Dlaczego Słowacki

Piotr Jaroszyński

Rozbiory Polski to był rozbój w biały dzień. Podcinał wiarę w jedność europejskiego etosu, który z jednej strony sięgał greckiej filozofii polityki, gdzie polityka jest dziedziną moralności, a nie sztuką kłamstwa, podstępu, intrygi, przekupstwa i brutalnej siły,

z drugiej zaś chrześcijańskiej idei pokoju opartego na prawie do samostanowienia narodów (wyraźnie doprecyzowanej przez  Pawła Włodkowica).

Okazało się, że to fikcja, że oświeceni monarchowie europejscy zdolni są do wszystkiego, a usprawiedliwienie dla swych zbrodniczych działań czerpią z natchnienia tzw. filozofów, tak zwanych, bo w większości byli to ludzie słabi i przekupni. Chodzi głównie o encyklopedystów, a tak naprawdę sofistów, zdolnych sprzedać swoją wiedzę i umiejętności, jak choćby Diderot, któremu pensję wypłacała Niemka, ale rosyjska caryca, Katarzyna. W tym kontekście walka o niepodległość Polski i prawa Polaków to nie była tylko nasza polska sprawa, ale sprawa z gruntu europejska. Tak właśnie kwestię tę postrzegał Słowacki, który był świadom, że odejście od moralności w polityce pociągnie za sobą kolejne napaści, jednych państw na drugie, a Europa stanie się wielkim teatrem wojny.

Walka o naszą wolność była więc nie tylko odruchem kogoś pokrzywdzonego czy pragnieniem zemsty, ale posiadała swój głębszy podkład kulturowy i cywilizacyjny. Stąd właśnie w utworach Słowackiego, w których podejmowany jest temat niepodległości, mamy do czynienia z podejściem zarazem głębokim, jak i finezyjnym. Niepodległość to nie tylko wolne państwo, to również naród wolny, czyli taki, który stoi na wysokim poziomie kultury. A my mieliśmy taką kulturę, której zaprzeczeniem było prusactwo i carat, porażające w swym dążeniu, aby władza mogła uczynić wszystkich swoimi nie tylko poddanymi, ale po prostu niewolnikami i to niezależnie od obywatelstwa i zajmowanego stanowiska.

Ale jak dziś tę polskość odzyskiwać? Czym jest polskość? Zwróćmy uwagę na jeden choćby aspekt. Polskość drży na różnych tonach emocji, niezwykle rozbudowanej, bogatej. U nas wszystko, choć nie w ten sam sposób, jest emocjonalne. To jest nasz skarb, ale jako pewien potencjał. To znaczy my musimy w sobie tę emocjonalność rozwinąć, by zawsze była na właściwym miejscu, by nie spuszczać jej z hamulców, ale też jej nie zadusić. To jest bardzo trudne. Są narody, które przekreśliły emocjonalność, uznając ją za stan z gruntu zły, stąd nieokazywanie uczuć jest kryterium pozytywnej oceny człowieka, inne z kolei emocjonalność uznają za najwyższy przejaw człowieczeństwa, stąd brak emocji lub kontrolę emocji uznają za brak szczerości, czyli też coś złego. My natomiast dysponujemy taką skalą emocji, że wszystko, ale w odpowiedni sposób, musi być emocjonalne. To jest nasza polska kultura uczuć, której jednak musimy się uczyć, żeby czuć się swobodnie. Otóż podstawową szkołą tej nauki jest polska literatura klasyczna, która poprzez język, osoby, a właściwie osobowości i sytuacje stwarza możliwość wyrażania najrozmaitszych uczuć i to właśnie w różnej skali.

Musi to być jednak słowo mówione, bo dopiero wtedy słyszymy różną wysokość dźwięku, rozpoznajemy melodię frazy czy falowanie intonacji. Dziś w teatrze, w filmie, w mediach, w szkole, na uniwersytetach taki język nie istnieje. Trudno w to uwierzyć, ale takiego języka nie ma. Owszem, może to być język nawet poprawny, gramatyczny, i na tym koniec, reszta to szwargot, żwir, monotonia, nuda albo irracjonalny krzyk czy zwykłe darcie. Właściwie od nowa musimy uczyć się polskości, poprzez język. A tu Słowacki wylatuje ku nam jak ptak, który zabierze nas na swoje skrzydła i pokaże te wszystkie piękności, cuda, cudeńka, którym na imię Polska.

Każdy polski pisarz, jeśli był polskim pisarzem, wszystko jedno czy chodziło o powieści, czy o poezję, gdy tylko dotknął dzieł Słowackiego, nie rozstawał się z nimi do końca życia. Bo to jest polska dusza zaklęta w słowie. Takiego słowa się nie naśladuje, ono jest niewyczerpanym źródłem inspiracji, i dlatego taki kontakt jest zawsze twórczy i potrzebny. Ale trzeba mieć polską duszę, kto jej nie ma, ten ani nie zrozumie, ani nie będzie tego potrzebował. Jego sprawa. I ciekawa rzecz, gdy Mickiewicz to jest bezdyskusyjnie nasz grunt, nasza ziemia, to Słowacki z kolei uchwycił w naszym języku coś tak delikatnego i ulotnego, jakby nitkę babiego lata, że powstaje jakiś zaczarowany świat, mocą gry wyobraźni. Kochał Słowackiego Sienkiewicz, ale kochał i Józef Conrad, który wprawdzie pisał po angielsku, ale duszę miał zawsze polską.

Przywracając Słowackiego w pełnym blasku i sile jego słowa, odzyskujemy naszą duszę i stajemy się na powrót Polakami. Zmywamy ten brud zaborów, okupacji, komuny, polskojęzycznych mediów, odzyskujemy nieskazitelną biel wdzięku i polotu, męstwa i serdeczności, nadziei i zwycięstwa.

http://www.naszapolska.pl/

Autor jest profesorem, filozofem, kierownikiem Katedry Filozofii Kultury KUL, wykładowcą WSKSiM w Toruniu

 

Piotr Szubarczyk

Śmierć Juliusza Słowackiego (*4 IX 1809 †3 IV 1849) na „paryskim bruku” była nieoczekiwana i wstrząsająca dla rodaków. Poeta nie miał jeszcze 40 lat. Był w pełni sił twórczych. Był jednak „oswojony” ze śmiercią. Traktował jej nadejście jako coś naturalnego. Jako przejście do innego wymiaru życia, a nie do nicości. Już w latach 1839-40 powstał jego słynny poetycki Testament mój, pisany z pozycji wieszcza, duchowego przywódcy rodaków. Bo też był wieszczem, w pełnym tego słowa znaczeniu. Także wtedy, kiedy wieścił nam nadejście słowiańskiego papieża

Słowacki był poetą, dramatopisarzem. Na tyle niezwykłym, że przez wielu Polaków uznawany jest dziś za najwybitniejszego poetę w dziejach polskiej literatury w ogóle! Stawiają go wyżej niż Kochanowskiego, Mickiewicza czy Norwida. Zaliczany był do wieszczów narodowych – razem z Mickiewiczem i Zygmuntem Krasińskim. Wielkim miłośnikiem jego poezji był m.in. marszałek Józef Piłsudski, który kazał sobie wyryć na płycie nagrobnej (Matka i Serce Syna w Wilnie, na Rossie) dwa fragmenty z poematów Słowackiego „Wacław” i „Beniowski”:

Ty wiesz, że dumni nieszczęściem nie mogą
za innych śladem iść tą samą drogą.

(z Wacława) 

Kto mogąc wybrać, wybrał zamiast domu
gniazdo na skałach orła, niechaj umie
spać, gdy źrenice czerwone od gromu
i słychać jęk szatanów w sosen szumie.
Tak żyłem…

(z Beniowskiego)

W latach 1825-28 studiował prawo na Uniwersytecie Wileńskim. W 1829 wyjechał do Warszawy, pracował jako aplikant w Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu. Wybuch Powstania Listopadowego przywitał słynnym wierszem Bogurodzico Dziewico, to ojców naszych śpiew! Utwór powstał w pierwszych dniach grudnia 1830. W 1831 pracował w Biurze Dyplomatycznym Rządu Narodowego. Jako kurier dyplomatyczny wyjechał do Londynu, potem do Paryża, gdzie po upadku Powstania pozostał do końca życia, z przerwami na liczne podróże. Nie wiadomo, czy naprawdębył powstańczej dyplomacji potrzebny, czy go wysłno po to, by ocalić… Niektórzy znawcy literatury podają wysłanie Słowackiego na Zachód jako przykład roztropności Rządu Narodowego, który chronił wieszcza przed śmiercią, bo był Polsce potrzebny w inny sposób. Jako brak roztropności podają przykłąd Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, umierającego od kuli niemieckiego snajpera. Czy można jednak dokonywać takich porównań? Czy mają one sens?

W latach 1832-36 przebywał Słowacki w Genewie, co miało znaczący wpływ na jego twórczość (m.in. słynny poemat W Szwajcarii). W 1836 podróżował do Włoch, potem do Grecji, Egiptu i Palestyny (poemat Podróż do Ziemi Świętej z Neapolu, 1836-39). W 1838 wrócił do Paryża.

Umarł na gruźlicę, został pochowany na cmentarzu Montmartre. W 1927 – za sprawą marszałka Piłsudskiego – jego prochy przewieziono do kraju i złożono obok prochów Mickiewicza, w krypcie na Wawelu, bo królom był równy…

Wielkie dramaty Słowackiego: Kordian (1834), Horsztyński (1835), Balladyna (1839), FantazyMazepaLilla Weneda(1840), Ksiądz Marek (1843), Sen srebrny Salomei (1844), Zawisza Czarny (1844-45), Samuel Zborowski (1845).

Poematy: Anhelli (1838), Poema Piasta Dantyszka herbu Leliwa o piekle (1839), Ojciec zadżumionychWacław (1839).

Szczególne miejsce w twórczości poety zajmuje poemat dygresyjny Beniowski (tu m.in. słynne wyznanie poetyckie:Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa…).

Słowacki to także oryginalna filozofia i historiozofia, wyrażone m.in. w traktacie poetyckim Genezis z Ducha (1844). Genezyjski mesjanizm Słowackiego tłumaczył klęski i cierpienia Polski jako rodzaj doświadczenia, skłaniającego naród do wielkiego wysiłku duchowego, zmierzającego do odzyskania utraconej niepodległości.

Testament mój

1839-1840

Żyłem z wami — cierpiałem i płakałem z wami.
Nigdy mi, kto szlachetny, nie był obojętny,
Dziś was rzucam i dalej idę w cień — z duchami —
A jak gdyby tu szczęście było — idę smętny.

Nie zostawiłem tutaj żadnego dziedzica
Ani dla mojej lutni, ani dla imienia: —
Imię moje tak przeszło jako błyskawica
I będzie jak dźwięk pusty trwać przez pokolenia.

Lecz wy, coście mnie znali, w podaniach przekażcie,
Żem dla ojczyzny sterał moje lata młode:
A póki okręt walczył — siedziałem na maszcie,
A gdy tonął — z okrętem poszedłem pod wodę…

Ale kiedyś — o smętnych losach zadumany
Mojej biednej ojczyzny — przyzna, kto szlachetny,
Że płaszcz na moim duchu był nie wyżebrany,
Lecz świetnościami moich przodków świetny.

Niech przyjaciele moi w nocy się zgromadzą
I biedne serce moje spalą w aloesie,
I tej, która mi dała to serce, oddadzą —
Tak się matkom wypłaca świat, gdy proch odniesie…

Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze
I zapiją mój pogrzeb — oraz własną biedę:
Jeżeli będę duchem, to się im pokażę,
Jeśli Bóg [mnie] uwolni od męki — nie przyjdę…

Lecz zaklinam — niech żywi nie tracą nadziei
I przed narodem niosą oświaty kaganiec [kaganek];
A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei,
Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec!

Co do mnie — ja zostawiam maleńką tu drużbę
Tych, co mogli pokochać serce moje dumne;
Znać, że srogą spełniłem, twardą bożą służbę
I zgodziłem się tu mieć — niepłakaną trumnę.

Kto drugi bez świata oklasków się zgodzi
Iść… taką obojętność, jak ja, mieć dla świata?
Być sternikiem duchami napełnionej łodzi,
I tak cicho odlecieć, jak duch, gdy odlata?

Jednak zostanie po mnie ta siła fatalna,
Co mi żywemu na nic… tylko czoło zdobi:
Lecz po śmierci was będzie gniotła niewidzialna,
Aż was, zjadacze chleba — w aniołów przerobi.

Drugi pogrzeb Słowackiego

Wczesnym rankiem 14 czerwca 1927 otwarto grób Juliusza Słowackiego na cmentarzu Montmartre w Paryżu. Znaleziono szary proch, kości, czaszkę i pukiel włosów.

O godzinie 10 śmiertelne szczątki poety w hebanowej, potrójnej trumience przewieziono paradnym zaprzęgiem, w sześć białych koni, do kościoła Wniebowzięcia NMP, specjalnie na ten dzień udekorowanego. Żałobną Mszę św. celebrował sam arcybiskup Paryża. Obecny był prezydent Republiki Francuskiej Gaston Doumergue, ambasador Polski we Francji, liczni przedstawiciele świata polityki i kultury. Pewnie wielu myślało o pogrzebie poety 5 kwietnia 1849 r., kiedy za skromną trumną podążała tylko mała grupka przyjaciół, wśród nich Cyprian Kamil Norwid – niepocieszony, bo nie zdążył pożegnać przyjaciela przed śmiercią. Mógł już tylko opisać jego pośmiertny wizerunek: Mało piękniejszych twarzy widzi się, jaka była twarz Słowackiego, rysująca się białym swym profilem na spłowiałym dywanie ciemnym, coś z historii Polski przedstawiającym, który łoże od ściany dzielił. Ptaszki zlatywały się na niepielęgnowane doniczki z kwiatami.

Wśród żałobników w kościele był też wybitny poeta młodego pokolenia Jan Lechoń. Wzruszony, rozmyślał o życiowej tragedii Słowackiego, jaką było przymusowe rozstanie z krajem i poczucie niespełnienia. Sen o wolności za jego życia nie ziścił się. Pod wrażeniem czynności ekshumacyjnych, których był świadkiem, układał Lechoń w myślach wierszWłosy Słowackiego, który niebawem zostanie opublikowany:

Szuflami oto sypią w trumnę hebanową
Grudy ziemi francuskiej, co jest Twym popiołem
I tylko pukiel włosów nad kościanym czołem
Ten sam jest, który lśnił się nad Twą żywą głową.

Patrzymy nań w milczeniu, bo żadna Cię tkliwość
Jak za życia i teraz po włosach nie gładzi.
Lecz gdzie chciałeś, tam wracasz. Bierzemy Cię bladzi
I wiemy: nie ma śmierci i jest sprawiedliwość.

Po wojnie Lechoń nie chciał wracać do kraju zgnębionego przez komunistów. Pozostał na emigracji i tam powstały najpiękniejsze jego wiersze, wpisujące się w romantyczną tradycję tęsknoty. Wiersze pełne nadziei, jakby ciągle pamiętał, że nie ma śmierci i jest sprawiedliwość. W głośnej Przypowieści pokazał symbolicznie żołnierza polskiego z Kresów, który zostawił swoje stopy na wszystkich niedostępnych drogach Europy, który szedł naprzód, gdy nie mogli najbardziej zajadli i wdzierał się na szczyty, z których inni spadli, a na koniec dowiedział się, że sam nie ma ziemi. Na pytanie cynika, czy to było warto, żołnierz

[…] milczał chwilę i ujrzał w tej chwili

Tych wszystkich, co wracali i co nie wrócili,

Tych wszystkich, którzy legli w cudzoziemskim grobie,

Co mówili: „wrócimy”, nie myśląc o sobie.

I widzi jakichś jeźdźców w tumanach kurzawy

I słyszy dźwięk mazurka i tłumu wołanie.

Dąbrowski z ziemi włoskiej wraca do Warszawy.

Czy warto? – odpowiedział: Ach, śmieszne pytanie…

Lechoń potrafił dać nadzieję innym, ale nie było wokół niego ludzi, którzy podparliby go w ciężkich chwilach. I stało się. W chwili skrajnego przygnębienia i tęsknoty do Polski zapomniał, że jest sprawiedliwość. W roku 1956 wykonał szaleńczy skok z nowojorskiego wieżowca i zakończył życie. Teraz jednak, w czerwcowy poranek 1927 roku, był szczęśliwy, że może asystować w pośmiertnej wędrówce Słowackiego do Ojczyzny. Znał wiele jego strof na pamięć i pewnie przywoływał w myślach słowa Hymnu:

Żem często dumał nad mogiłą ludzi,
Żem prawie nie znał rodzinnego domu,
Żem był jak pielgrzym, co się w drodze trudzi
Przy blaskach gromu,
Że nie wiem, gdzie się w mogiłę położę,
Smutno mi, Boże…

Kazano w kraju niewinnej dziecinie
Modlić się za mnie co dzień, a ja przecie
Wiem, że mój okręt nie do kraju płynie,
Płynąc po świecie.
Więc że modlitwa dziecka nic nie może,

Smutno mi, Boże…

Chyba przez pamięć na te słowa, powszechnie już wówczas znane, postanowiono, że hebanowa trumienka nie pojedzie, lecz popłynie do kraju. Okręt polskiej marynarki wojennej „Wilia” przyjął Słowackiego 15 czerwca na pokład w porcie Cherbourg i obrał kurs na Gdynię. 20 czerwca wzruszona, lecz dumna załoga kanonierki wpływała do portu. Na spotkanie wypłynęły trzy okręty wojenne. Na pokładzie „Mazura” stał sam generał Zaruski, wówczas starosta morski. W porcie czekali przedstawiciele rządu RP. Za okrętami ruszył na powitanie żaglowiec szkolny „Lwów” oraz przybyłe z całego polskiego wybrzeża kutry, jachty i wszystko, co mogło poruszać się po morskich falach. Kiedy cała flotylla, udekorowana biało-czerwonymi flagami, włączyła syreny; kiedy w odpowiedzi odezwały się wszystkie syreny portowe, zebrane na nabrzeżu tłumy ogarnęło wielkie wzruszenie. Sprawozdawca polskiej „Gazety Gdańskiej – Echo Gdańskie” pisał z entuzjazmem:

Moment ten pozostał niezapomnianym w historii odrodzonej Rzeczypospolitej. Ta sama gazeta pisała we wtorek 21 czerwca na pierwszej stronie:

Cześć prochom Słowackiego! Pomorze, Gdynia, Gdańsk witają Cię, Wieszczu Narodu. Po wieku tułaczki na obczyźnie, po niepolskich lądach i morzach, po dziesiątkach lat życia, cierpienia i tworzenia, wreszcie po 78 latach odpoczynku na cmentarzu paryskiego Montmartre’u, wracasz, Królu-Duchu narodu polskiego nareszcie do ojczystej ziemi, do domu zacisznego, gdzie Cię otoczy gorąca miłość trzydziestu milionów Polaków i Polek. Na pokładzie statku polskiego, wiedziony i strzeżony przez oficerów i żołnierzy polskiej marynarki wojennej, przybywasz dziś do portów Polski, Gdyni i Gdańska, by spojrzeć przez chwilę uradowanym okiem na wyzwolone Pomorze, na ziemię kaszubską […].

A potem popłynął poeta Wisłą do Warszawy. Maria Dernałowicz, autorka monografii Słowackiego, tak przedstawiła tę podróż:

W górę Wisły płynął statek <Mickiewicz>. Zboża stały wysokie, tracące już zieleń, nad rzeką niósł się zapach schnących traw, odgłosy klepanych kos; kończono sianokosy. Na widok trumienki stojącej na dziobie statku ludzie przestawali na chwilę żąć, żegnali się i mówili <Wieczny odpoczynek…>. W Tczewie, Grudziądzu, Toruniu, Płocku przychodziły delegacje z wieńcami, za ojcami miast stały rzędy harcerskich i szkolnych mundurków, napierał milczący tłum. W Czerwińsku, pod prastarą kolegiatą, purpura, fiolet i koronki komż. Prymas Polski w otoczeniu duchowieństwa witał Prochy […]. 25 czerwca statek przybił do warszawskiej przystani. Na moście Poniatowskiego, na nabrzeżu, na stokach skarpy czerniło się mrowie ludzkie. Okryty purpurą karawan czekał przy pomoście. W ciszy tak zupełnej, jakby cała stolica wstrzymała oddech w piersiach, poeci znosili Trumnę ze statku […]. Długi czerwcowy dzień jeszcze nie dobiegł końca, ale na wiodących do katedry [św. Jana] ulicach zapalono wszystkie latarnie i ich nikły blask wraz z zachodzącym słońcem oświetlał balkony w dywanach i kwiatach, bukiety rzucane pod kopyta ciągnących karawan koni.

Przez całą noc warszawiacy czekali cierpliwie w długiej kolejce, by wejść do katedry i choć przez chwilę zatrzymać się przy hebanowej trumience. Następnego dnia specjalny wagon, wybity srebrem, przewiózł Słowackiego do Krakowa, na miejsce wiecznego spoczynku w krypcie królewskiej na Wawelu. Po raz drugi polski poeta spoczął wśród królów. Pierwszym był Adam Mickiewicz.

Kiedy to wszystko się działo, ktoś w Polsce czekał na Prochy ze szczególnym wzruszeniem. Słowacki był dla niego narodowym mitem, ale też kimś bliskim, jak z rodziny. Był poetą dobrze znanym od dzieciństwa, z codziennej lektury; cytowanym z pamięci. Strofy wieszcza czytała mu matka, w zamian przed śmiercią prosiła, by on je czytał dla niej. Wszystkim było wiadomym, że marszałek Józef Piłsudski był inicjatorem sprowadzenia prochów Słowackiego na Wawel. Co mogło łączyć subtelnego poetę z urodzonym wojownikiem i znakomitym dowódcą? Poza miłością do Ojczyzny jeszcze miłość niezwykła do matki, która kształtuje syna za życia i po śmierci:

W ciemności postać mi stoi matczyna,
Niby idąca ku tęczowej bramie –
Jej odwrócona twarz patrzy przez ramię
I w oczach widać, że patrzy na syna…

W swoim testamencie Piłsudski pisał:

Nie wiem, czy zechcą mnie pochować na Wawelu. Niech! Niech tylko moje serce wtedy zamknięte schowają w Wilnie, gdzie leżą moi żołnierze, co w kwietniu 1919 roku mnie, jako wodzowi, Wilno jako prezent pod nogi rzucili. Na kamieniu czy nagrobku wyryć motto wybrane przeze mnie dla życia […]. A zaklinam wszystkich, co mnie kochali, sprowadzić zwłoki mojej matki z Sugint wiłkomirskiego powiatu do Wilna […]. Niech dumne moje serce u stóp dumnej matki spoczywa […]. Matka mnie do tej roli, jaka mnie wypadła, chowała

28 czerwca 1927 Józef Piłsudski, głęboko wzruszony, nie ukrywający tego przed zebranymi, wygłosił przed Prochami pamiętne przemówienie, które przez całe lata PRL skazane było – z oczywistych powodów – na zapomnienie. A mówił o sprawach bardzo ważnych, jakby świadom tego, że w obecności Prochów trzeba odpowiednie dać rzeczy słowo:

Na naszym gościńcu historycznym, gdzie pokolenia za pokoleniami idące mościły drogi i życiem, i śmiercią, czasy Słowackiego były załamaniem, były prawdą historyczną ciemności niewoli i bezsiły […]. Gdy przed Słowackim, jedną z harf szczerozłotych stoję, gdy warstwy mąk jego i pracy jego przeliczę, znajdę prawa dumy i prawa rozkoszy cierpienia dla dumy, dla godności ludzkiej. Szarpany niemocą ciała, szarpany niemocą prawd, które rozum wyznawać mu kazał, szukał w rozpaczy siły, targającej wnętrzności swoje i ojczyzny. Szedł pracując, szedł myśląc, że duma stargana i sponiewierana wyda nie jęk rozpaczy, lecz siłę olbrzyma […]. Gdy teraz patrzę na trumnę, wiem, tak jak wszyscy zebrani, że Słowacki idzie tam, gdzie głazy na naszym gościńcu stoją […]. Idzie między Władysławy i Zygmunty, między Jany i Bolesławy. Idzie nie z imieniem, lecz z nazwiskiem, świadcząc także o wielkości pracy i wielkości ducha Polski. Idzie, by przedłużyć swe życie, by być nie tylko z naszym pokoleniem, lecz i z tymi, którzy nadejdą. Idzie jako Król-Duch.

Podczas przemówienia marszałek zacytował fragment z Wacława – utworu Słowackiego ukochanego przez jego matkę:

Miłość ojczyzny – to słońce świetne
Dla serc co dumne, sieroce, szlachetne,
Całe się czystym miłościom oddadzą.
Jako żurawie, co łańcuch prowadzą,
Świetniejsze serca wylatują przodem.
Umrą – ich duchy lecą przed narodem.

Może o tych słowach – czytanych mu przez matkę – myślał Piłsudski, mówiąc, że to ona przygotowała go do roli, jaką miał odegrać w historii Polski?

Po przemówieniu marszałek wskazał na hebanową trumienkę i wydał rozkaz otaczającym ją oficerom:

W imieniu rządu Rzeczypospolitej polecam panom odnieść trumnę do krypty królewskiej, bo królom był równy.

Słowacki idzie, by być z tymi, którzy nadejdą… Kiedy podziwiamy fenomen miłości Ojczyzny w młodym pokoleniu czasu wojny, fenomen podziemnej armii polskiej, warto pamiętać, że tamto pokolenie było wychowane na wartościach, które opierają się koniunkturze; że wielu ludzi, wzorem marszałka, miało swoje motto dla życia, któremu pozostało wierne. Pięknych myśli i pięknych przykładów dostarczała poezja Słowackiego – znacznie lepiej wówczas znana niż obecnie i – co najważniejsze – znacznie głębiej rozumiana.

wolnapolska.pl

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Czasy zaborów, Historia, Wiersze i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.