Mackiewicz, pisarz i analityk świata

 

Listy do redaktorów „Wiadomości” (fragmenty)

 

Józef Mackiewicz do Michała Chmielowca [15 kwietnia 1970]

Drogi Panie Michale,

Niestety, nie; w żadnym wypadku nie zgadzam się na usunięcie „merdania”. Jeżeli Pan się też nie zgadza na jego puszczenie, proszę mi łaskawie odesłać cały artykuł. Chyba że zamieni Pan na ścisłe: „zabiegi o pieniądze u komunistycznego okupanta”.

 

Tak się bowiem rzecz przedstawia od r. 1947 po 1968, czyli aż do samej prawie śmierci Gombrowicza. „Merdanie” jest więc tu najbardziej łagodnym zwrotem zastępczym. Żeby nie używać słów: świnia, łajdak, nikczemnik, podlec etc. etc. Pana porównania Gombrowicza do innych, nie są szczęśliwe i nieścisłe. Nie będę tu przytaczał okoliczności tamtych i jego. Mówi Pan o kimś kto był i zerwał. A on odwrotnie: był tu i starał się wślizgnąć w łaski komunistów. W najobrzydliwszy sposób, ofiarowując nawet zgłosić akces do socrealizmu. Przy tym ten szczyt zafałszowania: uchodzić za wielkiego chojraka, który się wypupia rzekomo na Polskę, wielkiego indywidualistę etc. i pisze jednocześnie stylikiem wcale nie gombrowiczowskim, gdy chodzi o trochę forsy komunistycznej, wysadzenie kogoś z posady bankowej, aby mu ją zająć etc. Jest to podlec patentowany. „Merdanie” jest złagodzeniem opisu rzeczy do granic możliwych.

W ogóle porównania się Panu nie udają. Porównanie Siebie do Jeleńskiego, poniża Pana, jeżeli chodzi o talent etc. Faktycznie jest błędne zupełnie. Mógłby Pan siebie porównać do Giedroycia, który forytował Gombrowicza, drukował go na pierwszym miejscu itd. – jak, powiedzmy, Pan mnie. Jeżeli Panu już o takie porównanie chodzi. Ale ani Pan, ani Giedroyć nie są menażerami, i nigdy bym tak nie nazwał (do głowy by nie przyszło!). Natomiast Jeleński jest menażerem. Typowym menażerem w literaturze. Słowo menażer nie jest obraźliwe. Mówi Pan, że płatne. W ten sposób każdy zawód jest płatny i aktora, i pisarza. To znowu złe porównanie, które Pan wyciąga.

Miłosz pisze o Nałkowskiej i (żyjącej) Kuncewiczowej: „okropne babiszony”. Ta bym tak nie napisał, bo to obraźliwe. Ale jemu Giedroyć puszcza w Kulturze. Sądzę jednak że nie puściłby: kurwy, łajdaczki, a nawet stare przekupki, etc. To są wyzwiska, jak „świństwo”, „podłość”, „nikczemność” etc. Ja też tak o Gombrowiczu nie piszę, choć, powtarzam, miałbym ku temu moralne prawo. Ale nigdy nikogo nie wymyślam (ani Niemców, ani Rosjan, co się tak często zdarza w Wiadomościach), a ustalam pewien fakt. „Merdanie” zastępuje tu – raz jeszcze powtarzam – opis stanu faktycznego, który by musiał wypaść dla Gombrowicza gorzej. Że ktoś napisał o mnie (Mrożek): „świństwo”, słusznie że Pan skreślił. Natomiast, że ktoś napisał: „wykazuje abberację umysłową” – niesłusznie Pan skreślił. Jest to napaść, ale bez rynsztokowego wyzwiska, które nie są dopuszczalne w szanującym się czasopiśmie.

W ogóle – skoro już jesteśmy w ostrej z Panem polemice – pozwoli Pan sobie powiedzieć, że gubi się Pan trochę w swoich poprawkach. Wykreśla Pan mi „Quasi-polska instytucja”. Choć nie wymieniam ani nazwiska, ani nazwy, ani miejscowości. Mnie się zdaje, że z jednej obawy, aby Nowak nie poczytał, że pite do Free Europe. W ten sposób może mi Pan w każdym kontekście, nawet gdybym pisał o dżungli afrykańskiej skreślić słowo: „Łaps”, ponieważ wie Pan, że Nowak jest łapsem, i mógłby to wziąć do siebie. W ten sposób Litwini jak weszli do Wilna w r. 39, zamierzali (nie zrobili) zakazać używania polskiego słowa: śmietana. Ponieważ prezydent republiki nazywał się Smetona. Dalej: pisze Pan, że słowniki będą cytować: <<W pierwszym rzędzie>>, Mack.. Skąd u Pana, takiego znawcy rzeczy – taka nieznajomość rzeczy? Biorę słownik polsko-niemiecki Kaliny: „w pierwszym rzędzie”?. Biorę słownik polsko-rosyjski, wydany już teraz w kraju: „w pierwszym rzędzie” (w pierwuju oczered). O to właśnie chodzi. „Przede wszystkim” – tego nie zastępuje, jeżeli już chodzi o wielkie nuance; zastąpić może: „przed innymi”, czego się nie używa.

Nie można się powoływać na Grydzewskiego. Grydzewskiego skreślenia i poprawki były naprawdę nieraz kompromitujące. Wystarczy przypomnieć jego walkę z „wykluczać”, że to germanizm, i zastępować „wyłączać”!!? Po niemiecku jest ausschilessen, ale tak samo jest: ausschalten (wyłączać). To drugie miało nie być germanizmem. Do mnie napisał kiedyś (dosłownie), że mówiło się „ausgekluczt”, nie zdając sobie sprawy, że to szmonces! U nas w gimnazjum po lekcji niemieckiego mówiło się „hast du gewidział”!? W ten sposób i słowo „widzieć” można by uznać za: germanizm. Nie, na Grydzewskiego nie można się powoływać. On bardzo często gonił w piętkę. I strasznie zubażał mowę polską przez swój idiotyczny puryzm.

Przykro mi, ale na usunięcie słowa „merdanie” nie godzę się stanowczo i proszę, przepraszając za kłopot, o odesłanie artykułu.

Ściskam dłoń serdecznie,

Józef Mackiewicz

 

Józef Mackiewicz do Stefanii Kosowskiej [20 czerwca 1977]

Droga Pani Stefanio,

Jak już Pani raz wspomniałem, celem całego mego życia było przypodobać się Pani. Dlatego tragedią mego życia jest to, że nie jestem w stanie dzielić Pani upodobań.

Gdyby np. wybrany został Jan Kott, to ja bym nigdy z tym długoletnim członkiem partii komunistycznej (PZPR) do jednego stołu nie zasiadł. Nie z żadnych „moralnych” względów. Każdy ma prawo do własnych poglądów i postępowania. Ani z Kołakowskim, ani z Andrzejewskim, ani z (drugim po Wyszyńskim) obecnym „wodzem narodu”, agentem Bezpieki, Adamem Michnikiem. Ani żadnym z tej kategorii. To są dla mnie ludzie, jeżeli nie z innej planety, to w każdym razie z innej mentalności. Najbardziej wrogo mi ideowo i politycznie. Należy rozróżniać: to nie jest ani Artur Koestler, ani – z polskiego podwórka – Miłosz, czy chociażby Janusz Kowalewski, czy Szymon Szechter, czy masa innych wszelkiej narodowości, którzy zerwali z komunizmem, aby go zwalczać. Czy nawet ten obrzydliwy Odojewski, który trzyma się z dala od emigracji, bo wie, że na emigracji kariery się nie robi; a on chce ją osobiście robić.

Ci wszyscy „dysydenci”, pół- i ćwierć- i inni socjaliści etc. nie chcą zwalczać, tylko „poprawiać” komunizm („w obronie człowieka”), są tego komunizmu odpryskami, bardziej frakcją, niż wrogiem. I ciągną całą Polskę jak wszy do wody (tak się dzieci kiedyś straszyło), tak oni do modelu udoskonalonego „socjalizmu”. Ile w tym szczerości, ale ile prowokacji Centrali, to już zostawmy na boku. Niech się z tego cieszą „eurokomuniści”. Ale ja jestem antykomunistą.

Jeżeli Pani chce kogoś z b. komunistów, proszę, oryginalny pomysł: para Szechter i Nina Karsov, jako jedna osoba. Oryginalnie, nie? Będę głosował za taki pomysł. Dlaczego Maurerówna się Pani nie podoba? Albo Swianiewicz? Albo? Już nie wiem. Nie sprowadzać że Jana Rostworowskiego z powrotem. (Ach, on umarł!)

Taki jest teraz ciąg w całym świecie. A Pani, u nas, nazywa: „instynktem narodu”. Można go w inny sposób oznaczyć: „owczy pęd”. Jest też dużo rozmaitych, a czasem bardzo niepochlebnych nazw. Powinno się cenić pisarzy, którzy piszą przeciw „instynktowi narodu”, czy w ogóle PRZECIW a nie ZA. Choćby sto razy nie mieli racji. Właśnie w dialogu, dyskusji, polemice – ta racja się umacnia. Ale nigdy w myślowym i psychicznym kołchozie.

Czy Pani czytała, co ten reżymowy-katolik, Stefan Kisielewski napisał w przedmowie do Michnika, atakując mnie? Że Józef Mackiewicz „w swych niezbyt uczciwych i sensownych, obsesyjnych książkach o polskim katolicyzmie”, nie wziął pod uwagę, że wszystkie książki i pisma krajowe są ZAWSZE (jego wersaliki) wypaczone przez cenzurę, albo przez automatycznie już funkcjonującą autocenzurę piszących? Otóż ja na żadną automatyczną autocenzurę wobec „instynktu narodowego” (kto go ustala? kto zatwierdza?) nigdy zgodzić się nie mogę. Nie pamiętam już kto powiedział, ale słusznie: pisarz odpowiedzialny jest nie tylko za to co pisze, ale i za to co przemilcza.

„Moi przyjaciele” (ja właściwie takich nie mam) odwrotnie, uskarżają się, że to Pani „ich nienawidzi”. Za co?

A czemu Pani ukrywa kto dał nagrodę z Wenezueli? To ciekawe, kto?

Całuję ręce

Józef Mackiewicz

http://odwilz.wordpress.com/

 

Tekst o Powstaniu Warszawskim (opublikowany w 1947 roku w „Wiadomościach”)

Nasze publicystyczno-literackie pamiętnikarstwo wojenne ma w sobie coś z opowieści Gogola „Wij”. Krąg zarysowany kredą święconą, poza który sami sobie nie pozwalamy wykroczyć. Stąd deptanie na miejscu w otoczeniu licznych „tabu”, zamykających umowne horyzonty. W takim kręgu obraca się m.in. temat powstania warszawskiego, który wciąż nie schodzi ze szpalt i prawdopodobnie przez długi czas nie zejdzie. Żadne jednak z ujęć tego tematu nie będzie całkowite, dopóki nie będzie wolno mówić o pewnych sprawach. Tymczasem wszechstronna ocena ostatniej bitwy o Warszawę jako o stolicę suwerennej Polski musi wyjść z założenia właśnie tej suwerenności, tzn. uznania, że najeźdźca sowiecki (jeżeli nawet przyjmiemy, że nie był gorszy) był równy najeźdźcy niemieckiemu. Od czasu do czasu wyrwie się to komuś, ale zazwyczaj odskakuje się od tego prostego stwierdzenia w pląsach i ukłonach, a koniec końców, Bogiem a prawdą, nikt nie dał dokładnej definicji: czy Sowiety są naszym wrogiem, czy wrogiem nie są? Są najeźdźcą, czy nie? Odebrały nam niepodległość, czy nie odebrały? Czy „Kraj” to jest „Polska”, czy tylko obca okupacja? Czy panowie Mikołajczyk-Bierut-Osóbka-Cyrankiewicz to quislingi, czy też jakieś pośrednie zjawisko: mieszanina „dobrej woli” z agentem NKWD, według fantastycznej recepty rosyjskiego kawału: „smies popa s wiełosipiedom”?

Sytuację tę zrodził sofizmatyczny termin „sojusznik naszych sojuszników”, nadany Związkowi Sowieckiemu jeszcze w r. 1943. Ta nieszczera i dziwaczna definicja mści się na nas do dziś.

Jeżeli natomiast wyjdziemy z założeń prostych, jasnych, ogólnie zrozumiałych i za „dobrych przedwojennych czasów” powszechnie przyjętych, określających mianem wroga każdego, kto najeżdża naszą ojczyznę, to i na powstanie warszawskie będziemy mogli popatrzeć obydwoma oczami, a nie, jak dotychczas, przymrużając jedno dyskretnie.

Na tej fatalnej sytuacji r. 1944 trudno zrozumieć, dlaczego ogół Polaków potępia akcję, której najoczywistszym celem było restytuowanie suwerennej stolicy z suwerennymi władzami i suwerennym wojskiem, wtedy, gdy rzecz ta była łatwa do zrobienia? Jeden wróg odchodził, drugi nadchodził. Pomiędzy tych dwóch wrogów wstawić niepodległy skrawek, ba, centrum Polski! Co w tym było głupiego albo zbrodniczego? Oczywiście, że nic, gdyby sprawę można było jasno postawić. Złożyło się jednak tak, że jeden z wrogów nie tylko odchodził, ale dogorywał. Natomiast tym drugim, który nadchodził, były Sowiety. A zatem ostrze akcji samo przez się skierowane by być musiało przeciwko nim. „Skandal!” „To by nas kompromitowało w oczach demokracji!”… Umówiono się zatem, żeby powstanie przedstawić w innym świetle, i w ten sposób spaczono jego sens od początku do naszych dni.

A jak położenie wyglądało naprawdę?

Odwrót armii niemieckiej był w pełnym toku. W ostatnich dniach lipca osiągał swój punkt szczytowy, a wraz z nim nieuchronny bałagan. O żadnej mobilizacji mężczyzn pod pretekstem robienia fortyfikacji nie było mowy. Głośniki radiowe nadały surowy rozkaz, aby „wszyscy zdolni od lat 16 itd.” zgłosili się z łopatami na wyznaczonym szeregu punktów zbornych, skąd ludzi zabiorą ciężarówki. Byli przekonani, że nie zjawi się nikt. Tymczasem tu i ówdzie poprzychodziło po kilkadziesiąt osób. Sam widziałem, jak na wyznaczonym m.in. pl. Narutowicza zebrało się ok. 70 (!) ludzi z łopatami, którzy daremnie czekali na przyjazd samochodów. Jednego z takich naiwnych spotkałem jeszcze o 11.30 na ulicy Filtrowej, gdy wracał z łopatą zniechęcony i zawiedziony (obiecano przecie wyżywienie i zapłatę).

W piątek i sobotę okna pobrzękiwały od dalekiej kanonady. Radio Londyn nadało wiadomość, że marszałek Rokossowski przeniósł swą kwaterę w orbitę widoczności Warszawy, i że stamtąd spogląda gołym okiem na stolicę Polski. 30 lipca al. Jerozolimskimi wycofywały się ostatnie tabory niemieckie, a później zaczęły iść czołgi za Wisłę. Na ulicach wisiały nie zrywane obwieszczenia delegatury podziemnej. Żałuję, że nie miałem aparatu, gdyż sfotografowałbym następujący dokument historyczny. Na rogu Brackiej i Widok, wokół obwieszczenia Delegatury Rządu, naklejonego na słupie, zebrał się tłum ludzi. W tłumie tym stało czterech „granatowych” policjantów i dwóch żołnierzy Wehrmachtu. Była 10 rano. Żołnierze ci pytali o drogę, a zwabieni zbiegowiskiem, zainteresowali się, co plakat zawiera, i odeszli następnie obojętnie. O 11 byłem na Pradze. Niemcy palili dworce i składy, jak się normalnie pali przed oddaniem terenu w ręce wroga. Powracając, na moście Kierbedzia zauważyłem, że jakiś spotniały kolejarz krzyknął do samochodu, którym jechali z Pragi (widocznie z frontu) kurzem okryci żołnierze:

– Wie weit?!

Żołnierz, pokazując dwa razy po dziesięć palców, odkrzyknął:

– Zwanzig Kilometer!

31 lipca z jednego tylko Dworca Zachodniego usuwano resztki wagonów. Nie było już ani porządku, ani kontroli. Każdy, kto chciał, mógł siadać i jechać bez żadnej przepustki. W takich warunkach powstanie, które wybuchło dopiero 1 sierpnia po południu, mogło liczyć na zupełny sukces i minimalne straty, co najwyżej w potyczkach z cofającymi się strażami tylnymi. Formalnie, przed świtem, Warszawa wyzwolona by była przez wojska polskie, a wkraczającego nowego najeźdźcę powitałyby suwerenny sztandar, zatknięty w suwerennej, wolnej stolicy. Otóż tego bolszewicy chcieli uniknąć za wszelką cenę. Czy można się było spodziewać takiego ich stanowiska? Do pewnego stopnia tak. Na czym więc polegał błąd w rachunku powstańców, który doprowadził do straszliwej katastrofy Warszawy?

Nie wiem, czy w ogóle można tu mówić o błędzie w rachunku logicznym. Bo jeżeli można było się spodziewać, że takie stanowisko zajmą Sowiety, niepodobieństwem było przewidzieć bezmiar zaślepionej, zaciętej tępoty Hitlera. Nawet po wszystkich doświadczeniach okupacji, nawet po zetknięciu się z tymi szaleństwami maniaka, który zatracił wszelkie poczucie rzeczywistości, nawet po tym całym krwawym tańcu epileptycznej polityki na ziemiach naszych i nie naszych. Jakkolwiek sytuacja Niemiec była już wtedy beznadziejna, to choćby dlatego, że czepiały się one rozpaczliwie każdej pozostałej jeszcze możliwości, powinny się były uchwycić oburącz okoliczności, że na drodze marszu Armii Czerwonej stawała suwerenna Polska, nie uznawana i znienawidzona przez Sowiety. Że powstała możliwość nowych incydentów i powikłań w obozie sojuszniczym. W każdym razie z punktu interesu niemieckiego nic nie przemawiało za utrzymaniem ogniska powstania na tyłach swego frontu, a wszystko za pozostawieniem go oko w oko z Armią Czerwoną. Nawet gdyby z tego zetknięcia nie miało być chleba… Manewr Rokossowskiego był tak przejrzysty co do swego celu, iż nie mogli go nie spostrzec Niemcy. Rzecz była oczywista, nie podlegająca dyskusji.

Znam osobiście ludzi o głośnych i patriotycznych nazwiskach, którzy próbowali pośredniczyć w sprawie pozostawienia przez władze niemieckie zbytecznej broni. Pośrednictwo to zostało odrzucone, zarówno przez stronę niemiecką, jak polską. Z jednej strony emocjonalna zaciekłość przeważała nad interesem politycznym, z drugiej obawa przed cieniem nawet „współpracy” przeważała nad obawą i troską o dobro ojczyzny.

Krew, zalewająca oczy Hitlera, pomieszała mu resztę rozsądku. Wiadomo już dziś, że Warszawa to była jego osobista sprawa, jego „Angelegenheit”. W ten sposób, najmniej oczekiwany i nieprawdopodobny, podobnie jak w r. 1939, odnowił się antypolski pakt sowiecko-niemiecki, nie pisany wprawdzie i nie podpisany, ale niemniej namacalny, a bardziej krwawy. Hitler nazwał zupełnie słusznie powstanie „drugim Katyniem”. Gdyż podobnie jak pierwszy, doszedł do skutku wyłącznie w interesach sowieckich, z tą tylko różnicą, że wykonany nie rękami enkawudzistów, ale Niemców. Był to z ich strony obłęd dosłowny i, doprawdy, trudno jest winić kierowników powstania, że go nie przewidzieli.

Charakterystyczne jest to, że dotychczas nie została poddana poważniejszej analizie raptowna zmiana stanowiska niemieckiego przy końcu powstania. A przecież rzecz rzucała się w oczy. Skreśleni zostali przez cenzurę „die polnischen Banditen”; powstańcom przyznano prawa armii regularnej. Wiadomo również, że wymaszerowujące po kapitulacji oddziały Armii Krajowej witano orkiestrą, i że gen. Bora zaproszono na liczne rozmowy, podczas których wysłuchiwać miał nowych propozycji. Oczywiście zrobiono to wszystko niezgrabnie, za późno i wciąż z tym tępym uporem i brutalną „herrenvolkowością”, która charakteryzowała politykę hitlerowską, a która odzierała wszystkich ich sojuszników z postawy suwerennej godności i spychała do roli posłusznych rabów, w rodzaju bałtyckich i ukraińskich oddziałów SS. Z tego punktu widzenia nie jest ważne, czy gen. Bór podczas tych rozmów pił herbatę, jak chce prasa bolszewicka, czy jej nie pił. Propozycje niemieckie odrzucił kategorycznie – i słusznie: gdyż w tym położeniu nie przedstawiały one żadnej rzeczywistej korzyści dla Polski. Ale ta kardynalna wolta w stanowisku niemieckim potwierdza w całej rozciągłości fakt, że gdy minął atak prywatnego szału Hitlera, odsłonił się zarys innej drogi, po której mniej więcej potoczyć by się winny wypadki, gdyby Hitler podobnym atakom szału nie podlegał i był w stanie kalkulować. Niewątpliwie przebieg powstania wyglądałby wtedy inaczej.

Naturalnie słowo „gdyby” nie jest w rozważaniach nad wypadkami minionymi słowem popularnym. Nie znaczy to jednak, ażeby dla zdobycia popularności wyzbywać się rozsądku. Cała sprawa powstania zwekslowana jest dziś na jednotorową propagandę i przedstawiana w ten sposób, jakby chodziło o to, że garstka bezbronnych szaleńców rzuciła się w niepoczytalnym stanie podniecenia i patriotyzmu na opancerzonego kolosa i za straty, jakie wywołała skutkiem swej lekkomyślności, powinna ponieść odpowiedzialność. Tak wcale nie było.

Powstanie warszawskie spowodowało potworne straty materialne. Straty te są do powetowania. Nie do powetowania są straty w zabytkach, dziełach sztuki, pomnikach itd. Co się tyczy strat w ludziach, wyglądają one inaczej, niż to przedstawia powszechnie przyjęta wersja. Himmler, ażeby odstraszyć Polaków od prób nowej akcji zbrojnej, oświadczył, że liczba ofiar wynosi ćwierć miliona. Dla tych samych celów bolszewicy podtrzymali tę cyfrę. Z naszej strony próbowano ją nawet wyśrubować do – trzystu tysięcy! Jeden z najznakomitszych polskich statystów wojennych, który był w powstaniu (nie mogę wymienić nazwiska ze względu na jego obecny pobyt w kraju), utrzymywał, że straty Armii Krajowej łącznie z ludnością cywilną w żadnym wypadku nie przekraczają pięćdziesięciu tysięcy.

W świetle tego wszystkiego trudno mówić o „błędzie” gen. Bora, który dał do niego hasło. Zastrzeżenie mogłoby budzić raczej jego obecne stanowisko. Gen. Bór przebywał w Ameryce i kilku krajach Europy i wszędzie, gdzie mówił albo udzielał wywiadów podkreślał, jak to Polacy wspomagali Armię Czerwoną w akcji, a jej dowódców podejmowali w Polsce śniadaniami i bankietami. Trudno zaprzeczyć, że w tradycji przywykliśmy do innych zwyczajów, które zresztą utrzymywane są w większości krajów. Nie zwykło się wrogów podejmować śniadaniami, gdy wkraczają, by odebrać terytorium i niepodległość. Toteż wydaje się, że niejeden cudzoziemiec, mniej zorientowany w subtelnościach politycznych labiryntów Polski, może wyrazić zdziwienie w taki np. sposób: „Skoroście im tak pomagali w opanowaniu własnego kraju i podejmowali śniadaniami na powitanie, dlaczego się skarżycie, że u was pozostali?!”.

DALEJ

strona [5] Mateusz Matyszkowicz, Mackiewicz na trudne czasy
strona [6] Fragmenty książki „Ptasznik z Wilna”
strona [7] „Zbrodnia w dolinie rzeki Drawy”
strona [8]  Filmy „Józef Mackiewicz, narodowość: antykomunista” i Jedynie prawda jest ciekawa”
strona [9] Jacek Trznadel, Józef Mackiewicz – sowieckie „Jądro ciemności”
strona [10] Droga donikąd – recenzje
strona [11] Jacek Trznadel, Rozpaczliwa próżnia
strona [12] Fragmenty książki „Zwycięstwo prowokacji”

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Eseje, Historia, II wojna światowa, Lata PRL, Opowiadania, Po 1980, Recenzje, Teatr TV, film, Wspomnienia i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Mackiewicz, pisarz i analityk świata

  1. moherowy beret pisze:

    Jeżeli MEN nie lubi Słowackiego i Mickiewicza,to niech wprowadzi do szkół dzieła Mackiewicza.Za dużo mówi się o Michniku.Przecież on nie jest żadnym autorytetem dla Polaków(świadomych).Na jego paplanie należy spuścić wodę w WC.Tam jego miejsce.A kto wdaje się w dyskusje z Michnikiem jest durniem.Z takim wrogiem Polaków przyzwoity mądry człowiek nie rozmawia i nie widzi go.

  2. Jerzy pisze:

    Prawda, że Michnik to anty-Polak. Jego rodzinka wgryzając się w układy ludzi piszących o historii i społeczeństwie polskim, robi bardzo dużo złego. Mama dla historii narodu polskiego, a pociotacy ,dla ograniczenia możliwości wydawniczych takich ludzi jak Jasienica czy Mackiewicz.

  3. Wk.bardzo pisze:

    Jak to się dzieje, że ponadczasowa ocena Rosji nie jest brana pod uwagę przez cywilizację zachodnią. Tę lukę z powodzeniem wypełniają pseudo autorzy dla, których komunizm to chwilowe zauroczenie bardzo cennych i inteligentnych jednostek.

  4. emka pisze:

    Ptasznik z Wilna – wydanie trzecie z 2013 roku, poszerzone, uzupełnione, w twardej oprawie, ilustrowane fotografiami – oto godny pomnik wybitnego prozaika, wciąż nieobecnego w powszechnej świadomości czytelników polskiej literatury.

    Książka liczy ponad 700 stron, ale czyta się ją jednym tchem – opowieść oscyluje wokół dwóch najważniejszych wątków. Z jednej strony zapoznajemy się z biografią Mackiewicza, w której Włodzimierz Bolecki szeroko omawia tzw. sprawę Mackiewicza, a więc kampanię oskarżeń i pomówień wobec Autora Drogi donikąd, któremu zarzucano kolaborację z niemieckim okupantem hitlerowskim. Z drugiej strony Ptasznik z Wilna to opowieść o wyrazistej karcie polskiej literatury XX wieku, czyli o twórczości pisarza wyrażonej głównie w powieściach, ale także w bezpardonowej publicystyce. >WIĘCEJ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.