Waldemar Łysiak o Wałęsie

Od kilkunastu lat admiruję Lecha Wałęsę. Zostać prezydentem dużego kraju tylko po to, by uzyskać możliwość zniszczenia swego konfidenckiego dossier – to jest piękny „numer”, pragmatyzm polityczny klasy cymes – lux. Trudno nie czuć podziwu – kapelusz ze łba! – napisał Waldemar Łysiak w książce „Mitologia świata bez klamek”

 

Fragmenty książki

Znalazłoby się, co prawda, trochę żywych analogii. Piotr Skórzyński (2007):

Vaclav Havel, będąc prezydentem, blokował dekomunizację (…) Dziennikarze czescy odkryli potem, że wszystkie taśmy z jego przesłuchań – podobnie jak wcześniejsze ślady kontaktów z StB, z okresu sprzed zerwania przezeń współpracy – zniknęły.

Się zgadza: w Polsce też zniknęły i taśmy, i papiery wałęsowskie, a blokowanie dekomunizacji było głównym zajęciem prezydenta Wałęsy oprócz niszczenia dokumentów TW „Bolka” i obijania pingpongową piłeczką ścian Belwederu Wachowskiego, chociaż wcześniej przysięgał on rodakom, iż  puści czerwonych w skarpetkach. Puścił ich w szczerozłotych pantalonach, o co jest dzisiaj zaczepiany, ale już tylko przez naiwnych cudzoziemskich żurnalistów.

Ostatnio (2008) pytaniem a propos tych skarpetek ukąsił Wałęsę dziennikarz „Russkowo Rieportera”. Lechu odparł spokojnie to samo, co już bełkotał kilkanaście lat temu, wedle wzoru „chcem, ale nie mogłem”. Zapytany: dlaczego nie zmienił nawet systemu emerytur będącego krzyczącą niesprawiedliwością (kilkutysięczne emerytury dla esbeckich oprawców, kilkusetzłotowe dla ofiar) – klarował niekumatemu Ruskiemu, że gdyby próbował to zrobić, wybuchłaby w Polsce krwawa esbecka kontrrewolucja, dawni esbecy zrobiliby rzeź patriotów, siłą przejęliby ster rządów i przywróciliby bestialski totalitaryzm. Sic! – naprawdę tak rzekł, i tak wydrukowano. Zasadnicza różnica między mitycznym Havlem a mitycznym Wałęsą sprowadza się do IQ. Havel, bliski przyjaciel Michnika, to inteligent, klasyczny wytwór i koryfeusz Salonu, gdy Wałęsa to cham, nieuk, paramenel dysponujący sprytem i móżdżkiem chłopka-roztropka.

W nadwiślańskim życiu publicznym III RP tego typu prostaków, będących jak znalazł odbiciem Dyzmy literackiego, panoszyło się kilku, jednak nawet chłoporobotnik Lepper nie osiągnął równej zgodności z literackim pierwowzorem – Wałęsa to najpiękniejszy (najprawdziwszy) Nikodem Dyzma wtryniony przez Historię Polakom. Lumpowstwo wytykają mu (gdy zdobywają się na szczerość) delegaci wszystkich priwiślińskich politycznych nurtów. Niżej cytuję – chcąc, aby tzw. wachlarz opinii był szeroki – przedstawiciela betonowej komuny, przedstawiciela liberalnej lewicy, przedstawiciela solidarnościowej konserwy i przedstawiciela neoendeckiej prawicy.

Mieczysław Rakowski po kilku pierwszych kontaktach z Wałęsą charakteryzował go krótko per: „cwany żulik”.

Ryszard Bugaj o pierwszym spotkaniu z Wałęsą (2008)

Przeżyłem szok. Zobaczyłem strasznego kabotyna. Przeraził mnie językiem, zarozumialstwem i prostactwem.

Dokładnie taki sam szok przeżywał każdy inteligentny człek, który bezpośrednio zetknął się z Wałęsą.

Andrzej Gwiazda zauważył (2008) ciekawą prawidłowość: Inteligenci, którzy z Wałęsą nie rozmawiali, byli nim zachwyceni, a ci, co rozmawiali, ujrzeli strasznego prymitywa. Gwiazda przypomniał też, że liczni robotnicy tak samo jak inteligenci gardzili głupotą Lecha, i gdy zamawiali w sklepie lub w knajpie piwo Lech, mówili krótko (a zupełnie czytelnie dla ekspedientek i barmanów): Dwa głupole proszę.

I wreszcie obiecany delegat neoendeckiej prawicy, Stanisław Michalkiewicz (2008):

Ten „cretino” najwyraźniej uwierzył w swój nieomylny geniusz i próbuje kontynuować życie po życiu, co zresztą przybrało już postać symptomów medycznych (…)

Telewizja portugalska pokazała Wałęsę, przytaczając jego wypowiedź jak to obalił komunizm: sam jeden z żoną i dziećmi, ponieważ nie miał ludzi. Nie można tego złożyć na błąd w tłumaczeniu, bo Lech Wałęsa mówił po polsku i dopiero Portugałowie przekładali te bełkoty na swój język.

Przekładanie kolokwialnej menelszczyzny „Lecha/Bolka” na normalny język obrosło już sporą liczbą anegdot. Gdy jako prezydent miał podejmować na Wawelu prezydenta Czechosłowacji i premiera Węgier, funkcjonariusze UOP odwiedzili pewną tłumaczkę, świetną znawczynię języka węgierskiego, proponując jej, by w trakcie rozmów towarzyszyła Wałęsie i od ręki tłumaczyła co trzeba. Tłumaczka rzekła, iż chętnie to zrobi, ale tylko wtedy, jeśli będzie im towarzyszył drugi tłumacz, przekładający słowa prezydenta z dialektu wałęsowskiego na polszczyznę. Wydarzenie to ujawnił Wojciech Raj (2008), kontynuując: Panowie z UOP bezskutecznie apelowali do jej patriotyzmu, etc. Jak mi wyjaśniła – tłumacz podejmujący się tłumaczyć Wałęsę (tym bardziej z marszu) ryzykuje dożywotnią utratę wiarygodności, bowiem gdy polityk ten palnie w swej urągającej stylistyce i logice wypowiedzi głupstwo (a zdarza mu się to stałe) – całą winę zrzuca na słuchaczy (że źle go zrozumieli) lub na tłumaczy (że źle go przetłumaczyli). Mylą się wszyscy inni. On nie. Tak to już jest z ludźmi obciążonymi genetycznym defektem nieomylności.

Wśród retorycznych palnięć czy też lapsusów Elektryka z Gdańska pyszny był zwłaszcza bon mot, iż lewica jest jak lewa noga, prawica jak prawa noga, a On, pan prezydent, tkwi między tymi nogami, pośrodku. Tak u niego istotnie było, zresztą od młodości do dzisiaj.       Amerykańskim słowem, które u Polaków zaczyna się na literę ch, określili go głośno dawni sztabowcy i przyjaciele prezydenta Ronalda Reagana, gdy wizytujący USA Lechu perorował publicznie, że komunizm obaliło dwóch tylko ludzi (Wałęsa i Wojtyła), nie wspominając ni słowem o głównym pogromcy komuny, prezydencie RR (bredził tak za życia Wojtyły; dzisiaj już bredzi samolubniej: że sam jeden obalił komunę, „własnymy ręcamy”).

W internecie krąży o Lechu Wałęsie nader celne szyderstwo: Miał być Człowiek z Żelaza, a wyszedł Człowiek – Żenada. Krąży po polsku – tylko dla rodaków. Świat dalej go kocha. Cretino vel kabotyn z Gdańska stanowi dziś największą (właściwie jedyną) międzynarodową legendę polską – jest wszechświatowo znanym gigantem, żywym pomnikiem, wcieleniem Robin Hooda, Wilhelma Tella i Spartakusa razem wziętych (Chodakiewicz, 2008: Zagraniczna legenda Wałęsy jest w zasadzie nie do ruszenia. Obrosła mitem i wykatapultowała elektryka ze stoczni na poziom światowej super gwiazdy).

W ojczyźnie Wałęsa również doczekał się supermitu i długo był bożyszczem milionów rodaków.
Dzięki jego kompromitującej prezydenturze ta arcypopularność mocno zmalała, jednak dalej miał rzesze fanów wśród głupców. Dzięki ujawnieniu jego tajnej współpracy z peerelowską bezpieką – nimb Wałęsy ponownie się skurczył, lecz wciąż nie brakowało mu fidelisów. Kolejni wierni odpadli, gdy w sierpniu 2008, podczas sądowej rozprawy, wsparł generała Jaruzelskiego, plotąc duby smalone o braku jego odpowiedzialności za masakry Grudnia ’70 – historyk Tytus Bazyli:

Dziś pożegnałem się z legendą Lecha Wałęsy, który ostatecznie pozbawił mnie złudzeń i szacunku do siebie. Jego wystąpienie w warszawskim sądzie i rozgrzeszenie generała Jaruzelskiego za Grudzień ’70 definitywnie pogrzebało ostatnie ciepłe uczucia, jakie miałem dla tego człowieka.

Ilu jeszcze zostało nad Wisłą prawdziwych (nie taktycznych, jak faryzeusze salonowi) wielbicieli gdańskiego Dyzmy, szczerze ufających w jego mitologię? Być może – gdy sama proreżimowa konfidenckość, grzech denuncjacji, nie są wystarczającym powodem, by społeczeństwo całkowicie odarło Wałęsę z mitu herosa – trzeba szukać innego zarzutu, który by pogruchotał ten mit. Jeśli nie udało się do tylu ludzi trafić przez serce lub rozum – trzeba szukać innego adresu, na który wrażliwy jest każdy, mądry i głupi, i tam celować. W kieszeń!

Że Wałęsa to megadefraudant, złodziej, który ukradł miliony wzięte od Francuzów dla Związku Solidarność – to krzyknął kilka lat temu pionier Solidarności, Krzysztof Wyszkowski, i został pozwany przez Dyzmę do sądu, gdzie go skazano, bo salonowiec Geremek świadczył na rzecz Wałęsy. Ale ten problem – problem manka w gigantycznej finansowej pomocy Zachodu dla Solidarności – to wciąż otwarta rana, i kiedy odejdą wreszcie sędziowie z peerelowskiej stajni, będą tu zapadać wyroki, które postawią rodakom włosy na głowie.

Piotr Skórzyński (dziennikarz, który 3 czerwca 2008 popełnił samobójstwo, zostawiając list: Nie potrafię godzić się na nikczemność świata) analizował problem nierozliczonych funduszy pomocowych dla „Solidarności”  parę lat temu (2006):

Warto zwrócić uwagę, ze atmosfera „omerty” wokół Bolka zrodziła się m. in. ze sprawy, która do dziś stanowi absolutne tabu: chodzi o pieniądze z zagranicy, jakimi dysponowali działacze podziemia, a które (mimo uporczywych apeli Jerzego Giedroycia) nigdy nie zostały rozliczone.

Dziś wiemy, że 90% z tych sum było kontrolowane przez SB, począwszy od Biura ?Solidarności? w Brukseli, całkowicie spenetrowanego. Gen. Pożoga w rozmowie z Henrykiem Piecuchem poświadczył, że Biuro Brukselskie „Solidarności”, którym kierował Jerzy Milewski, było pod ścisłą kontrolą MSW. Jak dodał, SB nie doliczyła się jedynie 50 tys. dolarów – była to zapewne suma, którą „Franciszek” (kryptonim Milewskiego) urwał dla siebie.

Peter Schweizer pisze w książce „Wojna Reagana”, że CIA przekazała polskiemu podziemiu około 60 milionów dolarów – odbiorcami było wydawnictwo NOWA i „Tygodnik Mazowsze”, a potem Bujak, Lis i Frasyniuk. Odnotujmy, że odbiorcy nigdy nie przedstawili bilansu, a Bujak wręcz wyparł się, by otrzymał jakąś pomoc od CIA (…)

Co robił Milewski na Zachodzie? Sprowadzał komputery, lecz nie takie, jakie są potrzebne do składania gazet do druku, tylko takie, które są potrzebne do sterowania rakietami. I wszystkie te komputery przejmowała bezpieka. W dzisiejszych polskich prokuraturach i sądach nie da się rozliczyć tamtych kont prawidłowo, gdyż odziedziczony po PRL-u wymiar sprawiedliwości III RP zwyczajnie „robi sobie jaja” ze wszystkich i ze wszystkiego (głównie ze sprawiedliwości), ferując wyroki urągające logice, etyce i faktom.

Rękopiśmienne dowody współpracy z SB nie przeszkodziły sędziom uwolnić Mariana Jurczyka (TW „Święty”) od zarzutu „kłamstwa lustracyjnego”. Według tych samych hucpiarskich kryteriów Lech Wałęsa również uzyskał sądowe zaświadczenie swojego dziewictwa (2000), co pozwala jemu i jego wiernej publice krzyczeć wbrew oczywistym faktom, iż ma życiorys kryształowy, niepokalany. Ów krzyk był najgłośniejszy latem 2008 roku. Wcześniej „Bolkowa” awantura była dużo cichsza. Sam kilkakrotnie pisałem o konfidenckiej karcie Wałęsy (przytaczając nawet treść jego donosów), robili to też inni, kręcono filmy dokumentalne o jego zdradzie (reżyser Grzegorz Braun), stawiano ludzi przed sądem dla zamknięcia im ust (casus Krzysztofa Wyszkowskiego) – ale nie urastało to do rangi wojny religijnej.

Dopiero kiedy dwaj historycy z IPN – u, Sławomir Cenckiewicz i Piotr Gontarczyk, opublikowali pracę naukową „SB a Lech Wałęsa” – rozpętało się między Tatrami i Bałtykiem polemiczne piekło. Spór o książkę Cenckiewicza i Gontarczyka był fundamentalnym sporem salonowców z antysalonowcami, gdyż głównym tematem starcia nie była (wbrew pozorom) denuncjatorska przeszłość Wałęsy, tylko prawo do mówienia prawdy nad Wisłą.

Salon bowiem orzekł – nim jeszcze książka się ukazała – że ukazywać się nie powinna, ergo: że nie wolno pisać takich dzieł, ponieważ wartość mitu Wałęsy jest dużo wyższa niż jakakolwiek prawda (parafrazując łacińską sentencję „caritas maior iustitia”, można rzec: mythus maior verum). Jeśli fakty mitowi przeczą – tym gorzej dla faktów (parafrazując wers Szpota: fakty zmyśleniom czasem przeczą, a to jest karygodną rzeczą!). Co było źle odbierane przez ludzi mających wszystkie klepki.

Krytyk Krzysztof Kłopotowski (2008): Michnik stał się zakładnikiem fałszu. Reżyser Andrzej Żuławski (2008): Michnik podpisujący się pod listem, że nie należy tykać świętego Wałęsy, jest kretynem.

Wałęsa także robił co mógł, by uniemożliwić wydanie kompromitującej go książki; przed kamerami strach odbierał mu resztki sprytu: groził, majaczył, bredził,
wyklinał, miotał na IPN pełne epitetów pioruny, rósł mu coraz dłuższy nochal Pierwszego Kłamcy III RP. Zgodnie z tezą rymopisa doby Stanisławowskiej, biskupa Ignacego Krasickiego („Poczciwość prawdy się nie lęka”) – eksponował nerwowo całą swoją ohydną niepoczciwość, przez całe lata bluźnierczo maskowaną wpiętym w klapę znaczkiem Częstochowskiej Madonny.

Notabene: wersy dawnych poetów cisną mi się pod pióro hurtem, gdy tykam problem polskiej domowej wojny o książkę dającą niezbite ślady brudnego curriculum vitae pseudoherosa. Julian Ursyn Niemcewicz dawno temu (utworem „Lew i piesek”) przestrzegał piszących prawdę o Wałęsie:

silnym mówić prawdę niebezpieczno,
Bo u nich prawda ma postać potwarzy.

I Wałęsa, i wspierający go salon – wrzaskiem uznali za potwarz oskarżanie Lecha o jakąkolwiek współpracę z SB, rażąc oskarżycieli piorunami nienawiści. Co jest naturalne. Już XVII-wieczny poeta Jan Gawiński pisał (wiersz „Prawda”):

Prawda rodzi nienawiść, tedy się rzec godzi:
Ta matka świątobliwa niecną córkę rodzi
.

Wtórował Gawińskiemu kolega, Wacław Potocki (też XVII wiek):

za prawdą nienawiść
jako cień za ciałem
.

Dmąc przed wydaniem książki Cenckiewicza i Gontarczyka w surmy katastroficzne, salonowcy demonizowali ujawnianie prawdy o Lechu jako swoiste ojcobójstwo („Nie czyńcie Prawdy groźną i złowrogą” – przestrzegał sto lat temu Wiktor Gomulicki), lansowali wybielającą Lecha kontrprawdę („Nazwali kłamstwo prawdą; z tego całą literaturę zrobili” – pisał Stanisław Przybyszewski w „Tańcu miłości i śmierci”), i częściowo im się udało „fałsz oczywisty podnieść do godności prawdy” (Henryk Rzewuski, XIX stulecie). Częściowo, bo zabełtali głowy wielu łatwowiernych prostaczków, którzy wciąż współczują mitologicznemu Wałęsie jako krzywdzonemu bóstwu. Kazimierz Laskowski (XIX wiek):

A choć może kłamał trocha,
Miał słuchacze zapłakane,
Bo są kłamstwa, co się kocha,
Jak i prawdy niekochane.

Święte słowa. Równie święte co słowa Stefana Żeromskiego, które mówią o miazmatycznej duszy polskiej rozdartej między biegunami uczuć: „My, Polacy, lubimy żyć cieniami prawdy i kłamstw. Jest to nasz system filozoficzny, nasza narodowa mądrość stanu”.

Ów „system filozoficzny” potrafi przyćmić resztki rozumu i zamknąć oczy na wszystko, co bruździ mitofilnym wyobrażeniom. Exemplum: fakt ukradzenia przez prezydenta Wałęsę konfidenckiego dossier TW „Bolka” i zniszczenia najbardziej obciążających papierów. Jeśli nawet ktoś nie chce uznać tego za fakt ewidentny, to nie może negować, iż prezydent Wałęsa kazał sobie dostarczyć własną teczkę esbecką – nie może, bo zachowały się pokwitowania jej odbioru. Klakierom Wałęsy należy rozdawać kserokopie wywiadu dziennikarki Agnieszki Kublik (Gazeta Wyborcza) z Lechem Wałęsą (1996):

– Czy jako prezydent prosił Pan Urząd Ochrony Państwa o teczkę „Bolka”?
– Nic takiego nie było.
– Nie kusiło Pana, by zajrzeć do swojej teczki?
-Pani Agniesiu… już Pani zapytała, ja odpowiedziałem.
– Nie miał Pan nigdy tej teczki w ręku?
– Nie, oczywiście, że nie miałem. Po co te pytania?

Kłamał w żywe oczy (własnoręcznie podpisał kwit odbioru: „Wypożyczyłem 28.09.1993. L. Wałęsa”) – można mu po takim łgarstwie ufać jeszcze choćby ciut? Bez ustanku powtarzał, iż Służba Bezpieczeństwa miała na Wybrzeżu aż 54 agentów o pseudonimie „Bolek”, gdy rzeczywiście miała – co udowodnili Cenckiewicz i Gontarczyk – tylko jednego „Bolka”, zatrudnionego w gdańskiej stoczni (Jerzy Krzętowski machnął fenomenalną karykaturę a propos owej kłamliwej liczby 54).

Jak można ufać krętaczowi tego rodzaju? Ufające mu prostaczki godne są politowania, zaś salonowcy twierdzący do mikrofonów, że mu ufają, godni są wzgardy, kłamią bowiem z pełną tego świadomością, cynicznie par excellence.

Tragikomizm sytuacji polega tu na tym, że ci sami ludzie – ten sam warszawkowo-krakówkowy salon – kilkanaście lat wcześniej (gdy Mazowiecki był konkurentem Wałęsy podczas walki o prezydenturę) deptali gdańskiego Dyzmę bez pardonu. Michnik szalał, wytykając Wałęsie „bolszewickie myślenie”, peronizm oraz antysemityzm, i konkludując, że Wałęsa „z symbolu polskiej demokracji stał się jej karykaturą”.

Jeszcze niedawno, gdy ujawniona została esesmańska przeszłość noblisty Grassa, Michnik wypomniał Wałęsie, że ten również ma brudną kartę w swym życiu. Ale gdy Salon zadecydował o gnojeniu książki Cenckiewicza i Gontarczyka paskudzącej „narodowy kapitał moralny” – Michnik śpiewa melodię inną:

Trudno pojąć intencje instytucji i ludzi, którzy podejmują obecnie kampanię oskarżeń i zniesławień wobec Lecha Wałęsy (…), gwałcą prawdę, naruszają fundamentalne zasady etyczne (…), szkodzą Polsce.

Maleszka lepiej by nie napisał…

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, III RP, Lata PRL, Po 1980 i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Waldemar Łysiak o Wałęsie

  1. Kazimierz Pacyno pisze:

    Mój nieżyjący kolega Leszek Ludwig z Gdyni był jednym z tłumaczy ang.-pol. przy Wałęsie. Opowiedział mi kiedyś jak to było z milionem dolarów od Amerykanów. Otóż była to zaliczka. Amerykańska wytwórnia, o ile pamiętam, Warner Brothers zamierzała nakręcić film z Robertem de Niro w roli Wałęsy. Wałęsa się zgodził i dostał zaliczkę. Przyjechał do Polski Robert de Niro i paru scenarzystów. Napewno wielu z Państwa pamięta wywiad live w TVPI z R.de Niro. Tłumaczył Wojciech Fibak. No i klapa. Scenarzyści po paru rozmowach z Wałęsą uznali, że nie da się o tym człowieku zrobić filmu. Pustka bez punktu zaczepienia. Odjechali i sprawa się zakończyła. Miało to miejsce o ile mnie pamięć nie zawodzi w 1989 roku.

    • demonica pisze:

      ja słyszałam, że to była zaliczka na autobiografię. Ale Pan, ze źródła wie lepiej.
      Jedna wielka kompromitacja!

  2. roka63 pisze:

    Smutne… ale prawdziwe.
    We wrześniu 2010 usiłowałem kupić książkę Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka, ?SB a Lech Wałęsa? – przepraszam , pracę naukową. Dziwnie spoglądali na mnie księgarze, podsuwali autobiografię pana W. Aż w końcu kupiłem – spod lady! Bez kasy fiskalnej w wielkiej konfidencji. Smutne… wolność słowa, całe te frazesy… są gówno warte.
    Wynika z obserwacji Społeczeństwa Polskiego, iż zwykli zapracowani, źle opłacani, martwiący się z dnia na dzień o swój byt prości ludzie są największymi Patriotami i ludźmi o kryształowej przeszłości.

    Ja również „Nie potrafię godzić się na nikczemność świata”, przypłaciłem to swoim zdrowiem, ale żyć muszę, by moje dzieci miały oczy otwarte… i czyste spojrzenie.

    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.