Dr Piotr Gontarczyk o odkryciu WBH

perspektywaSkala patologii jest ogromna. W archiwach wojskowych masowo kradziono i niszczono dokumenty.
Kiedy korzystałem akt w archiwum wojskowym w Modlinie, otaczała mnie kilka lat temu (!) niesamowita sceneria. Na ścianach były portrety sowieckich generałów oddelegowanych do WP. A na półkach czytelni było pełno literatury politycznej z czasów PRL.

Najważniejszym elementem na sali było 50-tomów dzieł wybranych Włodzimierza Ilicza Lenina — mówi portalowi wPolityce.pl dr Piotr Gontarczyk, historyk z Instytutu Pamięci Narodowej

wPolityce.pl:Dyrektor Wojskowego Biura Historycznego prof. Sławomir Cenckiewicz poinformował o udokumentowanych przypadkach niszczenia akt w archiwach wojskowych w Gdyni, Nowym Dworze Mazowieckim i Rembertowie w latach 1990-2009. Co Pan o tym sądzi?

Dr Piotr Gontarczyk: Nie wiem jaka jest skala prywatyzacji, niszczenia i kradzieży dokumentów w wojsku. Bez względu na to jak duża będzie, nie będę nią zaskoczony.

Dlaczego?

Zdaję sobie sprawę ze skali patologii, jaka występowała w archiwach wojskowych, bo na własne oczy widziałem, jak to działa. W archiwum w Rembertowie nie dostawałem na przykład różnych teczek akt archiwalnych i na dobrą sprawę nikogo to tam nie interesowało. Podejście było takie: nie ma, to nie ma. O „prywatyzowaniu” rozmaitych dokumentów przez tzw. „środowisko historyków wojskowych” krążyły w Polsce legendy.

Może Pan coś bliższego o tym opowiedzieć?

Mówiąc w skrócie: w archiwach wojskowych kradło się dokumenty na potęgę. Nie mogę operować nazwiskami, ale podam tylko jeden przykład. W archiwum „Karty” znajduje się spuścizna jednego z bardziej znanych historyków wojskowości. Wśród dokumentów archiwalnych znajdują się tam także oryginały. Nie ma poważniejszych wątpliwości, że raczej nie mogły one trafić do domu wspomnianego historyka w sposób legalny.

Czy to ważne dokumenty?

Oczywiście, unikatowe. Jeśli dobrze pamiętam, chyba w 2005 r. ukazała się pierwsza biografia Wojciecha Jaruzelskiego pióra Lecha Kowalskiego pod tytułem „Generał ze skazą”. Lech Kowalski obszernie cytował rozmaite ważne dokumenty dotyczące działalności Towarzysza Generała jako szefa Głównego Zarządu Politycznego WP: korespondencję z Sowietami czy prześladowania wymierzone w Kościół, ludzi wierzących, alumnów powoływanych do wojska. I wie Pan co się stało potem?

Nie mam pojęcia.

W 2006 r. chyba dyrekcja ówczesnego CAW powołała komisję do przeglądu tych akt. Komisja ta zakwalifikowała do „wybrakowania” czyli zniszczenia, bodaj kilkaset (!) teczek z materiałami archiwalnymi. Znakomita część tych akt dotyczyła właśnie działalności Jaruzelskiego z lat 60. Niektóre sygnatury wytypowane do zniszczenia pokrywały się niekiedy z tymi z książki Kowalskiego. Z opisów tych teczek pamiętam, że była tam m.in. korespondencja z Głównym Zarządem Politycznym Armii Sowieckiej i z Prymasem Polski. Proszę mi wskazać ciekawsze dokumenty, jeśli chodzi o historię PRL. Zniszczono nie mniej niż kilkadziesiąt tysięcy stron dokumentów.

Kto wydał polecenie dokonania takich zniszczeń?

O to trzeba zapytać ówczesne kierownictwo Centralnego Archiwum Wojskowego. Ale mam swoją własną teorię na ten temat.

Chętnie posłucham.

Wojsko Polskie nie przeszło w 1989 r., poza kosmetycznymi, żadnej solidnej transformacji. To był peerelowski skansen, w którym politykę kadrową przez ćwierć przez 30 lat kształtował Jaruzelski. Był w wojsku III RP niekwestionowanym bohaterem, w armii służyli ludzi z jego awansu. Myślę, że pozycja Towarzysza Generała była około 2005 r. (15 lat po upadku komunizmu) na tyle silna, że jak tylko zadzwonił do tego archiwum, powiedział „wicie, rozumicie” oni trzasnęli obcasami i zaczęli niszczyć kompromitujące Jaruzelskiego akta. Jestem wyjątkowo spokojny, że właśnie tak było.

Tyle lat po upadku systemu? Nie przesadza Pan?

System upadł na zewnątrz, ale nie w wojsku. Kiedy korzystałem akt w archiwum wojskowym w Modlinie, otaczała mnie kilka lat temu (!) niesamowita sceneria. Na ścianach były portrety sowieckich generałów oddelegowanych do WP. A na półkach czytelni było pełno literatury politycznej z czasów PRL. Najważniejszym elementem na sali było 50-tomów dzieł wybranych Włodzimierza Ilicza Lenina. Mogę to udokumentować, bo pstryknąłem kilka zdjęć. Znakomicie przetrwał ten „wystrój” do ostatnich ministrów obrony Bogdana Klicha i Tomasz Siemoniaka. Porządek z tym posowieckim skansenem zaczęto robić w 2015 r., ćwierć wieku po upadku PRL, za ministra Antoniego Macierewicza, kiedy szefem archiwów wojskowych został prof. Cenckiewicz.

Czy te akta były chronione prawem?

Oczywiście. Oprócz szeregu innych uregulowań prawnych ich niszczenie było bezprawne tylko w punktu widzenia zwykłej sztuki archiwalnej. Widziałem na protokołach zdawczo odbiorczych akta kategorii „A” czyli akta podlegające ochronie prawnej, akta, które muszą być wieczyście przechowywane i nigdy nie mogą być zniszczone. „Fachowcy” z archiwów wojskowych przed ich zniszczeniem przeklasyfikowali je na akta kategorii „B”, (B-5, B-10 czy B-20), które mogą być niszczone po ilości lat określonych przez wspomniany liczebnik. Niby „na papierze” dochowano jakiś tam procedur, ale to wszystko było bezprawne, grubymi nićmi szyte. To było nieudolne maskowanie typowo przestępczych działań. Na to wszystko są odpowiednie paragrafy w kodeksie karnym i mam nadzieję, one w tym wypadku zadziałają.

Poinformował Pan kogoś o tym?

Zgłaszałem tę sprawę przełożonym z IPN, ale z licznymi znakami zapytania, w formie niekategoryczniej (zachodzi obawa itp.), żeby samemu nie narazić się potem na zemstę. Poważniejszą analizę zagadnienia, przemyślenie go i opisanie zostawiłem sobie na później. Potem jednak nastąpiły zmiany polityczne i szefem archiwum został prof. Cenckiewicz. Próbowałem mu jakoś zasygnalizować ten problem, ale po krótkiej wymianie zdań wiedziałem, że jest już dobrze zorientowany w sprawie i podjął odpowiednie kroki, także formalno-prawne. Nie opisywałem więc tego nigdy publicznie, bo wiedziałem, że nie odpuści tematu i zrobi co się da, żeby sprawa została wyjaśniona a sprawcy przestępstw ukarani.

To wszystko brzmi jak scenariusz filmu sensacyjnego.

To prawda, ale taka jest rzeczywistość. Ale proszę się nie dziwić. To jest tylko 5749 (rzecz ujmując w przenośni) fragment rzeczywistości III Rzeczypospolitej bez przeprowadzenia gruntownych zmian systemowych i opcji zerowej w różnych obszarach funkcjonowania państwa w 1989 r. Tu katastrofalne skutki są widoczne na papierze do 25 lat po upadku systemu. Ale to tylko drobny element rzeczywistości wojska, służb specjalnych, policji czy wymiaru sprawiedliwości. Wycinek z nieistniejącego państwa dobrze zdiagnozowanego przez jednego z ministrów PO ze znanych nagrań z restauracji „Sowa i Przyjaciele”.

W piśmie Wojskowego Biura Historycznego jest mowa o setkach tysięcy stron dokumentów. Sądzi Pan, że skala niszczenia dokumentów w archiwach wojskowych była tak duża?

Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Proszę zrobić prosty rachunek. W archiwum w Modlinie, które teraz nazywa się archiwum w Nowym Dworze Mazowieckim zniszczono protokolarnie kilkaset teczek dotyczących głównej działalności politycznej Ludowego Wojska Polskiego, którym kierował Wojciech Jaruzelski. Jeśli dobrze pamiętam, naliczyłem ponad 200 teczek, z których każda miała zapewne (taka jest tam statystyka) około 400-500 stron. To jest łącznie 80-100 tysięcy stron, z których znaczna część przedstawiała dużą wartość historyczną. A mówimy tylko o jednym zespole archiwalnym z jednego archiwum. Takie są skutki tego, że nie rozgoniono tej wojskowej bandy, podobnie jak tych z WSI. Z „typami” z którymi miałem do czynienia w latach 2006-2007 r. jako zastępca dyrektora Archiwum IPN w czasach Janusza Kurtyki, naprawdę nie było o czym rozmawiać. Bronili socjalizmu, polsko-sowieckiego braterstwa broni i patriotyzmu oraz pracujących w pocie czoła bohaterów z Informacji Wojskowej jak niepodległości. Nie chcieli odtajniać żadnych akt archiwalnych. Rozmowy z nimi to był prawdziwy szok kulturowy, i dla mnie i dla nich. Nie potrafiliśmy ze sobą rozmawiać. Początkowo to było dość szokujące doświadczenie a potem już tylko niezły kabaret.

Może Pan podać jakiś przykład?

Pamiętam teczkę Włocha, który tuż po wojnie donosił dla peerelowskiego wywiadu wojskowego na stacjonujących we Włoszech żołnierzy generała Andersa. Zrezygnował chyba ze współpracy bo zorientował się, że pracuje dla Polaków, a a nie dla Sowietów, z którymi sympatyzował. W czasie jednej z rozmów-negocjacji, kiedy trepy z WSI próbowały brać mnie na ton „patriotyczny” i naciskały, żeby nie odtajniać akt, bo to „nasi bohaterowie” i agenci „naszego polskiego wojska”, wyjąłem tę teczkę Włocha i powiedziałem: „Panowie, w Polsce wtedy nie było naszego polskiego wojska, ono stacjonowało we Włoszech”. Kiedy skończyłem mówić zapadła cisza, czekali co powiem dalej, bo nic nie zrozumieli. Po dłuższej przerwie jeden z „pułkowników” puknął pozostałych w ramię, żeby wyszli, bo chyba zrozumiał co powiedziałem i prawdopodobnie za drzwiami wytłumaczył. Takie to były rozmowy: nic do tego peerelowskiego betonu nie docierało. Dobrze, że to towarzystwo zostało „pogonione” z wojska. Warto podkreślić że także przy udziale Macierewicza i Cenckiewicza.

Czy przed zniszczeniem oryginałów dokumentów mikrofilmowano je?

Nie sądzę, żeby to robiono, tu raczej kradziono na potęgę akta archiwalne o dużej wartości, żeby mieć monopol naukowy, a niszczono na potęgę żeby ukryć, w czym było w istocie tak zwane ludowe Wojsko Polskie. Sądzę, że ludzi niszczący akta archiwalne w wojsku w latach III RP w dużej mierze chronili twarz „swojego własnego wojska” i bronili swoich życiorysów. Nie robi się przed zniszczeniem kopii czegoś, co chciało się ukryć przed historykami i następnymi pokoleniami. Jeżeli niszczono kompromitującą dokumentację kontaktów Jaruzelskiego z Sowietami, to jaki był sens robienie z tego kopii? Poza tym cała ta działalność była przecież nielegalna. Nikt nie wytwarza ewidentnych dowodów przestępstwa (a takim byłyby ewentualnie mikrofilmy).

Pan Bogdan Klich, który był ministrem obrony narodowej w latach 2007-2011 w rządzie PO-PSL twierdzi, że nic nie wiedział o niszczeniu dokumentów. Czy to możliwe, żeby ten i inni ministrowie obrony narodowej (np. Tomasz Siemoniak) nie wiedzieli co się dzieje w podległym im resorcie?

Jestem urzędnikiem państwowym, więc muszę unikać komentarzy politycznych i wypowiadam się wyłącznie w swoim imieniu. Znam też innego szefa MON, Antoniego Macierewicza, który wcześniej rozpędził WSI, a w latach 2015-2018 widziałem zmiany w archiwach wojskowych z usunięciem sowieckich generałów ze ścian i dzieł Lenina na czele. Najwyraźniej poprzednikom albo taki obraz wojskowych archiwów nie przeszkadzał, albo, co bardziej prawdopodobne, nigdy tam nawet nie zajrzeli. Jeżeli się tak kieruje podległym resortem, to niewiele można się o nim dowiedzieć. Dopiero od 2015 r. zaczęto zabierać się za różne patologie związane z kradzieżą i niszczeniem akt wojskowych. Te działania są kontynuowane także teraz, kiedy ministrem jest Pan Mariusz Błaszczak. Okazuje się, że można dowiedzieć się co dzieje się w podległym sobie ministerstwie. Można też próbować coś z tym robić. Jeżeli inni szefowie MON pełnili swoją funkcję latami i dziś tłumaczą, że nic nie wiedzieli o sprawach, za które odpowiadali, to sprawa nie wymaga żadnego komentarza bo oni sami wydają sobie świadectwo.

Rozmawiał Tomasz Plaskota

za: https://wpolityce.pl/polityka/400959-nasz-wywiad-dr-gontarczyk-o-odkryciu-wbh

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności, Historia, III RP, Lata PRL, Wywiady i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Dr Piotr Gontarczyk o odkryciu WBH

  1. emka pisze:

    Szokujące odkrycie historyków. Janowi Olszewskiemu grożono – dokumenty wśród tysięcy niszczonych akt!

    Groźby kierowane pod adresem premiera Jana Olszewskiego w latach 2005-2006 znalazły się wśród dziesiątek tysięcy niszczonych dokumentów w archiwach wojskowych. Nowe informacje na temat niszczenia dokumentów z wojskowych archiwów podaje szef Wojskowego Biura Historycznego Sławomir Cenckiewicz.
    Odkrycia dokonał jeden z archiwistów Wojskowego Biura Historycznego, który został powołany przez szefa WBH do specjalnego zespołu mającego przeanalizować spisy zniszczonych dokumentów.

    – W mojej ocenie taka postać jak Jan Olszewski zasługuje na to, żeby nawet różne okropieństwa archiwalne na jego temat zachować – podkreśla Cenckiewicz.
    Z informacji ze spisu wynika, że dokument dotyczył „sprawy rzekomych fałszerstw dokumentów akt sprawy Pg.D. 73/04 oraz gróźb kierowanych pod adresem Jana Olszewskiego”. Dokument z sygnaturą B-5 obejmował zakres czasowy od 12 września 2005 r. do 12 stycznia 2006 r.

    – To było kilkadziesiąt stron, co wynika z tego spisu, bo każdy z tych spisów opiera się na liczbie porządkowej, tytule z okładki teczki, która jest do niego przepisywana. Towarzyszy temu również informacja o tym, jaką dana teczka miała klasyfikację archiwalną oraz o liczbie stron. I w tym wypadku to jest około 40 stron – powiedział Sławomir Cenckiewicz.
    Pytany o ewentualną wartość zniszczonych dokumentów szef WBH przypomniał, że w tym okresie, gdy one powstawały Jan Olszewski angażował się w likwidację Wojskowych Służb Informacyjnych. W tej sprawie rok później został m.in. następcą Antoniego Macierewicza na stanowisku przewodniczącego Komisji Weryfikacyjnej.

    – I jak każdy członek tych zespołów, które likwidowały WSI podlegał różnego typu akcjom zastraszającym. Sam otrzymywałem bardzo dużo tego rodzaju pogróżek, listów i myślę, że to mogły być podobne historie – dodał Cenckiewicz.
    Postępowanie w sprawie Olszewskiego – jak wyjaśnił – prowadziła wówczas prokuratura wojskowa, dlatego też dokumenty te znalazły się w Centralnym Archiwum Wojskowym w Rembertowie.

    Szef WBH wyjaśnił też różnicę pomiędzy klasyfikacją archiwalną sygnowaną literą „A” i literą „B”, co jest podnoszone przez obrońców legalnego niszczenia akt.

    – Legalnie, czyli po przekwalifikowaniu materiałów o charakterze archiwalnym na materiały o charakterze niearchiwalnym, czyli z kategorii „A” na kategorię „B”, co w konsekwencji umożliwiło zniszczenie dokumentów. Tylko cały problem polega na tym, czy mieli prawo dokonać takiego przekwalifikowania i ja nie mam wątpliwości, że bardzo duża część tych materiałów, które zostały zniszczone nigdy nie powinny być zakwalifikowane jako materiały niearchiwalne – wyjaśnił Cenckiewicz.
    O licznych przypadkach bezprawnego niszczenia akt w archiwach wojskowych w Gdyni, Nowym Dworze Mazowieckim i Rembertowie w latach 1990-2009 Wojskowe Biuro Historyczne poinformowało w ubiegłym tygodniu. Podkreśliło też, że w latach 2000-2009, mimo ustawy o IPN, niszczono akta organów bezpieczeństwa PRL. Sprawa ta obecnie trafiła do pionu śledczego IPN w Warszawie. W ocenie WBH, niszczenie objęło co najmniej dziesiątki tysięcy jednostek archiwalnych dotyczących PRL.

    Więcej na ten temat także w najnowszym numerze tygodnika „Gazeta Polska”.

    za: http://niezalezna.pl/228991-szokujace-odkrycie-historykow-janowi-olszewskiemu-grozono-dokumenty-wsrod-tysiecy-niszczonych-akt

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.