Zbigniew Herbert. Obywatel Poeta

W 2004 roku, w przeddzień 80. rocznicy urodzin wielkiego poety ukazała się książka Bogdana Urbankowskiego „Poeta, czyli człowiek zwielokrotniony. Szkice o Zbigniewie Herbercie”.

Fragmenty ostatniego rozdziału

Post scriptum: pośmiertne niszczenie wizerunku poety. Poeta, czyli człowiek zwielokrotniony, s. 699-718:

Kończąc tę książkę, odnotować wypada – niestety – iż głosów przeciwko Herbertowi, to znaczy przeciwko moralnemu przesłaniu jego twórczości, odezwało się nieproporcjonalnie wiele. Nikt nie lubi posłów przynoszących złe wieści ani mentorów wytykających ułomności. Herbert był jednym i drugim. Przynosił Polakom złe wieści na temat ich kultury i ich stosunku do kultury, wypominał tchórzostwo, obłudę, brak godności. Już w ostatnich latach swego życia spotkał się z atakami pełnymi nienawiści, z pomówieniami, z próbami ośmieszenia. Od powrotu do kraju Herbert był poetą uwielbianym przez czytelników, ale zaszczuwanym, poniżanym i ośmieszanym przez samozwańczą elitę. Ta fala nienawiści to przede wszystkim odwet „warszawki” za Hańbę domową, którą utożsamiano
głównie z jego nazwiskiem. (…)
Herbert, upominający się o Armię Krajową, krytykujący postawę takich „Autorytetów” jak Miłosz czy Andrzejewski, musiał być odsunięty, przemilczany, a jeśli nie chciał milczeć – ośmieszony, przedstawiony jako maniak, szaleniec. Nienawiść dawnych stalinowców i głupota okcydentalistów – te dwie fale zatapiały także Herberta.
Śmierć poety nie powstrzymała fali nienawiści do niego. Odnotować musimy te wypowiedzi, które miały najgłośniejsze echa, czy to ze względu na formę, w jakiej zostały napisane, czy to ze względu na rangę społeczną atakujących.
Jako pierwszy, i to podwójnie, dołożył trupowi Herberta Tomasz Jastrun – syn poety kolaborującego z władzą sowiecką już od czasów Lwowa. Odegrał się na Herbercie – rzecz w naszej kulturze kuriozalna – w wypowiedzi zamieszczonej nazajutrz po śmierci poety w „Życiu” (29 VII 1998). Po efektownym wstępie, iż po „weselu”, jakim był Nobel Szymborskiej, przeżywamy „stypę” po śmierci Herberta i grzecznościowym stwierdzonku: Był poetą moralistą, nie sprzedał duszy diabłu w czasach stalinowskich, Jastrun walną lewym sierpowym:
Jest wiadome, że Herbert był chory i była to forma choroby psychicznej. O tym się w Polsce nie mówi, a miało to wpływ na jego ostatnie wypowiedzi. Niewiele ostatnio napisał, miał kilka wypowiedzi kontrowersyjnych, np.atak na Miłosza, który go wypromował.
(…) Wypowiedź ta wywołała szok i obrzydzenie nawet w kręgach inteligencji warszawskiej, ale Jastrun był tak zaślepiony, że zaatakował powtórnie. Do kolejnego ataku wykorzystał rozszerzoną formułę nekrologu, który zatytułował Pan Herbert i zamieścił w postkomunistycznej Polityce (nr 32/1998). Tekst był rzadką mieszaniną obłudy, źle skrywanej nienawiści i złego smaku. Autor „nekrologu” tak sprytnie pomieszał rytualne banały z pseudonaukowymi sensacyjkami, że jego czytelnik mógł i powinien zapamiętać jedno: Herbert był chory psychicznie! A dzielny „młody” Jastrun ma odwagę powiedzieć to publicznie!
Po rytualnym poklepaniu Herberta, że wielkim artystą był, Jastrun znów walnął:
W Polsce osoby publiczne nie cierpią na psychiczne schorzenia. Czy nie czas zerwać z tą tradycją? Herbert był chory na cyklofrenię (depresja z fazami obniżenia nastroju i pobudzenia). To zapewne w tej ostatniej fazie szokująco,brutalnie zaatakował wielu, jakoś nisko, niemądrze.
„Młody” (no, powiedzmy, drugiej świeżości – rocznik 1950) Jastrun zapewne dumny był ze swej odwagi i talentu – obu tych cech potrzeba, aby jednym strzałem ugodzić martwego Herberta i jednocześnie dogodzić Michnikowi oraz stadu byłych i mniej byłych komunistów. Powtórny atak Jastruna wywołał wprawdzie znowu parę głosów oburzenia, jednak krytyka tego „nekrologu” nie znalazła dostatecznego odbicia w prasie (…) oprócz Waldemara Łysiaka – żaden z wybitnych pisarzy wolał nie narażać się nowym cenzorom. Można więc przyjąć, że Jastrun napisał swój nekrolog w imieniu i „warszawki”, i „Krakówka”.
„Krakówek” oczywiście też się włączył – obłudnie i świętoszkowato, że niby poeta był wielki, ale tak naprawdę to wariat, do tego niepoprawny politycznie. Taki mniej więcej był wydźwięk artykułu Nie walczysz to umierasz wspomnianego już wybitnego intelektualisty Ala Alvareza, który został opublikowany wTygodniku Powszechnym (nr 16/1999). Oczywiście były w piśmie i wypowiedzi pozytywne – ale w atmosferze nagonki na Nieboszczyka nikt o tych pozytywach nie czytał, wyłapywano wątki bardziej interesujące. Redaktorzy tygodnika wiedzieli, że czytelnik pominie rytualne frazesy chwalące poezję Herberta, że wybaczy różnym Alvarezom błędy wynikające z małej znajomości kultury polskiej, a skupi się z lubością na takich oto ocenach i opisach:
Głowę miał rzymską, ale twarz przypominała złośliwego trolla o zadartym nosie, inteligentnie wydętych ustach i słowiańskich, lekko skośnych oczach (…)
Alkohol i mania tworzyły straszną kombinację, która popchnęła Herberta, odgrywającego wybraną przez siebie rolę jednoosobowej opozycji wobec władzy, ktokolwiek by ją sprawował, na nowe wyżyny prowokacji (…). Udzielał wywiadów, w których atakował nie tylko rodaków – komunistów, środowisko literackie, lecz także tłumaczy
i wydawców na Zachodzie.
Herbert uważał, że biznesmeni, politycy, policja, wszyscy ludzie władzy to dawni aparatczycy przebrani w jagnięcą skórę i myśl ta przyprawiała go o furię. Wracał do tego tematu wielokrotnie, spędzał dnie na pisaniu politycznie prowokujących felietonów, udzielał jak zawsze niepokornych wywiadów. Polscy intelektualiści zareagowali na te wybuchy gniewu zażenowaniem; tłumaczono je przede wszystkim tym, że Herbert dał się zmanipulować gromadzie ntykomunistycznych fundamentalistów, którzy wykorzystują jego sławę do podbudowania swojej wiarygodności.

Rewelacje na tym się nie kończyły. Dwie strony dalej Alvarez pisał:
Pewien Polak, który uwielbiał Herberta i jego twórczość, powiedział: „Dawny Herbert jest wśród nas – młodzieńczy, zabawny, niewinny – ale coraz częściej wypiera go ten wściekły facet. Napad szału trwa pięć minut i nie wiem, co mam robić”.

Ten pewien Polak to pewnie jakiś inny, równie wybitny, Alvarez. Z artykułu wynikało jasno: geniusz może być albo lewicowy, albo wariat. „Warszawka” mogła powiedzieć, że nawet Kraków, „Krakówek” – że nawet Zagranica uważa Herberta za szaleńca.

Zresztą nad Zagranicą także trochę popracowano. Jeszcze w tym samym roku odbyły się u paryskich O.O. Pallotynów występy duetu: Julii Hartwig, wdowy po Arturze Międzyrzeckim, i Adama Zagajewskiego. Wiersze zaprezentowali najlepsze, jakie mieli, to znaczy na poziomie śpiewających ogórków, za to poglądy – politycznie słuszne. Można je było streścić w jednym zdaniu: Herbert poetą był niezłym, ale zestarzał się, zwariował i stąd ta jego prawicowość.
Ramię w ramię z Jastrunem i Tygodnikiem Powszechnym dzielnie atakowała Nieboszczyka neokomunistyczna Trybuna. Zamieszczone w niej (dez)informacje jak zwykle polegały na mieszaniu prawdy i kłamstwa. W numerze z 3 sierpnia 1998 jakiś Jerzy Wilmański w stylu starszego agitatora (i z taką samą nonszalancją wobec faktów) udowadniał, że Herbert był nieomal pieszczoszkiem PRL-u. Przytoczmy jego najważniejsze twierdzenia i argumenty:
1. Zbigniew Herbert ukończył w Polsce Ludowej trzy fakultety – ekonomii – prawa i filozofii. W czasach stalinowskich właśnie (…)
Od razu dopowiedzmy: ukończył studia prawnicze mimo tych czasów, ekonomię na prywatnej uczelni, a filozofii właśnie z powodów politycznych nie pozwolono mu ukończyć, robiąc aferę z jednego nie zdanego w terminie egzaminu.
Wilmański albo się o tym nie douczył, albo świadomie okłamuje czytelników.
2. W tych czasach redagował w Gdańsku „Przegląd Kupiecki” (…)
Owszem, kilka miesięcy, póki ludowe władze go nie zlikwidowały!
3. Debiutował w tygodniku „Dziś i Jutro” (…)
Jak na Trybunę, informacja bliska prawdy. Poeta debiutował w „Głosie Wybrzeża”, a w „Dziś i Jutro” także pisywał. Ale oba te katolickie pisma miały wówczas opinię opozycyjnych!
4. Wykonywał różne zawody, ale był także kierownikiem literackim państwowego teatru (…)
Same fakty; jeden z najlepszych poetów XX wieku dzięki tolerancji PRL mógł pracować w spółdzielni inwalidów i w „Torfprojekcie”, mógł też dorabiać „handlując posoką” w państwowej stacjo krwiodawstwa; a kierownikiem literackim był na dalekiej prowincji i przez miesiąc.
5. Władze PRL odznaczyły Zbigniewa Herberta Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (…)
Też fakt. Procedura jest taka, że związki i organizacje zgłaszają swych kandydatów, władze państwowe mogą ich czasem skreślić. Herberta zgłosił Oddział Warszawski ZLP; Krzyż Kawalerski OOP był niskim stosunkowo „krzyżem chlebowym” – zwiększał nieco emeryturę; nie władze go zaproponowały, władze tylko łaskawie nie utrąciły nominacji poety.
(…)
Wywiad opublikowany został w „Gazecie Wyborczej” (29IV-1V2000) pod tytułem Tak, taki jestem [udzielony przez G.Herlinga-Grudzińskiego redaktorkom GW Joannie Szczęsnej i Annie Bikont w Neapolu]. Czytelnicy gazety nie tylko zapamiętali z niego, że Herbert jakoś kombinował z „moczarowcami”, ale także, że przyznał to sam Herling, który odmówił poecie prawa do odgrywania roli autorytetu moralnego.
(…)
23 V podczas spotkania w „czytelniku” złożył [G.Herling-Grudziński] oficjalne oświadczenie, w którym oskarżył „Gazetę Wyborczą” o manipulacje:
To nie był zwykły wywiad ale przesłuchanie – powiedział Herling – dziennikarki przedstawiły fragmenty nieznanego mi wcześniej listu Herberta do Czesława Miłosza, z którego mogłoby wynikać, że autor „Pana Cogito” zgodził się na nieformalne kontakty ze Służbą Bezpieczeństwa. (…)
Z wypowiedzi Herlinga wynika dodatkowo, że „panie śledcze” przedstawiły pisarzowi spreparowany i niepełny tekst wspomnianego listu poety do poety. Oświadczenie to wydrukował Herling-Grudziński w „Życiu” 25 maja 2000 roku. (…)
Intryga odwróciła się potem przeciwko dziennikarzom „Gazety Wyborczej” i osobie Michnika; tym, co najbardziej zadziwiało, było milczenie tego dziennika. Czy „Gazeta Wyborcza” wyrwała mu się z rąk jak miotła czarnoksiężnika, czy też autor książki o Dziejach honoru w Polsce, książki znakomicie napisanej, tak łatwo zapominał o własnych ideałach? Właśnie zdradę młodzieńczych ideałów zarzucał mu Zbigniew Herbert w jednym z ostatnich wywiadów:
Jest on klasycznym przykładem komunistycznego DYZMY. Smutna historia wyjątkowo uzdolnionego, pełnego talentu chłopca, który doszedł do lat, kiedy to ludzie natarczywie pytają „co on właściwie zrobił z całą swoją heroiczną młodością? A on stacza się po równi pochyłej.

Jeśli ktoś sądzi, że nie można wydumać bardziej haniebnej intrygi niż ta, której ofiarą stał się stojący nad grobem Herling-Grudziński, to nie docenia siły ludzkiej nienawiści. Wkrótce po tamtej aferze na ring wkroczył kolejny bokser – redaktor Jacek Żakowski, który miał się zająć… panią Herbert.
Przyznajmy to otwarcie: pani Katarzyna Herbert, jak każda żona poety, znosiła jego humory i liczne zdrady. Opiekowała się chorym, potem umierającym. Jej poświęcenie i – użyjmy tego słowa – pokora umożliwiły poecie twórczość. Myślę, że sprawiedliwie ją ocenił Najder, pisząc:
Myślę, że Kasia jest osobą z pogranicza świętości, bo to, że Zbyszek tyle czasu żył mimo ciężkiej choroby i mógł pracować, zawdzięcza jej ogromnemu poświęceniu…

Rok po śmierci poety pani Katarzyna Herbertowa wzięła udział w organizowaniu przez Tygodnik Solidarność rocznicowych obchodów; na jej prośbę redakcja przeprowadziła z nią wywiad, który po tytułem Mój Zbyszek ukazał się w kolejnych numerach kolorowego „TySola” (6 i 7/1999). To także trzeba zapisać po stronie jej zasług: chciała, aby jej Zbyszek wciąż żył w ludzkiej pamięci. Wywiad był ciepły, chwilami wzruszający, dorzucał kilka nieznanych szczegółów do biografii poety. (…) W innym miejscu pani Katarzyna, mając na myśli Michnika, wspominała, że niektóre przyjaźnie nie sprostały oczekiwaniom Herberta, zawiodły go. Taktownie nie rozwijała tego wątku, podobnie lekko potraktowała sprawę sporu z Miłoszem, który jej zdaniem „lubił prowokować”. Zdementowała tylko plotkę o walce poetów na pięści. (…)
Jeszcze – bo w sylwestrowym numerze „Gazety Wyborczej” (2000/2001) ukazał się kolejny wywiad z wdową, zatytułowany Pani Herbert. Przygotowany został przez Jacka Żakowskiego i przypominał poprzedni wywiad tak, jak napój zatruty przypomina napój normalny. Zaskakiwał fakt publikacji w piśmie, z którym poeta nie chciał mieć kontaktów i które tyle zrobiło – chyba najwięcej kraju – by opluć jego pamięć.
(…) Nowość stanowiły rewelacje dotyczące zdrowia poety i jego stosunków z innymi kobietami. Drugi z tych wątków streszcza powiedzenie Herbertowej: Przecież miał inne baby. Sto razy mówił, że mnie kocha, ale miał różne inne związki. One mijały. Słychać w tych słowach żal, ale i satysfakcję z wygranej. Herbertowa dała się wyciągnąć na wspomnienie o Muzie. Zbyt lekceważąco podkreślała, że wiersze miłosne, które poeta do niej pisał to „młodzieńcze próby” i „intymne juwenilia”, a drukowanie ich jest niedopuszczalne. Czując się właścicielką wszystkich wierszy autora Podwójnego oddechu – także tych pisanych wyraźnie dla innych kobiet, również wtedy, gdy jej w świecie poety jeszcze nie było – pani Herbertowa podała Muzę poety do sądu. Zatruła 80-letniej kobiecie dosłownie ostatnie chwile życia. Dla pieniędzy? – wątpliwe; z zemsty? – za co? że dla tamtej pisał pierwsze wiersze miłosne? Na te pytania tylko ona zna odpowiedź.
Jeśli chodzi o rewelacje medyczne, to zeznania wdowy po poecie brzmiały niestety jak powtórzenie chorych ataków Jastruna. Herbertowa przyznaje zmarłemu mężowi i wrażliwość, i patriotyzm, ale czytelnik nie uwierzy ani w te, ani w inne zalety Hererta, gdyż – według połączonych autorytetów wdowy i „Gazety Wyborczej” – poeta był chory psychicznie. Herbertowa nie mówi tego dosłownie, ale to właśnie wynika z umieszczonych w wywiadzie
zdań:
W 1967 roku zaczęło się nieszczęście, które ciągnęło się za Zbyszkiem całe życie. Z początku nie rozumiał, co się właściwie z nim dzieje. Ja też o tej chorobie prawie nic nie wiedziałam. A to była potworna choroba. Tracił wolę życia, zaczynały się lęki. Najpierw próbował je zapić. To coraz mniej pomagało. Leki się nasilały. Stawał się agresywny. Efektem choroby było to, że poeta stał się podatny na manipulacje (oczywiście prawicowe): stał się bezbronny jak dziecko i różni cwaniacy go za nos wodzili. Mówił to, czego nie myślał. Takim „cwaniakiem” – jak wynika z wypowiedzi wdowy – był naczelny „Tygodnika Solidarność” Andrzej Gelberg, a wcześniej oczywiście Jacek Trznadel. Chory Herbert – według słów wdowy – Znalazł się w świecie, do którego przecież nigdy nie należał. Już nad tym nie panował. Chory Herbert zaczął pisywać do „Tygodnika Solidarność”. Jakże chora musiała być żona chodząca tam z jego artykułami, ba, jak cierpiała, odbierając honorarium! (…)

Fakt, iż w życiu każdego człowieka, nie tylko poety pojawiają się wzloty i depresje, jest faktem dość banalnym.(…)
Gdyby uznać, że Herbert był chory – trzeba by uznać, że owocem szaleństwa było nie tylko zerwanie z Michnikiem, ale także ich wcześniejsza przyjaźń, że owocem szaleństwa był cykl wierszy o Panu Cogito, a przede wszystkim ostatnie – należące do najpiękniejszych w literaturze – eseje. Kto wie, czy wynikiem wykluwającej się już choroby nie było to, że poeta nie poszedł na współpracę ze stalinowcami, że nie pisywał wierszy ku czci UB, nie szpiclował kolegów. Twórcy zdrowi, jak Szczypiorski czy Rech-Ranicki, nie byli tak chorobliwie uparci.(…)
W wywiadzie pani Herbert nie zabrakło wymownych pominięć i subtelnego przestawiania akcentów. Nie pojawił się już na przykład wątek AK-owski – ta subtelność nie dziwi, jeśli wziąć pod uwagę, że „Gazeta Wyborcza” od lat niszczy wizerunek Armii Krajowej (…).
Po wspomnieniu o uroku poety (którego pani Kasia wzięła za początkującego muzyka, bo wyglądał na 18-20 lat, a miał 33), po westchnieniu na temat jego opiekuńczości (zawiózł ją do lekarza, gdy dostała zastrzału w palcu), pojawiły się zdania, które dziwią: Piękny nie był (…) W listach narzekał, że ma za grube nogi, że jest zanadto krępy… Jakby złośliwości było mało, po chwili rozmowy wdowa dołożyła:
trochę mnie śmieszył (…) przede wszystkim figurą. Był średniego wzrostu, a miał zabawnie wygięty kręgosłup, który tworzył dziwne wypukłości z tyłu i z przodu. Miał tylko 33 lata, ale już nosił dość wyraźny brzuszek. A do tego miał bardzo odstające uszy.

Mimo tego że śmieszył, pani Kasia goniła go po Europie, a „dziwne wypukłości” nie przeszkadzały jakoś w wieloletnim pożyciu…
(…)
I wreszcie rzecz najważniejsza: jakie to wszystko małe! Ani zdania o twórczości poety, o jego planach spełnionych i niespełnionych, o rozmowach, podczas których mówił o rzeczach naprawdę ważnych? Czyżby nie mówił, bo nie uważał swej żony za partnerkę? A może jednak mówił, tylko ona nie zrozumiała? Trudno wytłumaczyć ten kuriozalny wywiad. Czy winić tutaj wiek pani Herbert, damy po siedemdziesiątce, czy spryt dziennikarza, który – wykorzystując swą wielokrotną przewagę intelektualną – potrafił z wypełnionej wdziękiem głowy pani Herbert wydobyć takie informacje, jakie mu były potrzebne.
Zarówno intryga, do której „Gazeta Wyborcza” wykorzystała zaprzyjaźnionego z poetą Herlinga-Grudzińskiego, jak intryga, w której wykorzystano jego żonę, okazały się niewypałami. Efektem intryg, które obróciły się przeciwko samej „Gazecie Wyborczej” były liczne protesty i polemiki – wśród nich złośliwe i świetnie napisane jak Waldemara Łysiaka Manipulatoriada, czyli profanacja zwłok (Tygodnik Solidarność, nr 4/2001). Artykuł może chwilami okrutny, przywołujący zacny hinduski obyczaj palenia wdów razem z umarłymi mężami, napisany jednak taką polszczyzną i z takim temperamentem – że nie da się go zacytować w kawałkach. Polecam lekturę całości.  

http://blogmedia24.pl/node/47419

DALEJ

strona [8] Bohdan Urbankowski, Poeta i bogini securitas
strona [9] Fragment książki „Herbert nieznany. Rozmowy”

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Antypropaganda, Eseje, Historia, III RP, Lata PRL, Piosenki, Po 1980, Recenzje, Teatr TV, film, Wiersze, Wspomnienia, Wywiady i oznaczony tagami , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Zbigniew Herbert. Obywatel Poeta

  1. Michał Tyrpa pisze:

    Dziękuję za to wspomnienie.

    Przypomnijmy o Rotmistrzu! Trzeba dać świadectwo..

  2. Melusińska pisze:

    Zbigniew Herbert był wybitnym poetą i człowiekiem-drogowskazem. Chciałabym zawsze postępować zgodnie z Przesłaniem jego twórczości. Pamiętajmy!

  3. Jerzy pisze:

    Być poetą i Polakiem to właśnie Zbigniew Herbert i dlatego tek nie lubił Michnika i jego zakłamanego sposobu bycia. Prawda i wizja jej była tym czym żył. Musimy być świadomi tego, że ataki na takich ludzi jak Zbigniew Herbert będą się nasilać. Czerska i klika Tuska nie śpi. „Polskość to nienormalność” twierdzi „płemieł” i daleko mu do patriotyzmu prawd poety Herberta. Trzeba bronić wszystkiego co polskie i wychowywać w patriotyzmie młodych. To co w głowach namącili Miłosz, Szymborska i sławiący ich Michnik jest bardzo trudne do odrobienia, przy wtórnym analfabetyzmie młodzieży polskiej do samodzielnego czytania literatury , a w szczególności patriotycznej poezji.
    Historia się powtarza!!! Komu przeszkadzają moje komentarze? Jaki duplikat? Udowodnij !!!

  4. Amelia007 pisze:

    Fantastyczny, bardzo ważny artykul! dużo interesujących informacji. Wielkie dzięki za przypomnienie urodzin tego Wielkiego Poety!

    ps.
    zaraz obszerny fragment umieszczę u siebie na blogu

  5. emka pisze:

    Urodził się 89 lat temu.

  6. Jan pisze:

    Panie Zbigniewie
    Dziękuję że byłeś że jesteś że będziesz
    Że się nie dałeś spodlić spodlonym
    I że prawdę ubrałeś w prawdziwych słów treść

    Miasto POtwornie upada ale Dzięki Tobie ocaleje wielu
    W nich prawdziwe miasto trwa i będzie trwać
    Oni są i będą miastem
    Choć teraz znów patrzymy w twarz POtwornej zdrady
    To jednak nasze sny nie mogą być upokorzone

    Szacun

  7. emka pisze:

    Spotkanie z okazji 90. urodzin Zbigniewa Herberta

    Herbert był człowiekiem kompletnie wolnym i niezależnym, i nie dał się manipulować przez kogokolwiek. Żył, tak jak uważał. Był wielkim polskim patriotą, strażnikiem pamięci pokolenia Armii Krajowej, ale również strażnikiem pamięci żołnierzy niezłomnych…
    O Zbigniewie Herbercie opowiadali: Andrzej Gelberg, Krzysztof Masłoń, Jerzy Zalewski i Mateusz Matyszkowicz. >RELACJA

  8. emka pisze:

    Wiara Herberta
    Wydany w 2002 r. w Bibliotece „Więzi”, niewielki tomik pochodzącej z lat 1949-1967 korespondencji Zbigniewa Herberta i Jerzego Zawieyskiego pozwala nam poznać nieco lepiej duchowość jednego z najwybitniejszych polskich poetów. Listy Herberta są intymnym zapisem poszukiwań Boga – często po bardzo krętych ścieżkach

    „Jest Pan jedynym człowiekiem, przed którym gotów jestem wyspowiadać się.” – 8 kwietnia 1950 pisze 26-letni Zbigniew Herbert do starszego o 22 lata Jerzego Zawieyskiego. „Pana osoba i Pana twórczość są mi bardzo drogie i konieczne do odnalezienia Boga”.

    Ten list jest przede wszystkim świadectwem młodzieńczych zmagań. „Na początku był niepokój.” – pisze Herbert. „Budziłem się stale z uczuciem zdziwienia zaprawionego strachem „że istnieję”, było to uczucie wewnętrznej czczości. Potem głowa zajęła się niepokojem. Rozpoczęły się moje wariackie studia, uczyłem się ekonomii, polityki, prawa, literatury i z zapałem, bez planu czytałem książki filozoficzne. Dopiero teraz po pięciu latach rozumiem, że był to niepokój religijny, który chciałem uciszyć szelestem kart, naiwnym wodzeniem piórem po białym papierze. Szukałem systemu, podziałów, definicji, formułek oczywistej prawdy i wszystko wydawało mi się mało prawdziwe albo równie prawdziwe. Odkryłem rozkosz (o jakże gorzką!) relatywizmu.”

    Herbert stawia samemu sobie szereg pytań. „Dlaczego lubię samotność? Dlaczego nie ufam bliźnim? Dlaczego mam dla nich tanią uprzejmość? Dlaczego boję się wyznać im uczucia i myśli? Dlaczego wierni w kościele nie są mi braćmi? Dlaczego śpiewamy każdy swemu Bogu? Dlaczego?” […]
    CZYTAJ DALEJ:
    http://www.teologiapolityczna.pl/Blog/przemyslaw-pietak/wiara-herberta

  9. emka pisze:

    Dziś rocznica urodzin Zbigniewa Herberta (urodzony 29.10.1924 we Lwowie – zmarł 28.07.1998 w Warszawie).

  10. emka pisze:

    Herbert. Obrońca polis

    Herbert to nie antykwariusz, który z uwielbieniem rozpoznaje poszczególne odmiany wersji mitów, czy też z namaszczeniem polerujący zwalone kolumny. On nie archiwizuje, on aktualizuje, doszukuje się pogłębionego sensu w pewnej matrycy kultury, która nas ukształtowała. Kto możne nam lepiej opowiedzieć o nas samych, jak nie ci, którzy nas uformowali i zaprosili do współudziału w uczcie?

    Niełatwo jest pisać o poecie. Każde słowo nie przystaje do jego twórczości, nawet dokładnie jej nie odciska, a na dodatek, gdy jest pisane prozą, grawitacja obchodzi się z nim wyjątkowo brutalnie. Bo jak tu skreślić komentarz o znaczeniu strofy, czy też powab frazy? Gdzie kłaść akcenty, gdy absolutna lapidarność oddała już wszystkie znaczenia? A przecież niepodobna pomijać całego kosmosu znaczeń, który rysuje się w tomikach i tomach – zwłaszcza takich postaci jak Herbert – gigant polskiego słowa i sensu. Zamykający całe światy w kilku wersach, wyprowadzający na pola znaczeń wcześniej niedoświadczanych, a nadto ujmujący sedno polskiego losu w pogłębionej perspektywie – taki był zmarły przed dwudziestoma laty autor Pana Cogito. […]

    DALEJ:
    https://www.teologiapolityczna.pl/herbert-obronca-polis-tpct-121-1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.