Kosmopolita w służbie propagandy

dr Filip Musiał

Jerzy Urban urodził się w Łodzi w 1933 r. w zasymilowanej rodzinie żydowskiej. Był synem lewicowego dziennikarza – Jana Urbacha. Nazwisko omyłkowo zmieniono im w czasie wojny przy wystawianiu sowieckich dowodów tożsamości.

Dzieciństwo spędził w Łodzi, po niemieckiej i sowieckiej agresji z września 1939 r. wraz z rodziną uciekł do zajętego przez krasnoarmiejców Lwowa.

 

Kosmopolita w służbie propagandy

„Nie stykałem się z kultem polskiej historii, patriotycznych uniesień i ckliwości. Nie wyrastałem w klimacie ojczyźnianym ani w domu z pamiątkami po powstaniach narodowych, które były tak charakterystyczne dla przedwojennej inteligencji polskiej. Był to dom na wskroś kosmopolityczny. A jeśli kogoś razi to określenie, można powiedzieć, używając dzisiejszego języka, że był to dom „europejski” – wspominał swe dzieciństwo Jerzy Urban. Jeśli to oznacza, że z dzisiejszych młodych pokoleń „Polako-Europejczyków” – wyzutych z głębszych wartości, przywiązania do tradycji i nieinteresujących się przeszłością – wyrosną ludzie równie pozbawieni moralnego kośćca, to Rzeczpospolitą czekają trudne lata”

We Lwowie spędził część wojny, resztę na Podolu, nieopodal Trembowli – gdzie po niemieckiej agresji na ZSRS rodzina ukrywała się na „aryjskich papierach”. Po zajęciu Polski przez Armię Czerwoną powrócili do Łodzi.

Toasty za sowiecką republikę

Młodość spędził w służbie nowego reżimu. Jak wspominał: „mając 15 lat, wstąpiłem do ZMP”; „Brałem bardzo aktywny udział w akcji likwidowania krzyży harcerskich z harcerskich mundurów i uroczystego przypinania w ich miejsce znaczków nowej organizacji harcerskiej”; „Piliśmy wódkę za siedemnastą republikę, potępialiśmy Jugosławię”. Nie odmawiał także pomocy „towarzyszom z bezpieczeństwa”, opisywał swą – jak sam twierdził ostatecznie nieudaną – „wywiadowczą” misję: „UB posiadało informację, że gimnastyczka jest w nielegalnej Sodalicji Mariańskiej. Moim zadaniem było odnalezienie panienki i wyciągnięcie co się da o Sodalicji”.

Tuż przed maturą przeniósł się z rodziną do Warszawy. W stolicy zdał egzamin dojrzałości i podjął trud studiowania, jednak bez większego powodzenia. Ukończył dwa lata dziennikarstwa i rok prawa na Uniwersytecie Warszawskim. Pracował w redakcji „Nowej Wsi”. Wówczas także nie stronił od bezpieki, jak opowiadał, w 1954 r. funkcjonariuszka MBP spotkała się z nim w kawiarni: „Zapytała mnie o kontakty moich kolegów z ambasadą amerykańską. Niewiele miałem do powiedzenia, to popisywałem się różnymi opowieściami. O Dziewanowskim powtórzyłem to, co sam mówił.  Ona pytała mnie, z kim się Dziewanowski przyjaźni, z kim kłóci, jakie ma poglądy oraz o jego babcię hrabinę. Po trzech, czterech rozmowach tete-a-tete zorientowałem się, że nie chodzi o żadne śledztwo, tylko o działanie wciągające mnie w dwuznaczną rolę i ja zaczynam być kapusiem”.

Zaktywizował się w czasie „odwilży”. Od 1955 r. związał się z tygodnikiem „Po prostu” – pismem ZMP, które wówczas stało się trybuną środowisk dążących do liberalizacji systemu. Niektórzy walczyli o kwestie naprawdę ważne, np. o rehabilitację skazywanych wcześniej jako bandytów i wciąż trzymanych w więzieniach żołnierzy AK. Urbana jednak w czasie „odwilży” pochłaniały inne problemy. Na fali rozpoczynających się rozrachunków ze stalinowską przeszłością podsumował swą dotychczasową „karierę” dziennikarską, podkreślając: „Kłamałem podwójnie- nie pisząc o sprawach istotnych i pisząc lukrowane reportażyki. Ale najgorsze, że i ja, i inni wierzyli w sens i rację tego kłamstwa”. O tym wszystkim najwyraźniej zapomniał ćwierć wieku później, kiedy zostając rzecznikiem rządu, firmował posunięcia ekipy Kani, a później Jaruzelskiego, raz jeszcze wierząc w głęboki sens kłamstwa.

O komunistyczne normy życia

Zasadniczo jednak, o czym dziś się zapomina, zespół „Po prostu” usiłował walczyć o marksizm. Stawiał tezę, że stalinizm wynaturzył słuszną ideę, którą trzeba przywrócić w jej pierwotnej formie, by poprzez powrót do „komunistycznych norm życia” zbudować nad Wisłą „prawdziwy socjalizm”. Młody, 23-letni redaktor Urban był aktywny w tym właśnie nurcie politycznego sporu, walczył z natolińczykami, utyskiwał na nijakość młodych. Podsumowywał swych rówieśników: „Powiem o nas krótko – ogólny spadek ideowości objął również mnie i mych dalszych i bliższych kolegów”.

Po zamknięciu przez Gomułkę „Po prostu”, przez dwa lata pracował w Agencji Robotniczej, następnie związał się z tygodnikiem „Polityka”. Utworzono go w miejsce zlikwidowanego „Po prostu”, jako periodyk mający realizować linię propagandową reżimu. Dziś byli i aktualni redaktorzy pisma lubią pisać o „Polityce” jako o piśmie opozycyjnym wobec władzy. Urban w 1961 r. został szefem działu krajowego. Przez kilka kolejnych lat zajmował się głównie reportażem i „bolączkami” dnia codziennego – jakby wciąż pozostając w mentalnym nurcie „odwilży”. Jeśli krytykował, to głównie za niedociągnięcia organizacyjne, marnotrawstwo, nieudolność wykonawców. Z najwyższą władzą nie wchodził w otwarte spory. Analizując w 1961 r. listy nadsyłane do Gomułki, pisał: „Różne są aktywa epistolarnej formy więzi KC – obywatel. Milion listów to milion spontanicznych aktów zaufania. Milion listów, to co najmniej pół miliona spraw załatwionych po myśli nadawcy – albo przynajmniej mu wyjaśnionych. Najcenniejsze wszakże wydaje się w owych „listach do Gomułki” to, że zawierają one potwierdzenie subiektywnego poczucia ludzi-nadawców, iż władza jest ich, a nie oni władzy”. Nie wiemy, skąd taki akurat wniosek, nie jest to jednak jedyny wypadek osobliwego pointowania przez Urbana.

W nieoczekiwany sposób stał się ofiarą Gomułki. W jednym z tekstów zaatakował krakowskiego działacza antyalkoholowego. Jak relacjonował to Mieczysław F. Rakowski: „Jurek zdrowo wyśmiał Marcinkowskiego i jego antyalkoholowego zajoba. Działalność doktora w jakimś stopniu na to zasługiwała, skoro wygłaszał poglądy co najmniej czarnosecinne. Na przykład postulował utworzenie obozów pracy dla alkoholików, przymusową sterylizację itd. Po ukazaniu się artykułu Marcinkowski poskarżył się Cyrankiewiczowi i jakoś to doszło do Gomułki”. W efekcie Urban został wyrzucony z redakcji, a tow. Wiesław wydał zakaz drukowania jego tekstów. W ten sposób w 1963 r. niedawna młoda gwiazda „Polityki” trafiła do niszowego „Życia Gospodarczego”. Ze względu na ciążący na nim „zapis”, drukował pod pseudonimem „Jan Rem”. Nie zaprzątał sobie głowy dziennikarską rzetelnością. Jak bowiem wspominał: „Główczyk [redaktor naczelny pisma – przyp. F.M.] mi mówił, co powinienem jako Jan Rem pisać, np. na temat niezbędnych zmian w strukturze przemysłu maszynowego. Sadzał mnie u siebie w gabinecie, mówił przez kilka godzin, a ja notowałem akapit po akapicie, tezę po tezie”.

Gierkowska polityka miłości

Do „Polityki” powrócił w 1968 r. Choć w czasie rządów Gomułki stronił od zagadnień czysto politycznych, aktywizował się w momentach trudnych dla reżimu. To bowiem, co z perspektywy łaknącego wolności społeczeństwa było buntem, z punktu widzenia Urbana było kryzysem władzy, przez niego afirmowanej. W 1968 r. napisał tekst ujmujący antysemityzm jako rodzaj rasizmu. Z kolei po upadku Gomułki poczuł się w obowiązku skrytykować rządy jego ekipy i pochwalić nowy kurs dyktatury. W lutym 1971 r. pisał: „Władze intensywnie pracują nad doraźną poprawą warunków życia. Prasa informuje o podejmowanych decyzjach. Narosły wielkie zaniedbania, więc dawanie w polityce wewnętrznej pierwszeństwa sprawom bytu jest nad wyraz uzasadnione”. Bowiem ekipa Gomułki „zajmowała się strategią rozwojową, zostawiając nierozwiązane bieżące bolączki i nie wykazując wobec nich należytej uważności. Do tego owe perspektywy rozwojowe ani były dalekosiężne, ani precyzyjnie pomyślane, a strategiczne operacje gospodarcze wcielano w życie połowicznie i mało konsekwentnie. Ta jednostronność zainteresowań wymaga dziś rekompensaty”.

Zabrał głos także po Czerwcu -76. W lutym 1977 r. relacjonował, na łamach „Polityki”, propagandową wizytę Gierka w Ursusie. Przytaczał wypowiedź I sekretarza KC, który podkreślał, że z nauczki po „wypadkach czerwcowych” (w propagandzie reżimu pacyfikacja robotniczego protestu była „wypadkiem”) „wypływa wniosek, iż przestrzeganie socjalistycznych zasad współżycia i demokracji stanowi obowiązek zarówno obywateli, jak i władz państwowych. Naruszeniem tych norm była odmowa spokojnej i rzeczowej dyskusji w Ursusie i Radomiu i wyjście na ulice, które spowodowało zamieszki”. Oczywiście – w optyce reżimowego pisma ” zdławienie protestu i późniejsze procesy wytaczane robotnikom nie naruszały „socjalistycznych zasad współżycia”, bowiem „władze porządkowe działały z umiarem i rozsądkiem”, a „najwięcej poszkodowanych było po stronie milicji”.

Sam Urban podkreślał więc: „Wypadki z czerwca 1976 r. wykorzystane zostały jako pretekst do podjęcia przez grupy osób, powodowanych różnymi zresztą intencjami, akcji prowadzących potencjalnie do zmącenia klimatu politycznego, jaki wszyscy pragniemy umocnić i rozwinąć. Te posunięcia zaraz są intensywnie protegowane na Zachodzie, szczególnie przez siły polityczne skłonne raczej przyhamować niż rozwijać współistnienie i poszukujące ku temu pretekstów i argumentów. Przemówienie Edwarda Gierka w Ursusie stanowi wyraz woli kierownictwa zakończenia i zamknięcia spraw czerwcowych i ich konsekwencji. Jest ono kontynuacją tego stosunku władz do kwestii dla społeczeństwa trudnych i drażliwych, który przejawił się 25 czerwca w odłożeniu zmiany cen, gdy projekt nie zyskał dostatecznego poparcia społecznego. Stanowi ono potwierdzenie konsolidacyjnych treści zawartych w uchwałach VI i VII Zjazdu [PZPR]. Jest deklaracją o kontynuowaniu pogrudniowej polityki umacniania jedności społecznej, rozładowywania tarć poprzez spokojny partnerski dialog. Sens tego przemówienia zrozumie każdy, kto tylko nie postanowił być głuchy na wypowiedziane przez I sekretarza KC słowa”.

Lata rządów Gierka oceniał Urban entuzjastycznie: „Miniona dekada przyniosła rozwój majątku narodowego, postęp warunków życia i oczekiwań od życia, dorobek polityki wewnętrznej, jakim jest skupianie, jednoczenie, przyciąganie – nie zaś dzielenie i różnicowanie społeczeństwa, przy tolerancji dla jego różnorodności” – pisał w lutym 1980 r. Najwyraźniej więc realizowana przez Gierka polityka, która „łączy, a nie dzieli”, miała obejmować tylko tych, którzy przywykli do totalitarnego gorsetu. Urban bowiem nie dostrzegał narodzin jawnej opozycji: Komitetu Obrony Robotników, Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, Konfederacji Polski Niepodległej, Studenckiego Komitetu Solidarności, Wolnych Związków Zawodowych, Ruchu Młodej Polski. Jak można też sądzić, procesy po Czerwcu -76, represje wobec opozycji – włącznie z zamordowaniem Stanisława Pyjasa – uznawał za przejaw gierkowskiej „tolerancji dla różnorodności”.

Dialektyczne rozumienie wolności

Wkrótce przyszło mu komentować początek fali strajków, które w konsekwencji doprowadziły do powstania „Solidarności”. Z końcem lipca 1980 r. pouczał strajkujących robotników: „Gdy więc ktokolwiek, nie oglądając się na racje ekonomiczne lub ogólnospołeczne w obecnej trudnej sytuacji, żąda dla siebie dodatkowych pieniędzy, winien być świadom następstw; kiedy brakuje środków, można jednym dać tylko kosztem drugich, też ludzi pracy lub rencistów, którym często żyje się gorzej niż jemu”. Związków pomiędzy władzą, komunizmem i kryzysem gospodarczym nie dostrzegał.

Od początku z wrogością patrzył na tworzenie się samorządnych związków zawodowych, na upodmiotowienie się społeczeństwa. Powinno ono przecież wykonywać zadania wskazywane przez kierownictwo partii, a nie domagać się wynagrodzenia pozwalającego utrzymać rodzinę, żądać, by w sklepach było jedzenie, nie mówiąc już o domaganiu się swobód obywatelskich. W publicystyce Urbana opozycja stała się odpowiedzialna za problemy wygenerowane przez komunistów w ciągu 35-lecia ich rządów. Dążenie do wolności było zatem przejawem wrogości. Podkreślał więc: „Nowe związki zawodowe są najeżone, nieufne. Bojowość współistnieje tam z naiwnością, poczucie siły z niechęcią do współdecydowania. Optymizm krzepi się złudzeniem, że wszystko będzie dobrze, gdyż samo istnienie niezależnego ruchu zawodowego jest magicznym lekarstwem na dolegliwości kraju”. Mierziło go, że istnieje ” rosnąca ” siła kwestionująca istnienie komunistycznego reżimu w Polsce. Zaznaczał więc, jakie są granice zmian: „Przedmiotem przemian jest sposób sprawowania władzy i jej zakres. Natomiast sam fakt posiadania władzy państwowej przez PZPR, władzy autentycznej i respektowanej, to warunek istnienia niepodległego państwa polskiego”. Redaktor Urban był więc mistrzem komunistycznej retoryki, w której odwracano znaczenie podstawowych pojęć: niewolę nazywano niepodległością, dyktaturę – demokracją, represje – dbaniem o porządek publiczny.

Początek lat 80. wyznacza nowy okres w życiu dotychczasowego redaktora. Zaczyna on bowiem odgrywać rolę nie tylko komentatora-propagandysty – uzasadniającego decyzje reżimu, a później doradcy wicepremiera – ale staje się jednym z kreatorów polityki PZPR. Jest to przypadek o tyle interesujący, że zyskuje wpływ na działania podejmowane przez ekipę Stanisława Kani, a później Wojciecha Jaruzelskiego, nie będąc członkiem partii. W lutym 1981 r. został doradcą swego niedawnego pryncypała z „Polityki” Rakowskiego, który objął funkcję wicepremiera w rządzie Wojciecha Jaruzelskiego.

Punkt zwrotny w jego aparatczykowskiej karierze wiąże się z relacjami reżimu z „Solidarnością”. Sytuacja niezależnego związku komplikowała się od „kryzysu bydgoskiego”. Bowiem od marca 1981 r. zaangażowanie w jego działania wyraźnie spadało. Było to w znacznej mierze efektem realizowanej przez Kanię, Jaruzelskiego i Kiszczaka tzw. taktyki odcinkowych konfrontacji. Reżim prowokował konflikty z „Solidarnością”, po czym zasiadał do rozmów z jej reprezentantami, a po uzyskaniu porozumienia nie realizował go, generując kolejny konflikt. Efektem tych działań stało się zmęczenie związkowców i ewidentnie słabnąca mobilizacja strajkowa. W odczuciu rządzącej ekipy kolejnym po Bydgoszczy zwrotnym punktem były negocjacje toczone z przedstawicielami „Solidarności” w sierpniu 1981 r. Jak wspominał Urban: „Późną nocą skończyliśmy rozmowy bez podpisania wspólnego komunikatu. Ciosek i Rakowski chcieli iść spać, a ja – na tym polegała moja historyczna zasługa – powiedziałem: nie, kto pierwszy, ten lepszy, natychmiast napiszmy komunikat o zerwaniu przez nich rozmów. I kiedy Onyszkiewicz, bo on był wtedy rzecznikiem prasowym „Solidarności”, będzie słodko spał, my to nadamy w dzienniku radiowym. Nasz komunikat odczytywany był w radiu co godzinę i stał się przełomowym momentem w relacjach z „Solidarnością”. Władza, działająca dotąd w defensywie, złapała oddech i przystąpiła do kontrofensywy”.

Narodziny Goebbelsa

Ostatecznie kontrofensywa ta doprowadziła do wprowadzenia „w obronie reżimu ” stanu wojennego. Ale wcześniej, 18 sierpnia 1981 r., Jerzy Urban został rzecznikiem prasowym rządu, a wkrótce twarzą reżimu uzasadniającą pacyfikację społeczeństwa. Był twórcą tzw. polityki informacyjnej rządu, czyli propagandy mającej dowieść rzekomej konieczności wprowadzenia 13 grudnia 1981 r. stanu wojennego i wskazywać dobrodziejstwa z niego wynikające. Argumentował, że jego wprowadzenie wymusiła „Solidarność”, bowiem „Jej działalność pogłębiła kryzys gospodarczy, obniżyła pozycję międzynarodową Polski, zagroziła bezpieczeństwu naszego państwa oraz zachwiała tą wielką wartością, jaką jest socjalizm”.

Starał się zarazem przekonać obywateli PRL, że „Solidarność” to nie opozycja. Najwyraźniej był zdania, że opozycją są frakcje wewnątrzpartyjne i środowiska uznające PRL i system komunistyczny, ale dążące do zmiany zasad jego funkcjonowania. Pisał: „To, co w Polsce określane jest mianem opozycji, nie daje się porównać do opozycji działającej w społeczeństwach Zachodu. Ta polska opozycja nie jest „wewnątrzsystemowa”. Ona nie tai swoich bezpośrednich powiązań z przeciwstawnym obozowi socjalizmu blokiem polityczno-militarnym. Przyznaje się do tożsamych z nim dążeń i celów, korzysta z jego poparcia politycznego, z urządzeń propagandowych i zasilania materialnego. Nie jest to więc opozycja ściśle wewnętrzna”. Nie dokonywał jednak porównań między komunistycznym reżimem a państwami zachodnimi. Nie zadawał pytania, czy właśnie w różnicach między zachodnim i wschodnim modelem ustrojowym nie tkwi fundamentalna różnica generująca także pozycję i rolę opozycji. Zatem przekonanie o tym, że prawo do formułowania i ekspresji poglądów mają tylko ci, którzy myślą tak jak władza, powodowało irytację dążeniami „Solidarności” do osłabienia dyktatury.

Już po wprowadzeniu stanu wojennego podkreślał: „Intencją rządu jest rozszerzenie, a nie zawężenie dialogu społecznego, który powinien się charakteryzować bogactwem dyskusji; bogactwem spraw i punktów widzenia. Jest to oczywisty i nieodzowny składnik porozumienia narodowego. Ramy tej wymiany poglądów zakreślone są założeniami naszej Konstytucji. Nie ma wolności wyrażania poglądów i opinii dla przeciwników ustroju socjalistycznego kwestionujących zasadnicze założenia ustrojowe, takie jak stosunki własnościowe, układy sojusznicze, zasadnicze struktury polityczne, a w tym – rolę partii”.

Urban, jako zręczny socjotechnik, starał się nadawać swym wypowiedziom pozory prawdy, poprzez wplatanie w nie rzekomych wyników badań opinii publicznej, statystyk, sondaży (w końcu „cyferki” były tylko jednym z narzędzi propagandy). Stwierdzał więc, że „Wprowadzenie stanu wojennego w grudniu uzyskało aprobatę lub zrozumienie dwóch trzecich społeczeństwa. W sposób neutralny zdarzenie to przyjęła znaczna część pozostałej jednej trzeciej ludności”. Co ciekawe, nie zauważał, że tego typu argumentacja sprawia, iż uzasadnienie celowości wprowadzenia stanu wojennego traci sens. Po co bowiem pacyfikować całe społeczeństwo, jeśli ci, którzy manifestują brak poparcia dla władzy, mieszczą się w granicach błędu statystycznego?

Rzecznik rządu stał się szczególnie znany dzięki konferencjom prasowym dla zagranicznych dziennikarzy, które urządzał w każdy wtorek od grudnia 1981 do lipca 1984 r. Zasłynął zwłaszcza wypowiedzią związaną z sankcjami gospodarczymi wprowadzonymi przez USA, w związku ze stanem wojennym. Stwierdził wówczas, że rząd się sam wyżywi, dając jasny sygnał, że nie uderzą one w aparatczyków reżimu, ale w spacyfikowane społeczeństwo, którym ekipa Jaruzelskiego nie zamierza się nadmiernie przejmować. Głośna stała się także odpowiedź na pytanie o amerykańską pomoc dla represjonowanych działaczy opozycji, bowiem Urban odparował, że rząd „ludowej” Polski będzie wysyłać śpiwory dla bezdomnych w Nowym Jorku. Arogancję prezentował także poza salą konferencyjną. W lutym 1982 r. pisał w „Rzeczpospolitej”: „Słowa „Żeby Polska była Polską” oddają sens najgłębszy motywów wprowadzenia stanu wojennego. To wojsko, ingerując w życie kraju, powinno było song ten śpiewać”.

Wtorkowe spektakle propagandowe transmitowane w telewizji i przedrukowywane w „Rzeczpospolitej” miały oddziaływać przede wszystkim na „obywateli PRL”. Choć wzbudzały opór części partyjnego establishmentu, irytowały arogancją Urbana, nie dawały odpowiedzi na najważniejsze pytania, to jednak przyczyniały się do spadku aktywności zachodnich korespondentów. Pod koniec stanu wojennego Urban pisał do swego pryncypała: „moje konferencje dla zagranicznych wyraźnie umierają. Pytań mało, coraz mniej, dziennikarze są coraz bardziej defensywni. Wyraźnie już nie mają pewności siebie i nie mają o co pytać”.

Kto ma głos, ten ma władzę

W latach 80. Urban brał udział w każdej istotnej rozgrywce propagandowej reżimu, wiele z nich sam konstruował. Przygotowywał się do nich, korzystając m.in. z danych bezpieki, od której otrzymywał nie tylko oficjalne biuletyny, lecz także kopie materiałów operacyjnych: stenogramy z obrad I Krajowego Zjazdu NSZZ „Solidarność”, stenogramy z podsłuchów z mieszkania Lecha Wałęsy, stenogram kazania ks. Kazimierza Paszkowskiego wygłoszonego w czasie pogrzebu Zbigniewa Szkarłata zamordowanego przez „nieznanych sprawców”. Czasem jednak bywał przez SB wprowadzany w błąd – cóż, realizujący „interes służby” Czesław Kiszczak nie miał sentymentów nawet dla niego. Na podstawie raportów MSW stwierdził kiedyś, że „nieprawdą jest, iż na jakimś strajku kogokolwiek pobito”. Okazało się jednak, że byli naoczni świadkowie „rozmów za pomocą pałki”. Jak wspominał więc Urban: „powiedziałem Kiszczakowi, bardzo ostro, że zostałem wprowadzony w błąd i jak jego służby biją na oczach zagranicznych dziennikarzy, to niechże nie dają mi fałszywych informacji, bo ja angażuję autorytet rządu i tracę wiarygodność”.

Urban doceniał jednak wagę działań bezpieki. W lutym 1983 r. pisał do Kiszczaka: „Proponuję utworzenie w MSW odrębnego pionu (służby) propagandowego, działającego także w obrębie MO. Znaczna część politycznie ważnych w skali kraju przedsięwzięć polityczno-propagandowych ma związek z domeną działalności MSW. Dopóki w kraju toczyć się będzie walka polityczna, MSW będzie planować i realizować przedsięwzięcia o największym znaczeniu z punktu widzenia jej przebiegu. Niezbędny jest więc poważny, instytucjonalny instrument umożliwiający lepsze wykorzystanie propagandowe tych operacji, bezpośrednie oddziaływanie na społeczeństwo w pożądanym kierunku. O ile sposoby działania MSW mają charakter dyskrecjonalny, o tyle sens polityczny wielu poczynań przestał być kameralno-gabinetowy, lecz chodzi w nich o wywołanie odpowiedniego rezonansu politycznego w kraju czy za granicą”. Wysuwał też propozycje personalne: „1) Mariusz Walter – nadaje się na głównego konsultanta, jakiegoś szefa programowania, szefa realizacji programów radiowych i TV – jednym słowem, nie kierownika pionu propagandy, lecz główną siłę koncepcyjno-fachową.  2) Ryszard Kotowicz  nadawałby się na szefa pionu . 3) Zbigniew Regucki – kandydatura ryzykowna politycznie, bo usunięty obecnie z redaktora naczelnego „Zdania” w Krakowie za tendencje rewizjonistyczne  B[ardzo] otwarta głowa i świetny propagandysta. Sądzę, że po wyjęciu ze środowiska krakowskiego miną mu dewiacje polityczne „. Projekt nie został zrealizowany, jednak działania PZPR i SB przeciwko Kościołowi zyskały osobiste wsparcie rzecznika rządu.

We wrześniu 1984 r. w czasie konferencji prasowej dla dziennikarzy krajowych zapytany o to, jak władze zamierzają reagować na działalność takich duchownych jak ks. Kazimierz Jancarz z Nowej Huty, odparł: „Nie będą jej tolerowały. Jednakże pragnęłyby załatwić te sprawy przede wszystkim w trakcie rozmów między rządem i episkopatem. Zlikwidowanie politycznej wiecowni w kościołach leży nie tylko w interesie społeczeństwa, porządku publicznego, państwa, ale także w interesie Kościoła.  W wypadkach, kiedy kościelni przełożeni takich duchownych, jak ksiądz Jancarz, nie zdołają sprawy załatwić, trzeba będzie sięgać do środków politycznych, administracyjnych i prawnych”.

Dzień przed tą konferencją, 19 września, W słynnym tekście „Seanse nienawiści”, ogłoszonym w reżimowym piśmie kulturalno-społecznym „Tu i teraz”, Urban (ukrywający się pod ps. Jan Rem) pisał, że w środku Żoliborza znanego z lewicowych tradycji działa ks. Jerzy Popiełuszko. I pytał: „Co tam więc robi natchniony polityczny fanatyk, Savonarola antykomunizmu?”. By stwierdzić następnie: „W kościele ks. Popiełuszki urządzane są seanse nienawiści. Mówca rzuca tylko kilka zdań wyzbytych sensu perswazyjnego oraz wartości informacyjnej. On wyłącznie steruje zbiorowymi emocjami.  Wyznawcy sfanatyzowanego ks. Popiełuszki nie potrzebują argumentów, dociekań, dyskusji, nie chcą poznawać, spierać się, zastanawiać i dochodzić do jakichś przekonań. Chodzi tylko o zbiorowe wylanie emocji. Ks. Jerzy Popiełuszko jest więc organizatorem sesji politycznej wścieklizny.  Po drugiej, niż ksiądz Popiełuszko, politycznej stronie obserwujemy zalew faktów, argumentów, danych; same racje i rozumowania. Tymi sposobami można, owszem, ludzi przekonać. Nie sposób jednak wywołać żadnych emocji, zbudować wspólnoty uczuć i odruchów masowych, zespolić mas w oparciu o zbiorowe przeżycia polityczne”.

Wszystkie policje biją

Miesiąc później ks. Jerzy Popiełuszko został porwany przez funkcjonariuszy SB i w bestialski sposób zamordowany. Po jego uprowadzeniu, gdy jeszcze nie było wiadomo, kto był jego sprawcą, w czasie konferencji prasowej Urban perorował: „czyn ten, ktokolwiek go dokonał, miał ugodzić w pozytywne procesy, które się w Polsce dokonują. Na przykład miał zaćmić proces normalizacji stosunków z niektórymi krajami Zachodu. Jest to wydarzenie wymierzone w proces odnowy, w swych intencjach ma ono godzić przypuszczalnie w stosunki państwo – Kościół”. Jak z kolei dodawała redakcja „Rzeczpospolitej”: „Na pytanie, czy rzecznik potwierdza swój komentarz dla Agencji Reutera, że jest to prowokacja polityczna, J. Urban odparł, że zdecydowanie potwierdza. Sprawa ta jest przedmiotem wysokiej, najwyższej troski władz państwowych”. I z tym zdaniem należałoby się zgodzić, choć mocodawcy morderców ks. Popiełuszki nie zostali nigdy jednoznacznie wskazani, ekipa Jaruzelskiego z pewnością przejęła się fuszerką, jakiej dokonali funkcjonariusze SB z grupy „D”. Jeśli zestawi się fakt, że w sierpniu 1984 r. I sekretarz KC PZPR Wojciech Jaruzelski zlecił „wzmóc działania wobec ks. Popiełuszki” (co zrealizował m.in. Urban swym tekstem z września i wypowiedziami w czasie konferencji prasowych), z tym, że Grzegorz Piotrowski miał, po uprowadzeniu duchownego, przekonywać swych podwładnych, iż „góra chce, aby ks. Popiełuszko zginął raz na zawsze” – dostrzec można prawdopodobne przyczyny zdenerwowania władzy. Wzmocnić to można dwoma wypowiedziami najwyższych funkcjonariuszy SB. Kiszczak miał na dwie godziny przed aresztowaniem powiedzieć do uczestniczącego w akcji przeciw ks. Popiełuszce kpt. Adama Pietruszki: „Generale Pietruszka, trzeba dać się chwilowo zamknąć”. A gdy Pietruszka znajdował się już w areszcie, miał mu złożyć wizytę płk Zbigniew Pudysz – dyrektor Departamentu Śledczego SB w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych  i powiedzieć: „Musicie być tamą. Ze względu na rację stanu nie można rzucać cienia na Kiszczaka”. Jednocześnie Pudysz miał zagrozić, że w innym wypadku Pietruszka może „zasłabnąć”.

W tym kontekście warto przypomnieć, że David Storey z Agencji Reuters, wskazując na nasilenie propagandowych ataków reżimu na ks. Popiełuszkę, przed jego zamordowaniem, odnosząc się do artykułu w „Tu i teraz”, pytał: „Otóż wielu ludzi sądzi, że Jan Rem to jest po prostu minister Urban. Czy minister zechciałby wypowiedzieć się na ten temat?”. Urban vel Rem odparł: „Nie, nie zechciałbym. Nie będę ani zaprzeczać, ani potwierdzać. Nie jest ładnie próbować rozszyfrowywać pseudonimy, za to karzą sądy dziennikarskie”. Jednocześnie chronił bezpiekę przed konsekwencjami jej działań antykościelnych. Zapytany, czy śledztwo wykazało dotychczas, czy Piotrowski i jego współoskarżeni byli dotychczas zaangażowani w jakichkolwiek innych działaniach czy atakach przeciwko księżom rzymskokatolickim?, odparł: „Nie, są tylko te fakty uprzedzające zdarzenie z 19 października, o których mówiłem”. Przypomnijmy: udzielał odpowiedzi o funkcjonariuszach z tzw. grupy dezintegracyjnej, która zajmowała się działaniami specjalnymi przeciwko Kościołowi. Do zakresu jej aktywności, jak ustalono na początku lat 90., należały m.in.: „pobicia, uszkodzenia mienia, uprowadzenia, groźby bezprawne, odurzenia, napady na mieszkania, podpalenia”.

Rzecznik rządu konsekwentnie ” do dziś ” tuszuje zbrodnie reżimu. O sprawie Grzegorza Przemyka wspominał: „Ot, myślałem, banalny przypadek, zdarzający się na całym świecie, że milicja zgarnia rozrabiającego chłopaka, dosuwa mu za mocno na komisariacie i nieszczęście gotowe. Jasne, że nie wolno bić na komisariacie, ale wszystkie policje świata biją”. Dalej posunął się, mówiąc o działaczu niezależnego ruchu chłopskiego Piotrze Bartoszcze. Twierdził o jego śmierci, że „wbrew temu, co insynuuje część prasy zachodniej, był to wypadek drogowy i zgon tragiczny w stanie nietrzeźwym”.

Podsumowując po latach swą aktywność z lat 80., stwierdził: „Ja byłem urzędnikiem państwowym. Rzecznik prasowy mówi prawdę na tyle, na ile władza mówi prawdę”.

Nieoczekiwany autorytet

Urban odegrał istotną rolę w schyłkowym PRL. Poszukujący drogi wyjścia z patowej sytuacji, w jakiej znalazł się reżim, Wojciech Jaruzelski korzystał z analiz powstających w kilku ośrodkach. Wydaje się, że dwoma najważniejszymi były działający w bezpiece zespół Wojciecha Garstki oraz nieformalny tzw. zespół trzech, który powstał wiosną 1986 r. Weszli do niego Stanisław Ciosek (członek Biura Politycznego KC PZPR), Władysław Pożoga (wiceminister spraw wewnętrznych) oraz Urban. Zespół analizował sytuację gospodarczą, polityczną i społeczną w sposób wolny od partyjnego doktrynerstwa. Proponował też Jaruzelskiemu mocno niekonwencjonalne, jak na warunki reżimu, metody rozwiązania piętrzących się przed nim problemów. Kilka z propozycji zgłoszonych przez zespół zostało zrealizowanych, choć inspiracji do przeprowadzenia tych rozwiązań można szukać także poza analizami zespołu. Przykładowo w wypadku koncepcji silnego urzędu prezydenckiego wyposażonego w rozległe kompetencje wydaje się, że decydujący wpływ miał raczej wzorzec sowiecki. Zakładano tam przesunięcie centrum władzy z aparatu partyjnego do aparatu państwowego, czyli z I sekretarza KC KPZS na prezydenta.

W marcu 1988 r. „zespół trzech” podkreślał konieczność wykazania inicjatywy: „Niezwykle ważne jest, aby postacią centralną tych zmian był I sekretarz KC, żeby zarysowany przełom tak samo kojarzył się z gen. W. Jaruzelskim, jak wprowadzenie stanu wojennego, aby inne osobistości nie dyskontowały zmian i nie stawały się ich bohaterami”.

W sierpniu tego roku członkowie zespołu pisali do Jaruzelskiego: „uważamy, że już nie można uchronić obecnej ekipy od upadku, a być może nie można nawet odwlec przesilenia do końca 1989 r.  Sądzimy także, że żadne kierownictwo PZPR nie może zachować w ręku całej władzy i musi przystać na jej realny podział, a powinno tego dokonać na tyle wcześnie, aby móc zabezpieczyć pozycję dominującą PZPR w warunkach dokonanego i przekształcającego się potem podziału władzy. Nie można zachować w ręku całej władzy. Czym wcześniej, tym lepiej, gdyż stale tracimy w realnym układzie sił”. Urban podejmował też działania bezpośrednie dla urzeczywistnienia wizji pozornego podziału władzy przy utrzymaniu dominacji PZPR w sferze politycznej. Jak pisał Andrzej Garlicki – z niektórymi działaczami opozycji, m.in. Jackiem Kuroniem i Adamem Michnikiem ” utrzymywał „poufne kontakty, o czym zawsze informował gen. Jaruzelskiego”.

W czasie obrad Okrągłego Stołu był rzecznikiem prasowym strony komunistycznej. Przed wyborami uczestniczył, m.in. wraz z Aleksandrem Kwaśniewskim, w zakładzie o to, ile miejsc w Sejmie -ze 161, które oddano pod wolny wybór – zdobędzie komuna. Urban obstawiał, że 110 oraz 42 ze 100 możliwych w Senacie. Liczył, że jeden z poselskich mandatów przypadnie jemu. W wyborach startował jako kandydat bezpartyjny w dzielnicy Warszawa-Śródmieście. Przegrał z Andrzejem Łapickim – reprezentującym Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie. Jeszcze przez kilka miesięcy był obecny w życiu politycznym. Bowiem w kwietniu 1989 r. został przewodniczącym Komitetu ds. Radia i Telewizji oraz ministrem bez teki w rządzie Rakowskiego. Funkcje te stracił po sformowaniu gabinetu Tadeusza Mazowieckiego. Później, do maja 1990 r., był szefem Krajowej Agencji Informacyjnej UNIA-PRESS.

Po ewolucyjnym przejściu z PRL do III RP Urban „sprawdził się w biznesie”. Majątek rzekomo zbił dzięki publikacji „Alfabetu Urbana”, który miał się rozejść w 750 tys. egzemplarzy. Dzięki temu miał zyskać fundusze, które pozwoliły mu założyć tygodnik „NIE”, którego pierwszy numer wydano w październiku 1990 r. Skandalizujące pisemko skierowane – w pierwszym okresie – do sierot po PRL, agresywnie atakujące byłą opozycję, Kościół, katolicyzm, Jana Pawła II, tradycyjne wartości, epatujące nagością (Urban miał nawet proces o szerzenie pornografii, zakończony uniewinnieniem) i wulgarnym językiem zyskało stałe grono entuzjastów.

* * *

Jerzy Urban dziennikarz, wieloletni redaktor i publicysta „Polityki”, felietonista „Szpilek” (w latach 1970-1989 pod ps. „Klakson”), autor kryminałek z „Kulis” (w latach 1959-1981 pod ps. „Jerzy Kibic”), propagandysta PRL, w ostatnich latach pozostawał ważną postacią tylko dla dość specyficznego środowiska miłośników „NIE”. Dziś jest znów ” jak w PRL ” zapraszany do politycznych dyskusji. Powraca do głównego nurtu życia publicznego. Prowokuje to do pytania o kondycję Rzeczypospolitej, jeśli osoba o takim życiorysie ma pełnić w niej funkcję autorytetu.

http://www.panstwo.net/node/245

przeczytaj też:

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Eseje, Historia, III RP, Lata PRL, Po 1980 i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Kosmopolita w służbie propagandy

  1. Majka S. pisze:

    „Odgrzewanie” Urbana jest pozbawione sensu. Jego przeszłość, której niestety nikt nie miał odwagi osądzić, jak i współczesne idiotyczne zagrania powinny zostać skwitowane całkowitym milczeniem.Dla wszelkiego rodzaju prowokatorów i skandalistów dużym upokorzeniem jest brak reakcji otoczenia. Oczywiście życzę Urbanowi, aby nawet pies z kulawą nogą omijał z daleka jego posiadłość.

  2. emka pisze:

    Jerzy Urban, kumpel Michnika, dobry znajomy Olejnik, częsty komentator TVN ohydnie zachwala pedofilię. Czy KRRiT zareaguje? >DALEJ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.