Ostatni żyjący kapelan Powstańców

Ojciec Medard (Stanisław Parysz) to ostatni żyjący kapelan Powstania Warszawskiego. Urodził się w 1913, w 1929 wstąpił do zakonu oo. kapucynów. W lipcu 1944 znalazł się w Warszawie. Jako Kapelan Armii Krajowej niósł pomoc żołnierzom i ludności cywilnej. Odznaczony Krzyżem AK, Krzyżem Walecznych, Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Umieramy na gruźlicę, na zawały, na nowotwory, a czemu nie za ojczyznę? – z ojcem Medardem rozmawia Małgorzata Brama z Muzeum Powstania Warszawskiego

Jestem kapucynem, z tego zakonu co Ojciec Pio. Miałem piętnaście lat, jak poszedłem do Małego Seminarium Duchownego w Stalowej Woli, wtedy było tylko miasto Rozwadów. Byłem tam cztery lata, potem byłem w nowicjacie w Sędziszowie Małopolskim koło Rzeszowa przez jeden rok, tam była formacja zakonna. Potem był Kraków, dalsze gimnazjum, matura, filozofia, teologia i święcenia kapłańskie 1 maja w roku 1939. Moja pierwsza placówka duszpasterska była właśnie w Krakowie. Byłem w Krakowie, kiedy Niemcy wkroczyli do Polski. Ojcowie kapucyni z Warszawy poprosili naszego ojca prowincjała o pomoc w obsługiwaniu kościołów w Lublinie i w Warszawie. Z naszej prowincji przyjeżdżał kapłan do Lublina i do Warszawy na dwa miesiące, a potem zmiana. Mnie wysłano właśnie do Warszawy. Przyjechałem 16 lipca 1944 roku, a 1 sierpnia wybuchło Powstanie.

Jak ojciec zapamiętał okres, jak wkroczyli Niemcy do Krakowa? Jak oni się zachowywali w stosunku do ludności cywilnej, zakonników, księży?

Bardzo grzecznie, poszli do ówczesnego ordynariusza biskupa Krakowa, był nim książę Sapieha. Z grzeczności zapytali: „Co wy robicie, że tyle ludzi macie w kościołach w niedzielę na nabożeństwach?”. Biskup Sapieha, krakowski książę odpowiedział: „Dzwonimy”. Niemców zobaczyłem pierwszy raz w Krakowie koło kościoła Mariackiego, koło pomnika Mickiewicza – przyjechał jakiś oddział na motorach w hełmach. Groźnie to wyglądało. Nasłuchiwaliśmy radia zza granicy, co się dzieje na świecie.

Radio było zabronione przez Niemców.

Myśmy się tym nie chwalili.

16 lipca 1944 roku ojciec przyjechał do Warszawy.

Tak. Pierwszy raz byłem w Warszawie. Piękne wrażenie – stolica Polski, Warszawa. Jak wybuchło Powstanie, miałem swoją celę na drugim piętrze i raczej nie schodziłem do schronu, ale jak z okna zobaczyłem rozprutą od góry na dół kamienicę przez bombardowanie, już byłem wtedy ostrożniejszy.
Jednego razu podchodzi do mnie kapłan z diecezji włocławskiej, jakiś profesor, będąc w Warszawie, był także w naszym klasztorze i przebywał z nami w schronie. Przyszedł do mnie, do najmłodszego z księży i proponuje, że tam ludzie są sami, są ranni, zabici i czy nie chciałbym pójść do nich. Ja mówię: „Jak najchętniej”. I tak się zaczęło moje duszpasterstwo wśród ludności w czasie Powstania. Warszawy nie znałem, przydzielono mi bezhabitową siostrę zakonną, która poprzedniego dnia w schronie zapowiadała, że przyjdziemy, o tej godzinie będzie msza święta i okazja do spowiedzi, i tak było codziennie.
Chodziłem sobie sam po mieście. Jednego razu idę ulicą Długą, na noszach na chodniku leży ranny powstaniec, czeka na jakiś zabieg w prowizorycznym szpitalu w schronie. Operował tylko jeden lekarz – chirurg. Podchodzę do rannego, przedstawiam się: „Proszę pana, jestem księdzem, może chciałby się pan wyspowiadać?”. Cisza. Milczy, nic nie mówi. Nie słyszał czy może chory i powtarzam to samo. On krzyknął: „Brodaczu, powiedz, niech mnie stąd wezmą, bo mnie tu szlag trafi!”. W tym momencie nadleciał pocisk i dostałem odłamkiem w lewe ramię, a jemu nic się nie stało. Pielęgniarki obandażowały mi ramię, ale habit był przedziurawiony i biały bandaż widoczny. Wracam trochę jak bohater do klasztoru, spotyka mnie dziekan kapelanów, nazywał się chyba Warszawski, mówi do mnie: „Ooo, dopiero przyszedł, a już odznaczony”. Przychodzę do klasztoru, a tam pokazują mi w palenisku na parterze w kuchni dwustupięćdziesięciokilogramowa bomba niewypału, gdyby to wybuchło, chyba wszyscy w piwnicy by zginęli.
Jest niedziela, godzina trzynasta, odprawiam już trzecią mszę świętą, jest już po komunii świętej. Myśmy nie byli w schronie, tylko na parterze, wtem wpadają trzy pociski. Są ranni i zabici, podchodzi do mnie pani i mówi: „Proszę księdza, mój mąż przed chwilą był u komunii świętej – już nie żyje”. Pamiętam dobrze, na podwórku [odbył się] pogrzeb zabitego powstańca. Pomodliliśmy się, odprawiłem egzekwie pogrzebowe, a potem salut armatni, karabinowy. Tak blisko mnie nikt jeszcze nie strzelał.

W zwykły dzień była jedna msza, a w niedzielę było ich więcej?

Jedna każdego dnia była w zależności od tego, jak się umawialiśmy. Nastrój był różny. Z początku raczej możliwie, ale przy końcu Powstania ludzie byli zmęczeni. Zaczęło się narzekanie, przeklinanie tych, którzy to Powstanie organizowali. I wtedy przychodzili do schronów oficerowie, żeby się nie załamywać, wytrwać. Wszyscy jesteśmy przejęci Powstaniem. Czasem idziemy sobie, dźwięki fortepianu i śpiew młodzieży: „Wina, wina dajcie, a jak umrę, pochowajcie”. […]
Był już 2 lub 3 września, stoi kilku mężczyzn, podchodzę i mówię: „Panowie, na pewno zwyciężymy, ale jest wojna, nie wiadomo, co będzie, żałujcie za grzechy, to wam dam rozgrzeszenie”. Pomodliliśmy się, podchodzi do mnie jeden i mówi: „Proszę księdza, my mamy żony, mamy dzieci, my chcemy żyć!”. Ja mówię: „Ja też chcę żyć, ale musimy być na wszystko gotowi”.
Żeby ci, którzy mieszkali w naszych schronach i mogli w miarę spokojnie odpoczywać, mieliśmy warty. Jednej nocy mam wartę i spaceruję koło kościoła, koło klasztoru słyszę warkot samolotów, to polscy lotnicy z Anglii zrzucali broń powstańcom. Widzę też świetlne pociski z dołu, a potem nadlatuje samolot cały w płomieniach i ja wtenczas z dołu krzyczę: „Jeśli żyjecie, to was rozgrzeszam w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego!”. Po chwili samolot runął na Miodowej, tylko było słychać pojedyncze wystrzały, była jakaś amunicja na pokładzie samolotu.

Podczas Powstania ojcowie spali gdzie indziej, a ludność cywilna gdzie indziej…

Ludność cywilna spała pod kościołem, a zakonnicy pod klasztorem.

Skąd się tam wzięła ludność cywilna?

Z najbliższego otoczenia. Widocznie woleli być gdzieś tam pod kościołem niż we własnym mieszkaniu, ale i tak ludność przypadkowa była w tym miejscu, kiedy Powstanie wybuchło. Długo jeszcze potem miałem znajomość, przyjaźń z jedną panią. Była matka z córką, Marysia miała dziewięć lat. Ona mi potem mówiła, że podzieliłem się obiadem z jej córką, ja tego nie pamiętam, ale ona tak mówi. Odwiedzałem ją kiedyś w Warszawie. Matka umarła, a Marysia jeszcze żyje.

Jak było z wyżywieniem, z wodą?

Myśmy wiedzieli, że Powstanie wybuchnie, bo przed Powstaniem młodzież gromadnie chodziła do nas do spowiedzi i mówili, że będzie Powstanie. Poza tym nasi ojcowie mieli kontakt z powstańcami, nasz przełożony, gwardian to chyba był ojciec Benigny czy Bonawentura, zaopatrzył spiżarnię w żywność. Żywności mieliśmy pod dostatkiem, starczyło dla nas i dla ludzi cywilnych.

Tuż przed wybuchem Powstania więcej młodzieży szło do spowiedzi?

Tak. W czasie Powstania przychodzi do mnie dziewczyna, może siedemnaście lat, i mówi: „Proszę księdza, ja chcę umrzeć za ojczyznę, ale tak się strasznie boję”. Przecież to są ludzie…

W czasie Powstania było bardzo duże życie religijne, bo ludzie jednak przystępowali do komunii świętej, uczestniczyli w mszach świętych.

Tak, kto mógł, to przychodził.

Czy było wyznaczone miejsce do spowiedzi, bo były bombardowania?

Jak to wydzielone? Siedzę na krześle, przychodzą i spowiadają się, to nie musi być konfesjonał.

To były indywidualne spowiedzi, nie było spowiedzi zbiorowej?

Indywidualne i zbiorowe. Wtenczas także spowiedź była ważna i dobra: „Żałujcie za grzechy!” – kapłan pomaga i potem rozgrzesza, mówiąc: „Kiedyś w kościele wyspowiadajcie się z tego samego jeszcze raz”. Spowiedź była wystarczająca, żeby być w łasce uświęcającej.

To była taka ogólna spowiedź, nie było tak, że każdy mówił głośno swoje grzechy?

Nie, nie. Każdy wzbudzał w sobie żal za grzechy, bo to jest warunek, żeby spowiedź była dobra, ważna.

Robi się taką spowiedź ogólną tylko w stanach wojny, zagrożenia?

Jak jest niebezpieczeństwo, jest potrzeba, żeby taka spowiedź ogólna była. Wiemy jeszcze z katechizmu, że w razie niebezpieczeństwa, zresztą nie tylko wtedy – „Wzbudzam w sobie żal za grzechy doskonały”. Co to znaczy doskonały? Nie ze strachu, nie z bojaźni, że umrę, że pójdę do piekła. Żal za grzechy z bojaźni wystarczy przy spowiedzi, ale poza spowiedzią, żeby żal za grzechy nam odpuścił grzechy, to potrzeba w sobie wzbudzić żal doskonały z miłości ku Panu Bogu. „Boże, tak dobry jesteś, tak zawsze byłeś dobry dla mnie, umarłeś Jezu na krzyżu za mnie, a ja Cię obraziłem. Przebacz mi moje grzechy”. To jest żal doskonały z pobudek nadprzyrodzonych z miłości ku Panu Bogu. […] Żal w sobie człowiek wzbudza, ale do spowiedzi też musi pójść.

Jak wyglądała komunia?

Przychodziłem z komunikantami z winem i tak jak w kościele odprawiałem msze, był jakiś stolik nakryty obrusem… Przychodzimy z siostrą w umówione miejsce, patrzymy jakiś dziwny ruch. Już byli Niemcy. Widzimy żołnierzy niemieckich w hełmach, wyprowadzają wszystkich ludzi ze schronów, ustawiają w szeregach po sześciu. Idziemy w stronę dworca kolejowego, żeby pojechać do Pruszkowa. Idę też w tym szeregu vae victis (biada zwyciężonym) – tak sobie mówię. Wtem za ramię wyciąga mnie z szeregu i prowadzi w ruiny „własowiec”, „ukrainiec” w mundurze niemieckim. Słyszę, ktoś mówi: „Zabije go pewno”. Ale on mnie pyta: Cziasy majesz? Oddałem zegarek, portfel. „I co jeszcze masz?”. Na piersi w korporale, w białym płótnie miałem komunikanty, które miałem konsekrować, żeby ludziom dać komunie świętą. Otwieram, wyjmuję, pokazuję – machnął ręką i widocznie wiedział o co chodzi i kazał mnie wrócić do szeregu.

Jakby przyszła do ojca jakaś młoda dziewczyna z młodym chłopakiem i chcieliby się pobrać, to ojciec by im udzielił ślubu?

Przypuszczam, że w takich momentach tak, bo przecież to jest sakrament. Oni sobie przyrzekają, ja tylko później pytam: ‚Czy jesteście krewni, czy chcą się pobrać dobrowolnie, dlaczego teraz chcecie ślub zawrzeć, poczekajcie [pobierzcie się] po Powstaniu”.

To znaczy, że ojciec by zaufał tym osobom?

To są chrześcijanie, wiedzą czego i dlaczego chcą.

Czy widział ojciec Niemców rannych wziętych do niewoli w czasie Powstania na Starym Mieście?

Raczej nie miałem takiej okazji może to się odbywało gdzie indziej… Zajechaliśmy do Pruszkowa, przebywaliśmy chyba z tydzień w halach fabrycznych. Jednego dnia wszyscy księża stoją w gromadce, ktoś mówi, że jest Czerwony Krzyż i że chcą przyjść też tutaj do księży. Przychodzi dwóch czy trzech cywilów, ci panowie ze Szwajcarii. Jest wysoki, młody generał – Niemiec i jeszcze inny wojskowy, chwila rozmowy Sie sind frei – „Jesteście wolni, załatwcie sobie formalności”. Poszliśmy tego samego dnia do Lasek, gdzie są siostry, które prowadzą zakład dla dzieci niewidomych. Przespaliśmy się, obmyliśmy i zajechaliśmy wąskotorówką do Nowego Miasta, w którym byłem półtora miesiąca. Potem przyjechałem do klasztoru w Krakowie. Witają mnie i mówią, że już mi zrobili pogrzeb, bo była wiadomość, żem zginął w Powstaniu.
W Pruszkowie Niemcy wypuszczali na wolność starszych niż pięćdziesiąt lat, a młodych wywozili do Niemiec. Opowiadano mi, że jakaś dziewczyna – ładna warszawianka – i Niemiec, który decydował, kogo gdzie posłać, zostawił tę dziewczynę dla siebie. Ona zorientowała się, o co chodzi, zaczęła krzyczeć w niebogłosy: „Jezu ufam Tobie!” – i podobno ją puścił na wolność.

Jak było bombardowanie Warszawy, czy ojciec się bał? Podobno „szafy” wywoływały ogromny strach?

Jeszcze można było zdążyć uciec do jakiejś bramy. W naszym schronie pod klasztorem był kleryk, młody zakonnik nie salezjanin tylko jakiś inny, on się bał i nie wychodził na podwórko, bo myśmy czasem wychodzili na podwórko na świeże powietrze, a on się bał. Raz wyszedł i akurat jego trafiła kula i zmarł.

Ilu jeszcze braci oprócz ojca chodziło odprawiać msze święte?

Na miasto chodziłem sam. To byli starsi księża, wspomniałem o ojcu Alfonsie, on chodził po sąsiednich kamienicach i duszpasterzował. Przyszedł do nas jeden z oficerów, wiedział o nim, pochwalił go, podziękował. 

Czy ojciec wiedział, że powstańcy wycofują się kanałami?

Tośmy wiedzieli, że będzie koniec Powstania na Starówce. Nie miałem ochoty uciekać. Mieliśmy jednego księdza, diecezjalny ksiądz zaangażowany w Powstanie. Była obawa, że jak przyjdą Niemcy, to mogą go wykończyć. Chodziłem do zarządu Powstania, żeby przeprowadzili księdza, ale niegrzecznie odpowiedzieli: „Mamy ważniejsze sprawy niż ten ksiądz”.

Co się stało z tym księdzem?

Nie wiem. Nas zabrali do Pruszkowa, a z księdzem nie wiem, co się stało.

Jak ci Niemcy was wyrzucali, to byli jacyś agresywni?

Nie, spokojnie. Przy kościele Świętego Stanisława zatrzymaliśmy się i była dokładna rewizja każdego, czy ktoś nie ma jakiejś broni. Przychodzą do mnie i jeden z żołnierzy wyjmuje nożyczki: Abschneiden – chciał mi brodę obciąć, ale jego dowódca powiedział: Lassen (zostaw go) i tak ocaliłem brodę.

Powstańcy i warszawiacy uważają, że Powstanie było potrzebne.

Czasem ktoś krytykuje Powstanie Warszawskie – czy to było potrzebne? Mam jedną odpowiedź: umieramy na gruźlicę, na zawały, na nowotwory, a czemu nie za ojczyznę? „””Jest tu naprzeciwko szkoła  gimnazjum. Poproszono mnie, żebym poświęcił sztandar w kościele z okazji, że szkoła otrzyma imię generała Władysława Andersa. Przygotowałem się i przed poświeceniem sztandaru powiedziałem: „Jak daleko [sięgnąć] w przeszłość naszej historii, zawsze krew się lała. Pan Bóg dopuszczał na nasz kraj wojny pewno dlatego, abyśmy się do Boga uciekali, do Boga garnęli i prosili o ratunek, żebyśmy od wiary nie odstępowali. I może dlatego dzisiaj Polska jest jednym z najbardziej katolickich krajów na świecie. Zwyciężaliśmy Niemców pod Grunwaldem, a Rosjan nad Wisłą w 1920 roku. Dopiero gdy Hitler ze Stalinem podali sobie ręce i napadli naraz na nasz kraj, wtenczas Polska znikła z mapy Europy. Ale były znowu takie postacie jak Anders, jak te tysiące polskich żołnierzy, którzy wolną ręką ginęli na polach i wszystkich frontach i znowu mamy Polskę wolną, niepodległą, kochaną ojczyznę. Mówię do młodzieży: Kształcicie własne umysły fizyką, matematyką, ale uczcie się także historii, żebyście znali historię swego narodu, abyście byli dumni z tego, że jesteście Polakami!. 

Archiwum Historii Mówionej, Muzeum Powstania Warszawskiego, 10.10.2008

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, II wojna światowa, Wywiady i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Ostatni żyjący kapelan Powstańców

  1. emka pisze:

    W wieku 100 lat zmarł o. Medard Parysz – ostatni kapelan Powstania Warszawskiego.
    W szpitalu w Nowej Soli, po długiej chorobie, zmarł wczoraj o. Medard Parysz. Podczas Powstania Warszawskiego pełnił posługę kapelana na Starym Mieście.
    Ojciec Medard mieszkał w klasztorze Ojców Kapucynów w Nowej Soli. W mieście tym znajduje się od kilku lat rondo jego imienia, o co zabiegali mieszkańcy.
    Do zakonu Stanisław Parysz wstąpił w wieku 15 lat, przyjmując imię Medard. Wyświęcony został na kapłana 1 maja 1939 roku. Do Warszawy przyjechał 16 lipca 1944 roku. Podczas Powstania Warszawskiego niestrudzenie i z narażeniem życia udzielał sakramentów, odprawiał Msze Święte, prowadził też inne nabożeństwa. Błogosławił podwórkowe kapliczki. Pocieszał i wspierał ludność cywilną.
    Często widziano, jak o. Medard obchodził okoliczne schrony i piwnice, gdzie warszawiacy ukrywali się podczas bombardowań. Zakonnik został ranny w rękę, mimo to na Starówce wytrwał aż do wkroczenia tam niemieckich żołnierzy.
    „Nie wiem, czy gdzieś powiem jeszcze takie słowa: Nie liczą się trupy, nie liczy się spalona stolica, liczy się duch Narodu, niepodległy, polski. Trupy zawsze będą, bo będziemy umierać, kamienie też się mogą rozsypać, ale duch naszego Narodu… Niech sobie inni będą potęgą gospodarczą, niech inni się zbroją aż po zęby. My jesteśmy silni i bogaci naszą wiarą w Chrystusa Zmartwychwstałego i naszą nadzieją Zmartwychwstania” – mówił cztery lata temu kapelan Powstania Warszawskiego w uroczystość Przemienienia Pańskiego w kościele Ojców Kapucynów na ul. Miodowej w Warszawie. Koncelebrował wtedy Mszę Świętą w intencji Ojczyzny. Jego przyjaciele zwykli mawiać, że po Bogu to właśnie Ojczyzna była dla niego świętością.
    Prezydent Lech Kaczyński w 2009 r. odznaczył o. Medarda Parysza Krzyżem Polonia Restituta.
    http://www.naszdziennik.pl/wp/36353,ostatni-kapelan-nie-zyje.html

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.