to był 2001 rok). I nikt tego etatu mi już nie przywrócił.

Pani filmy są jednak cenione przez bardzo wielu ludzi…

– Te filmy są oglądane, bo nie są nudne. Moją dobrą szkołą była BBC, gdzie odbywałam praktyki. Wystawiono mi tam opinię, że „umiem rozmawiać z obrazem”. Ale to niewiele mi pomogło w polskiej telewizji. Nigdy nie należałam do żadnej partii, organizacji, żadnych związków – ani dziennikarskich, ani społecznych, po prostu do tego się nie nadaję. Udało mi się jednak zrobić parę znaczących filmów, m.in. o takich postaciach jak Ignacy Paderewski, Józef Piłsudski czy Stefan Starzyński, o żołnierzach „wyklętych”. Te filmy są pokazywane w szkołach, rzadziej w telewizji, a jeśli już, to o godz. 24.00 czy 1.00 lub na kanale TVP Historia. Ludzie je jednak kopiują i robią sami pokazy. Najbardziej cieszy mnie, kiedy oglądają je młodzi, nie nudzą się i jeszcze chcą podyskutować. Lubię tematy trudne.

Ostatnio robiłam film o Stanisławie Sojczyńskim „Warszycu” – tym, który stworzył Konspiracyjne Wojsko Polskie. Jego nieugiętość, to, że w obliczu strasznego katowania zachował godność, jest imponujące. Mieczysław Moczar dał worek złota za jego schwytanie, nawet nie przysłowiowy, ale autentyczny, i osobiście nadzorował jego katowanie na UB. Czasami nie mieści się w głowie, że 36-letni człowiek może tak wierzyć w ideały obrony Polski. Gdy u nas dogorywało Powstanie Warszawskie, Sowieci wymordowywali 27. Wołyńską Dywizję Piechoty. Zachód nie chciał o tym słyszeć. Ten sam Zachód próbuje dziś udowodnić, że Polacy to naziści, że rozpętali wojnę, wymordowali Żydów. Na Zachodzie powstają takie filmy jak „Opór”, opowiadający o braciach Bielskich, w którym pokazuje się, jak to rzekomo Polacy mordowali partyzantkę sowiecką… Przecież to nieprawda. Milczy się za to o Koniuchach, gdzie Polacy byli żywcem paleni, jak również o licznych miejscach kaźni polskich patriotów. IPN wyraźnie podaje, że w całej Polsce było 23 tysiące „dziupli” ubowskich. To były takie prymitywne miejsca w jakichś urzędach powiatowych czy gminnych UB, w których zwykłymi pałkami, którymi ubijało się na wsi zwierzęta, zabijano polskich patriotów. Nie mamy takich kart w naszej historii, za które moglibyśmy się wstydzić, tylko nie umiemy o tym głośno mówić. Przecież tylko Polska dotrzymała w 1939 roku wszelkich sojuszów z Zachodem i Wschodem. Anglia i Francja nie ruszyły nawet palcem w bucie, kiedy w Polsce masowo ginęli cywile, wystarczy prześledzić dzień po dniu kroniki z września 1939 roku, są przerażające. Niemcy wymordowali najwartościowszych Polaków. Dziś po latach te same kraje, Anglia i Francja, znowu zostawiły Polskę samą wobec zakłamanej wersji historii, którą głosi Władimir Putin i jego zaplecze. A powinni przecież stanąć murem za nami i przynajmniej próbować wyjaśnić prawdę po 70 latach. Jeszcze żyją przecież świadkowie tamtych dni.

Inspirują Panią ciekawe historie ludzi nieznanych…

– Historie te spotykamy na każdym kroku. Jest dużo wspaniałych ludzi, tylko oni są cisi, nie widać ich.

Jak ich Pani znajduje?

– Mam szczęście. Nawet czasami specjalnie nie szukam. Dotarłam do pani Zofii Korbońskiej, żony Stefana Korbońskiego, jednej z organizatorek tajnej radiostacji Kierownictwa Walki Cywilnej, która do tamtej pory w ogóle nie rozmawiała z telewizją; do hrabiego Marka Raczyńskiego, z którym zrobiłam reportaż. Poznałam docenta Zbigniewa Wolaka, lwowiaka, uczestnika Powstania Warszawskiego, jedynego eksperta ONZ zza żelaznej kurtyny, który nigdy nie podpisał żadnego papierka zdrady. Pani Maria Fieldorf-Czarska, córka generała Augusta Emila Fieldorfa, jest dla mnie osobą szczególną, której pomoc i serdeczność trudno by mi było przecenić. Wiele razy po jej interwencji TVP emitowała moje filmy. Przewodniczący Związku Piłsudczyków dr Zbigniew Motyczyński, prof. Józef Garliński, prof. Paweł Wieczorkiewicz czy Wojciech Ziembiński – to moje znakomite zaplecze, ludzie autorytety, których pozyskałam swoją pracą i potem zawsze mogłam na nich liczyć. Najpierw jednak musiałam na przyjaźń tych ludzi zasłużyć. Zwykle było tak, że gdzieś zobaczyli jakiś mój film i odszukiwali mnie, aby bezpośrednio poznać. I tak zaczynała się przyjaźń, której nie wolno było zawieść.

Czy zawsze to byli ludzie o wielkich nazwiskach?

– Nie! Zachwycają mnie prości, mądrzy i uczciwi ludzie. Na przykład na targ w Józefowie przyjeżdża zawsze staruszka, która przywozi mleko i ser. Gdy zaczęłam z nią rozmawiać, dowiedziałam się, że przez 53 lata ani razu nie opuściła pielgrzymki do Częstochowy. „Tylko wiara trzyma przy życiu” – mówiła. Opowiadała o wojnie, o jakichś strasznych tragediach rodzinnych, przy których nasze problemy stają się małe. Podkreślała, że ważne jest to, aby być uczciwym w życiu, bo jak człowiek jest uczciwy, to da sobie ze wszystkim radę. Otworzyłam wtedy szeroko oczy i powiedziałam do siebie: „Boże, przecież ona ma w sobie wielką siłę i można się tego od niej nauczyć. Człowiek jest pyłkiem, okruszkiem w całym tym mądrym wszechświecie”. Gdy robiłam film „Papież Polak”, utkwiło mi w sercu szczególnie jedno zdanie Jana Pawła II, że jeśli człowiek postawi siebie w miejscu Boga, to przegra życie. Ważne jest, żeby powiedzieć sobie, iż mogę zrobić wszystko w życiu, ale tylko współpracując z Tym, który jest doskonały. Kiedy udaje mi się coś w swoim życiu poprawić, to jestem taka szczęśliwa, jakbym dostała dwa Oscary.

Czy ci wspaniali ludzie, o których Pani opowiada, zmienili w jakiś sposób Pani życie?

– Wiele się od nich nauczyłam i ciągle uczę, patrząc, jaką drogą idą przez życie.

Pracuje Pani teraz nad nowym filmem?

– Chciałabym zrobić film o Polakach – lotnikach RAF, żeby pokazać, że to właśnie ci, którzy w 1939 roku zostali zdradzeni, zostawieni sami sobie, wygrali potem bitwę o Londyn. Zebrałam również sporo materiałów o procesie siedmiu z 1952 roku, o którym bardzo mało się mówi. W ciągu miesiąca zamordowano siedmiu obrońców Helu. Admirał Henryk Przybyszewski i jego koledzy, żołnierze, oficerowie, którzy najdłużej bronili Helu w sytuacji braku jakichkolwiek środków technicznych, zostali straceni po wcześniejszych torturach. To ważny temat i chcę o nim opowiedzieć. Żeby tylko inni, którzy decydują o pieniądzach w telewizji, tak uważali, byłoby dobrze…

A tak nie jest?

– Oczywiście, że nie. Często w rozmowie otrzymuję obietnicę wsparcia finansowego, potem gdzieś się to rozmywa, powstają jakieś zależności, układy. Chodzi tutaj głównie o pieniądze, o to, kto na tym filmie będzie zarabiać. Dlaczego ma na nim zarabiać jakaś Czerniakowska, która nie jest w żadnych układach? O filmy „Humer i inni” czy „Widzę ciebie, Warszawo, sprzed lat” upominali się z BBC, pisali przez dwa lata pisma do telewizji. Ta jednak nie zgodziła się na zrobienie kopii. Nie wiem, komu tu się robi na złość.

Przypomina mi to sytuację Rafała Wieczyńskiego, który nie dostał ze stołecznego ratusza pieniędzy na film „Popiełuszko. Wolność jest w nas”, bo uznano, że ks. Jerzy nie pasuje do hasła „Zakochaj się w Warszawie”…

– Uważam, że właśnie jak najbardziej pasuje. On temu miastu oddał życie. Na placu przed kościołem św. Stanisława Kostki na Żoliborzu gromadziliśmy się licznie, słuchaliśmy, co do nas mówił.

Chodziła Pani na Msze Święte za Ojczyznę?

– Oczywiście. Chociaż nie znałam prywatnie ks. Jerzego, ale przychodziłam zawsze na jego homilie, czasami udawało mi się być bliżej niego.

Nie chciała Pani robić filmów fabularnych?

– Nie. Fabułę niech robią inni, ja nie umiem. Wolę autentyzm. Wydaje mi się, że w Polsce jest on bardzo ciekawy i przerasta wszelkie pomysły fabuły. Dlatego też nie lubię inscenizacji w filmie dokumentalnym. Wolę pokazywać oryginalne dokumenty, czy to skazanego na śmierć, czy odezwy do Narodu. Na nich buduję dopiero pewną narrację. Bardzo długo szukałam np. dokumentu z wyrokiem śmierci na generała Fieldorfa. Podpisało się pod nim trzech sędziów. W końcu znalazłam oryginał i mogłam go przedstawić w swoim filmie. Uważam, że dopóki można, należy robić jak najlepsze filmy dokumentalne dotyczące historii. Trzeba docierać do sowieckich, brytyjskich, szwajcarskich archiwów i wydobywać stamtąd ważne dokumenty. W Instytucie Piłsudskiego są na przykład archiwa przywiezione z Paryża, jeszcze z czasów Wielkiej Emigracji. Są tam znakomite rzeczy, m.in. dyskusje Adama Mickiewicza z Juliuszem Słowackim przy jednym stole. Czyż mogą być piękniejsze tematy? Mam nadzieję, że znajdą się ludzie, którzy będą czerpać z tego morza wiedzy. Muszą mieć do tego jednak serce, wiedzę i cierpliwość. Ważne, by nie przeliczali też tego na pieniądze, bo film dokumentalny w Polsce jest wciąż bardzo słabo opłacany.

Czy realizowanie filmów to jedyna pasja Pani życia? Czy może są jakieś inne?

– Wychowywanie dwojga mądrych dzieci. Nie było łatwo, bo między nimi jest różnica wieku niespełna półtora roku. To najważniejsza sprawa w moim życiu.

Gdzie lubi Pani odpoczywać po skończonej pracy?

– Bardzo kocham Hel, morze, od lat jeżdżę do Kuźnicy. To jedyna, niespacyfikowana jeszcze przez nowobogackich miejscowość, w której można odpocząć. Mamy tam znajomą rodzinę rybacką, Kaszubów z dziada pradziada.

Bóg, Honor, Ojczyzna to Pani życiowe credo?

– To tak poważnie i święcie brzmi, że chciałoby się uklęknąć. Te trzy słowa są dla mnie bardzo ważne. Rozumiem je tak, że trzeba być człowiekiem, który pomimo przeszkód i gorszych chwil w życiu stara się poprawić, zrobić coś dobrego. Nie jest to łatwe w dzisiejszym świecie, bo zło jest bardziej chwytliwe, blichtrowe.

Dziękuję Pani za rozmowę.

http://archiwum.dlapolski.pl/

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, II wojna światowa, III RP, Lata PRL, Recenzje, Sylwetki, Teatr TV, film, Wywiady i oznaczony tagami , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Zwycięstwo – ostatni żołnierze Niepodległej

  1. Majka S. pisze:

    Wspaniała dokumentalistka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.