Więcej światła

876503_dZ6W_fe34932641ea9bef3eb2ef8092eb_68Żal mi ludzi, którzy dają się nabierać, ulegając hasłom, że liczy się człowiek zewnętrzny. Gdyby czytali więcej wielkiej poezji, nie dawaliby się co rusz oszukiwać. Żyjemy w cywilizacji truposzów, w gigantycznym oszustwie, które udało się przeprowadzić w historii w skali dotąd niespotykanej. O Bogu, o przymierzu, Konstantym Ildefonsie i chwaleniu życia mówi Wojciech Kass.

ROMAN KOSZOWSKI /FOTO GOŚĆ

Barbara Gruszka-Zych: Kiedy wstajesz rano, widzisz same cuda: Jezioro Nidzkie, puszczę.

Wojciech Kass: Wstaję wcześnie, bo jestem skowronkiem, poetą pory świtania. Kiedy wychodzę do naszego obejścia, mam wrażenie, jakby przed moimi oczami na nowo odbywał się akt stworzenia. Przyroda jest świeża, czysta, niczym nie skalana. Wtedy mówię sobie: „Poszukaj Boga, zawrzyj z Nim przymierze”. To nie tak, że my to przymierze już zawarliśmy, kiedy byliśmy chrzczeni. Żeby żyć z Bogiem, musimy je codziennie odnawiać. W jednym z wierszy napisałem: „rano wstawaj i szukaj Boga pod łóżkiem”. Jeśli się dobrze z samego rana pomodlę, to dostaję sił, żeby godnie przeżyć dzień. Ale w nocy mogą przyjść złe sny, koszmary i na drugi dzień mogę obudzić się inny. Dla mnie codzienne ranne wstawanie to próba wchodzenia do ogrodu, w którym istniejemy ku radości.

W swoich wierszach chwalisz urodę życia, stojąc po stronie Miłosza w polemice z pesymistą Larkinem.

Przytoczę ulubione słowa Friedricha Hölderlina, że człowiek nie ku wiedzy został stworzony, ale ku radości. Mój ulubiony Wystan Auden też przynagla: „Ucz radości, zamiast ranić”. To słowa patronackie mojej poezji. Ona ma sprawiać, żeby ludziom wróciła radość serca, a poprzez to – radość istnienia. Nasza wiara objawia się przez totalną akceptację tego, co jest. Jeszcze raz zacytuję Audena: „Chwal, co jest, bo istnieje”. Dlatego chwalę życie, mimo że czasem nie zgadzam się na wszystko, co przynosi.

Cieszysz się, że życie przyniosło Ci leśniczówkę Pranie. Jak sam mówisz, jesteś „pastuszkiem Zielonej Gęsi” – dyrektorem muzeum Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Czy Twój patron był blisko Pana Boga?

Właśnie 5 września mija 20 lat, od kiedy służę mojemu „anielskiemu chlebodawcy”, jak nazywam Gałczyńskiego. Z tą bliskością Boga różnie bywa, raz jesteśmy blisko Niego, raz daleko. Nieraz zadaję sobie pytanie, dlaczego tak się dzieje, że czasami czuję się przez Niego opuszczony. Takie poczucie sygnalizuje, że się od Niego oddaliłem za bardzo, zaciemniając swoje serce.

Myślisz, że Gałczyński też się nad tym zastanawiał?

Na religijność Gałczyńskiego otworzył mi oczy jego „Notatnik z Altengrabow”. Jako poeta w czasie wojny prawie zamilkł, ale w niemieckim stalagu dostał dwa zeszyty i przez trzy miesiące prowadził w nich zapiski. Moim zdaniem są one ukrytą modlitwą. W stalagu nastąpiło jego przebudzenie religijne, co, w moim przekonaniu, niedostatecznie podkreśliła córka poety Kira Gałczyńska. Uważała, że znajdujące się tam modlitewne sformułowania, częste przywoływanie cytatów łacińskich czy odwołania do ojców Kościoła są takim „dekorum”, że język był dla niego ważniejszy niż wiara.

Język bywa taką dekoracją?

Poeta myśli słowem i wielu ludziom wydaje się, że jego słowa to „dekorum”, że coś w nie ubiera, udaje. To nieprawda, słowa są realnością i każdy wiersz zmienia mnie i świat. Dla mnie poezja nie ma znaczenia jako zabawa językiem, ale jest pracą duchową nad samym sobą. Natomiast świat jest językiem Boga. Bóg myśli obłokiem, drzewem, morzem, lasem, wszystkim, co stworzył.

Tu, w leśniczówce Pranie, Gałczyński mógł słyszeć Boga przez całe piękno przyrody.

Tak się właśnie działo. Potwierdził to niedawno ks. Boniecki, który czytał u nas wiersze Gałczyńskiego, bo jest ich admiratorem. Ofiarował muzeum list, który napisała do niego wdowa po poecie Natalia Gałczyńska, datowany na 24 września 1956. W odpowiedzi na jego pytanie, czy zachowały się jakieś świadectwa mówiące o wierze Gałczyńskiego, odpisała mu między innymi tak: „W papierach pośmiertnych nie został żaden utwór o tematyce ściśle religijnej, ale mój mąż do ostatnich dni życia był człowiekiem wierzącym, pełnym poczucia Boga. Choć z pewnością nie był ortodoksyjnym katolikiem. Myślę jednak, że Bóg różnym ludziom różnie się objawia. Do ulubionych i niemal codziennych lektur Konstantego należały „Wyznania” św. Augustyna. Na jego stole leży egzemplarz łaciński, tak jak go pozostawił, a także Ewangelia św. Mateusza, którą uważał za szczyt poetyckiej prostoty. Często odmawiał Litanię do Dzieciątka Jezus i modlił się ze mną na dobranoc. Pamiętam, jak kiedyś w słonecznym lesie powiedział: „Bóg przeszedł przed chwilą tą ścieżką, jeszcze się liście kołyszą”. Swego czasu Wojtek Czerniewicz, który przyjeżdżał do Prania na warsztaty poetyckie, zapytał mnie, czy modlę się za duszę Gałczyńskiego. Przyznaję, że modlę się czasami za mojego „anielskiego chlebodawcę”.

Może nie zawsze tak bezpośrednio jak w tomie „41”, ale często modlisz się swoimi wierszami.

Pisanie poezji religijnej jest bardzo trudne, nie używam imienia Pana Boga swego nadaremno, bo to byłby dowód mojej pychy. Poezja jest dla mnie formą modlitwy, ale też sposobem na własną przemianę. Uważam, że największym darem, jaki otrzymał człowiek, jest dar przemiany z człowieka gorszego w lepszego. Odczułem to w ciągu trzech tygodni, pisząc ten cykl 41 pieśni. Po ich skończeniu byłem kimś zupełnie innym.

Kim byłeś wcześniej?

Człowiekiem nieustającego naporu na rzeczywistość z potrzebą jej zmiany. I nagle z naporu przeszedłem do przestworu. Napisałem wtedy wiersz o Jezusie Chrystusie, którego odbijam z lodu. Przemek Dakowicz, kiedy pisał o tym tomie, zapytał mnie: „Przyznaj się, byłeś Nim wtedy”. Gdybym powiedział, że w trakcie pisania tych wierszy byłem Chrystusem, brzmiałoby to jak herezja, ale przecież trochę się Nim poczułem. Jeżeli napisałem, że jest to „Chrystus odbity z lodu”, to musiałem być gorącego serca. Powstanie tego tomiku cudownie mnie uspokoiło. Poprzez niego spłynął na mnie duch łagodności. Chodziłem po Praniu jak dziecko, które otwiera oczy ze zdziwienia. Na wszystko patrzyłem pierwszymi oczyma, nie dowierzając, że całe to piękno naprawdę istnieje. Objawiała mi się wtedy cudowna realność słowa i świata, które zatańczyły ze sobą w jednym uścisku.

Nie zawsze zachwycasz się życiem, konsekwentnie przypominasz też o bliskości śmierci.

Ale piszę o tej śmierci żywo. Mój wiersz nie jest martwy, on ożywia śmierć. Gałczyński uważał, że poezja jest przezwyciężaniem śmierci. „41” to był tomik pasyjny, w którym pisząc o śmierci, stawałem się żywy. To cud, że poezja mogła wskrzesić mnie z truposza, po mazursku – martwca. Bo przecież w każdym z nas jest taki martwiec.

Rozmawiasz o tym z księżmi, którzy też zaglądają do Prania?

Niedawno odwiedził nas o. Antoni, zaprzyjaźniony z ks. Janem, proboszczem naszej parafii Świętej Trójcy w Rucianem-Nidzie. Pięknie spędziliśmy czas, rozmawiając o muzyce i poezji, a na koniec podarowałem mu swój tomik. Następnego dnia idziemy z moją żoną Jagienką na Mszę poranną, a tu o. Antoni zaczyna kazanie od mojego wiersza „Dzwon”. Cała homilia była o grzechu, on też tak ten wiersz zinterpretował. Dla mnie to był wiersz o tajemnicy, ale być może grzech jest tajemnicą. Bardzo mnie ucieszyło, kiedy powiedział, że tu, w parafii, jest poeta i warto się w niego wsłuchiwać.

Czyli poezja pomaga teologii?

Przydaje się w budowaniu pewnej konstrukcji teologicznej wewnątrz nas samych. Kiedy wchodziłem na ścieżkę pisania, pragnąłem, żeby wiersze pomogły mi w trzech rzeczach. Po pierwsze – w sprawie między mną a moim żarłocznym ego, po drugie – między mną a światem, po trzecie – między mną a Bogiem. Jeśli te trzy sprawy splotą się w całość, odsłonią rąbek losu poety i jego słowa, to można powiedzieć, że życie poety i jego wiersze miały sens.

Udało Ci się rozwiązać jakąś sprawę między Tobą a Bogiem?

Przebudziłem się religijnie, kiedy mój drugi syn Bruno przystępował do I Komunii św. Zadzwonił do mnie wtedy mój znajomy Adam Ostrowski. Opowiadałem mu o przygotowaniach, kto przyjedzie, gdzie będzie przyjęcie, a on mi przerwał: „Tylko tyle? To będzie pusty rytuał”. To pytanie zapadło we mnie jak grot strzały.

Zmieniłeś coś wtedy?

Zacząłem z synem chodzić do kościoła, a po roku dołączyła do nas żona. Byliśmy już taką bardzo bliską Boga rodziną. Myślałem: tyle mogę dla mojego syna zrobić – wychować go w duchu chrześcijańskim. Przez to wszystko moja wiara zaczęła się umacniać. Krótko mówiąc – żyję w grzechu śmiertelnym, jestem rozwodnikiem w powtórnym związku i nie mogę przystępować do Komunii św. Ale kiedy mój syn ją przyjmuje, to tak, jakbym ja otrzymywał ją poprzez niego.

Rozmawiamy o tym, co dzieje się w duszy, a naszą cywilizację tworzą ludzie, którzy o niej zapominają.

Bo myśmy stracili centrum, coś, co istnieje w naszym wnętrzu. Przez to skazaliśmy się na miny – drwiny, ironię, sarkazm. Nasze Pranie przez to, że jest ogrodem w środku puszczy, skłania do innego myślenia. Żyjąc tutaj, staram się szukać w sobie człowieka wewnętrznego. Żal mi ludzi, którzy dają się nabierać, ulegając hasłom, że liczy się człowiek zewnętrzny. Gdyby czytali więcej wielkiej poezji, nie dawaliby się co rusz oszukiwać. Żyjemy w cywilizacji truposzów, w gigantycznym oszustwie, które udało się przeprowadzić w historii w skali dotąd niespotykanej.

Często piszesz o zmartwychwstaniu.

Bo nieustannie zmartwychwstaję do życia! Zmartwychwstanie to podstawa naszej wiary. Ale przedtem trzeba przejść przez cierpienie i wszystkie dotkliwości życia. W eseju „Ręka pisząca” zanotowałem, jak w Wielki Piątek, klęcząc w kościele, starałem się współczuć Bogu, którego przeganiamy ze swojego życia jak intruza w przekonaniu, że mamy lepsze recepty na to, jak je urządzać, jak ulepszać. W ten sposób z dnia na dzień odnawia się Jego pasja, męka i ukrzyżowanie. Pytałem wiszącego na krzyżu, jak mogę Mu pomóc, jak ulżyć w męce i umieraniu. Usłyszałem odpowiedź: „Zmartwychwstawaj na co dzień wobec każdego człowieka, którego napotykasz. Tylko w ten sposób możesz na chwilę wyjść ze swojego grobu. Skąd jednak miałbyś wiedzieć, że w nim żyjesz?”. Wciąż zastanawiam się, jak to zdanie wcielać w życie.

Myślisz o życiu wiecznym?

Właśnie w taki sposób pracuję nad przygotowaniem się do niego. W moim eseju „Światło jaśnie gość” wysnułem teorię, że im więcej światła gromadzimy w sobie za życia, tym bardziej będzie nam ono pomocne przy przejściu na drugą stronę.

Pomaga Ci w tym pisanie wierszy.

Staram się, żeby dzięki każdemu nowemu wierszowi choćby o milimetr nastąpił przesuw mojej egzystencji. Mam nadzieję, że każdy wiersz mnie uczłowiecza, sprawia, że staję się lepszy. Aldous Huxley powiedział tuż przed śmiercią, że gdyby mógł coś zmienić w swoim życiu, to byłby łagodniejszy. Nieustannie modlę się o łagodność. Żebym świat raczej głaskał, a nie na niego napierał.

Jesteś znanym dyrektorem, a nie wahasz się opowiadać o swojej wierze.

Czasem walczę o to, żeby mnie tak nie tytułowano. Ale zwracają się do mnie „dyrektorze”, bo społecznie właśnie ta funkcja mnie pozycjonuje, a nie moja poezja.

Można Cię podsumować „Pan poeta”.

(śmiech) Bycie dyrektorem jest spełnieniem pożądliwości naszego ego. Dla mnie te przydomki przed nazwiskiem – dyrektor, prezes – nie mają większego znaczenia. Zawsze miałem poczucie, że nazwisko jest pustym naczyniem, które nasze życie musi wypełnić ważną treścią. Nie tyle pracuję na dyrektora w sobie, ile na Wojciecha Kassa w sobie. Kiedy już nie będę dyrektorem, chciałbym być nadal Wojciechem Kassem. Niejeden ma z tym problem, bo istnieje tylko poprzez swoje stanowisko. Warto zastanowić się nad literą słowa, w której zawiera się litera naszego życia w nagrobnym epitafium: imię, nazwisko, data urodzin i śmierci. Nawias. •

Wojciech Kass – ur. w 1964 w Gdyni, od 20 lat mieszka w Praniu, gdzie opiekuje się Muzeum K.I. Gałczyńskiego. Poeta, eseista, członek redakcji dwumiesięcznika „Topos”.

za: http://gosc.pl/doc/4113754.Wiecej-swiatla

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wywiady i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.