Trędowata z Getta

Bohdan Urbankowski
Mówili o niej polska Greta Garbo albo polska Mata Hari, podbijała śpiewem i urodą Warszawę, Paryż, a nawet Caracas; kochał się w niej podobno Wieniawa, Szpilman układał melodie do jej piosenek. Mowa o bohaterce książki Agaty Tuszyńskiej „Oskarżona Wiera Gran”.

 

Tytuł książki zapowiada, że będzie ona sprawozdaniem z formalnych i nieformalnych procesów, jakie wytaczano śpiewaczce koncertującej w czasach Hitlera w gettcie. W rzeczywistości oskarżonych jest więcej, w pewnym momencie role obwiniających i obwinionych zostaną odwrócone. Oskarżony zostanie akompaniator Wiery z getta – Władysław Szpilman, a także jej długoletni partner życiowy, lekarz i ubek – Kazimierz Jezierski. Nie bez winy okaże się też organizator życia rozrywkowego w getcie – Jonas Turkow.

Władysław Szpilman i Wiera Gran

Na pytanie: „Jaką historię opowiedziała”, autorka, nie bez egzaltacji, odpowiada: -Historię młodej dziewczyny, śpiewaczki, która przed wojną stała się gwiazdą i pozostała nią w getcie, do którego sama dała się zamknąć, by towarzyszyć matce i siostrom. Historię młodej kobiety, którą zniszczyły powojenne oskarżenia o kolaborację z Niemcami. Z Niemcami, którzy zabili całą jej rodzinę. A potem ją samą członkowie żydowskiej wspólnoty pozbawili honoru. Może to nie jest popularne twierdzenie, ale została zaszczuta przez swoich współplemieńców. Wiery nie zniszczyli Polacy, Chińczycy, tylko ci sami ludzie, którzy byli z nią w getcie i przeżyli. […] Wierze Gran należało udzielić głosu. Mam poczucie, że stała się jej krzywda. Nie jestem w stanie jej naprawić, ale mogę o niej mówić? („Wprost”, 46/2010).

Tuszyńska nie jest w swej książce bezstronna, do czego się przyznaje. Dzięki temu biografia śpiewaczki zyskuje na kolorach. Traci je, gdy autorka usiłuje pogodzić prawdę z poprawnością polityczną i asekurancko dzieli racje, powtarza argumenty, czyli po prostu przynudza. Asekuracja zresztą nie pomogła: syn Szpilmana zapowiada proces. Historia się powtarza.

Droga do sławy i niesławy

Tytuł książki zapowiada, że będzie ona sprawozdaniem z formalnych i nieformalnych procesów, jakie wytaczano śpiewaczce koncertującej w czasach Hitlera w getcie. W rzeczywistości oskarżonych jest więcej, w pewnym momencie role obwiniających i obwinionych zostaną odwrócone. Oskarżony zostanie akompaniator Wiery z getta – Władysław Szpilman, a także jej długoletni partner życiowy, lekarz i ubek – Kazimierz Jezierski. Nie bez winy okaże się też organizator życia rozrywkowego w getcie – Jonas Turkow.

Dramat śpiewaczki opowiadany jest od końca: od przedstawienia zaszczutej staruszki – ofiary semickiej nagonki. W ten sposób autorka wymusza litość dla bohaterki. Szczegóły niezbędne do wyrobienia sobie własnego zdania czytelnik pozna stopniowo – i nie wszystkie. Nie uzyska pewności, kto mówi prawdę, czy Wiera chciała zemścić się na Szpilmanie, czy on na niej – i dlaczego.

Weronika Grynberg urodziła się… To jedno wiemy na pewno. Data i miejsce pozostają zagadkowe. Bohaterka podawała rok 1916, potem – coraz częściej – 1918. Może było to w Mławie, może w Warszawie, Wiera mówiła także o mitycznym „Wschodzie”, z którego Grynbergowie mieli uciekać przed „pogromem”. Tego słowa używa też autorka i czytelnik wytresowany przez „Wyborczą” potulnie się oburzy na kolejną zbrodnię polskich nazistów. Tymczasem z dat wynika, że chodzi o najazd bolszewików, którzy rżnęli zarówno Polaków, jak i Żydów.

Dzieciństwo Wiera spędzała w Wołominie, później w Warszawie. Marzyła, żeby zostać artystką, chodziła na lekcje tańca; jako cudowne dziecko zaczęła występować w lokalach. Połączona z popijawą eskapada samochodowa nastolatki skończyła się w szpitalu. Pęknięcie miednicy, noga w gipsie – o sukcesach tanecznych Wiera nie mogła już marzyć. Miała jednak piękny, niski głos, urzekającą urodę – zaczęła karierę śpiewaczki. Zmieniała lokale i pseudonimy: Paradis, Café Vogue, Sylwia Green, Wiera Green, Wiera Gran… Pod ostatnim pseudonimem zdobyła rozgłos i pieniądze. Z powodzeniem przyszło bogactwo: duże mieszkanie na Hożej, futra, pierścionki, bransolety, podobno samochód Buick (wart 12 tys.!). Była właścicielką willi w Wiśniowej, współwłaścicielką kawiarni przy ul. Sienkiewicza… Ile w tym prawdy? – autorka nie ustaliła.

Wojna to wszystko rozbiła. Śpiewaczka uciekła z Warszawy. Matką Wiery opiekował się doktor Jezierski (zmobilizowany, zginął w Charkowie), a potem jego syn, Kazimierz, wówczas student medycyny. Między Wierą a nim iskrzyła jakaś przyjaźń, może coś więcej. Kazimierz pierwszy uciekł pod sowiecką okupację, został dyrektorem szpitala w Drui i przyjechał po Wierę. Autorka pisze o tym w stylu piosenek Wiery: „stanął w drzwiach […] miał ciemne oczy i był niecierpliwy”. Brzmi nieźle. Znaczy niewiele. Tyle że pojechali do Drui, zostali kochankami, co Wiera wspomniała w dziwnie lirycznej formie: „byłam tak haniebnie rozprawiczona, to mnie naznaczyło na zawsze”.

Jakiś czas po tej pamiętnej nocy wyjechała do Lwowa. Namówił ją stryj, który zapewniał mieszkanie, obiecywał, że praca się znajdzie. I rzeczywiście: zaśpiewała angażującym artystów Rosjanom piosenkę „Krasiwa diewoczka” i dostała kontrakt. Występowała w dwóch teatrach, w kilku lokalach, zarabiała około 2 tys. rubli miesięcznie – to był majątek. Kolaboracji nikt jej wówczas nie zarzucał, choć współpracowała m.in. z Idą Kamińską, która kandydowała do sowieckich władz jako protegowana Armii Czerwonej. Normy były wtedy zaniżone: polscy pisarze, ku uciesze sekretarza Chruszczowa, w krótkich gatkach ganiali za piłką po boisku, o deportacjach starano się nie myśleć. Jeśli lwowski incydent świadczy o „elastyczności moralnej”, to być może wyjazd ze Lwowa do Guberni przemawia na korzyść Wiery. Może po prostu miała tego dosyć.

Wiera Magnes. Wiera motyl

Według późniejszej relacji Wiera i Kazimierz zawarli we Lwowie jakiś ślub, on skończył studia, próbowali się urządzić. Jednak matka wzywała do Warszawy: „W getcie otwierają kawiarnie z występami. Organizatorzy imprez wypytują o ciebie”. Pojechała. Rzeczywiście dostała sporo ofert – mogła przebierać. „Bella Szwarc na Siennej oferowała zbyt niską gażę, a właściciel lokalu Pod Fontanną nie wzbudzał jej sympatii […] Wybrała Sztukę na Lesznie”.

Mówiąc „getto”, widzimy brudne miasto, w którym na chodnikach leżą trupy przykryte papierem, a często już nawet nie przykryte… I takie getto w książce Tuszyńskiej też jest. Ale jest i druga połowa prawdy. Getto, którego prominenci woleli dogadywać się z Niemcami niż z Polakami, getto, w którym bogacze dorabiali się jeszcze większych bogactw, a nędzarze zdychali na oczach swoich współziomków. Do rangi symbolu urasta takie wspomnienie Wiery: „Siedziałam naprzeciwko. Henryk podszedł do brata, w barze, gdzie Szpilman, jak zamożni – jadał obiady […] Jadł właśnie lody z olbrzymią porcją kremu. Brat mówi: jestem głodny. Nie ruszył się, nie spojrzał w jego stronę”. Trudno powiedzieć, czy tak było. Wiera powtarza ją dwukrotnie – mimowolnie robiąc z niej symbol.

Getto „starało się żyć „normalnie”” – mówiła Tuszyńska w wywiadzie dla „Wprost”. „Byli w getcie fryzjerzy, były warsztaty ślusarskie i pralnie […]. Były też restauracje i lokale z muzyką […] Tak, Żydzi skazani na śmierć pozwalali sobie na luksus bywania w kawiarniach. Tak, byli żydowscy policjanci i żydowscy kolaboranci”.

Trzeba zrobić przerwę w tym czarowaniu. Autorka wpisuje zabawy i pracę w policji w schemat, który a priori usprawiedliwia takie postępowanie: to uczta w czasie zarazy, to bal na Titanicu. A to właśnie nie tak! Ci, którzy kolaborowali, za zdradę kupowali sobie i luksus życia, i przetrwanie getta. Nie żyli z horacjańskim hasłem carpe diem, tylko z bardziej przyziemnym: śmierć frajerom. Tuszyńska nie jest przekonywająca w usprawiedliwieniach, bo – jak sądzę – nie przekonała samej siebie. Gdy przechodzi od sentymentalnych tyrad do faktów – poraża: „Irena Sandlerowa, legendarna działaczka Żegoty, ratująca z getta dzieci […] opowiadała, że dwa razy została na noc w dzielnicy zamkniętej. Jej towarzysze chcieli, by zobaczyła inne życie za murami, nie tylko głód i śmierć. Zaprosili ją do popularnej kawiarni Sztuka. Nie mogła uwierzyć w to, co zobaczyła. Przy stolikach elegancko ubrani ludzie, na stołach jedzenie, łososie, słodycze, szampany. I łzy, łzy w oczach słuchaczy, kiedy śpiewała Wiera Gran”.

Początek kariery był jeszcze bardziej dwuznaczny: „Pierwszy raz, pierwszy koncert odbył się w Melody Palace na Rymarskiej. Mogła nie wiedzieć, że chwilę przedtem skończyła się tam huczna zabawa karnawałowa z konkursem na najpiękniejsze nogi. Getto tańczy […] Ringelblum zapisał, że zabawie chciano przeszkodzić, ale okazało się, że współwłaścicielka jest z „tamtych”, a więc nie wolno jej tknąć. To samo było z większością lokali rozrywkowych. Niedwuznacznie sugerował, że mają konszachty z Niemcami”.

Autorka nie rozwija tego wątku, wraca do wspomnień Wiery: „Pamięta przygotowania do poranka w Melody Palace. Był 20 kwietnia 1941 roku, dzień jej urodzin i urodzin Führera”.
Tuszyńska usprawiedliwia bohaterkę, przypominając grozę czasu: w chwilę po Wierze do garderoby wbiegła jakaś kobieta z wiadomością o łapance – może Niemcy uśmiercaniem Żydów chcieli uczcić urodziny wodza. „Wiera myślała bardziej o pechu niż o lęku. Jeszcze kwadrans przed rozpoczęciem koncertu na sali nie było nikogo. Rozumiała, że ludzie się boją… Jednak sala zaczęła się wypełniać”. To był sukces. Od tego czasu dano jej także przydomek Wiera – Magnes.

Romantyczna knajpka przy gestapo

„Istniała hierarchia opasek. […] Były opaski jedwabne, delikatne […], nawet gwiazda osiadała na nich jak motyl. Płócienne miały mniej złudzeń […] Papierowe były jak podwójna klęska”. Tuszyńska opisuje getto jedwabnych opasek. Żądanie, by tego nie robiła, by skupiała się na cierpieniach, to żądanie, by napisała inną książkę. Jej bohaterka żyła w tym jedwabnym świecie i autorka oprowadza nas po nim – z oporami, czasami z przerażeniem nie mniejszym, niż oprowadzałaby po świecie papierowych opasek i gazet rzucanych na trupy. W jej słowach czuje się strach, że może zostać ukarana za to, co ujawnia – a jednak brnie w prawdę. I za to jest godna podziwu.

Ma odwagę pisać o żydowskim gestapo. To ważny wątek w przyszłych śledztwach. Restauracja Sztuka mieściła się parę kroków od urzędu Abrahama Gancwajcha zwanego od adresu (Leszno 13) – „Trzynastką” albo „żydowskie gestapo”. Oficjalnie nosił on nazwę Urząd do Walki z Lichwą i Spekulacją. „”Trzynastka” – pisze Tuszyńska – była niewątpliwie hitlerowską agenturą. Podlegała Niemcom i dla nich bezpośrednio pracowała”. Wielu funkcjonariuszy było stałymi bywalcami koncertów Wiery, włącznie z Gancwajchem – skądinąd dyplomowanym rabinem.

Do lokalu przychodził pisujący do gadzinowej „Gazety Żydowskiej” Marcel Reich-Ranicki, (Ringelblum pisał, że z tą gazetą nie współpracuje żaden uczciwy dziennikarz – s. 164). Po wojnie był pracownikiem UB, a na starość – „papieżem literatury niemieckiej”. Takich znakomitości bywało tu więcej. „Do Sztuki – pisze Tuszyńska – zachodzili współpracownicy gestapo z ich lokalnymi informatorami. Zdarzało się, że pojawiał się sam komisarz dzielnicy żydowskiej, Auerswald. Dla Szeryńskiego, organizatora żydowskiej służby porządkowej (policji), kelnerzy znajdowali najlepszy stolik. Bano się ich, a jednocześnie zabiegano o ich protekcję”.

Tymi samymi uczuciami Tuszyńska jest skłonna tłumaczyć fakt, że i Wiera utrzymywała z nimi jakieś stosunki, że przysiadała się, żartowała, a czasem wyciągała rękę po datki na swoją izbę dla bezdomnych dzieci. Jeśli to prawda – rozgrzesza wiele win.

U jednego z żydowskich gestapowców, Szymonowicza, wystąpiła prywatnie – zainkasowała 500 zł – tyle, ile brała za podobne występy Diana Blumenfeld, żona Turkowa. Jonas Turkow był jednym z głównych organizatorów życia rozrywkowego w getcie, a według Wiery także cenzorem z ramienia władz niemieckich. Mógł czuć się poszkodowany, że nie jego żona te pieniądze zarobiła. Duże pieniądze. „Sycący posiłek można było zjeść za złotówkę” – dopowiada autorka.

To ty żyjesz

Akompaniatorem Wiery był Władysław Szpilman. Nie tylko: skomponował też muzykę do piosenki „Jej pierwszy bal”. Słowa napisał Władysław Szlengel. Niezły poeta, prowadził w Sztuce coś w rodzaju gazety mówionej, czytał wiersze. Poza tym należał do ZZW. Zginął w czasie walk w getcie. Stosunek między Szpilmanem i Wierą pozostaje zagadką. Kilkanaście miesięcy wspólnej pracy, wieczory, rozmowy, pewnie jakieś spacery. Tuszyńska nie zgłębiła tej sprawy.

W sierpniu 1942 r. Jezierski wyciągnął ją z getta. Zamieszkali w Babicach, on pracował w warszawskim szpitalu, Wiera uchodziła za jego żonę, oboje – za katolików. Tu urodziło im się dziecko – zostało ochrzczone – niestety, wkrótce zmarło. Po wyzwoleniu Jezierski został zmobilizowany, potem został porucznikiem MBP. Trafił na Rakowiecką, gdzie m.in. asystował przy rozstrzeliwaniu więźniów skazanych przez komunistyczne władze. „Jego nazwisko widnieje na protokole wykonania wyroku śmierci rotmistrza Pileckiego” – informuje Tuszyńska. Kilkanaście linijek dalej pisze naiwnie: „Nie jestem pewna, czy wiedziała, że podjął współpracę z Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego”.

Wiera również chciała rozpocząć pracę. Szpilman został jednym z szefów radia, więc zgłosiła się do niego. Tej rozmowy nie zapomniała do końca życia:
– To ty żyjesz?
– Żyję.
– Co ty tu robisz?
– Przyszłam szukać pracy.
– Słyszałem, że współpracowałaś z gestapo! […] Współpracowników gestapo nie zatrudniam?. Ostatnie zdanie wypowiadał wielokrotnie, także do innych ludzi.

Gdzieś w głębi książki Tuszyńska napisała o Polakach, że bali się wracających Żydów, bo przecież pozabierali ich majątki. Nie na temat (majątki zabierali Niemcy), ale jakże poprawnie! Za tę cenę autorka przekazuje „trefne” informacje. Znalazła w IPN notatki z rozmów, jakie bezpieka prowadziła ze Szpilmanem. Podczas rozmowy operacyjnej (w streszczeniu inspektora MSW z 20 listopada 1969) Szpilman „Opowiadając z oburzeniem o współpracownikach gestapo i policjantach żydowskich, nadmieniał o działającej w getcie „Trzynastce” oraz podał, że znana mu jest działalność w policji żydowskiej adw. Nowogródzkiego, adw. Lewińskiego Jerzego zamieszkałego w Warszawie, adw. Gombińskiego przebywającego we Francji, Zajdenbojtela vel Kruszewskiego, Gran Wiery przebywającej we Francji i innych”.

Nowogródzki, Lewiński, Gombiński według Tuszyńskiej byli w Służbie Porządkowej getta, dzięki Szpilmanowi Lewiński został zwolniony z pracy w prokuraturze, a Zajdenbojtel aresztowany. Ale: „Jaki miało cel to wyznanie wobec oficera SB” Czy Szpilman wiedział coś, czego nie ujawnił na procesie w końcu lat czterdziestych” Grożono mu zakazem zagranicznych wyjazdów, jeśli nie podejmie dialogu ze służbami. Czemu miało służyć dobrowolne ujawnienie informacji o dawnej koleżance?” – pyta Tuszyńska. Ale nie daje odpowiedzi.

„Powszechnie wiadomo”. Szkic o prawie i moralności

To Szpilman – według Tuszyńskiej – poradził jej zgłosić się na komisariat, oczyścić. Podstępnie czy w dobrej wierze wysłał Wierę na „drogę przez mękę”, która trwała do końca życia. Zgłosiła się z „zażaleniem” (pisanym 5 marca 1945 r.), w którym tłumaczyła, że za oszczerstwami na temat jej „współpracy” kryje się czyjaś złośliwość lub chęć zemsty. Najpierw nie dostawała odpowiedzi, a 30 kwietnia… została aresztowana. Przesłuchania, obelgi, groźby, reflektor bijący po oczach. Po dwóch tygodniach ją zwolniono. Kazimierz zaczął uruchamiać jakichś znajomych, złożyła do prokuratora sądu okręgowego coś w rodzaju dzisiejszych wniosków o autolustrację. Sprawą Wiery zajmował się także ZASP i Związek Zawodowy Muzyków.

Sprawa w sądzie nie wyglądała najlepiej. Jonas Turkow, urzędnik Centralnego Komitetu Żydów w Polsce, zeznał: „niejaki Szymonowicz urządził libację. Obecni na niej byli gestapowcy niemieccy i żydowscy […] Między nimi Wiera Gran. Bawiła się całą noc”. Ciekawe, skąd wiedział – zauważa Tuszyńska. Zarzuty Turkowa potwierdziła niejaka Apolonia Bugajska, przedwojenna komunistka: „Powszechnie było wiadomo, że Wiera Gran wydawała organizacje podziemne i Żydów po zlikwidowaniu getta?. Z zarzutami typu „powszechnie wiadomo” walczyć się nie da.

Największy ciężar miały słowa Marka Edelmana: „w okresie między styczniem a kwietniem 1943 Wiera Gran przychodziła do getta w towarzystwie znanego gestapowca, Józefa Lipskiego, przyczem ubrana była w czarny kostium lub palto tego koloru i w olbrzymi duży lis srebrny. W Warszawie powszechnie mówiono, że Wiera Gran jest agentką gestapo i praca jej polegała na wykrywaniu Żydów i ruchu podziemnego polskiego. […] Armia Krajowa na podstawie wyroku sądu podziemnego skazała ją na karę śmierci, lecz wyrok nie został wykonany, gdyż nie było wiadomo, gdzie ona mieszka”. Znów „powszechnie mówiono”… Po latach Tuszyńska zwróciła się do Edelmana, a on beztrosko wyjaśnił: „To, co mówiłem wtedy, to bujdy. Zostałem namówiony, Turkow mnie poprosił”. A przecież w efekcie takich zeznań wydawano wyroki śmierci lub ciężkiego więzienia.

Jak się zdaje, przesłuchiwano wówczas i innych świadków (Grodzieńska, Jurandot), którzy wydali Wierze pozytywne opinie, bo ostateczny wyrok nieco zaskakuje: „Postanowieniem z dnia 26 listopada 1945 Prokurator Sądu Karnego umorzył dochodzenie w sprawie przeciwko obywatelce wobec braku cech przestępstwa”.

Wiera została rozgrzeszona wcześniej przez sąd weryfikacyjny ZASP, który – już 15 października – określił zachowanie Wiery Gran podczas okupacji jako „bez zarzutu”. Jakiś czas później Komisja Weryfikacyjna Związku Zawodowego Muzyków stwierdziła, że Wiera Gran w czasie okupacji „niczym nie uchybiła honorowi Polki’ wobec czego „ma pełne prawo do wykonywania zawodu”.

Szpilman musiał ustąpić. 19 listopada 1945 r. z okazji zjazdu dyrektorów europejskich radiostacji Wiera wykonała „Jej pierwszy bal” z 30-osobową orkiestrą PR. Na dwóch fortepianach akompaniowali jej Władysław Szpilman i Czesław Aniołkiewicz. Tuszyńska nie wyklucza, że MBP wzięło artystkę jakoś pod opiekę, cytuje artykuł, w którym jako jej „ważni opiekunowie” wymienieni są Józef Światło, Anatol Fejgin, Roman Romkowski. Po latach trudno dociec, na ile była to opieka, na ile bluff ze strony Wiery. Może starczyło, że wtrącił się jej mąż – porucznik? W każdym razie Wiera zaczęła znowu śpiewać, koncertowała po całej Polsce.

Tymczasem proces toczył się – jak u Kafki. Oficjalnie i nieoficjalnie. W 1946 r. Wiera dostała wezwanie od Sądu Społecznego przy Centralnym Komitecie Żydów w Polsce „w sprawie własnej”. Nie zgłosiła się, ale proces trwał. Zeznania świadków niczego nowego nie wniosły. W końcu: „15 stycznia 1949 Sąd Społeczny TSKŻwP […] orzekł: uznać, że zarzucone Wierze Gran czyny nie zostały udowodnione i z postawionych Jej zarzutów uniewinnić”.

A 12 grudnia 1950 r. napisała do MBP prośbę o wydanie „dokumentów na wyjazd do państwa Izrael, gdzie pragnę osiedlić się na zawsze, przyjąć obywatelstwo tego państwa i tym samym przestanę być obywatelem polskim. Wiera Gran”. Wyjechała. A proces pojechał za nią.

Skazana na dożywotni proces

Autorka nie wyjaśnia, dlaczego Wiera wyjechała, przytacza jednak opinię dziennikarza, Jacka Wilczura, który uważał, że „Do 1950 roku UB chroniło Wierę Gran, potem już tej ochrony nie gwarantowało. Myślę, że jest to przesunięcie wstecz realiów z 1954 roku. Myślę, że Wiera była zaszczuta, że wierzyła, iż Izrael okaże się Ziemią Obiecaną. Rozczarowała się. Już na statku dobierał się do niej kapitan – gdy odmówiła, obiecał, że zniszczy ją w Izraelu, bo ma dowody jej współpracy z gestapo. Nie wiadomo, czy on się mścił, czy pojawili się inni szantażyści. Owszem, pokazała dokumenty uniewinniające z kraju, owszem, dostała oficjalne zezwolenie na pracę, występowała w radio, nawet na balu policji. Ale kolega z kabaretu w Tel Avivie którego względy odrzuciła, bluznął jak wielu innych: „Ty gestapowska kurwo, ja cię nauczę”.

Wyjechała do Francji – historia się powtórzyła. Uciekła aż do Caracas, zamieszkała u przyjaciół, zaczęła pracę. Prezes gminy żydowskiej w Caracas wezwał ją na rozmowę: „Jeśli zamierza dalej tu zostać, należy wyjaśnić jej gestapowską przeszłość” Skąd wiedział? – od przyjaciół, którzy ją zaprosili… Wróciła więc do Francji. Przyjaciele wysłali za nią donos do władz francuskich. Dlatego nigdy nie dostała obywatelstwa francuskiego.

W 1971 r. znów wybrała się do Izraela. Miała już zakontraktowane koncerty. Członkowie Światowego Związku Walki z Przestępcami Nazistowskimi zapowiedzieli, że zasiądą na widowni w obozowych pasiakach. „Lokal będzie zdemolowany, a artystka pobita” – zagrozili. Prezes Związku, Pesach Bursztajn, odmówił jej spotkania. Zapytany, na jakiej podstawie ją oskarża, on, który nie był w czasie okupacji w Warszawie – odpowiedział, że opiera się na materiale Turkowa, do którego ma zaufanie. Potępił ją też uczestnik walk w getcie, Antek Cukierman. Argumentował podobnie: „Nic nie mam, Turkow wie”. Więc znów „Było powszechnie wiadomo”…

W 1973 r. wyjechała znów do Francji. Wcześniej wniosła pozew do sądu, żądała odszkodowania za szkalowanie. Rozprawa w Tel Avivie ciągnęła się do 1982 r. Umorzono ją bez orzeczenia o winie.

Efekt motyla 

Książka Tuszyńskiej imponuje dziennikarską sumiennością, ilością cytowanych opracowań i dokumentów i zarazem ilością niewyjaśnionych spraw.

Cieniem osnuta pozostaje młodość i okres lwowskiej kolaboracji, także okres pracy artystki w PRL i towarzysko-rodzinnych układów z bezpieką. Związek z Jezierskim relacjonowany jest tylko w poetyce romansu z pretensjami. Jakiś czas po odejściu (1954 r.) z MBP wyjechał z Polski, ożenił się z inną kobietą, za Wierą oczywiście tęsknił. Lecz nie przyjechał, by bronić jej przed sądem w Tel Avivie. „[…] było mi przykro, że – wyjaśniał swojej byłej – instynkt nie podpowiedział Ci, jak ryzykownym pod każdym względem pociągnięciem byłoby sprowadzenie mnie i postawienie pod reflektorem”. Wiera dopisała: „bezwstydny tchórz!”. Na drugim równie wykrętnym liście napisała: „Nie, gnojku! Bałeś się Żydów, bo od razu zgnietliby cię pytaniem, czy chcesz pokazać obrzezańca”.

Tuszyńska ujawnia tajemnicę Jezierskiego: urodził się jako Żyd. Wyznanie zmienił sobie i jemu – jego ojciec. Ślad fizyczny jednak pozostał. Ale czy pochodzenie Jezierskiego miałoby wpływ na sąd w Izraelu? Może raczej chodziło o dawną (…) pracę w UB? Zauważmy, że epizod lwowski jest ważny: tam Wiera po raz pierwszy zaczęła zarabiać w „szarej” moralnie strefie. Potem już było z górki.

Nie została wyjaśniona nienawiść między nią a Szpilmanem. Tuszyńska zaczęła od wprowadzenia i odrzucenia dość prawdopodobnej hipotezy: „A może chodziło o historię zawiedzionego uczucia” Ktoś mówił, że słyszał, jakoby… Ale czy wówczas niechęć przeszłaby na kolejne pokolenie”. Andrzej Szpilman (syn) zachowuje się tak, jakby istniała tajemnica ojca, której nie można odkryć. […] Każdy potencjalny jej odkrywca może być groźny.

Rozważam i inny scenariusz. Oboje wiedzieli o sobie coś, co było po wojnie trefne. On zaatakował pierwszy z obawy, że zostanie zaatakowany. Szybciej znalazł sposób, żeby unieszkodliwić niewygodnego informatora?.

Wiera coraz bardziej obsesyjnie przypisywała Szpilmanowi winę za wszystkie swoje cierpienia. „Uważała – pisze Tuszyńska – że jej prześladowcą był pianista. Nazwała go Pałką, członkiem szajki […] Na ścianie jej mieszkania wymalowany był napis: Ratunku! Szajka Szpilmana chce mnie zamordować. Pomocy!”.

Owszem, wypowiedzi z lat ostatnich można traktować jako obsesje osoby niezrównoważonej. Ale Sztafetę oszczerców zaczęła pisać w latach 70., wydała w 1980, gdy nikt w jej poczytalność nie wątpił. Prócz złośliwego wspomnienia o Szpilmanie, który nie podzielił się jedzeniem z bratem, znalazł się opis akcji w getcie: „Wśród rozdzierających krzyków milicjanci wywlekali siłą wszystko, co nosiło głowę na karku. Na widok okładanej pałką kobiety miałam ochotę krzyczeć. Tę haniebną robotę wykonywały ręce… pianisty! Widziałam go jak na dłoni. Przeżył wojnę. Chcę, żeby wiedział, że widziałam”. W późniejszym wywiadzie potwierdziła, że Szpilman był tym policjantem. Jest to mało prawdopodobne, prawdziwość sceny zakwestionował syn Szpilmana, uważa, że to zemsta i Wiery, i autorki książki. Ale… Nawet Edelman dopuszczał możliwość, że ktoś zostaje policjantem i jest nadal uczciwy. Tylko: czy miał na myśli Szpilmana?

Nie została wyjaśniona rola Turkowa w nagonce na Wierę, a przecież był on bardziej układny w stosunkach z Niemcami, po wojnie zaś… próbował odgrywać polskiego Wiesenthala. Krył siebie? Żonę, która występowała dla gestapowców?

A może po prostu i Szpilman, i Turkow bronili pewnej niepisanej umowy – o niepisanym zakazie lustracji. Wszyscy, którzy występowali dla Niemców, jakąś granicę przekroczyli. Każdy miał haka na pozostałych. To dawało poczucie bezpieczeństwa – oparte na strachu. Jej żale i wyznania mogły ten porządek zawalić. To nazywa się efektem motyla – tyle że w sferze (nie)moralności. A Wiera chciała wykrzyczeć swoją prawdę, uważała, że nie ma czego się bać. No to jej pokazali!

W wywiadzie dla „Vivy” (23/2010) Tuszyńska próbowała podsumować etycznie te sprawy: „Uważam za niedopuszczalne, byśmy dzisiaj, z perspektywy dostatniego życia, w kraju bez wojny śmieli wydawać wyroki na temat sytuacji, której nie potrafimy sobie wyobrazić”.

Oznacza to, że Wierę Gran może oceniać tylko Wiera Gran, ale Szpilmana – tylko Szpilman. Inny wariant tego rozumowania brzmi jak szantaż: nie wiesz, jak ty byś się zachował na jej miejscu. To w istocie zmiana tematu – pytanie o samoocenę. Ktoś, kto ma wysoką, powie: tak jak mój ojciec – poszedłbym do powstania. Ktoś, kto ma niską, zacznie kręcić i przepraszać, że żyje. Ale właściwy problem zostaje zagubiony. Pytanie nie brzmi, jak zachowywałby się w getcie syn pianisty czy autorka książki o śpiewaczce. Bo można było zachowywać się tak jak pianista i śpiewaczka, a można było tak, jak Szlengel czy Korczak.

Agata Tuszyńska, „Oskarżona Wiera Gran”, Wydawnictwo Literackie, 2010 r.

http://www.panstwo.net/node/12

więcej >Tadeusz M. Płużański, Lekarze bezpieki

Dokument: Władysław Szpilman o sobie własnymi słowami

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, II wojna światowa, Lata PRL, Sylwetki, Teatr TV, film i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Trędowata z Getta

  1. demonica pisze:

    „Mówiąc ?getto?, widzimy brudne miasto, w którym na chodnikach leżą trupy przykryte papierem, a często już nawet nie przykryte? I takie getto w książce Tuszyńskiej też jest. Ale jest i druga połowa prawdy. Getto, którego prominenci woleli dogadywać się z Niemcami niż z Polakami, getto, w którym bogacze dorabiali się jeszcze większych bogactw, a nędzarze zdychali na oczach swoich współziomków.” I świadectwo Ireny Sendlerowej…

    Bardzo interesujący wpis.

  2. emka pisze:

    Pani Agata Tuszyńska już nie pierwszy raz tuszuje. A ludzie kupują, czytają i wierzą. Trzeba prostować w miarę możliwości te bajeczki.

  3. emka pisze:

    Sąd cenzuruje książkę o Wierze Gran
    Wyższy Sąd Krajowy w Hamburgu zakazał wydawnictwu Insel Verlag zamieszczania w niemieckim wydaniu książki „Oskarżona Wiera Gran” Agaty Tuszyńskiej fragmentów sugerujących, że Władysław Szpilman uczestniczył w akcji policji żydowskiej w getcie w 1942 roku.
    Gesa Steinbrink z wydawnictwa powiedziała dziennikarzom, że Insel Verlag otrzymał odpis wyroku i obecnie skrupulatnie go analizuje.
    Zakwestionowane fragmenty książki zawierają, zdaniem sędziów, „bardzo poważny i obciążający zarzut”, który narusza dobra osobiste Władysława Szpilmana.
    Sędziowie stwierdzili brak faktów, które stanowiłyby wystarczające dowody. Podejrzenia opierają się jedynie na notatkach zmarłej piosenkarki z 1980 roku oraz jej wypowiedzi dla fundacji Survivors of the Shoah Visual History w Kalifornii z 1996 roku. Autorka nie znalazła w dostępnych archiwach żadnego potwierdzenia, że wypowiedź Gran jest zgodna z rzeczywistością – można przeczytać w uzasadnieniu wyroku. Jak dodają sędziowie, także w wypowiedziach innych świadków autorka nie znalazła niczego, co by odpowiadało relacji Wiery Gran.
    „Wobec tak poważnego charakteru podnoszonych zarzutów w tej sytuacji dowodowej należało powstrzymać się od opublikowania zarzutu” – czytamy w uzasadnieniu wyroku.
    W przypadku naruszenia zakazu grozi grzywna do 250 tys. euro lub areszt do dwóch lat.
    http://www.naszdziennik.pl/swiat/34185,sad-cenzuruje-ksiazke-o-wierze-gran.html

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.