Spalony raj

Jacek Malczewski Zatruta studnia z chimerą 1905Wojciech Wencel

Międzywojenny Wołyń z jego dziewiczą przyrodą i przyjaznym, zwłaszcza letnią porą, klimatem, był dla Polaków rajem. Odrodzone państwo polskie nagradzało urodzajną ziemią swoich bohaterów.

Wołyń, wbrew intencjom naszych katów, stał się polskim sztandarem.

Biało kwitnące sady, cumulusy wolno płynące nad równiną, letnie sukienki kobiet, dziecięce podkolanówki. Przed dworem, kościołem, w powozie, na brzegu rzeki. Międzywojenny Wołyń z jego dziewiczą przyrodą i przyjaznym, zwłaszcza letnią porą, klimatem, był dla Polaków rajem. Odrodzone państwo polskie nagradzało urodzajną ziemią swoich bohaterów: legionistów, uczestników wojny polsko-bolszewickiej. Razem z mężczyznami w oficerkach przybywały ich młode żony i dzieci. Początki bywały bardzo trudne, ale w latach 30. wojskowe rodziny współtworzyły już polski żywioł z zakorzenionymi na Wołyniu ziemianami i chłopami. W licznych koloniach tętniło życie, relacje między sąsiadami układały się lepiej niż poprawnie. Polacy i Ukraińcy odwiedzali się wzajemnie, pomagali sobie w pracy, wspólnie śpiewali i tańczyli na weselach, niekiedy koligacili się. Oczywiście, po obu stronach zdarzały się prowokacje polityczne, jednak miały one charakter incydentalny. Życie zwykłych ludzi toczyło się w rytmie wyznaczanym przez kolejne pory roku, przyrodę, święta religijne i ludowe obrzędy. Idylliczne krajobrazy inspirowały poetów: Józefa Czechowicza, Józefa Łobodowskiego, Wacława Iwaniuka. Młodzież z głębi kraju spędzała nad Styrem wakacje.

Rzeź wołyńska jest wstrząsająca nie tylko ze względu na makabryczne metody zbrodni. Także dlatego, że wydarzyła się w płodnej kulturowo krainie niewinności. Wprawdzie w 1943 r. polski żywioł był już niekompletny, bo wcześniej Sowieci wywieźli na Sybir naszych wojskowych i ich rodziny, ale wskrzeszony przed wojną arkadyjski mit prowincji trwał jeszcze w zbiorowej świadomości. I nagle, niemal z dnia na dzień, Polacy zstąpili z raju do piekła. Czysta biel została zalana przez krzepliwą czerwień. Krew spływającą po ścianach mieszkań, łóżkach, stołach, znaczącą siekiery, piły, noże. Wydaje się, że jako spadkobiercy pomordowanych na Wołyniu możemy tylko powtarzać za Janem Lechoniem: „Jak Dante za Wergilim schodźmy do podziemi/ Słuchać jęków w ciemnościach, gdzie się rozum traci,/ Śród murów obryzganych przez krew naszych braci,/ Przez które zda się jeszcze wołają do siebie,/ Idźmy szukać tych kości, których nikt nie grzebie”.

Opłakiwanie ofiar kaźni jest ważne, nawet konieczne, jednak celebrując mit katastroficzny, nie możemy zapomnieć o tym pierwotnym – arkadyjskim. Dopiero połączenie tych mitów odsłania tajemnicę polskości. Bez bieli, symbolizującej ufność wobec Boga, czystość intencji, pragnienie duchowego ładu, utoniemy w morzu krwi i oszalejemy z poczucia dziejowej krzywdy. Ukraińcy z OUN i UPA nie chcieli wygnać naszych rodaków z domów. Postanowili zabić ich wszystkich i spalić każdą opustoszałą wieś, żeby Polacy już nigdy nie wrócili do swojego raju. Jednak wołyńskie sady wciąż kwitną na biało, a krew naszych męczenników krzepnie w czułej pamięci. Wołyń, wbrew intencjom naszych katów, stał się polskim sztandarem. Dlatego na wieki pozostanie nasz – jako miejsce, w którym odnaleźliśmy krzyż Chrystusa, chwalebne drzewo zbawienia.

Kiedy oglądam obraz Jacka Malczewskiego „Zatruta studnia z chimerą”, zawsze wydaje mi się, że z wnętrza cembrowin dobiega krzyk wrzuconych tam dzieci. Choć studni nie drąży się w separacji od ludzkich osiedli, ta tkwi w szczerym polu. Jakby otaczające ją pierwotnie gospodarstwa spalono, drzewa owocowe wyrwano, drogi zaorano. Chimera, która siedzi na krawędzi studni, z pewnością zna jej mroczną tajemnicę, ale nie kwapi się, by podzielić się tą wiedzą ze światem. Samotnie pilnuje zatrutej wody, zaplatając gęsty warkocz. Dla mnie to personifikacja ludu ukraińskiego, który wciąż ma poważny problem z prawdą historyczną. Dlatego pozostaje w izolacji.

Słowo „chimeryczny”, które najprecyzyjniej opisuje zbiorowość naszych wschodnich sąsiadów, posiada dwa słownikowe znaczenia: 1) „mający kapryśną naturę”, 2) „niemożliwy do urzeczywistnienia”. Dopóki Ukraińcy nie pokonają w sobie chimery i nie udrożnią źródła w wołyńskiej studni, nigdy nie staną się prawdziwym narodem.

za: https://gosc.pl/doc/4022573.Spalony-raj

foto: Jacek Malczewski Zatruta studnia z chimerą, 1905
  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii 20-lecie międzywojenne, II wojna światowa i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.