„Długie ramię Moskwy” (fragmenty)

Głośna książka Sławomira Cenckiewicza „Długie ramię Moskwy. Wywiad wojskowy Polski Ludowej 1943–1991”, wyd. Zysk i S-ka, 2011, uzyskała nominację w V edycji konkursu Nagroda Książki Historycznej Roku w kategorii „najlepsza książka naukowa poświęcona dziejom Polski i Polaków w XX wieku”.
Fragmenty książki, recenzje i spotkania autorskie.

Konkurs „Książka Historyczna Roku” o nagrodę im. Oskara Haleckiego odbywa się po raz piąty i ma na celu popularyzowanie najnowszych dziejów Polski oraz krzewienie czytelnictwa książek historycznych. Organizatorami przedsięwzięcia są Polskie Radio, Telewizja Polska oraz Instytut Pamięci Narodowej. Patronem jest Prezydent RP.

O przyznaniu nagrody decyduje Jury Nagrody oraz głosy czytelników oddane za pośrednictwem strony internetowej www.ksiazkahistorycznaroku.pl

Procedura głosowania jest dość złożona. Aby oddać ważny głos należy pamiętać o tym, że:

1. warunkiem uczestnictwa w głosowaniu jest wypełnienie ankiety na stronie internetowej www.ksiazkahistorycznaroku.pl (należy podać imię i nazwisko, PESEL oraz adres czytelnika);

2. głosowanie odbywa się w Internecie i trwa od 1 do 31 października 2012;

3. głosowanie odbywa się poprzez zaznaczenie przez czytelnika na stronie www.ksiazkahistorycznaroku.pl wybranej książki historycznej w dwóch kategoriach: najlepsza książka naukowa i najlepsza książka popularnonaukowa (w każdej kategorii nominowane jest po 10 pozycji wydawniczych);

4. czytelnik może zaznaczyć tylko jedną książkę w każdej z dwóch kategorii;

5. jeden czytelnik może wysłać jeden głos internetowy dziennie.

Udzielmy poparcia książce, o której prof. Andrzej Zybertowicz napisał:

„Czasem narody ulegają fałszywym politycznym wyobrażeniom z powodu niemożności dotarcia do prawdy. Niekiedy dzieje się tak z powodu deficytu odwagi niezbędnej do ustalania prawdy. Książka Sławomira Cenckiewicza pokazuje, że obydwie przeszkody są do pokonania. Że drogą badań historycznych można wykazać fałszywość wielu legend na temat PRL i III RP. Dzięki żmudnej pracy i wielkiej erudycji autora ta książka obala trzy mity. Mit patriotyczności: że w PRL kadra oficerska Wojska Polskiego, z jego tajnymi służbami na czele, nie uległa sowietyzacji. Mit profesjonalizmu: że tajne służby wojska, chociaż może służyły Sowietom, to jednak były sprawne operacyjnie. Mit antylustracyjny: że członkowie PZPR nie byli werbowani na informatorów tajnych służb PRL. Gdyby polskie nauki społeczne miałyby więcej takich badaczy jak dr Cenckiewicz, znacznie trudniej byłoby Polakami manipulować”

za: http://rebelya.pl/post/2636/

DALEJ NA STRONACH:

strona [1] >Relacja z pierwszej prezentacji (video), fragmenty książki i recenzje
strona [2] >O nieprofesjonalnych komunistycznych służbach specjalnych, kompromitacjach WSI i biografii Donalda Tuska, z dr Sławomirem Cenckiewiczem rozmawia Łukasz Adamski.
strona [3] >Spotkanie autorskie we Wrocławiu poprowadził Grzegorz Braun, 18.10 br.  (video)

***

Relacja z pierwszej prezentacji (video), fragmenty książki i recenzje

 

Jacek Karnowski

W pewien sposób – Cenckiewicz ostatecznie zlikwidował WSI; pokazał, jak niewiele kryje się za bufonadą generałów.

Wczoraj (28.09.br.) w warszawskim Traffic Club miała premierę najnowsza książka Sławomira Cenckiewicza „Długie ramię Moskwy. Wywiad wojskowy Polski Ludowej 1943-1989”. Z tej okazji miałem zaszczyt prowadzi spotkanie z Autorem i panelistami (Jerzy Jachowicz, Piotr Pałka). Publiczność dopisała, książka – już wiadomo – rozchodzi się świetnie.

Po publikację naprawdę warto sięgnąć. Już dziś można zaryzykować twierdzenie, że będzie to pozycja klasyczna w wielu księgozbiorach. „Długie ramię Moskwy” to bowiem lektura niezbędna dla wszystkich zainteresowanych sprawami publicznymi, dla wszystkich, którzy chcą spierać się o Polskę.

Cenckiewicz prowadzi wywód bardzo precyzyjnie, klarownie, a do tego z dużym rozmachem. Opisuje dzieje wywiadu PRL od samego początku – a więc od obozów w Kozielsku i Starobielsku, w których Sowieci zwerbowali ponad 100 oficerów; za cenę kolaboracji ocalili oni życie. I prowadzi nas aż do 2006 roku, gdy – za sprawą uporu śp. Lecha Kaczyńskiego – zlikwidowano WSI, bezpośredniego kontynuatora tradycji II Zarządu Sztabu Generalnego.

Książka okraszona mnóstwem, często bardzo śmiesznych, opowieści jest czymś na kształt Suworowa skrzyżowanego z „Zapiskami oficera Armii Czerwonej” Sergiusza Piaseckiego. A przecież wszystko oparte na dokumentach. Czyta się świetnie. A jednocześnie dostarcza nam wiedzy, która sprawia, że rozumiemy, czym były zlikwidowane WSI.

Książkę Cenckiewicz dedykował śp. prezydentowi Kaczyński. Jak sam zaznaczył – chciał dokończyć dzieło rozpoczęte w roku 2006. I dokończył. „Długie ramię Moskwy” pokazuje bowiem, że wywiad wojskowy PRL – a później WSI – w pełni zasługiwał na likwidację. Ze względu na liczne patologie, ale przede wszystkim – z powodu niesłychanej nieudolności i braku efektów w dziedzinie zdobywania informacji i gier operacyjnych. Te służby po prostu nie działały – ani w PRL, ani w III RP. To były służby, z których kraj nie miał zbyt wiele pożytku, za to dużo kłopotów. Mit profesjonalnych, patriotycznych służb wywiadowczych, które skutecznie służyły PRL, a później III RP legł w gruzach. W pewien sposób – Cenckiewicz ostatecznie zlikwidował WSI; pokazał, jak niewiele kryje się za bufonadą generałów broniących swego „dorobku”.

Cenckiewicz – zgodnie z tytułem – pokazuje, że wojskówka była przedłużeniem GRU; będziecie państwo zdumieni, jak bardzo.

I wreszcie – niepokorny historyk dotyka współczesności. Widzimy, jak konsekwentnie prezydent Komorowski bronił WSI, i jak bardzo na tych służbach opierali się kolejni prezydenci: Wałęsa i Kwaśniewski, a wcześniej – Jaruzelski.

Ponoszące same klęski za granicą (niemal pełna dekonspiracja, udane działania zachodnich kontrwywiadów, fatalna jakość kadr) skierowały swoją uwagę – zwłaszcza w latach 80. – na kraj. I tu miały sukcesy. FOZZ, biznes, polityka. Powstała niebezpieczna korporacja, zorientowana na własny (a nie ogólnopaństwowy) sukces, którą trzeba było rozwiązać. A nie było to łatwe, bo – co również pokazuje Cenckiewicz – służby te potrafiły zneutralizować wolę działania wielu polityków.

W książce nie brakuje wątków godnych książek sensacyjnych. Cenckiewicz odnajduje m. in. ppłk Mariana Kozłowskiego – którego nie znalazły nawet PRL-owskie służby (okazało się, że przeszedł do Amerykanów). Wyjaśnia także sprawę porywania dzieci na Zachodzie – po to, by stworzyć agentom doskonałe przykrycie (wątek znany z filmu SALT).

W sumie – jako się rzekło – lektura obowiązkowa.

pełna relacja >http://www.blogpress.pl/node/9976

wPolityce.pl, 29.09.2011

 

FRAGMENTY KSIĄŻKI

 

Książka jest dedykowana śp. Prezydentowi Rzeczypospolitej Lechowi Kaczyńskiemu (1949-2010) inicjatorowi likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych, będących kontynuacją wywiadu wojskowego PRL.

 

„Wywiad wojskowy Polski Ludowej 1943-1991 (wprowadzenie do syntezy)”

Motto:

Tradycja oręża polskiego jest tak wielka
i tak stara jak nasza tysiącletnia historia.
Są w niej zwycięstwa, są i klęski,
ale nie może w niej być zdrady narodowej.
Lepiej nie mówić o tradycji tam,
gdzie oddziały formował nasz wróg i najeźdźca Polski

gen. Władysław Anders, przemówienie radiowe z 25 II 1954 r.

 

Jest upalny 22 lipca 2006 r. Kolejna rocznica ogłoszenia manifestu PKWN w Moskwie, który dał formalny początek państwowości Polski Ludowej. Decyzją władz RP zostaję przewodniczącym Komisji ds. Likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych.

Gdy kilka dni później z pierwszej ręki zapoznaję się z mentalnością wysokich oficerów tej służby, postanawiam ustalić i zrozumieć, jak to się stało? Jak to się stało, że w Warszawie, w gmachu przy al. Niepodległości, przez tyle lat funkcjonował jeden z najważniejszych instrumentów podległości naszego kraju. Jak to się stało, że dopiero w siedemnastym roku budowania demokratycznej Polski rozmontowano tę postsowiecką redutę zlokalizowaną w najdalej na wschód położonym kraju zachodniej części Europy. I jak to się stało, że do realizacji tego zadania polskie państwo wyznaczyło doktora nauk historycznych.

Ukończenie przedkładanej Czytelnikowi książki traktuję jako wypełnienie – po pięciu latach – zobowiązania, którego podjąłem się w 2006 r., ponieważ jako badacz i historyk aż za dobrze wiem, iż ludzką pamięcią, naszymi zaszłościami nie można w dowolny sposób zarządzać. Nie można arbitralnie stwierdzić, że czegoś nie będziemy pamiętać, że jakiś fragment przeszłości jest nieistotny. Wreszcie, że pozbywanie się niepotrzebnego balastu wymaga wytrwałości.

Nie bez znaczenia jest to, jak wielkim zaufaniem (lub nieufnością) społeczeństwo darzy swoje wojsko. Jednym z celów niniejszej książki jest dostarczenie Czytelnikom rzetelnej wiedzy, racjonalnego fundamentu, na którym można budować zaufanie lub – gdy to uzasadnione – podtrzymać nieufność wobec pewnych instytucji i środowisk III RP. W tym do takich, które nie szczędzą wysiłków, by ukazywać nam swój poddawany codziennemu ?makijażowi? wizerunek rzekomej polskości.

Przez cały okres swojego istnienia Ludowe Wojsko Polskie (1943-1990) z powodzeniem realizowało obie funkcje i było armią „nowego typu”, która nie mieściła się w jakiejkolwiek z dotychczasowych tradycji polskiego oręża. Początkowo było faktycznie „Polską Dywizją Armii Czerwonej”, którą w ramach „sojuszniczej pomocy kadrowej” zasilili oficerowie sowieccy. Bezpośredni nadzór sowiecki znikał stopniowo po 1956 r., ale do końca istnienia Polski Ludowej, a nawet dłużej, gdyż Układ Warszawski funkcjonował do lipca 1991 r., LWP podporządkowane było Moskwie. Sowieci narzucili własną doktrynę wojenną, system szkolenia i kształcenia kadr oficerskich (w dużej mierze w akademiach ZSRS) oraz tradycję.

Sowiecki charakter LWP był szczególnie widoczny w wywiadzie wojskowym, który realizował przede wszystkim wytyczne GRU. Jego główny obszar działania (Niemcy, Dania i kraje Beneluksu) pokrywał się z kierunkiem planowanej ofensywy tzw. Frontu Nadmorskiego należącego do Zachodniego Kierunku Działań Wojennych wojsk Układu Warszawskiego. W tym sensie, zgodnie z tytułem niniejszej książki, było to Długie ramię Moskwy. Potencjał LWP (drugi co do wielkości w całym Układzie Warszawskim) i jego planowany udział w przyszłej wojnie przeciwko Zachodowi sprawiały, że armia PRL stała się głównym gwarantem wpływów i kontroli sowieckiej nad Polską. Według danych z 1980 r., w okresie pokoju (czas „P’) w siłach zbrojnych PRL służyło 394 500 oficerów i żołnierzy, zaś w okresie planowanej wojny (czas „W”) stan liczebny LWP miał wzrosnąć do 610 000.

Wierność Związkowi Sowieckiemu oraz wypływająca z doktryny komunistycznej „wewnętrzna funkcja” LWP stały się także podstawą licznych interwencji wymierzonych przeciwko własnemu narodowi. Pacyfikacja podziemia niepodległościowego, walka z emigracją, udział w stalinowskich represjach i mordach sądowych, fałszowanie historii, sowietyzacja kultury, prześladowanie Kościoła katolickiego, brutalne dławienie społecznego oporu w Czerwcu ’56, Marcu ’68, Grudniu ’70 i Grudniu ’81 czy wreszcie niezwykle ostre represje sądowe dekady lat 80. złożyły się na tradycję LWP. Uzupełnia ją wynikający z „funkcji zewnętrznej” najazd na Czechosłowację w 1968 r. i wsparcie udzielane ruchom komunistycznym na całym świecie, a nawet terrorystom arabskim.

Służby wojskowe były gwarantem wpływów i kontroli sowieckiej nad Polską. Wiele wskazuje na to, że podlegały one o wiele ściślejszej kontroli ze strony Sowietów aniżeli służby cywilne. Decydował o tym potencjał militarny Polski Ludowej i planowany przez ZSRS udział LWP w przyszłej wojnie przeciwko Zachodowi. Dlatego wojskowe tajne służby były zarówno narzędziem dyscyplinowania armii, jak i do pewnego stopnia również kontrolowania aparatu państwa. Nasuwa się przypuszczenie, że wykonywanie funkcji wewnętrznych przez wywiad i kontrwywiad na tyle zadowalało mocodawców sowieckich, że nie próbowali w sposób bardziej zdecydowany poprawić ściśle wywiadowczej i kontrwywiadowczej jakości i wydajności służb wojskowych PRL.

***

Kulisy FOZZ

Pamięci śp. Michała Falzmanna w 20. rocznicę śmierci

Ukoronowaniem pomysłów biznesowych Zarządu II Sztabu Generalnego było wykorzystanie współpracownika Oddziału „Y” Grzegorza Żemka ps. „Dik” w operacjach finansowych związanych z powołanym w 1989 r. Funduszem Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. Zgodnie z ustawą o FOZZ z lutego 1989 r. instytucja ta miała „gromadzić środki finansowe” przeznaczone na obsługę zadłużenia oraz nimi gospodarować. FOZZ dysponował środkami pochodzącymi z dotacji z budżetu centralnego, dochodów z zagranicznych pożyczek państwowych, lokat Banku Handlowego, wpływów z tytułu udziału funduszu w polskich i zagranicznych spółkach i przedsiębiorstwach oraz z emisji obligacji i działalności kredytowej. W latach 1989-1990 dotacje państwowe dla FOZZ wyniosły 9,8 bilionów zł (starych). Według niektórych obliczeń w 1989 r. miały one stanowić aż 3,34% wszystkich wydatków skarbu państwa (w 1990 r. – 3,6%). W opinii Żemka FOZZ w 1989 r. dysponował sumą aż 5 mld dolarów. Zgodnie z ustawą oraz statutem FOZZ decydujący wpływ na działalność tej instytucji miał Dyrektor Generalny, formalnie kontrolowany przez Radę Nadzorczą i ministra finansów. Dyrektor odpowiadał „za gospodarowanie środkami Funduszu”, „spłatę zadłużenia zagranicznego” i „prowadzenie innych operacji finansowych i handlowych w kraju i za granicą”. Owe „inne operacje finansowe i handlowe” to w istocie potajemne wykupywanie długu na rynku wtórnym za pośrednictwem banków i innych podmiotów finansowo-biznesowych. Do takich praktyk ucieka się wiele państw wykorzystując do tego służby specjalne, ale historia FOZZ ma nie wiele wspólnego z ratowaniem kondycji finansowej państwa. Świadczy raczej o „wyprowadzeniu spod kontroli państwa sporej części majątku publicznego”.

Ze względu na usytuowanie prawne i kompetencje dyrektora FOZZ dla całego procesu spłaty długów PRL istotną kwestią jest wyjaśnienie wszystkich okoliczności powierzenia tej funkcji właśnie Grzegorzowi Żemkowi. Niestety wciąż nie są one do końca rozpoznane. Po latach Żemek przyznał, że na stanowisko dyrektora FOZZ „desygnowały” go tajne służby LWP. W 2005 r. mówił przed sądem:

„FOZZ powstał między innymi po to, abym mógł kontynuować zadania zlecone mi przez wojskowe służby specjalne”.

Niewątpliwie Żemek posiadał bogate doświadczenia związane z działalnością finansową i bankową. W przeszłości pracował m. in. w Centrali Handlu Zagranicznego („Metronex”), w ambasadzie PRL w Brukseli (m. in. jako kierownik działu ekonomicznego w Biurze Radcy Handlowego i zastępca attaché handlowego), był również pracownikiem Banku Handlowego z ramienia którego objął później stanowisko dyrektora pionu kredytowego Banku Handlowego Internationale w Luksemburgu (w latach 1983-1988). Na każdym z tych etapów towarzyszył mu wywiad wojskowy dla którego „Dik” typował kandydatów do werbunku, sporządzał analizy ekonomiczne i polityczne, realizował zadania z dziedziny łączności, charakteryzował partnerów biznesowych i kolegów z branży, a także proponował wspólne „niekonwencjonalne operacje bankowe”. Zapewne w dowód wdzięczności, pod koniec 1981 r. otrzymał nawet awans na stopień podporucznika LWP. Jego działalność była również kontrolowana przez WSW.

Z raportu Żemka z lutego 1989 r. wynika, że propozycję objęcia stanowiska Dyrektora Generalnego FOZZ złożył mu powiązany z wywiadem cywilnym wiceminister finansów Janusz Sawicki:

„W czasie rozmowy padła propozycja, abym zgodził się objąć kierownictwo nowo tworzonej przez Ministerstwo Finansów instytucji o charakterze domu bankowego, która nazywać się ma Funduszem Obsługi Zadłużenia PRL i której statut i ustawa o jej powołaniu została zatwierdzona przez Sejm.

Instytucja pomyślana jest jako samodzielna jednostka gospodarcza, która będzie prowadzić działalność na bazie dochodów uzyskiwanych w części z dotacji państwowych, w części z własnej organizacji finansowej i gospodarczej. Kwoty dotacji – 1 bilion złotych z przeznaczeniem na zakup dewiz na przetargach.

Instytucja może tworzyć banki za granicą, wchodzić w spółki w kraju i za granicą oraz robić wszystkie, w tym niekonwencjonalne operacje bankowe, m[iędzy] innymi takie, jakie robiłem w Luksemburgu.

Statut daje tyle możliwości, że gdyby rzeczywiście powierzono mi jej prowadzenie, przy odrobinie szczęścia mógłbym „wydusić” z polskiego długu dodatkowo ok. 500 mln dolarów rocznie.

Warunki: niekonwencjonalne działania, dobry zespół specjalistów. Uzyskałem wstępnie zgodę i zacząłem się do sprawy przygotowywać. Dla nas sprawa jest szalenie interesująca – daje bardzo szeroki wachlarz możliwości działania organizacji spraw finansowych, kontaktów itp., itd.

W dniu 1 lutego 1989 r. podjąłem kontakt z ministrem Sawickim, gdzie wspólnie z ministrem [Andrzejem] Wróblewskim odbyliśmy rozmowę. Wyłożyłem mu moje koncepcje rozwoju instytucji. Podczas spotkania poinformowano mnie, że zostałem zaakceptowany jako sekretarz (dyrektor generalny) Funduszu Obsługi Zadłużenia [Zagranicznego] – od 20 lutego 1989 r. z pensją i na prawach podsekretarza stanu”.

Jest niemal pewne, że zanim Sawicki zaproponował Żemkowi kierowanie funduszem, decyzja ta musiała zostać poprzedzona konsultacjami z kierownictwem partyjno-rządowym oraz środowiskiem tajnych służb (cywilnych i wojskowych).

W dyskusji z autorem niniejszej książki Żemek przyznał, że odbył na ten temat „dziesiątki rozmów”, zaś notatka ze spotkania Sawickim jest tylko podsumowaniem procesu wyłaniania dyrektora FOZZ. Objęcie funkcji dyrektora FOZZ przez Żemka dawało wywiadowi niemal nieograniczone możliwości prowadzenia „niekonwencjonalnych operacji bankowych”. Żemek miał zresztą wiele pomysłów, które gwarantowały Zarządowi II znaczące wpływy finansowe. Był w nich zawsze pierwszoplanowym aktorem wspieranym w różny sposób przez opiekunów z Oddziału „Y” – płk. Zenona Klameckiego, płk. Zdzisława Żyłowskiego, płk. Henryka Michalskiego i innych. Prawdę mówiąc był to czas niebywałych wpływów oficerów Oddziału „Y” w całym Zarządzie II. Ich pozycję wzmocniła nominacja byłego szefa Agenturalnego Wywiadu Strategicznego („Y”) płk. Henryka Dunala na stanowisko zastępcy szefa Zarządu II ds. operacyjnych. Od tej pory były oficer Oddziału „Y’ nadzorował całość pracy operacyjnej wywiadu. Rozpoczynała się jedna z najważniejszych operacji biznesowych Zarządu II.

– Nieco później sprawą Żemka i FOZZ zainteresował się skromny, ale niezwykle zdeterminowany by ją wyjaśnić, komisarz Izby Skarbowej w Warszawie, a później inspektor Najwyższej Izby Skarbowej – Michał Falzmann. Nie mając dostępu do przywoływanych tu dokumentów Zarządu II, ale analizując dokumenty księgowe wielu instytucji państwowych, Falzmann doszedł do przekonania, że jedyną z głównych grup biorących udział w rabunku finansów publicznych były

„polskie organizacje militarne, które były konsumentem wielu dóbr, usług i pieniądza”.

Falzmann nie miał też wątpliwości, że ze względu na zależność służb specjalnych PRL od Sowietów nici afery FOZZ prowadzą do Moskwy. W czerwcu 1991 r. w swoim kalendarzu zapisał:

Więcej o walce Michała Falzmanna i aferze FOZZ w książce Sławomira Cenckiewicza i Adama Chmieleckiego pt. Tajne pieniądze. Wywiad wojskowy PRL w labiryncie biznesowych gier, którą jesienią również opublikuje wydawnictwo Zysk i S-ka.

***

Jedną z istotnych cech wywiadów bloku sowieckiego było wspieranie palestyńskich i bliskowschodnich terrorystów. Wynikało to z geopolitycznej optyki Moskwy, która ze względu na strategiczny sojusz Izraela ze Stanami Zjednoczonymi uznała, że cały świat arabski jest naturalną strefą wpływów Związku Sowieckiego.

Sowieci uznali, że dla bezpieczeństwa i wizerunku ZSRS na forum międzynarodowym zakulisowy sojusz komunistów z Arabami powinien zostać rozpisany na role. Przyjmuje się, że tę kluczową odgrywał wywiad wschodnioniemiecki (NRD), który utrzymywał stosunki z liderami światowego terroryzmu przełomu lat 70. i 80. – „Carlosem Szakalem” (Iljiczem Ramirezem Sanchezem) i „Abu Nidalem” (Sabri al-Banna). Do niedawna niewiele mówiło się o roli, jaką w relacjach z terrorystami odgrywał wywiad wojskowy PRL. Polegano zazwyczaj na opiniach wygłaszanych przez byłych przywódców Polski Ludowej, którzy konsekwentnie zaprzeczali, jakoby kiedykolwiek istniały związki komunistycznych specsłużb z terrorystami. To swoiste tabu dotyczyło zwłaszcza wywiadu wojskowego – Zarządu II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, o którego działalności wciąż mało wiadomo.

Tajemnice „Derwisza”

Na początku lat 80. Zarząd II postanowił ulokować doświadczonego oficera wywiadu w międzynarodowej firmie handlującej bronią i elektroniką. Wybór padł na kpt. Tadeusza Koperwasa, pseudonim konspiracyjny „Derwisz”, którego w lipcu 1983 r. uplasowano w wiedeńskiej spółce „Alkastronic Handelsgesellschaft” należącej do znanych syryjskich handlarzy bronią, dwóch braci ? Monzera al-Kassara i Haissama al-Kassara.

Polskimi udziałowcami spółki byli formalnie płk Henryk Majorczyk (oficer Zarządu II ps. „Razmi” ulokowany w Centralnym Zarządzie Inżynierii Ministerstwa Handlu Zagranicznego) i Ignacy Pieczyński (pracownik Przedsiębiorstwa Handlu Zagranicznego „Cenzin”). Z pozycji Centrali wywiadu PRL sprawę na terenie Wiednia prowadził oddział europejski Zarządu II wspierany przez rezydenturę wiedeńską (ppłk Zbigniew Worożbit ps. „Rakoczy”), a doraźnie także przez ludzi wywiadu cywilnego (Departamentu I MSW) z ambasady PRL i Biura Radcy Handlowego. Ze względu na wagę przedsięwzięcia – eksport broni z bloku sowieckiego do krajów Bliskiego Wschodu, jak również pozyskiwanie i handlowanie uzbrojeniem będącym na wyposażeniu państw NATO – sprawę nadzorowano na poziomie rządowym, a kandydatury płk. Majorczyka i kpt. Koperwasa zatwierdzano w Komitecie Centralnym PZPR. Decyzją wywiadu kpt. Koperwas zastąpił w „Alkastronic” Pieczyńskiego. Był on formalnie pracownikiem Centralnego Zarządu Inżynierii MHZ, z którego zależną spółką – PHZ „Cenzin” – od 1979 r. blisko współpracował Monzer al-Kassar.

PRL i Monzer al-Kassar

Według ustaleń wywiadu, obroty handlowe MHZ z al-Kassarem sięgały kilku milionów dolarów (w transakcjach bezpośrednich) i kilkunastu milionów w skali rocznej (zawieranych za pośrednictwem Syryjczyka). Pomysłodawcą zacieśnienia tej współpracy w ramach spółki „Alkastronic” miał być sam al-Kassar. Jedna z notatek służbowych Zarządu II odsłania kulisy tego przedsięwzięcia: „Zaproponował on utworzenie przedsiębiorstwa importowo-eksportowego sprzętu specjalnego, w szerokim zakresie tego pojęcia. Jako główną siedzibę spółki rozważano Madryt i Paryż, jednak ostatecznie wybrano Wiedeń. Zaważył na tym status neutralności Austrii i dość liberalne przepisy handlowe w kraju. Kapitał zakładowy – 10 mln dol. USA – w pełnej wysokości wnosi al-Kassar. Wobec władz austriackich zostanie zgłoszone, że założycieli spółki jest czterech: al-Kassar, jego brat oraz dwóch obywateli polskich, z których rzekomo każdy wnosi 25 proc. wkładu finansowego. (…) Będzie ona zarejestrowana jako przedsiębiorstwo importowo-eksportowe sprzętu elektronicznego Faktycznie zajmowałaby się handlem bronią i sprzętem specjalnym: sprzedaż uzbrojenia produkcji polskiej oraz reeksport uzbrojenia zachodniego do krajów Bliskiego Wschodu. Al-Kassar, pracujący w tej branży od wielu lat, zapewnia odbiorców w Libii, Syrii, Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Jemenie”.

Jednak z notatki, która w połowie 1982 r. wyszła spod ręki Koperwasa, wynika, że o tę współpracę zabiegało również kierownictwo wywiadu wojskowego. Koperwas pisał: „Al-Kassar posiada end user’s certificate oraz paszport dyplomatyczny Ludowo-Demokratycznej Republiki Jemenu. Do tej pory działał z terenu Bejrutu, aktualnie przeniósł się do Damaszku z uwagi na sytuację. Ściśle współpracuje z Organizacją Wyzwolenia Palestyny. (…) Wszystkie transakcje reeksportowe na sprzęt wojskowy prowadzone byłyby przy współudziale CZI, a rozliczane przez Bank Handlowy. (…) Wypracowane zyski dzielone byłyby po 50 proc. pomiędzy al-Kassara a CZI. (…) Zysk strony polskiej w skali rocznej ok. 2 mln dol.”.

Austriacy na tropie

Plan ten wprowadzono w życie, a współpraca z Monzerem al-Kassarem układała się poprawnie. Handel bronią szedł pełną parą. Oficerowie Zarządu II pośredniczyli m.in. w interesach al-Kassara z Iranem, któremu sprzedawali amerykańskie pociski przeciwpancerne TOW (Tube-launched, Optically tracked, Wire-guided). Jednak już na przełomie 1983 i 1984 r. pojawiły się poważne kłopoty związane z działalnością rodziny al-Kassarów, o których oddelegowani do firmy „Alkastronic” oficerowie Zarządu II na bieżąco nie informowali: „W dniu 18 stycznia 1984 r. „Walet” poinformował mnie, że w ubiegłym tygodniu, w firmie „Alkastronic” przebywała policja kryminalna. Wizyta miała miejsce pod nieobecność „R[azmiego]” i „D[erwisza]”, którzy w tym czasie przebywali w Jugosławii, gdzie realizowali część zawartego kontraktu handlowego (ładowanie towaru). Celem wizyty (jak podali policjanci) było zebranie danych o jej właścicielu al-Kassarze, który ubiega się o zyskanie obywatelstwa austriackiego. Policjanci zostali przyjęci przez pracownicę firmy (sekretarka, ob. Krystyna Sandomierska, pracownica „Cenzinu”). Policja zlustrowała pomieszczenia biurowe, wypytywała o szefa firmy, pracowników, dokumentację i funkcjonowanie firmy. Według mojej oceny wizyta nie była związana z podaną legendą, lecz z kontrolą działalności firmy. Według „Waleta” przyczyną zainteresowania się i bezpośredniej kontroli policyjnej może być odkrycie właściwej działalności, jaką prowadzi firma, lub innej działalności niezgodnej z prawem, jaką może prowadzić al-Kassar (wcześniejsze podejrzenia o handel narkotykami)”.

Pożar

Począwszy od 1984 r., związki z Monzerem al-Kassarem były dla Zarządu II coraz większym obciążeniem. Wystraszeni wzmożoną inwigilacją firmy ?Alkastronic? (przeszukania, kontrole, rewizje) i samego al-Kassara, który jeszcze niedawno rozważał wystąpienie o przyznanie obywatelstwa PRL, „przykryciowcy” zaczęli informować Centralę wywiadu o kolejnych zagrożeniach. W tym czasie o al-Kassarze huczało w zachodniej i amerykańskiej prasie, która pisała o jego koneksjach z terrorystami oraz handlarzami bronią i narkotykami. Pojawiły się też informacje dotyczące interesów al-Kassara z Polskimi Liniami Oceanicznymi. Raportował o tym „Derwisz”, którego za zasługi wywiadowcze awansowano w międzyczasie do stopnia majora: „W dniu 17 sierpnia [1984 r.] w Madrycie miał miejsce zamach na Abu Saieda z PLO. W samochodzie, w którym został on postrzelony, znajdował się również bliźniaczy brat al-Kassara – Ghassan. Otrzymał on postrzał w nogę. Al-Kassar poprzez „Cenzin” załatwił jego hospitalizację w Polsce (zgoda została wyrażona przez szefa Sztabu Gen[eralnego] WP). Do dnia 28 września nie przybył jednak jeszcze do Polski. (…) Al-Kassar po ostatnim wypadku swojego brata Ghassana zamówił w firmie „Steyer” samochód opancerzony, który ma być odtransportowany do Madrytu. Wskazuje to na obawianie się przez niego o własne bezpieczeństwo. Mjr Koperwas nie jest w stanie określić, czy wiąże się to z kontaktami rodziny al-Kassarów z PLO, czy też z powiązaniami ze światem przestępczym, np. z gangami handlującymi narkotykami, o co był już al-Kassar posądzany”.

Ewakuacja

W połowie 1985 r. Zarząd II zdecydował się ostatecznie na ewakuację swoich ludzi z firmy al-Kassara, tłumacząc to wzmożoną aktywnością austriackich służb bezpieczeństwa: „Praktycznie zainteresowanie się policji spółką istnieje od momentu złożenia wniosku i otrzymania zezwolenia na prowadzenie działalności handlowej i wzrastało w miarę upływu czasu. Przyczyny tego mogą być następujące:

– nikłe zyski w handlu oficjalnym w stosunku do poniesionych nakładów na utworzenie i bieżące utrzymywanie spółki;

– szerokie kontakty jej pracowników z handlarzami bronią, spenetrowanymi przez służby specjalne (przykład: Schwartz i Pizem, którzy oferowali nam czołg Leopard 2, a powiązani byli ze służbami amerykańskimi);

– bracia al-Kassar mało interesują się działalnością spółki i rzadko przebywają w Wiedniu, większość czasu spędzają w Hiszpanii, gdzie znani są z powiązań z Organizacją Wyzwolenia Palestyny (Haim al-Kassar został ranny w Madrycie podczas zamachu na życie działacza OWP);

– ppłk Majorczyk informował Centralę, że podejrzewają Monzera A[l-Kassara] o handel narkotykami (oskarżony był o taką działalność holenderski handlarz bronią Kercher, z którym al-Kassar prowadził interesy)”.

Dekonspiracja

Sprawa ewakuacji oficerów z Wiednia ciągnęła się aż do grudnia 1985 r. Prawdopodobnie, mimo licznych zagrożeń, Centrala Zarządu II odwlekała decyzję w tej sprawie. O wszystkim decydowały zapewne rozległe interesy i kontakty na terenie Austrii, dzięki którym zarówno wywiad, jak i MHZ zdobywały tak upragnione dewizy. W każdym razie pod koniec 1985 r. Austriacy zdążyli jeszcze wejść do mieszkań płk. Henryka Majorczyka i mjr. Tadeusza Koperwasa, zatrzymać ich, przewieźć na posterunek i przesłuchać w obecności dyplomatów PRL. Emisariusze Zarządu II byli spaleni. Dodatkowy niepokój Centrali potęgowały informacje o zainteresowaniu kwestią współpracy „wojskówki” z al-Kassarem w ramach spółki „Alkastronic” ze strony „sąsiadów” (Departamentu I MSW), których o pomoc w rozeznaniu sytuacji poprosiła Wojskowa Służba Wewnętrzna. Być może, poza formalną „ochroną kontrwywiadowczą” i tradycyjną już ingerencją WSW w sprawy wywiadu, różne służby rywalizowały ze sobą o wpływy w niezwykle intratnych interesach związanych z handlem bronią.

Kontakty biznesowe pomiędzy al-Kassarem a wywiadem wojskowym (PRL/RP) były kontynuowane po 1989 r. (chodziło m.in. o sprzedaż broni do Chorwacji i Somalii, które objęte były międzynarodowym embargiem na dostawy broni i sprzętu wojskowego). W 2008 r. al-Kassar został skazany na 30 lat więzienia przez sąd federalny Stanów Zjednoczonych za zmowę w celu „mordowania obywateli amerykańskich”, próbę nielegalnego zaopatrzenia w broń (w tym systemów rakiet ziemia?powietrze i wyrzutni granatów) lewackiej partyzantki kolumbijskiej (FARC), wspieranie organizacji terrorystycznych, handel narkotykami i pranie brudnych pieniędzy.

[wPolityce.pl, 28.09.2011], [wPolityce.pl,18.07.2011] ,[Gazeta Polska]

 

Sławomir Cenckiewicz (ur. w 1971 r.) – historyk, autor wielu publikacji naukowych i źródłowych. Opublikował m.in.: „Oczami bezpieki. Szkice i materiały z dziejów aparatu bezpieczeństwa PRL” (nagroda w Konkursie Literackim im. Józefa Mackiewicza w 2005 r. oraz wyróżnienie w Konkursie Literackim im. Brutusa w 2005 r.), „Tadeusz Katelbach (1897-1977). Biografia polityczna” (Nagroda im. Jerzego Łojka w 2006 r.), „Sprawa Lecha Wałęsy” (wyróżniona nagrodą w Konkursie Literackim im. Józefa Mackiewicza w 2009 r.), „Śladami bezpieki i partii. Studia. Źródła. Publicystyka i Gdański Grudzień ’70. Rekonstrukcja. Dokumentacja. Walka z pamięcią”, „Anna Solidarność”.

przeczytaj też:

 

Rozmowa Niezależna z Anitą Gargas

 

RECENZJE

Cezary Gmyz

Wojskowa bezpieka bez tajemnic

Książki historyczne poświęcone służbom specjalnym na całym (czytającym) świecie cieszą się niebywałą popularnością.

Pozycje poświęcone historii CIA, KGB czy Stasi zazwyczaj stają się bestsellerami literatury faktu. Podobnie jest u nas – z jedną wszakże różnicą. Książki takie rzeczywiście świetnie się sprzedają, ale na ogół są przemilczane przez recenzentów.

Jak się zdaje, wydawnictwu Zysk i S-ka szykuje się kolejny bestseller – poświęcony wywiadowi wojskowemu komunistycznej Polski. „Długie ramię Moskwy” Sławomira Cenckiewicza nosi skromny podtytuł „wprowadzenie do syntezy”. W rzeczywistości nie jest to żadne wprowadzenie, lecz właśnie synteza dziejów tzw. wojskówki od 1943 do 1991 roku.

Przyjęcie takiego horyzontu czasowego może dziwić. Wszak komunizm w Polsce zaczął być ustanawiany późnym latem 1944 r., a system totalitarny upadł w roku 1989. To jednak świadomy zabieg. Autor chce pokazać, że PRL nigdy nie miał suwerennych służb specjalnych, a bezpieka – wojskowa i cywilna – była narzędziem sowieckiej dominacji nad Polską. Konsekwencje zsowietyzowania służb wykraczają poza datę uważaną za koniec komunizmu w Polsce.

Cenckiewicz szkicuje sytuację w wywiadzie wojskowym niemal do dziś, pokazując, jak dawniejsze uwikłania wpływają na bieżącą politykę. Dość powiedzieć, że wpadł on na trop związków z wojskową bezpieką Stanisława Cioska, wieloletniego aparatczyka PZPR, a po 1989 m.in. ambasadora w Moskwie. Niezmiernie ciekawe są też informacje na temat Andrzeja Olechowskiego, m.in. ministra finansów w roku 1992 oraz szefa MSZ w latach 1993 – 1995. Dziś obaj politycy pozostają w cieniu, ale nikt nie zaprzeczy, że nadal odgrywają dużą rolę w życiu publicznym.

Cenckiewicz ma tę przewagę nad innymi historykami, że był członkiem komisji likwidacyjnej WSI. Chyba tylko były szef UOP Zbigniew Siemiątkowski może się pochwalić równie głęboką wiedzą na ten temat. Co ciekawe, mimo tak różnych biografii i Siemiątkowski, i Cenckiewicz dochodzą do podobnych wniosków. Z tym że autor „Długiego ramienia Moskwy” jest znacznie bardziej krytyczny wobec przedmiotu swych badań.

Najciekawsze są oczywiście fragmenty, w których Cenckiewicz ujawnia tajemnice wojskówki. Niestety, nie chodzi o spektakularne, bondowskie akcje, lecz o niekompetencję wywiadowców. Mit generała Kiszczaka jako profesjonalisty Cenckiewicz rozbija w drobny mak. Nie powiem, czyta się to z przyjemnością.

[Rzeczpospolita, 28.09.2011]

 

Jerzy Jachowicz

Moskwa przez ponad 50 lat pociągała za sznurki polskiego wywiadu wojskowego. Ludowe Wojsko Polskie i jego wszystkie formacje, w tym tajne służby, przez dziesiątki lat, były traktowane, jako część armii sowieckiej. Ten rys podległości wojska polskiego pod armię sowiecką przetrwał w różnej postaci do lat 90. A i dziś jeszcze odnajdujemy różnorodne fakty, świadczące o przemożnym wpływie na nasze życie polityczne i gospodarcze środowisk bądź osób wywodzących z wojskowych służb specjalnych czasów PRL. Większość ważnych w tamtym środowisku osób była powiązana agenturalnymi nićmi z Rosją sowiecką. To tylko niektóre ustalenia, jakich dokonał Sławomir Cenckiewicz w swej najnowszej książce „Długie ramię Moskwy”.

Pozycja to wyjątkowa. Gdyby istniał polski Oskar w dziedzinie historii to Sławomir Cenckiewicz i jego książka byliby faworytami numer 1 do zdobycia tych wyróżnień za okres ostatniego dziesięciolecia.

Na czym polega fenomen tej książki? To pierwsza praca, obejmująca cały okres wojskowego wywiadu PRL. Od momentu jego powstawania, ściślej tworzenia go przez towarzyszy radzieckich w połowie lat 40, poprzez jego kolejne mutacje, aż do czasów początków wolnej Polski. Koleje losów wywiadu wojskowego napisane są w oparciu o setki tajnych dokumentów, których przed autorem książki nikt nie widział, nie czytał, nie badał. Już choćby przez sam ten fakt, książka Cenckewicza nabiera charakteru pionierskiego. Inne zalety pozwalają na uznanie jej za kanoniczny tekst o polskim wywiadzie czasów PRL, którego nie będzie można pominąć. Nawet przy tworzeniu materiałów przyczynkarskich. Jeśli mają one być rzeczowe i rozszerzać bądź pogłębiać wiedzę o polskim wywiadzie wojskowym, będą musiały się odwołać do „Długiego ramienia Moskwy”.

Książka napisana jest językiem wartkim, a kiedy sytuacja temu sprzyja – soczystym. Dokumenty omawiane są językiem obrazowym. Zaś fragmenty oryginalnych raportów, donosów, czy np. wyjaśnień pisanych przez kadrę dowódczą wywiadu bądź oficerów na wysokich stanowiskach, które autor uznaje za ważne, wyróżnia w książce wytłuszczonym drukiem. Dobry słuch i zmysł literacko-publicystyczny pozwala mu wyławiać celne fragmenty, nierzadko zawierające elementy humorystyczne. Obnażające ignorancję, amatorszczyznę i miałkość rzekomych polskich Bondów naszego wojskowego wywiadu.

„Długie ramię Moskwy” obala wiele mitów, którymi przez lata karmiona była opinia publiczna, w tym także elity polityczne, które kłamstwa przyjmowały za prawdziwą monetę. Między innymi rozbija przekonanie, że służby nie werbowały członków partii.

Ale podważa również mit rozpowszechniany jeszcze dziś przez znanych i wpływowych działaczy solidarnościowego podziemia lat 80, a wynikający pewnie z ich ignorancji. Mianowicie przeświadczenie, że polski wywiad wojskowy zachowywał sporą suwerenność.

Cenckiewicz w swej książce dowodzi w sposób nie budzący wątpliwości, że było akurat na odwrót.

Większość wartościowych prac historycznych, przedstawiając przeszłość, pozwala na lepsze zrozumienia teraźniejszości. Mogę z całym przekonaniem powiedzieć, że w przypadku „Długiego ramienia Moskwy” zachodzi bardziej istotna zależność. Bez znajomości tej książki nie jesteśmy w ogóle w stanie poprawnie zrozumieć czasu obecnego.

[wPolityce.pl, 30.09.2011]

 

Maciej Walaszczyk

Naprawdę „Długie ramię Moskwy”

Książka „Długie ramię Moskwy. Wywiad Wojskowy Polski Ludowej 1943-1991” z pewnością będzie wielkim wydarzeniem naukowym. Ale i politycznym.

Większość dokumentów dotyczących służb wojskowych PRL została albo ukryta w zbiorze zastrzeżonym IPN, albo utajniona. Jak podkreśla autor książki dr Sławomir Cenckiewicz, dla historyków takich jak on zasoby te były niedostępne. Dopiero kompetencje, jakie otrzymał z racji szefowania komisji likwidacyjnej Wojskowych Służb Informacyjnych, umożliwiły mu dotarcie do materiałów wojskowych opatrzonych klauzulami tajności.

„Długie ramię Moskwy” to synteza tego, co wiemy na temat wywiadu wojskowego komunistycznej Polski, który autor określa mianem „najważniejszego instrumentu podległości naszego kraju”. A zarazem oskarżenie wszystkich tych, którzy bronili jej przed rozliczeniem i budowali jej fałszywy mit.

Książka pierwotnie miała dotyczyć tego, co szczególnie interesowało Cenckiewicza jako badacza historii, a więc operacji finansowych, przy pomocy których na przełomie lat 80. i 90. struktury Zarządu II Sztabu Generalnego LWP, a potem WSI dokonały gigantycznej grabieży państwa.

– Aparat wywiadu wojskowego został użyty w momencie przełomowym, a więc pod koniec lat 80., a jego funkcjonariusze i współpracownicy, będąc ulokowani w centralach handlu zagranicznego, umożliwili transfer pieniędzy publicznych w ręce prywatne. Stąd afera FOZZ, ponieważ wojsko miało kontrolę nad całym procesem oddłużeniowym – wyjaśnia autor, podkreślając, że z tego punktu widzenia służby stały się groźne dla rodzącej się niepodległej Polski.

– Patrzyłem na tych ludzi głównie z tej perspektywy może dlatego, że tak wielkie wrażenie zrobiły na mnie teczki pracy Grzegorza Żemka, głównego aktora afery FOZZ. Opinia publiczna przecież w ogóle nie miała pojęcia, że takie materiały istnieją. Potem jednak postanowiłem przestudiować całe dzieje wywiadu wojskowego PRL – tłumaczy autor i zapowiada, że już niedługo ukaże się kolejna publikacja, której jest współautorem – „Tajne pieniądze”. Ma opowiadać m.in. o udziale ludzi wojskowych służb w aferze FOZZ, rabunku państwa i samotnej walce Michała Falzmanna, który ujawnił mechanizm patologii.

Genezą powstania Wojskowych Służb Specjalnych komunistycznej Polski oraz całego LWP jest internowanie, a potem wymordowanie polskiej kadry oficerskiej w Katyniu i kilku innych miejscach kaźni. – Wszystko dzieje się jesienią 1939 roku, gdy Sowieci prowadzą rozmowy z więzionymi oficerami i typują spośród nich tych, których ominie Las Katyński – zauważa Cenckiewicz. – To oni mają być kadrą polskiej dywizji Armii Czerwonej, bo taką pierwotnie miała być późniejsza Dywizja Kościuszkowska pod dowództwem gen. Berlinga – dodaje.

Wywiad wojskowy PRL do roku 1956, jak również później, był w bardzo wielkim stopniu nasycony funkcjonariuszami GRU. 52 etaty kierownicze przypadały żołnierzom Armii Czerwonej oddelegowanym do służby w Polsce. Wielkim kłopotem dla autora okazało się odtworzenie struktury personalnej z pierwszego okresu istnienia II Zarządu, ponieważ w polskich archiwach nie znajdują się teczki personalne ludzi, którzy je budowali. Co ciekawe, ich nazwiska Cenckiewicz zlokalizował m.in. dzięki publikacjom słownikowym, które w ostatnich latach ukazały się – co również interesujące – w Putinowskiej Rosji. Wśród kadrowych oficerów GRU historyk odnalazł m.in. również gen. Karola Świerczewskiego, który był dowódcą jednej ze szkół sowieckiej „wojskówki”.

Ludzie komunistycznych służb wojskowych to głównie absolwenci kursów GRU w ZSRS, przede wszystkim Akademii Dyplomatycznej w Moskwie. Nie służyły one bynajmniej do szkolenia asów wywiadu, ale werbunku ludzi, którzy w „bratnich” krajach socjalistycznych mieli za zadanie gwarantować Sowietom wpływy i lojalność. Co ciekawe, jedynym wysokim stopniem oficerem, który tej szkoły nie skończył, był gen. Franciszek Gągor, szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, który zginął pod Smoleńskiem. Jednak jego następca – gen. Mieczysław Cieniuch, został wysłany na kurs do szkoły Armii Czerwonej jeszcze w 1990 roku i wrócił z niego w 1992 roku, już po upadku Związku Sowieckiego.

Autor wskazuje na ich niski profesjonalizm. Do ataszatów wojskowych wyjeżdżali ludzie bez znajomości języka i pracy w dyplomacji. – Profesjonalizm to mit, któremu również ja uległem na początku lat 90. całkowicie fałszywy. Służba ta nie była w stanie pochwalić się żadnymi sukcesami. Pamiętam, jak Sikorski tłumaczył kiedyś, że służby w czasach komunizmu służyły złej sprawie, ale były sprawne i profesjonalnie powinny pracować dla niepodległej Polski. To nieprawda – zwraca uwagę Cenckiewicz.

Jako dowód wskazuje tabelę, pierwotnie sporządzoną przez Wojskową Służbę Wewnętrzną, przed 1990 r. jako odpowiedzialną za kontrwywiadowczą ochronę struktur wywiadu. Tylko w latach 1960-1986 aż 39 oficerów oraz nielegalnych pracowników wywiadu uciekło na Zachód, wcześniej stając się agentami amerykańskimi lub brytyjskimi. Cenckiewicz wymienia przy tej okazji przykład płk. Włodzimierza Ostaszewicza, który pełnił funkcję zastępcy szefa Zarządu II SG ds. informacji. Z badań Cenckiewicza wynika, że został zwerbowany przez CIA, zanim jeszcze objął tę funkcję. – Jeśli już na tym poziomie obce służby miały w wywiadzie PRL swoich agentów, to proszę sobie wyobrazić, jaka była jego przejrzystość dla ich konkurentów. Inną postacią jest Jerzy Sumiński, protegowany Czesława Kiszczaka, który ściągnął go w 1974 roku do ochrony operacyjno-kontrwywiadowczej II Zarządu SG. Sumiński wizytował m.in. rezydentury na całym świecie, kontrolował kartotekę operacyjną, kartotekę agentury i któregoś dnia spakował kilka toreb materiałów, część z nich nawet w oryginale, i przez nikogo niezatrzymywany wyjechał do Wiednia, gdzie wraz z żoną oddał się w ręce CIA. W wyniku tego wywiad wojskowy musiał wymienić agenturę na całym świecie.

Zdaniem autora, siła wojskowego wywiadu, a potem WSI była ogromna. Wywiad w kraju werbował swoich współpracowników z ludzi najbardziej lojalnych wobec systemu – działaczy partyjnych, młodzieżowych, swoich agentów lokował w radiu, telewizji, redakcjach gazet, ważnych przedsiębiorstwach państwowych czy Centrali Handlu Zagranicznego. Wpływy te ujawniły się w czasie tzw. transformacji ustrojowej.

[naszdziennik.pl, 1/2.10.2011]

 

Maciej Łopiński

W służbie dwóch panów

Rozwiązanie Wojskowych Służb Informacyjnych, tego spadkobiercy komunistycznego wywiadu i kontrwywiadu, którego funkcjonariusze w suwerennej Polsce nigdy nie zostali zweryfikowani, a który zajmował się głównie kontrolą życia publicznego, wykazując największa aktywność w biznesie i mediach, było jednym z priorytetów Prawa i Sprawiedliwości. Projekt ten popierała także Platforma Obywatelska, która nawet – ustami Jana Marii Rokity – ganiła PiS za opieszałość, bo Kazimierz Marcinkiewicz „zabierał się do tego jak pies do jeża”, że zacytuję Lecha Kaczyńskiego, którego stanowczość i zdecydowanie doprowadziły w końcu do tego, iż służby po latach zakończyły wreszcie swój niechlubny żywot.

Kiedy na polecenie prezydenta, Kancelaria przejęła od rządu inicjatywę rozwiązania WSI, sprawy nabrały tempa. Do Sejmu trafiła odpowiednia ustawa, uchwalona 9 czerwca 2006 roku, a  22 lipca 2006 roku (data przypadkowa i symboliczna?) powołano dwie komisje: weryfikacyjną, która miała się zająć przeglądem kadr (2300 żołnierzy!) z wiceministrem obrony narodowej Antonim Macierewiczem na czele i likwidacyjną, której przewodniczącym został 35 letni historyk, pracownik IPN, dr Sławomir Cenckiewicz. Komisja Cenckiewicza miała za zadanie inwentaryzację majątku WSI (tego trwałego i aktywów personalnych, czyli agentury), zapewnienie dostępu do materiałów archiwalnych WSI i podział ich majątku między nowe służby wywiadu i kontrwywiadu wojskowego.

Wspominam te wydarzenia sprzed ponad pięciu lat, bo przeczytałem właśnie nową książkę Cenckiewicza „Długie ramię Moskwy” poświęconą historii wywiadu wojskowego Polski Ludowej, jednego z antenatów WSI. Praca negliżuje sowiecki charakter tej służby i rozprawia się – mam nadzieję że raz na zawsze – z mitem jej profesjonalizmu.

Ileż to razy Zarząd II Sztabu Generalnego musiał się tłumaczyć mocodawcom z GRU, że nie jest w stanie realizować ich wytycznych, choć Moskwa wytykała kierownictwu, iż „reprezentuje potencjał drugiej co do wielkości armii Układu Warszawskiego”. Zamiast amerykańskich, brytyjskich, czy francuskich technologii i wzorców uzbrojenia wywiad słał do ZSRS zaprenumerowane na Zachodzie wojskowe czasopisma techniczne. W dodatku na tajny adres szkoły GRU, gdzie pobierała nauki wojskowa elita PRL! Kiedy ten adres znalazł się na oficjalnym rozdzielniku Centralnego Kolportażu Wojskowego LWP, towarzysze z Moskwy dostali szału.

Zastanawiającą skuteczność osiągał natomiast wywiad w lokowaniu pieniędzy z funduszu operacyjnego w różne biznesy, które jednak korzyść przynosiły nie strukturze, ale funkcjonariuszom w nich ulokowanym. Firmy bankrutowały, inaczej niż ich właściciele. Tyle że kontakt z nimi się urywał i Centrala po całym świecie szukała swoich aktywów.

Najbardziej efektownym przykładem działalności Zarządu II na niwie finansów była afera FOZZ. Cenckiewicz ten temat porusza jednak marginalnie. Brudne interesy funkcjonariuszy tajnych służb związane z powołanym w 1989 roku Funduszem Obsługi Zadłużenia Zagranicznego ujawni wkrótce w następnej książce „Tajne pieniądze”, napisanej wspólnie z Adamem Chmieleckim.

Do afery FOZZ mam – podobnie jak do likwidacji WSI – stosunek osobisty. W latach 1989-1991 redagowałem „Tygodnik Gdański”, drugie po „Spotkaniach” pismo, które opisało batalię, jaką stoczył Michał Falzmann, aby zdekonspirować „matkę wszystkich afer”.

[wPolityce.pl, 19.10.2011]

DALEJ

strona [2] >Wywiad ze Sławomirem Cenckiewiczem
strona [3] >Spotkanie autorskie we Wrocławiu poprowadził Grzegorz Braun.18.10 br.  (video)

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności, Antypropaganda, Eseje, Historia, III RP, Lata PRL, Po 1980, Recenzje, Wywiady i oznaczony tagami , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.