Pogrobowiec czasu Wielkiej Trwogi

perspektywaMieczysław Łoziński wciąż nie mógł zaznać spokoju. Po drugiej wojnie światowej żył w PRL, a potem w III RP do 2009 roku, z dręczącą świadomością, że pamięć o tragedii Polaków w ZSRS w latach 1937-1938, o tym pierwszym bolszewickim ludobójstwie na naszych rodakach, którego był naocznym świadkiem, przechowa jedynie garstka historyków. – pisze Anna Zechenter

Nie mógł przeboleć, że po 1989 roku wiedza o zagładzie dalszych Kresów, które nie weszły w skład II RP, zamknięta w kilku zaledwie książkach, nie trafia ani do publicznej świadomości, ani do podręczników szkolnych; że nikt nie obchodzi rocznic związanych z Operacją Polską NKWD; że wszystko zatrze czas, gdy odejdą ostatni, którzy widzieli. Pozbywszy się nadziei, że zainteresuje historyków akademickich, usiłował bez powodzenia nakłonić do wszczęcia badań Instytut Pamięci Narodowej.

Zdążyć przed śmiercią

Czuł się spadkobiercą tych Polaków, których enkawudziści wywlekali po nocy z domów na egzekucje, a ich rodziny gnali na zsyłkę; tych, których wcześniej, w pierwszej połowie lat 30. XX wieku, zabijał Wielki Głód na Ukrainie albo mordowali hunwejbini kolektywizacji. Dlatego właśnie urodzony w okolicach Żytomierza na Ukrainie w styczniu 1925 roku – prawie 13 lat przed Operacją Polską – nauczyciel matematyki z Kłodawy zbierał świadectwa, starał się dotrzeć do rodzin ofiar, korespondował z emigrantami, którym lęk nie zamykał ust w przeciwieństwie do ludzi wciąż mieszkających w Rosji. Do śmierci zrobił wszystko, co mógł, by o tej masowej zbrodni nie zapomniano: zgromadziwszy materiały, wydał dwie niewielkie książki, „Polonia nieznana” w 2002 i „Operacja polska NKWD. Stalinowska zbrodnia na Polakach w latach 1937-1938” w 2008 roku.

Pośpiech Mieczysława Łozińskiego był zrozumiały, bowiem za jego życia dorobek wydawniczy dotyczący Operacji Polskiej był mizerny. W 1991 roku wyszło opracowanie mieszkającego w Polsce rosyjskiego historyka Mikołaja Iwanowa „Pierwszy naród ukarany. Polacy w Związku Radzieckim 1921-1939”; o sprawie pisał, przytaczając tekst zatwierdzonego przez Stalina zbrodniczego rozkazu numer 00485 komisarza spraw wewnętrznych Nikołaja Jeżowa z 11 sierpnia 1937 roku, Andrzej Paczkowski w dziele „Czarna Księga Komunizmu” w 1999 roku; wspomnienia Polaków z Leningradu ukazały się w opracowaniu Henryka Głębockiego na łamach krakowskiego pisma „Arcana” w 2005 roku.

Cóż to jednak było w morzu niepamięci… Ilu ludzi sięga po naukowe opracowania naszpikowane przypisami, kto przedziera się przez dokumenty, by ze strzępów złożyć całość?

Dzień, który zburzył jego życie

Kiedy nadszedł rok 1937, który przyniósł masowe aresztowania i egzekucje Polaków w ramach ludobójczej Operacji Polskiej NKWD na całym sowieckim terytorium, Łozińscy mieli już za sobą ciężkie doświadczenia. Mieczysław jako 13-latek doskonale rozumiał, co się dzieje. „Te mroczne lata dobrze zapamiętałem na całe życie. W moim domu, w domu moich rodziców, było trwożnie. Panowała atmosfera strachu i głuchej, smutnej ciszy. Szczególnie niespokojne były noce. Najmniejszy nawet szmer stawiał całą rodzinę na nogi. Przy piecu kuchennym leżał w pogotowiu worek z sucharami, aby w wypadku ponownego aresztowania ojca mógł go wziąć ze sobą na ostatnią drogę” – pisał w „Operacji…”. Wspominał o „powtórnym aresztowaniu” ojca, bowiem Jan Łoziński był już wcześniej w łagrze za sprzeciwianie się przymusowej kolektywizacji.

Tamten dzień 1930 roku, gdy go zabrano, zmienił życie chłopca na zawsze. Wcześniej latami Łozińscy z polskiej wsi Horodyszcze (dziś Mirnoje) na Żytomierszczyźnie w Polskim Okręgu Narodowym im. Juliana Marchlewskiego, tzw. Marchlewszczyźnie, żyli spokojnie, choć nie za bogato, na własnej ziemi. Bolszewicki przewrót nie zburzył podstaw ich bytowania, bo małe gospodarstwa przetrwały. „Choć pracy było dużo, w domu panował dostatek, zgoda i radość” – wspominał Łoziński. Cała wieś mówiła po polsku, a chłopiec chodził z rodzicami do kościoła. W Marchlewszczyźnie, założonej w 1925 roku jako miejsce chowu przyszłego sowieckiego Polaka, działały polskie szkoły, a polski był jednym z języków urzędowych.

Zło miało dopiero nadejść. Jego uładzony świat, omijany szczęśliwie przez dziejowe kataklizmy, runął w roku 1930 wraz z kolektywizacją. Chłopi polscy w Marchlewszczyźnie ziemi oddawać nie chcieli. Wtedy chłopak dowiedział się, że jego dziadek, Wiktor Łoziński, i ojciec to „kułacy” i „wrogowie ludu”. Dziadka piłsudczyka zesłano bez rozprawy sądowej do łagru w Kazachstanie. Od początku lat 30. równolegle z kolektywizacją nasilała się akcja tępienia istniejącej tylko w głowach enkawudzistów Polskiej Organizacji Wojskowej kierowanej rzekomo przez Józefa Piłsudskiego, mającej przygotowywać zamachy, zbierać dane wywiadowcze, przeprowadzać akty dywersji – akcja, która swoje apogeum osiągnęła w latach 1937-1938 w masowej zbrodni Operacji Polskiej.

Nawet Kasztanka zdziczała

Ojciec za niechęć do przymusowego odbierania rolnikom ziemi zapłacił 10-letnim wyrokiem. Pracował niewolniczo przy budowie budowy kanału Wołga – Don. „Szczegóły pobytu ojca w tamtym obozie są przerażające…” – wspominał Łoziński.

Po utracie ojca gwałtownie zubożeli. „Matka rozpaczała i niemal codziennie płakała. Ja też płakałem. Płacz był jedyną formą protestu wobec przemocy i nieszczęścia. Był objawem sierocej niemocy i braku nadziei”. Rodziny ludzi represjonowanych zostawały osamotnione, inni unikali ich jak trędowatych.

Gospodarstwo Łozińskich włączono do kołchozu w 1930 roku. „Pewnego dnia na nasze podwórko wkroczyła brygada – wspominał Mieczysław. – Rozebrano i wywieziono naszą nowo wybudowaną stodołę i chlewnię. Przez okno obserwowaliśmy z matką, jak zabierano cały nasz inwentarz. Zabrano też naszą Kasztankę”. Taki sam los spotykał wszystkich rolników – nie tylko Polaków – na całej Ukrainie i Białorusi, w całych Sowietach.

Chłopak ciężko przeżył rozstanie z ukochaną klaczą pognaną do kołchozu. Ale jesienią 1930 roku Kasztanka wbiegła ostatni raz na swoje podwórko. „Była strasznie wychudzona, głodna, zaniedbana, miała na sobie rany – zapamiętał swój ból. – Nie znalazłszy nic do zjedzenia, pognała jak szalona w kierunku, gdzie też nie było nic, czym mogłaby się pożywić. Zdziczała”.

Preludium do końca świata

Matkę pognano do przymusowej pracy w kołchozie za głodowe stawki, on chodził przez wiele lat do szkoły boso, w starym długim płaszczu matki. „Często byłem półgłodny i głodny, zwłaszcza w latach Wielkiego Głodu, kiedy naukę przerwano. Ludzie puchli z głodu, następnie masowo umierali. Zmarłych grzebano w zbiorowych mogiłach, bez trumien. Widziałem konających z głodu. Grzebałem swoich rówieśników” – napisze po latach. Z czasem robił się coraz bardziej małomówny, zamykał się w sobie – podobnie jak jego rówieśnicy, bowiem władze osadziły w domach po deportowanych nowych mieszkańców. Ludzie zaczęli się bać siebie nawzajem, rwały się więzi. Ze szkół zniknął język polski, a opłatkiem „dostarczonym w sposób konspiracyjny” Mieczysław podzielił się z matką po raz ostatni w 1932 roku. Nawet w domu rozmawiali dla bezpieczeństwa po ukraińsku. Miejscowa bezpieka skonfiskowała im książki Kraszewskiego i Sienkiewicza jako „lekturę antypaństwową”.

Postrachem stały się konne patrole NKWD wpadające do domostw na przeszukania. To wtedy zaczął się jąkać – po nocy spędzonej w zbożu, podczas gdy enkawudziści szukali „broni pozostawionej przez Piłsudskiego”.

Pierwszy z zesłania wrócił dziadek – szedł pieszo z Kazachstanu ponad pół roku. Gdy dotarł, jego żona już nie żyła, po nim zjawił się ojciec. Był przełom roku 1936 i 1937, gdy Marchlewszczyznę już rozwiązano, a jej mieszkańców poddano prześladowaniom. Jan Łoziński postarzał się, niedomagał, często milczał. Zaczepiony ustępował, uciekał w pracę, czasem płakał. O obozowych przejściach opowiadać nie chciał.

Dziadek Wiktor natomiast odnalazł sens dalszego życia w krzewieniu wiary na Żytomierszczyźnie, kiedy Sowieci pozamykali kościoły, a księży aresztowali lub wywieźli. Polacy zbierali się potajemnie, a on prowadził nabożeństwa. Wędrował od wsi do wsi, by zmylić władze. „Zmaltretowani Polacy mogli pomodlić się, usłyszeć słowo polskie i do woli się wypłakać. Dzięki temu dziadek mój zapomniał o smutnych przeżyciach z przeszłości. Otaczano go wielkim szacunkiem”. Wiktor Łoziński nie miał szansy na wyjazd do PRL, pewnie zresztą nie chciałby – był przecież u siebie. Posługiwał Bogu i ludziom przez 35 lat. Przed śmiercią w 1969 roku przekazał wysłużoną książeczkę do nabożeństwa swojemu uczniowi Bolesławowi Wojciechowskiemu.

Aresztowany, rozstrzelany, oszalał

Pamiętny rok 1937, gdy rozpętały się masowe represje w ramach Operacji Polskiej, oszczędził Jana Łozińskiego, którego uznano za nieszkodliwego po pobycie w obozie. Na mocy rozkazu Jeżowa z 11 sierpnia, a dokładnie na podstawie bardzo pojemnego podpunktu f art. 2, stanowiącego, że aresztowaniom podlega „najbardziej aktywny, miejscowy, antysowiecki element z polskich skupisk”, NKWD zabrało obu braci Jana: 36-letniego Antoniego i 24-letniego Juliana, a także 32-letniego Józefa Skórzyńskiego – wuja Mieczysława. Zaliczeni do kategorii pierwszej, „podlegającej rozstrzelaniu”, zginęli od kuli w tył głowy, a rodziny nigdy nie dowiedziały się, gdzie spoczęły ich ciała.

Cierpiała cała rodzina. Antoni osierocił pięcioro dzieci, a Józef czworo: dwóch chłopców i dwie dziewczynki. Młodsza z nich, Aniela, miała osiem miesięcy. Żona Józefa Skórzyńskiego zmarła ze zgryzoty wkrótce po aresztowaniu męża, a dzieci zabrano do sierocińca. Wieku dorosłego dożyło tylko dwoje: najstarszy Władysław i najmłodsza Aniela.

Piątkę drobiazgu po Antonim wychowała matka. Gdy dorośli, rozjechali się po Ukrainie, unikając miejscowości, w których oni i ich rodzice przeżyli koszmar.

Drugi wuj Mieczysława, Antoni Szymański, wdowiec, którego żonę zabrała rozpacz po aresztowaniu rodziców, został sam z dwiema dziewczynkami: Bronką i Nelą. Miejscowa trojka wytypowała go w 1937 roku jako wroga. Ponieważ jednak nie było komu powierzyć dzieci, uznano, że jego czas nadejdzie, gdy się ożeni. Jeden z trojki, który znał dobrze Szymańskiego, ostrzegł go. I wtedy Szymański się załamał – ponad jego siły było samotne życie w ciągłym napięciu. Znalazł się w szpitalu psychiatrycznym, a czas jakiś później zmarł. Co stało się z jego córkami? Tego Mieczysław nie wie.

Trudno było wtedy liczyć na sąsiedzką pomoc, bowiem nikt nikomu nie ufał. Trojki powoływano spośród niegdyś dobrych i życzliwych sąsiadów. Najbardziej dręcząca nie była wcale nędza, lecz niewiedza o bliskich. Mały Mieczysław pisał do ojca listy w latach 1930-1936, dostawał odpowiedzi. Tymczasem ślad po ofiarach Operacji Polskiej niknął na zawsze w chwili, gdy wychodzili z domu. Próby zdobycia informacji o ich losach skończyły się dla niejednego aresztowaniem. Rodziny polskie żyły w lęku i niepewności.

Blizna w duszy

Mieczysław starał się wydostać z Sowietów. I jego marzenie się ziściło: wcielony przymusowo, jak wielu innych Polaków, do Armii Czerwonej, buntował się z polskimi kolegami, chcącymi tak jak on trafić do „polskiej armii” – ostatecznie przeprowadził swój zamiar. Do Polski dotarł w 1944 roku i jako element niepewny skończył za biurkiem w LWP. Po wielu perypetiach, których opisać tu nie sposób, skończył zaocznie studia i zaczął normalne życie w Kłodawie. Udało się i jego rodzicom – jako rodzice żołnierza dostali zgodę na wyjazd do PRL i tu dożyli swoich ostatnich dni.

Potrzeba wykrzyczenia prawdy o losie bliskich, krewnych i sąsiadów kazała mu zwrócić się w lutym 2002 roku do Instytutu Pamięci Narodowej. Przekazał zebrane przez siebie materiały dotyczące zbrodni na Polakach w ZSRS z lat 1937-1938. Odpowiedź z podziękowaniem za przesyłkę nadeszła 5 marca 2002 roku: „Równocześnie informuję – pisał zastępca dyrektora sekretariatu prezesa Leona Kieresa – że z uwagi na ustawowe ograniczenie działań IPN do wydarzeń okresu pomiędzy 1 września 1939 r. a 31 grudnia 1989 r. nie będzie możliwe wszczęcie śledztwa w przedstawionej przez Pana sprawie”.

Mieczysław Łoziński nie doczekał ani pierwszych większych opracowań historii Operacji Polskiej, ani ostatniej zmiany ustawy o IPN, która otworzyła drogę przed badaczami. W 1991 roku Włodzimierz, młodszy brat Mieczysława i kapłan, został skierowany w rodzinne strony Łozińskich. Tam spotkał Bolesława Wojciechowskiego – tego, który pomagał dziadkowi Wiktorowi w modlitewnej posłudze. Mężczyzna napomknął o Wiktorze Łozińskim. Wiekowemu już wówczas Wojciechowskiemu wzruszony ks. Włodzimierz podarował własną książeczkę w zamian za własność dziadka Wiktora.

Mieczysław Łoziński odnalazł w latach 90. swego kuzyna Władysława Skórzyńskiego, syna wuja Józefa, w Ługańsku na Ukrainie. Ten stary człowiek zapytany w liście, czy czuje się Polakiem, odpowiedział, że nie zamierza stracić życia, jak jego rodzice, z powodu polskiego pochodzenia. A przecież nie mieszkał już w Sowietach…

„Ja presję tamtej psychozy przeżywałem w swoisty sposób – przyznawał Mieczysław Łoziński. – W latach 60., gdy budowałem swój domek, zdobyłem cegłę z rozbiórki, więc dom był bardzo pstrokaty. Nie tynkowałem go przez dłuższy czas, chciałem utrzymać jego ubogi wygląd. Podobną zasadą kierowałem się przy zakupie mebli – wybierałem najskromniejsze zestawy, żeby upozorować swoje ubóstwo”. Rany duszy zabliźniają się długo. Polacy w Sowietach dobrze poznali tę prawdę.

Anna Zechenter, IPN KRAKÓW

za: http://m.naszdziennik.pl/dzialy/mysl

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii 20-lecie międzywojenne, Historia, Sylwetki i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Pogrobowiec czasu Wielkiej Trwogi

  1. Jerzy pisze:

    Tragedia Polaków na wschodnich kresach zaczęła się już po złym pokoju w Rydze w 1921 roku.Polska delegacja i ich zgoda na oddanie ziem polskich kresów sprawiła wielki ból i zawód Piłsudskiemu.Całe okolice szlachty kresowej po cofnięciu się z linii rozjemczej o 100 km. dostały się pod but czerwonego rezuna.Natychmiast zostały przeprowadzone niszczycielskie wywózki rodzin oraz rozstrzeliwania mężczyzn.Szacuje się, że w tej pierwszej czystce etnicznej zostało zabitych lub wywiezionych na Syberię i inne tereny ponad 1.300.000 Polaków.Ta zbrodnicza decyzja przeciwników politycznych Piłsudskiego nie została dokładnie nagłośniona, a winni nie ponieśli kary !!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.