Tajemnice Wojciecha Bogusławskiego

Wojciech Bogusławski (1757-1829), aktor, reżyser, dyrektor teatru i szkoły aktorskiej, autor sztuk teatralnych i podręcznika dla aktorów. Uważany za ojca teatru polskiego, przez trzydzieści lat był dyrektorem Teatru Narodowego w Warszawie, prowadził także placówki w Poznaniu i we Lwowie.

 

„Tajemnice” to słowo nieco przesadne. W zasadzie mamy do czynienia tylko z jedną tajemnicą. Ale za to jaką! Nazywany ojcem teatru polskiego Bogusławski nie miał prawa być owym ojcem. W ogóle nie powinien mieć nic wspólnego z teatrem!

Jak to się stało, że syn szlachecki, którego ojciec miał nawet chrapkę na tytuł starosty, został przedstawicielem pogardzanej profesji aktorskiej? Tak, pogardzanej. Uwielbienie dla aktorów, miliony wielbicieli na całym świecie zabiegających o jeden uśmiech gwiazdy, godzinami wyczekujących na okazję, by zdobyć upragniony autograf, to zjawisko całkiem niedawne. Pojawiło się wraz z rozkwitem filmu.
Kiedy największa w historii aktorka polska, Helena Modrzejewska, wyszła za mąż za hrabiego Chłapowskiego, wywołało to taki skandal, że państwo Chłapowscy musieli wyjechać do Ameryki. A było to sto lat po Bogusławskim.

Cóż więc skłoniło dwudziestojednoletniego Wojciecha do wybrania tak pogardzanego zawodu? Oto jest tajemnica. A jeśli Bogusławski był ojcem polskiego teatru, to jej rozwiązanie jest sprawa bardzo ważną. Każdy chyba zgodzi się, że wiedza o własnym ojcu jest potrzebna, nawet jeśli jest to ojciec jedynie symboliczny.

Rodzina Bogusławskich nigdy do wielkich zaszczytów w dawnej Rzeczypospolitej nie doszła. Należała jednak do szlachty i stopniowo pięła się w górę. Ojciec Wojciecha (wówczas jeszcze Wosia) zdawał się być na jak najlepszej drodze do zrobienia majątku i kariery. Wojciech w krakowskiej szkole został zapisany między uczniów „Jaśnie Wielmożnych”, a więc najlepiej urodzonych. Była to ewidentna blaga lub pomyłka, ale znakomicie pokazuje, jakie były apetyty Bogusławskiego-taty.

Zapewne te marzenia były za wielkie w stosunku do możliwości i rozwiały się jak sen. Bogusławscy zostali niemalże bankrutami, ale to nie nędza popchnęła Wojciecha do desperackiego kroku. Miał jeszcze niewielkie pieniądze pozostałe w spadku po matce. Nawet gdyby ich nie posiadał, przed wykształconym, dobrze ułożonym młodzieńcem kariera stała otworem. Mógł zaczepić się przy dworze jakiegoś wielkiego pana, mógł zarządzać cudzą gospodarką, mógł wreszcie spróbować sił w wojsku. Niedopuszczalny był handel, rabunek i – aktorstwo. Choć zapewne z dwojga złego jego ojciec wolałby syna-rzezimieszka.

Początkowo Wojciech wybrał karierę wojskową. Mając dziewiętnaście lat wstąpił do doborowego pułku piechoty. Nie kawalerii, jak nakazywałoby szlacheckie pochodzenie. Cóż, kawaleria była droższa, a sny o majątku dawno się rozwiały.
Musiał zaczynać jako prosty szeregowiec, później awansował na podchorążego. I kiedy mogłoby się wydawać, że jest na jak najlepszej drodze do kolejnych awansów, decyduje się na krok desperacki.

Po dwóch i pół roku służby wojskowej składa wniosek o dymisję i odchodzi z armii. Zaczyna szkolić się na aktora i trzy miesiące później debiutuje na scenie. Z tego zawodu już nie zrezygnuje. W teatrze będzie występować przez 49 lat, niemal do samej śmierci.
Krok był to rzeczywiście desperacki. Na wieść o decyzji syna sędziwy ojciec zerwał z nim stosunki. Wojciech musiał się tego spodziewać. A jednak się nie cofnął?

Cóż go pchnęło do takiej decyzji? Miał inne drogi kariery, głodem nie przymierał.
–  Może miłość? – spyta miłośniczka brazylijskich telenoweli. – Może zakochał się w aktorce?
Odpowiedź jest prosta -nic nam o tym nie wiadomo. A wiedzielibyśmy, gdyby była to prawda. Jednak pytanie pozostaje w mocy.

Rzeczywiście, tylko miłością -uczuciem, które nie zna przeszkód i trwożliwych wahań, a głos rozsądku ma za nic- można wytłumaczyć podobna desperację. Ale obiektem uczuć nie była jakaś piękna aktorka, tylko sztuka teatru. Pochłonęła Bogusławskiego, silna jak narkotyk, magia sceny.

Możemy z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że ojciec teatru polskiego z miłości do swego dziecka nie zawahał się przed najbardziej desperackimi czynami. Co zresztą całkiem nieźle świadczy o tym dziecku. Zostało zrodzone z miłości, a nie z wyrachowania, darzono je uczuciem, a nie traktowano jako inwestycję przynoszącą zyski.

Tak przynajmniej postępował ten, którego nazywamy ojcem polskiego teatru narodowego.

„Najpierwszym i koniecznym każdego publicznego widowiska przedsiębiorcy staraniem być powinno podobać się publiczności. Nierozsądkiem przeto byłoby wystawiać onej takie dzieła, które nudząc ją odstręczają od teatru, a tym samym stają się przyczyną jego upadku”. Była to zasada, której Bogusławski trzymał się przez cały swój czas dyrektorowania. O tyle miał sprawę ułatwioną, że ze względu na czasy, w których przyszło mu kierować teatrem, jego pragnienia pokrywały się z gustami publiczności. Ta przede wszystkim chciała oglądać sztuki przypominające o Polsce, odnoszące się do tradycji narodowych, krótko mówiąc – patriotyczne. Rekordzistą okazał się tu „Powrót posła” Juliana Niemcewicza, który nie schodził z afisza przez cały rok. Zdarzało się oczywiście, że sztuka znikała ze sceny po kilku zaledwie przedstawieniach, jednak warto było podjąć ryzyko. Czasem zresztą bywało ono większe niż ryzyko klapy.

Gdy po II rozbiorze, w 1794 Bogusławski wystawił operę Cud mniemany, czyli Krakowiacy i Górale, pod zarzutem podżegania do buntu niemal został aresztowany przez władze carskie. Nie był to jedyny moment, kiedy groziło mu więzienie. Jakiś czas później ponownie próbowano go aresztować za rozdawanie ulotek patriotycznych, jednak został uwolniony po ingerencji swoich wysoko postawionych przyjaciół z loży masońskiej. Jako uczestnik powstania kościuszkowskiego musiał w 1795 uciekać z Warszawy.

Teatr z krótkimi przerwami prowadził aż do śmierci, a na scenie występował zaledwie dwa lata krócej. Aktorem wybitnym nie był, za to nie można przecenić zasług Bogusławskiego-autora i Bogusławskiego-reżysera. Przerobił lub przetłumaczył ponad osiemdziesiąt sztuk, wprowadził na polską scenę Szekspira i innych wielkich dramaturgów. Współpracował z najlepszymi muzykami (Elsner, Kurpiński) oraz malarzami (Smuglewicz) tworząc niepowtarzalne widowiska.

Zmarł równie symbolicznie, jak żył. W 1829 podczas koronacji cara Mikołaja I na króla Polski ciężko się rozchorował i po kilku tygodniach zmarł w swoim dworku na Nowolipkach.

Teatr Narodowy
od chwili swego powstania przez trudne czasy rozbiorów, zaborów i powstań był ostoją polskości. Miejscem, do którego chodzono nie tylko dla artystycznych doznań, ale i z pobudek patriotycznych. Początkowo założony jako zespół dworski, przekształcony został przez Bogusławskiego w scenę narodową. Grano tam takie sztuki, jak Cud mniemany, czyli Krakowiacy i Górale czy Powrót posła (kpina z przeciwników Sejmu Wielkiego), aktorzy zmagali się z dziełami takich dramatopisarzy, jak Szekspir czy Molier. Scena została zamknięta po upadku powstania listopadowego, a na jej miejsce powstał Teatr Wielki pod kierownictwem carskich urzędników. Okres ten to czas przemycania do repertuaru sztuk o treściach narodowych. To tu miały miejsce premiery komedii Fredry, oper Moniuszki, tu grali najwięksi aktorzy i pracowali najlepsi muzycy. Funkcję busoli wyznaczającej poziom teatralny w Polsce Teatr Narodowy zachował także po 1918 i zachowuje do dziś.

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Czasy zaborów, Historia, Rzeczpospolita Obojga Narodów i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.