Być kimś, być sobą

Wojciech WencelPo 17 września 1939 r. w setkach posiadłości we wschodniej Polsce płonęły biblioteki, meble i obrazy. Na zamku w Krasiczynie Sowieci nie tylko zniszczyli zabytkowe dobra, ale i splądrowali rodową kryptę. Szczątki Sapiehów sprofanowali, metalowe trumny wywlekli na dziedziniec i brali w nich kąpiel. – pisze Wojciech Wencel

Po 17 września 1939 r. Rzeczpospolita ziemiańska została spalona, wymordowana, wywieziona na Wschód.

W 1996 r. Jacek Knopp i Krzysztof Koehler zrealizowali ciekawy, trzyczęściowy dokument telewizyjny „Sarmacja, czyli Polska”. Ukazali w nim polskiego szlachcica z XVI i XVII w. w świetle trzech najważniejszych dla niego spraw: głębokiej wiary, swobody politycznej i domu rodzinnego. Ponieważ nasz pradziad czuł się chroniony przez Boga, Maryję i wszystkich świętych, zazwyczaj nie bał się śmierci. Zamiast budować twierdze obronne, fundował swojej rodzinie dwór szlachecki wyposażony w szerokie drzwi, żeby mogły do niego wejść jednocześnie dwie osoby. Sarmacka architektura służyła ludziom serdecznym, którzy prowadząc gościa do sieni, nie zamierzali rezygnować z poklepywania go po plecach. Znamienne, że jeśli dwór się rozrastał, to nigdy wzwyż, a zawsze wszerz, żeby pomieścić cały lud odkupiony.

Ta mistyka zaścianka przez setki lat budowała naszą wspólnotową tożsamość. Fascynuje w „Panu Tadeuszu”, o którym Paweł Hertz powiedział, że zamyka w sobie „całe doświadczenie człowieka mówiącego po polsku i wychowanego w kręgu kultury polskiej”. Budzi sentyment w „Nad Niemnem”. Intryguje w zapomnianej gawędzie Władysława Syrokomli „Urodzony Jan Dęboróg”. Jeszcze u schyłku II RP w polskich dworach, zwłaszcza na Kresach, bujnie kwitło życie, a ziemiański mit przyciągał gości z miasta. „Być prowincjuszem – znaczyło po prostu być kimś, być sobą” – wspominała po latach Anna Kamieńska.

A potem przyszli Sowieci i zburzyli prowincjonalny wszechświat. We wspaniałym wierszu „Pożegnanie z Krzemieńcem 1939” Stanisław Baliński opisywał sentymentalne garden party w przededniu apokalipsy: „Jutro dwie wściekłe armie ten ogród stratują/ I rozniosą tych ludzi z furią dramatyczną,/ Oni już to odgadli i w sercu już czują,/ Żegnając podświadomie przeszłość romantyczną.// A żegnają ją tkliwie tym, co w życiu może/ Najbardziej ukochali, czym najgłębiej żyli:/ Poezją już na zawsze zaklętą w tym dworze/ I kwiatami rozstania kwitnącą w tej chwili”.

Po 17 września 1939 r. w setkach posiadłości we wschodniej Polsce płonęły biblioteki, meble i obrazy. Na zamku w Krasiczynie Sowieci nie tylko zniszczyli zabytkowe dobra, ale i splądrowali rodową kryptę. Szczątki Sapiehów sprofanowali, metalowe trumny wywlekli na dziedziniec i brali w nich kąpiel. Rzeczpospolita ziemiańska została spalona, wymordowana, wywieziona na Wschód. Polskojęzyczni komuniści, którzy przejęli władzę w kraju w 1944 r., dokończyli dzieła. Najpierw dekretem PKWN o reformie rolnej wywłaszczyli ocalałych ziemian i rozparcelowali ich majątki, potem pokryli kraj gęstą siecią PGR-ów. Polska lokalna na dziesiątki lat stała się „wiochą”, której trzeba się wstydzić.

Dziś deprecjacji prowincji sprzyja bez wątpienia przekaz komercyjnych mediów, oparty na politycznej poprawności i kulcie celebrytów. Do niedawna sprzyjała jej również strategia gospodarcza państwa, sprowadzona do inwestowania w metropolie zwane „lokomotywami rozwoju”. Na szczęście sytuacja stopniowo się zmienia. Po trzech latach rządów Prawa i Sprawiedliwości można postawić tezę, że największymi beneficjentami „dobrej zmiany” są mieszkańcy polskiej prowincji, którzy do tej pory byli uznawani przez polityków za obywateli drugiej kategorii (dowodem choćby specyficzna nomenklatura: „Polska B”, „Polska C”, „ściana wschodnia”). Dopiero w ostatniej kampanii wyborczej zostali potraktowani poważnie, a dzięki programom socjalnym uwierzyli we własną podmiotowość, co z kolei pozwoliło im dostrzec przepaść między medialnym obrazem świata a rzeczywistością.

Swoje zrobiła też edukacja historyczna, zwłaszcza ta przywracająca godność żołnierzom wyklętym. Mit niezłomnych obrońców polskości, wywodzących się z najzwyklejszych wsi i miasteczek, znalazł na prowincji szczególne zrozumienie. W dużych miastach patriotyzm wciąż jest celebrowany od święta, poza centrum stanowi element codziennego życia. Inspiruje nauczycieli, społeczników, lokalnych twórców, bywa źródłem licznych uroczystości rocznicowych i imprez kulturalnych, uwzględnia się go w dziejach niemal każdej „małej ojczyzny”. W efekcie zamiast marzyć o wynajęciu mieszkania w Warszawie czy uczestnictwie w medialnych castingach, wielu młodych prowincjuszy z dumą mówi dziś o swoim miejscu na ziemi, interesuje się historią i szuka sposobu na osiągnięcie życiowej stabilizacji bez potrzeby zmiany miejsca zamieszkania. Kto sam siebie uważa za człowieka znikąd, pozwala innym „wymyślić” się na nowo. Kto ma tożsamość, traktuje swój los jako ciągłość i dostrzega w nim sens. W odróżnieniu od cierpiących na amnezję celebrytów jest kimś, jest sobą.

za: https://www.gosc.pl/doc/5005305.Byc-kims-byc-soba

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Eseje, Historia i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.