A to ci historia…

rys. Janusz KapustaLech Galicki

Na imię ma Jan… nie, Jerzy, tak chyba, przepraszam, Janusz pewnie. Coś tak. Kiedyś był listonoszem. Nazwisko? Jakoś tak na A. Albo na K. Dziwny człowiek, przypadek ciekawy. Kto go tam wie, dlaczego on taki jest, jak jest.


foto: rys. Janusza Kapusty

Zadzwonił telefon. Alarmująca sprawa. Dramatyczna sytuacja. Z pobliskiego wieżowca chce wyskoczyć starszy mężczyzna. Uparł się i nie ma z nim kontaktu. Szybko biegnę do windy. W środku tylko jedna osoba. Staruszek. Z biała laską w dłoni. Też zjeżdża na parter. Nagle, na szóstym piętrze, winda zatrzymuje się gwałtownie. Gaśnie światło. Drzwi zablokowane. Cisza. Strach.
Wszystko dzieje się tak błyskawicznie. Nie ulega wątpliwości, że jesteśmy w dźwigowym pudełku sami. Opuszczeni, zdumieni, przerażeni. Alarm nie działa. Wyobraźnia podpowiada, iż za chwilę stanie się coś złego. Tragicznego. Nieodwracalnego. Wyksztuszam z siebie niezborne zdania. Po omacku szukam jakichś przycisków. Tak minuta po minucie. Starszy, niewidomy osobnik stoi nieruchomo. Uśmiecha się? Nie wiem. Nie widzę. Ciemno. Ale tak mi się wydaje.
Niespodziewanie, nagle zapala się światło. Zaczynają działać odpowiednie mechanizmy. Szczęśliwie zjeżdżamy na parter. Wychodzę z windy szybko. Prawie uciekam. Życie jest piękne. Czuję się, jak na ziemi obiecanej.
Docieram na miejsce zdarzenia. Na szczęście tam również nie doszło do najgorszego. Mężczyzna nie wyskoczył z ósmego piętra. Siedzi w oknie swojej kawalerki. Jego nogi zwisają na zewnątrz. Ubrany w świąteczny garnitur. Na głowie ma beret. Z antenką. Śmieszny on jest. Frapująco śmieszny. Ten beret. I ten zdesperowany osobnik.
On krzyczy, że skoczy z wysokości. Że rozbije o ziemię swoją przeklętą samotność. I wszystkie plagi, które na niego spadły i nie chcą odejść. Pragnie, żeby nastąpił koniec jego świata. Sam wie, czego mu trzeba. I niech odejdą gapie i wszyscy ciekawscy, bo to jego sprawa.
Sąsiedzi znieruchomieli ze zdumienia, gdyż przez trzydzieści prawie lat nikt nie słyszał, aby ten człowiek, samotnik, odludek, odmieniec jakiś, czy ktoś na podobieństwo dziwaka, wypowiedział tyle słów. No, sensacja. Kto by przypuszczał.
Potem negocjator, psycholog przekonał z trudem wielkim straceńca, a i presji tajemniczej do ratowania jego użył. Wyważono drzwi i już szaleńca nie puszczono. Teraz zapewne jest w szpitalu psychiatrycznym i poddają go elektrowstrząsom, aby przeszły mu głupie myśli. Tak szeptano. – On zawsze był sam i może dobrze się stało, bo gdyby nagle umarł w mieszkaniu, nikt by o tym przez miesiące długie nie wiedział – mówi przejęta sąsiadka.
Ktoś inny dodaje: – Nie pił wódki, chodził schludnie ubrany i ciągle się skradał. Tak długo czekał, aż winda była pusta. Wszyscy wiedzieli, że on windą także jeździ tylko samotnie.
– Jak się nazywa?
– Na imię ma Jan… nie, Jerzy, tak chyba, przepraszam, Janusz pewnie. Coś tak. Kiedyś był listonoszem. Nazwisko? Jakoś tak na A. Albo na K. Dziwny człowiek, przypadek ciekawy. Kto go wie, dlaczego on taki jest, jak jest. Człowiek żyje tyle lat razem w jednym bloku, no, domu i nie pamięta z kim… – zadumał się sąsiad X.
A po chwili dodał: – Więcej o tym dziwnym człowieku powie wdowa, która mieszka piętro wyżej. Jej nazwisko? Nazywa się chyba jakoś na Z. Nie pamiętam. A to historia…

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Eseje i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.