Wspomnienia wojennego emigranta


W okolicy San Francisco mieszka 90-letni weteran II wojny światowej. Skromny społecznik oddany Polsce. Znany miejscowej Polonii jako wieloletni przedstawiciel Skarbu Narodowego, wspomagający emigracyjny Rząd Polski w Londynie i aktywny członek miejscowego Stowarzyszenia Kombatantów.

W ostatniej XVII części wspomnień, Autor dzieli się swoimi końcowymi refleksjami. >strona [9]

 WSPOMNIENIA WOJENNEGO EMIGRANTA

Zdzisław J.Xiężopolski z żoną

Po wielokrotnych prośbach Pan Zdzisław J. Xiężopolski dał się namówić do napisania wspomnień o swoich życiowych przejściach i przygodach. Będzie to historia wojennego emigranta, człowieka na wskroś dobrego jako momento , że w historycznej zawierusze niewiele można kontrolować, ale zawsze można pozostać porządnym człowiekiem. Część pierwsza jest ogólnym zarysem i wprowadzeniem do następnych bardziej szczegółowych wspomnień. Tam gdzie było to możliwe zachowaliśmy orginalny język Autora.


Zdzisław Józef Xiężopolski

Część I

KILKA SŁÓW

Urodziłem się w Łaniętach, gdzie ojciec mój był dyrektorem fabryki cukru. Świadectwo Dojrzałości, czyli maturalne, otrzymałem w Liceum im. T. Kosciuszki w Gostyninie. Według nowego rozporządzenia absolwenci musieli odbyć obóz pracy. W połowie sierpnia 1939r. wezwano mnie do Ossowca przy granicy polsko-pruskiej. Praca polegała na maskowaniu bunkra z działem skierowanym ku granicy, przy użyciu łopaty i kilofa. Tam zastała mnie wojna.

Już od pierwszego września byliśmy ostrzeliwani przez niemieckie samoloty, a kiedy armia niemiecka według zeznania uciekinierów zajęła Ossowiec, obóz został rozwiązany, a jego uczestnicy zwolnieni. Wszyscy w liczbie około 200 chłopców, postanowiliśmy udać się do najbliższego garnizonu w Lidzie aby wstąpić do wojska. Ku naszemu zdziwieniu zastaliśmy koszary puste. Zjawił się jednak jeden oficer i kilku podoficerów, cudem chyba powiadomieni o naszym zamiarze. Oni to objęli komendę oznajmiając, że tworzą szkołę podchorążych. Wydano mundury z magazynów, uzbrojono w stare karabiny, znalazł się prowiant i kucharz. Zaczęły się ćwiczenia rekruckie, przeważnie w pobliskim lesie. Wobec nalotów na miasto złożyliśmy przysięgę i stworzyliśmy regularny oddział wydzielony. 17-go września nocą nie znając jeszcze powodu, opusciliśmy koszary z bronią w ręku i kieszeniami, bo nie było gdzie ładować, pełnemi amunicji i trzema sucharami na każdego, w nieznane. Dowódca kompanii, porucznik rezerwy wiedział pewnie, ale nic nie powiedział aż do następnego dnia. Wtedy rozeszła się wieść.

Wojska sowieckie wkroczyły do Polski.

Dotarliśmy dniem i nocą do Grodna. Tam wzięliśmy udział w obronie miasta. Zmuszeni przeważającą siłą maszerowaliśmy dalej aż osaczeni zostalimy mając przed sobą granicę litewską. Krótko mówiąc przeszedłem granicę i zostałem internowany. Tam spędziłem zimę z tysiącami innych aż do inwazji sowieckiej.

Sowieci wywieźli nas na swoje ziemie, najpierw do obozu przejściowego gdzie starali się nas przekonać o dobrodziejstwach komunizmu, a gdy to się nie udało, na półwysep Kola. Tam niwelowaliśmy teren, widocznie na lotnisko. Należałem do grupy tragarzy, którzy donosili żywność pracującym na kilka kilometrów w głębi. Warunki były tam nieznośne i niejeden, co starszy lub słabszy, postradał tam życie.

Pewnego dnia kazali zabrać mienie, niewiele tego było, przyprowadzili pozostałych z lotniska i załadowali na towarowy statek ?Uzbekistan?. Rozeszła się wieść o wojnie rosyjsko-niemieckiej. Rano statek przybył do Archangielska, gdzie przesiedlono nas do pociągu – i o cudo: pasażerskich wagonów. W drodze rozdano wspaniałe, tłuste śledzie,  jeden na dwie osoby. Ale, ani kropli wody po śledziu solonym. Nie pamiętam już jak długo jechaliśmy. Na przystankach uśmiechnięci i nieuzbrojeni politrucy częstowali nas tytoniem i bumażką. „My jesteśmy przyjaciółmi” mawiali.

Polskie Wojsko

I tak dojechaliśmy do pewnej stacji. Nazwy już nie pamiętam. Stamtąd lasami, z kilkoma tylko bezbrojnemi przedownikami dotarliśmy do przyzwoicie zbudowanego obozu czekając co dalej, słuchając przemówień o naszej przyjażni. Jedzenie było nudne- zupa z suszonej ryby , ale wystarczające.

Odbyły się dwa przeglądy lekarskie. Na jednym niezwykle powabna (a kobiety już 3 lata nie widzielismy) doktor, z czarującym uśmiechem pyta: „a woszy imiejesz”- a kto by takiemu zjawisku prawdę powiedział: „niet, nie imieju” każdy odpowiadał. Wsród braci żołnierskiej, mimo wszystko porcja chleba pozostała monetą obiegową.

Minęło kilka (a może tylko 2) tygodnie. Wreszcie załadowano nas na krypy na sąsiedniej rzece. Jak długo holownik ją ciągnął , nie wiem – aż do Tatiszczewa pod Saratowem przy Wołdze. Tam był punkt zborny dla zwolnionych z więzień, kołchozów, jeńców wojennych i w ogóle wszystkich zdolnych do służby wojskowej. Drugim takim punktem był Buzułuk W tych dwóch miejscach formowało się wojsko polskie. Zimę spędziliśmy w namiotach. Powstała szkoła podchrążych, do której ja, jak również towarzysze trzymający sie cudem razem, zostałem powołany.

Wiosną cały obóz został przeniesiony do Dżałałabad w Uzbekistańskiej dolinie Ferga. Mieliśmy wówczas już mundury angielskie. Po ukończeniu Szkoły Podchorążych przydzielono mnie do pułku. Odezwał się ból w nodze odmrożonej w Tatiszczewie, dostałem „nieżytu przewlekłego jelita cienkiego”, krótko mówiąc biegunki. I zaraziłem się malarią. Dolegliwosci te wykończyły mnie zupełnie.

Wychodzimy z Rosji Sowieckiej

Niewiele pamiętam z podróży do Krasnowodska, skąd przepłynęliśmy na drugą stronę stronę morza Kaspijskiego do Pahlewi w Iranie. Dostałem się do szpitala polowego w Teheranieskąd po wyleczeniu skierowano mnie przez Badgad do miejscowosci Khnaquin w południowym Iraku. Trafiłem do mego pułku na pustyni.

Po kilku miesiącach zjawiła się komisja werbunkowa do spadochroniarzy w Anglii. Skwapliwie skorzystałem z okazji aby tam się dostać. Wstąpiłem do polskiej Marynarki Wojennej rezygnując ze stopnia kaprala i tytułu podchorążego, co było warunkiem. Zacząłem od początku, od przeszkolenia rekruckiego. Po kursie maszynisty zostałem zaokrętowany i brałem udział w konwojach i patrolach. Losy zmieniły się, kiedy powołano mnie do Szkoły Podchorążych Marynarki Wojennej, a po ukończeniu i nominacji na podporucznika skierowano do służby okrętowej. Już pod koniec wojny poszedłem na studia, a po ich ukończeniu emigrowałem do Argentyny.

Koniec Wojny i Emigracja

Początki były trudne bez znajomości języka, zwłaszcza w mojej specjalności. Trzeba było się jakoś zaczepić gdzie się dało. Zacząłem od spawania, fachu, którego naprędce nabyłem czekając na argentyńską wizę. Zmieniałem pracę, aż wreszcie, nauczywszy sie dostatecznie języka hiszpańskiego, zatrudniony zostałem jako inżynier w ogromnym młynie. Nie bardzo mi się to podobało i było mi obce. W tym czasie poznałem niewiastę, obywatelkę peruwiańską studiującą w Argentynie. Wkrótce ,stanęlismy na ślubnym kobiercu. Zaszła potrzeba poważnego planowania na przyszłosć i poszukania czegoś, co by mi lepiej odpowiadało.

Żona zaczęła tęsknić do swego kraju, Peru i do rodziny, postanowiliśmy tam emigrować. Moje starania o wizę w konsulacie peruwiańskim nie dały pożądanego wyniku. Jako Polaka uważano mnie tam za komunistę, a takich tam nie było potrzeba. Postanowiliśmy starać się o wizę dla mnie w Chile, gdzie moglismy zatrzymać się tymczasowo u przyjaciół żony. Wymówiłem już pracę od dawna, więc nie można się cofać. Do Chile pojechaliśmy z moim dokumentem tożsamości zwanym „No Argentyno”. Niestety i tam odmówiono mi wizy peruwiańskiej. W Chile nie mogliśmy zostać, bo tam nie było możliwości zatrudnienia.

Po wielu dyskusjach ułożyliśmy plan: Jenny, jako obywatel Peru dostanie się tam bez trudności, a będąc tam i korzystając ze znajomości może i mnie sprowadzi. Inna wersja planu zakładała, ze Jenny pojedzie legalnie, a ja, jakoś to będzie.

Inżynier w Peru

Koniec końców, dostaliśmy się oboje do Peru. Tam, po początkowych trudnościach powodziło mi się dobrze. Otrzymałem bardzo dobrą pracę w przedsiębiorstwie górniczym bardzo daleko od stolicy jako inżynier urządzeń portowych, jako szef działu mechanicznego w innej, no i także państwowej stoczni. Zbudowałem będąc jest naczelnym kierownikiem dwa statki, po 10 tys. ton, pierwsze w dziejach tego kraju. Po wygasnięciu mego kontraktu i jednocześnie zmienionej polityki nowego rządu powstałego po bezkrawej rewolucji, zaprzestano imprezy budowy.

Ameryka

Urodziły sie nam dwie córki, jedna z nich w wieku 4 lat ciężko zachorowała i postanowiliśmy się przenieść do Stanów Zjednoczonych dla jej leczenia. Tym razem otrzymałem wizę i obywatelstwo bez trudności. Jesteśmy w Ameryce, Ziemi Obiecanej od roku 1963.

Za służbę wojskową i pracę społeczną zostałem sowicie wynagrodzony medalami, certyfikatami, pismami dziękczynnymi, no i awansami. Obecnie jestem Komandorem (pełnym) Marynarki Wojennej.

 

Część II

DZIECIŃSTWO

Łanięta,to miejsce mojego urodzenia, 8 km. na południowy wschód od Gostynina. Gostynin leży w połowie drogi miedzy Kutnem a Płockiem. Księżopol, albo Xiężopol, skąd wywodzą się moi przodkowie, leży w okolicy Leżajsk ( organy) i Żelazowej Woli.

Nauczyła mnie i swoich synów, prawie moich rówieśników czytać, pani Polankiewiczowa, małżonka jednego z pracowników w biurze mego ojca. Nie przypominam sobie bajek jakie i czy mi opowiadano w dzieciństwie, ale doskonale pamiętam kiedy ojciec czytał wyjątki z dzieł polskiej literatury: kulig z „Popiołów” Żeromskiego, jak i wyprawę Rafała z Krzysiem na zator wiślański, albo wizytę tajemną tegoż Rafała u Heleny (z wyjątkiem zdania o kożuszku i jego walki z wilkiem i smierci Basi).

Kiedy miałem 10-11 lat rodzice umieścili mnie na stancji w pobliskim miescie Gostyninie, gdzie miałem otrzymać średnie wykształcenie w miejscowym gimnazjum. Tam spotkałem się z chłopcami w moim wieku zamieszkałymi, jak się to wówczas mówiło, w tym samym podwórzu, czyli domami mającymi wspólne podwórko odgrodzone od ulicy. A więc byli to dwaj synowie profesora (w całej Europie nauczyciel gimnzajum był profesorem) Bronek i Stefan, Wojtek i Grzesiek, synowie felczera. Pewnego deszczowego dnia schronilismy się u profesora. Bronek wystąpił z projektem zabawy z „Ogniem i Mieczem” Ja będę Zagłobą- powiedział jeden. A ja Kmicicem- odezwał się drugi. A ty kim chcesz być ? zapytał mnie Bronek. Wstyd mi się zrobiło bo nie wiedziałem o co chodzi. Jaki Kmicic, jaki Zagłoba. Nie zaznajomił mnie z jakims ogniem mój wychowawca z poprzednich lat.

Czytałem tylko dziecinną powiastkę „O Stasiu Wojaku” u pani P., a Zagłoba był mi zupełnie nieznany. Wyśmiali mnie. W póżniejszych latach, bo z początku zajęty byłem, pochodzący z całkiem obcego srodowiska, aczkolwiek przyszło mi to bez trudnosci, postanowiłem czytać i nie tylko „Ogniem i Mieczem” , czy „Leci (!) liście z drzewa ” ” lektura obowiązkowa ” i „Popioły” w całosci. Zagłębiłem się w Arcydziełach Literatury Francuskiej we wspaniałym tłumaczeniu Boy-Żeleńskiego, z niewielkiej, ale wyborowej biblioteki ojca. Od Rabelais i Diderota poprzez Moliera i De La Rochefoucauld. Ten ostatni nie bardzo przypadł mi do gustu. Za to, poza Boyem,  Zola, Victor Hugo, Decameron, nawet „Pas Cnoty”, zabronione pod groźbą eskkomunikacji ,  tym mogłem moich kolegów w kozi róg zapędzić. Nie zachwycałem się obowiązkową szkolną literaturą polską, może dlatego, że była obowiązkowa.

Czytanie pozostało moim hobby. Cokolwiek co mi w ręce wpadło. Po polsku, hiszpańsku, francusku, rosyjsku, angielsku, aczkolwiek, „przyznam to szczerze” francuski i rosyjski przychodzą mi po tylu latach zaniedbania z ogromną trudnością.

Tu pozwolę sobie na dygresję: uwadze Boya nie uszedł Rousseau, mój najmniej lubiany autor, bo, nie tylko, że głupstwa pisał, (ale Boy o tym nie wiedział) pozwolił swoim dzieciom z głodu umrzeć. I tu mi przychodzi do głowy Marks. Wprawdzie nie był Francuzem, ale miał wiele wspólnego z Rousseau, że zagłębiony w swoich mrzonkach i bibliotece w Londynie, skazał swoje dzieci na głodową śmierć.

Za te błędy dusze obojga chyba w piekle pokutują. Jesli oczywiście dusze i piekło istnieją, jeśli istnieją to są odpowiedzialne za poczynania ciał w których zamieszkiwały. A jeśli nie ma piekła ni czyśca, jaki sens ma modlitwa za duszę? Rozumiem, ku przypomnieniu, że ciało istniało. Co ty, czytelniku, na to?

PYTANIE: czy istnieje życie pozagrobowe?

Może się mylę co do Rouseau i jego dzieci. Być może, że to dotyczy innej znanej badaczom osobistości.

Mój ojciec prócz biblioteki posiadał zmysł humoru, był doskonałym gawędziarzem, znawcą literatury polskiej i francuskiej, założycielem i reżyserem teatru amatorskiego. Był wspaniałym rysownikiem i malarzem, pływakiem i cyklistą, mimo protez, ale popełnił w moim wychowaniu wiele żałosnych w skutkach błędów. Nie mam zamiaru ich tutaj wyliczać.

DALEJ

strona [2] >  Kampania Wrześniowa

strona [3] > Litwa

strona [4] >Podróż do Murmańska, Półwysep Kola

strona [5] > Na irackiej pustyni i o zgłoszeniu się do służby w Marynarce Wojennej

strona [6] > Droga do Argentyny

strona [7] > Przeżycia w Peru

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Eseje, Historia, II wojna światowa, Sylwetki, Wspomnienia i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Wspomnienia wojennego emigranta

  1. moherowy beret pisze:

    zamieszczacie ciekawe materiały.To mi poprawia nastrój,są ludzie,którzy myślą prawidłowo.Ale zgnębiła mnie ostatnio podła postawa Kongresu Polonii Amerykańskiej w sprawie Smoleńska i braku dostępu do platformy cyfrowej.Wpadłam dosłownie w furię.

    • JacekKM pisze:

      Niestety z Kongresem PA, jest jak w Twojej opinii. Karol Rozmarek, który Kongres powołał w 1944, jako patriotyczne zorientowane narzędzie i lobby Polaków amerykańskich, przewraca się pewnie w grobie. Polscy sowieciarze ciężko pracowali tyle lat, aby tej polskiej patriotycznej hydrze łeb ukręcić. Spaskudzili ducha Polonii rozmaitymi możliwościami handlu i wymiany, obsadzili swoimi wysłannikami, aby tę ongiś patriotyczną Polonię „reprezentować”. Dużo by pisać, tli się tu i tam jeszcze orginalny, ale już niemodny płomyk patriotyzmu… Pozdrawiam.
      Jacek.

  2. demonica pisze:

    „Od Polski nie można uciec, Polska jest naszym romansem na całe życie…”
    Pięknie smutna ale z dobrym zakończeniem, historia życia jednego Polaka.
    Ale Polaka – Patrioty.
    Kłaniam się nisko.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.