Śp. Janusz Krasiński. Pożegnanie i próba portretu

Janusz Krasiński

Na stracenie

„(…) Pospolici i antypaństwowcy, uczeni i politycy, cywile i wojskowi, partyzanci i ich kwatermistrze, oczekujący egzekucji i ułaskawieni kryli dokładnie szeregi, by wykazać przed dyżurnym oficerem, że stan się zgadza i że wszyscy są tu, gdzie być powinni. Jakoż i za chwilę wszedł, odebrał raport celowego, przeliczył piątki i napiął się jak struna, by z godnością wysłuchać ich gromkiego okrzyku:

– …branoc …telu komendancie!

Gdy po jego wyjściu zdarto koce z katafalku i poczęto rozwłóczyć sienniki, Szymonowi wydało się, że wpadł w powietrzną trąbę. Zbita w workach sieczka buchnęła takimi kłębami kurzu, iż prawie nic nie było widać. Ostry, gryzący pył rozniósł się po wszystkich kątach, wdzierał się w oczy, nosy, gardła. Niektórzy pozawiązywali sobie twarze zwilżonymi chustkami, inni prychając i kaszląc przeklinali rzadko tkane worki, ktoś rozpaczliwym głosem wołał, aby nie deptano w tym miejscu, gdzie zgubił okulary. Stuosobowy tłum nie mając gdzie się podziać, potykał się o rozwleczone sienniki, łaził po nich tratując i tak już skruszałą słomę. Odpięto też legimaty. Nabite siennikami odskoczyły gwałtownie od ściany. Miejsca na nich mieli zająć tylko wyznaczeni. Wielkie spanie było gotowe. Jeszcze moszczono sobie dołki, szukano dogodniejszych pozycji, jeszcze słychać było szepty i szelest rozgarnianej sieczki, po czym zaległa cisza. Nocny klawisz zajrzał przez kratę i zgasił światło. Szymon nie przez przypadek znalazł sobie miejsce obok adiutanta trzech wodzów, kapitana Ryszarda. Skazani na śmierć partyzanci Zapory ułożyli się w drugim końcu celi. Uderzyło go nieprzyjemnie, że leżą na podłodze, i to w sąsiedztwie klozetu. Próbował usnąć, ale bezskutecznie. Sąsiedztwo śmierci. Wydało mu się, że właśnie otwiera się krata, że stają w niej oprawcy i że zaczynają wywoływać tych spod kibla. I widział ich… Widział, jak wyrwani ze snu zapowiedzią egzekucji, wstrząsani zimnym dreszczem podnoszą się z wygrzanych barłogów. Jak wychodzą jeden za drugim z ciemności celi w światło korytarza, j ak żegnaj ą się w milczeniu z ponurym otoczeniem i swym żołnierskim stanem, który przez lata wojny napawał ich dumą walki o wolność Kraju i Narodu, a kiedy byli już bliscy zwycięstwa – zdradzony został przez świat, a oni uznani za bandę antypaństwowców. Widział ich jak idą na miejsce kaźni pod rozgwieżdżonym niebem więziennego podwórza, otoczeni świtą katów i grabarzy baczących pilnie, aby spełniło się to, co odwrócić sienie może, jak niczym dzielni chłopcy, skrzywdzeni okrutnie, zaciśniętymi powiekami tamują łzy, zanim spod katowskiej kuli bryźnie struga krwi, której zatrzymać już nie będą mogli. Piękni zdradzeni chłopcy! Jak się to stało, że całym oddziałem znaleźli się w tym przeklętym miejscu? Czy sami złożyli broń? Czy ujawnili się korzystając z ogłoszonej przez reżim amnestii? Czy może zdecydowali się zbyt późno, aby skorzystać z prawa łaski? Czy też zostali oszukani wybiórczo stosowaną amnestią, która powinna ich była objąć, lecz pod presją Najpotężniejszego z Urzędów ominęła ich w sądzie na zawiłych zakrętach paragrafów? Dlaczego dali się wziąć żywcem? Jeśli mieli na sumieniu krew ścigających ich popleczników nowego ładu, dlaczego nie wybrali śmierci w walce? Dlaczego wreszcie nie zdeformowali oddziału i nie ratowali się ucieczką? Dlaczego nie próbowali przedostać się na Zachód, każdy na swoją rękę? Przecież wielu to uczyniło i uszło z życiem. Więc dlaczego… dlaczego cały oddział dostał się w ręce bezpieki, by po latach walki z hitlerowskim najeźdźcą tutaj pokornie oddać życie? Były to pytania, na które nie mógł znać odpowiedzi. Wciśnięty ciasno między inne ciała z trudem przekręcił się na drugi bok.

– Panie kapitanie – szepnął – dlaczego oni leżą tam pod kiblem? -Kto?

– Major Zapora i jego partyzanci.

– Nie wiem. Sami to miejsce wybrali. Może skurcze żołądka, nie wiem, bracie. To niezwykle dzielni ludzie, trzymają się nadzwyczajnie, ale noc dla nich to koszmar. Śpij, nic im nie pomożesz.

O świcie zbudziło go czyjeś chrapanie. Było szaro i duszno. Za oknem gruchał samotny gołąb. Adiutant trzech wodzów odwrócony do Szymona plecami rozmawiał szeptem z leżącym z drugiej strony partyzanckim kapelanem.

– Co to, do diabła, znaczy, żeby polski oficer sztabowy wdawał się w pogawędki z bolszewickim politrukiem?!

– Powinieneś zrozumieć, że to jego pierwszy dzień bez kary śmierci – powiedział ksiądz stając w obronie atakowanego.

– Ja to rozumiem, niechby gadał byle co, ale żeby wykładać swoje racje polityczne… a i gówno takiemu lumpowi do tego, co pan pułkownik ukrywał w fajce!

Szymon zrozumiał, że rozmowa dotyczy wczorajszych wydarzeń w celu, udawał, że śpi i słuchał.

– To i mnie masz za złe? – powiedział ksiądz Kazimierz. – Niepotrzebnie się rozgadałem.

– A nie! – uniósł głos kapitan. – Ty, Kaziu, to zupełnie co innego! Ty jesteś kapłan. I wygłosiłeś piękne kazanie. No, nie dla tego gnoja… dla wszystkich. Prawdziwie chrześcijańskie i patriotyczne kazanie. Pokazałeś, że potrafisz. A snułeś się dotąd jak mysz po kątach. I jeszcze pozwalałeś się obrażać. On do ciebie „byczku boży”, a ty pokorne cielę. Ale wczoraj mi zaimponowałeś.

– Nie chwal mnie tak – szepnął ksiądz – bo wpadnę w pychę.

– W pychę? Ty nie pychy, ale słabości się bój. Chrześcijańska pokora, bracie, to dobre na przesyt i nudę kultury. Ale tam, gdzie jej w ogóle nie ma, nie odróżnisz pokory od potulności. Mówiłeś bardzo odważnie. Ale tu, bracie, nie kościół i mógłbyś jeszcze pozwolić sobie na gest. Przepraszam cię, łobuzerski… Bo mnie to aż trzęsie, jak on do ciebie „byczku boży”. I wiesz, co ja bym wtedy? Pokazałbym mu palanta. Duchownego, pokornego, ale takiego, o!… – Wyciągnął gołe ramię spod koca. – On by to zrozumiał i nabrał do ciebie szacunku, a ludzie powiedzieliby: oto godny wysłannik Chrystusa!

– Bluźnisz – oburzył się ksiądz Kazimierz. – Ale masz rację. Źle się do służby bożej przygotowałem. Maślanymi bułeczkami w seminarium się karmiłem. Rabaty z kwiatów układałem, jak ustrzec się przed herezją Orygenesa pilnie się uczyłem i ani pomyślałem o męczeństwie. W głowie mi nawet nie zaświtało, że przyjdzie mi kiedyś bronić tajemnic spowiedzi przed oprawcą i sądem. Wykładów teodycei, bracie, jak muzyki słuchałem. Sprzeczności między złem świata a sprawiedliwością bożą sercem rozplątywać się nauczyłem. Ale przez myśl mi nawet nie przeszło, że będę duszpasterzem skazanych na zagładę. Zaledwie klerykiem będąc, w rodzinnej wsi, babom po rękach całować się dawałem. „Księżulko nasz kochany!” I pod kolana obłapiać się pozwalałem.

– I zdawało ci się, że święty jesteś?… – próbował podkpiwać kapitan.

– I że po niebieskich murawach chodzę; szczęśliwe owieczki do raju wiecznego wiodę. No i przyszła wojna. Owieczki do stodół zapędzono, benzyną podlano i ogień podłożono. Piekło się, bracie, otwarło. Dzieci, kobiety, starcy… wszystko płonęło żywcem. A ja uciekłem do lasu. Uszy po drodze zatykałem, żeby nie słyszeć ich krzyków. Mój kapitanie… ty wiesz, co to Zamojszczyzna. Lebensraum. Ziemia obiecana przez Antychrysta, pożoga i mord. Straszny mord niewiniątek!… A po wojnie?… Po wojnie dowiedziałem się, że stu chłopców z naszych wsi, ot takich od dziesięciu do piętnastu lat, wywiezionych w czasie akcji do obozu w Auschwitz, zabito zastrzykami fenolu. Byli świadkami okrutnej śmierci swych rodziców i bezpieczniej było ich zgładzić. Niemieccy lekarze wstrzyknęli im śmierć do żyły. Usłyszałem w radio zeznania zbrodniarzy i wszystko we mnie na nowo odżyło. Myślałem, że oszaleję. Ale nie było mi to dane. Następnego dnia przyjechali ubowcy w sprawie zabójstwa tego sędziego i ja, duszpasterz skazany na zagładę, zapomniałem o swoich pomordowanych chłopcach. A wiesz dlaczego?… Przez głupi fizyczny ból. Pobito mnie w śledztwie i myślałem już tylko o sobie. Jak uniknąć dalszych katuszy… Mszy żałobnej za ich fenolem z ciał uwolnione dusze nawet odprawić nie zdążyłem. Ryszard, kapitanie, ty taki mocny, taki odporny, powiedz… ty byś to wytrzymał? – Głos mu się załamał i przeszedł w cichy szloch. Kapitan przygarnął go ramieniem i ledwie dosłyszalnym szeptem uspokajał jak ukrzywdzone dziecko.

Każdy nowy dzień zaczynał się gwarnie i ruchliwie. Po pobudce ściągano z ziemi sienniki, układano je w katafalk, zatrzaskiwano w składanych pospiesznie legimatach. W kącie przy kiblu nad jedną miednicą dokonywano porannych ablucji. Polewano się ceremonialnie, z garnuszka, tyle tylko, aby spłukać nocny pot i pozostawić coś jeszcze na dnie do umycia zębów. Dyżurni drapali beton wierzbowymi miotłami, wyskrobując z jego porowatej powierzchni miałką sieczkę. Specjaliści do walki z kurzem nabierali wody w usta i wzdymając policzki niczym trytony z niezwykłą siłą i umiejętnością prychali pod sufit. Wodna rozpylina opadała w smugach słońca jak poranna mgła, a nozdrza wypełniała woń podobna do zapachu majowego deszczu. Dyżury pełniono po kolei. I właśnie wśród zamiatających Szymon dostrzegł majora Zaporę. Oczekujący egzekucji z niezwykłą sumiennością wypełniał narzucone mu przez celę obowiązki. Był w tym jednak jakiś okrutny absurd. Taniec śmierci z miotłą po więziennym klepisku. Podszedł więc i spróbował dyskretnie wyjąć mu ją z rąk. Cichociemny wzdrygnął się i przybrał obronną postawę.

– Chcesz mnie wyręczyć? – zmierzył Szymona ponurym wzrokiem. – Nie pozwolę! Przynajmniej za życia nie pozwolę. I nie przesądzaj, chłopcze, tak łatwo mojego wyroku. Nie pospieszaj na stracenie. Zamieciesz za mnie, jak mnie tu już nie będzie.

Odgarnął spadające na oczy włosy, zazgrzytał miotłą, wzbijając nowy tuman kurzu, po czym ruszył dalej, jakby chcąc się skryć w tej chmurze. Szymon skłonił się przepraszająco. Boże, natchnij prezydenta Bieruta wolą łaski!

(…)

Zamilkli. Słychać było ciężki oddech kapitana Ryszarda.

– Bolszewia! Przeklęta bolszewia! Wszystko odbierze, zgnoi, spodli, naszczuje brata na brata!

Chciał coś powiedzieć w jego obronie, ale zabrakło mu słów. Mimo woli spojrzał w stronę okna. Znowu ta głowa. Wyrosła spod parapetu i jakby uwięzła w żelaznych prętach okratowania. Kalicki… Chce widzieć, jak wyprowadzają Niemca na śmierć. Gotów nie spać całą noc, aby tylko nie przepuścić tego wydarzenia. Napatrzył się jak każdy na uliczne egzekucje, na masowe mordy ludności w czasie powstania, więc i to chciałby zobaczyć. Chociażby zza kraty… Nadszedł dzień odwetu. Kryjąc się przed wzrokiem strażnika wygląda z okna celi na drogę straceń.

– Idą!

Śmierć jak kamień wrzucony do lodowatej wody gna zimne kręgi. Szymon także poczuł jej dreszcz. Skoczyć do okna! Mrok, cisza i dziesiątki skulonych pod kocami ciał… Jeśli się potknie, zaalarmuje klawisza. Uniósł się na łokciu i wymierzył wzrokiem pierwszy skok.

– Śpij! – szepnął mu w ucho kapitan Ryszard. – Śpij… i niech to jasna cholera!

– Chciałem tylko…

– Wiem, co chciałeś. Szkoda nocy. To rzeźnik. Im więcej zamordował, tym lepiej spał. Nie warto poświęcać mu tyle uwagi.

Rozluźnił napięte mięśnie, może i nie warto. Daruje sobie ten widok. To nie to co zamach na kata Warszawy Kutscherę… Skakali chłopcy z mostu, woda krew rozmyła. Teraz ci, co powinni sądzić, sami czekają na śmierć. Reszta leży pokotem na betonie. Niektórych wzywano na świadków oskarżenia hitlerowskich oprawców. Wieziono ich do sądu w kajdankach, zeznawali pod strażą, po czym wracali na więzienne barłogi. Nocna cisza, kto żyje, udaje, że śpi. Tylko Kalicki – niezmordowany świadek wszystkiego, co się tutaj zdarzy – wspina się na palce, wygląda z ukosa, nagle rzuca się na środek okna, gwałtownie odwraca twarz i woła zdławionym szeptem:

– To nie Handke, to Witold! Prowadzą Witolda!

– O Chryste!

Kapitan jak na alarm poderwał się z legowiska i skacząc po leżących dopadł do kraty. Szymon tuż za nim, czując, że depcze po ludziach bosymi stopami. Przetarli zapotniałą szybę-pusto. Z okiennych szczelin ciągnęło przejmującym chłodem. Po chwili wcisnęła się między nich jeszcze jedna głowa. To ksiądz. W więziennej koszuli, dygocze z zimna.

– Zdrowaś Mario, łaskiś pełna…

Za oknem bezgwiezdne niebo, ciemna noc i mżawka… Drobna, gęsta, na wpół ze śniegiem – rozprasza światło reflektorów. Mokro. Wąski, spękany chodnik biegnie od lampy do lampy między błyszczącymi kamieniami. Idą!… Na lewo od śledczego pawilonu wzdłuż więziennego muru sunie kilka kołyszących się cieni. Wchodzą właśnie w jasny krąg. Złotozielona rosa na suknach mundurów. Dowódca egzekucyjnej grupy w sztywnej rogatywce szasta nonszalancko połami płaszcza. Pewny siebie, wie dokąd i kogo prowadzi. Tuż za nim niezwykła trójca – ręka w rękę skuta kajdankami. Dwóch po bokach w bojowych szynelach, w naciśniętych głęboko na oczy czapkach, a między nimi jak karnawałowy przebieraniec – skazany. W angielskim battle-dressie i przedziwnym nakryciu głowy – ni to żałobna wdowa otulona czarną chustą, ni średniowieczny kat. Idzie niepewnie jak oślepiony koń. Śmiertelny kaptur, podwiązany pod szyją, szczelnie zasłania mu oczy. Rzuca niespokojnie omotaną głową. Z tyłu za nim dwóch z naganami i prokurator. Wojskowy – ze świńską teczką w ręce, w kamaszach i krótkim do kolan płaszczu – adiutant śmierci. W czasie procesu podeszła do niego żona oskarżonego. Głos jej drżał, ale wyjątkowo spokojna. Próbowała przywołać na pamięć zasługi męża w Oświęcimiu. „Wrzody. Wrzody – powiedział – należy wycinać dla zdrowia organizmu. A pani mąż jest właśnie takim wrzodem na ciele społeczeństwa. A zasługi… tak, znamy, ale wróg nie ma zasług. Niech pani niczego od nas nie oczekuje”. Więc pozostało jej już tylko czekać na ogłoszenie wyroku. Najwyższy wymiar kary… a i jeszcze, żeby nie odgrzebano czasem zasług w przyszłości: pozbawienie praw honorowych i obywatelskich na zawsze. Tak jest… bo ktoś, kto nie chce zrozumieć nieuniknionych procesów historii, winien jest śmierci w pohańbieniu! Potem w tej świńskiej teczce przyniósł mu do celi odpowiedź prezydenta Bieruta. Trudno sobie to wyobrazić. To musi być okropne… Ta niepewność, ta teczka, co on z niej wyciągnie? Łaskę czy śmierć, dożywotni barłóg czy łopatę i w piach? Krew ścina się w lód. Ręce chcą się czepiać sprzętów, głowa -strącić zarzucony na nią kaptur. Ale ten straceniec spokojny. Tylko zapadłe policzki i posiniałe wargi. Przecząco potrząsa głową. Nie, nie… nic nie pisał, żadnej prośby o łaskę. To adwokat na prośbę rodziny. Tak, prawda, złożył swój podpis, jakże mógłby odmówić córce i żonie? Ale nie jest ciekaw odpowiedzi. Nie będzie czytał, to zbędne. Pan prezydent na pewno wiedział, jak ustrzec naród przed groźbą zamachu na jego osobę. On, Witold, chciałby tylko wiedzieć, czy będzie mu wolno zobaczyć się raz jeszcze z żoną. Nie?!… Jakże mu żal. To jego ostatnie życzenie. Niczym już przecież nie zagraża ustrojowi. Spuścił głowę, nie widać twarzy. Ręce splecione, trudno nawet dostrzec, czy drżą. Jeszcze tylko pytanie, ostatnie: Czyjego żona będzie mogła go stąd zabrać? To znaczy… jego zwłoki? Ach tak… Nic mu na ten temat nie wiadomo. Rozumie… Grzebanie to sprawa należąca do prokuratora. Do celi weszli dwaj oprawcy. Nie bronił się, gdy zakładali mu kaptur.

Ano naprzód, panie rotmistrzu!”

http://solidarni2010.pl/10840

DALEJ

strona [8] prof. Maciej Urbanowski. Próba portretu
strona [9] Wanda Zwinogrodzka, Kult niepamięci

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Antypropaganda, Eseje, Historia, II wojna światowa, III RP, Lata PRL, Opowiadania, Piosenki, Recenzje, Teatr TV, film, Wspomnienia, Wywiady i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Śp. Janusz Krasiński. Pożegnanie i próba portretu

  1. sgosia pisze:

    Ignorantka ze mnie, bo nie znam twórczości Janusza Krasińskiego. Stwierdzam jednak, że jego słowa „Jestem wolnym poszukiwaczem prawdy, rzecznikiem narodowego porozumienia, ale też odwrotu od relatywizmu, zdecydowanego powrotu do odrzucanych wartości: silne, niezależne państwo, solidarność, rodzina, współczucie dla pokrzywdzonych, wreszcie prawda, ta codzienna i ta historyczna, i ta niezbędna w życiu politycznym, bez której nie ma porozumienia między narodami ? to są kanony, od których nie mogę odstąpić.” mogłyby być moimi słowami.

  2. Majka S. pisze:

    Epitafium dla Janusza Krasińskiego

    Umiałeś zamknąć w słowach wiatr z pobojowiska,
    Który na serce spada żałosny lecz dumny.
    I byłeś jak krzyk ciszy. Jak garść czarnej ziemi
    Rzucanej w smutku wielkim na wieko od trumny.

    Potrafiłeś ożywić zapomniane dusze,
    By ich wielkość rozbłysła tysiącem płomieni.
    I byłeś jak lot ptaka. Jak łza co się toczy
    Po nieruchomych twarzach wykutych z kamieni.
    Zakopane 14.10.2012 r./

    Majka S

  3. francopilot pisze:

    polecam artykuł:”Kto nie chce pamiętać o tym co tu było, będzie musiał jeszcze raz to przeżyć”-napisany przez Panią Bożenę Ratter/na swoim blogu/.Tytuł to zdanie wycięte przez cenzurę w 2007 z filmu p.t.’Janusz Krasicki.Ocenzurowany życiorys’ reż.Joanny Żamojdo.

  4. Majka S. pisze:

    „Na stracenie”, „Twarzą do ściany”, „Niemoc” i „Przed agonią” to najpełniejsze i jedno z najbardziej wstrząsających świadectw naszej najnowszej historii. Miałam ten zaszczyt korespondować z Panem Januszem Krasińskim i do końca swojego życia będę propagować Jego wielkie i ważne dla polskiej tożsamości utwory.

  5. emka pisze:

    Wieczór wspomnień o Januszu Krasińskim (video)
    https://www.youtube.com/watch?v=iuBqbRCxkAk#t=291

  6. emka pisze:

    Odsłonięcie tablicy poświęconej Pamięci Janusza Krasińskiego

    W dniu 14 marca 2015 roku o godzinie 17 w Warszawie przy ulicy Niemcewicza 7/9, czyli w miejscu , gdzie w latach 1963-2012 żył i tworzył Pisarz, zostanie odsłonięta Tablica Jego pamięci.
    http://solidarni2010.pl/30366-odsloniecie-tablicy-poswieconej-pamieci-janusza-krasinskiego.html

  7. emka pisze:

    Relacja z odsłonięcia tablicy upamiętniającej wielkiego i niezłomnego Pisarza na ścianie kamienicy przy ulicy Niemcewicza 7/9 na warszawskiej Ochocie 14 marca 2015 roku. PIĘKNIE BYŁO ŻYĆ DLA PISANIA PRAWDY
    http://solidarni2010.pl/30420-pamieci-janusza-krasinskiego.html

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.