Ołówek Ditty Lutz

strukturaPrzemysław Dakowicz

Ciche, uparte stukanie. Uderzenia świeżo zaostrzonego ołówka o blat biurka. Trzy, cztery lub – jeśli chcecie – osiem lub dziesięć. Cisza i znowu. Ołówek niezbyt długi, wielokrotnie temperowany, obgryziony na końcu. Trzyma go kobieca dłoń.

Z tą dłonią mam problem, nie potrafię jej sobie wyobrazić, na razie powiedzmy więc jedynie tyle, że należy do niemieckiej dziewczyny, że dziewczyna nazywa się Margarete Lutz, ale wszyscy mówią do niej „Ditta”, nie „Margarete”. Oczywiście wszyscy Niemcy. Polacy najczęściej milczą. Odzywają się jedynie wtedy, gdy zostaną zapytani, kiedy wyda się im rozkaz mówienia.

Ołówek uderza w lakierowane drewno. Przez okno wpadają ostatnie promienie słońca zachodzącego gdzieś za katedrą, na której południową ścianę spogląda Ditta Lutz.

Niezgrabna i pamiętliwa

Czy rok, pół roku wcześniej córce niemieckiego restauratora przyszłoby na myśl, że jesienią 1939 r. siedzieć będzie za biurkiem w diecezjalnym seminarium w Pelplinie i współdecydować o losie aresztantów? Raczej nie. Choć, jak wszyscy, musiała zdawać sobie sprawę z nagłego przyśpieszenia historii. Co widziała, gdy przyglądała się własnemu życiu? Nieznośną pustkę i nudę? Monotonię wielu dni, bliźniaczo do siebie podobnych? Wszak ktoś dobrze zakorzeniony w rzeczywistości, ktoś, kto swoje życie postrzega jako źródło spokoju i wewnętrznego ładu, kogo nie uwiera jego własna egzystencja – ktoś taki nie zostaje z dnia na dzień pomocnikiem kata.

Osiemnastoletnia Margarete była jednym z trojga dzieci Ottona i Olgi Lutzów. Alojzy Męclewski, autor Pelplińskiej jesieni, książki, na którą często będę się tu powoływał, napisał o starszej z panien Lutz, Elisabeth, że „choć również nie odznaczała się urodą – była mimo wszystko ładniejsza od grubawej i niezgrabnej Ditty”. Tę ostatnią scharakteryzował zaś jako „zamkniętą w sobie, pamiętliwą i obdarzającą niechęcią każdego, kto nie okazał jej dość zainteresowania i życzliwości”. Informacje czerpał Męclewski od bezpośrednich świadków, materiały do swojej książki zbierał wszak pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. A jednak na jej kartach próżno szukać fotografii przedstawiającej Dittę.

Myślałem, że będę musiał poprzestać na powyższych uwagach, że słowa o „grubawej i niezgrabnej”, zakompleksionej i uraźliwej osiemnastolatce to cała wiedza, jaką dzisiaj, po niemal osiemdziesięciu latach od tamtych wydarzeń, dysponujemy. Jednak w filmie Andrzeja Machnowskiego, opowiadającym o wydarzeniach września i października 1939 r. w Pelplinie, natrafiłem na dwie fotografie, które mogą stanowić istotne uzupełnienie opisu z książki Męclewskiego. Obie przedstawiają zakrapiane alkoholem hitlerowskie konwentykle.

Mówiące fotografie

W scenie utrwalonej na pierwszym ze zdjęć uczestniczy trzynaście osób, dziewięciu mężczyzn i cztery kobiety. Fotograf stoi u szczytu podłużnego stołu, nakrytego obrusem w kratę. Na blacie kilka półmisków i talerzy, już niemal pustych, bukiet kwiatów oraz kieliszki i kielichy, część z nich opróżniona. W innych ciemny płyn – pomyślałem: wino, ale niemal wszędzie widoczny jest niewielki kożuch piany, raczej więc piwo, ciemne niemieckie piwo, niż wino. Zdjęcie najwyraźniej pozowane, trzech mężczyzn stoi bowiem u końca stołu, tuż za plecami osób siedzących, jeden z nich teatralnie unosi wypełniony kielich, inny trzyma w ręku jakiś symbol czy trofeum w kształcie litery „V”. Na ścianie w tle sceny, po obu stronach okna z firanką i zasłonami w prążki, dwie flagi hitlerowskie ze swastyką (może należałoby rzec: sztandary, bo dolną krawędź każdej z flag zdobi taśma z frędzlami; podczas oficjalnych uroczystości zatyka się je na drzewce, a wtedy powiewają, marszczą się na wietrze). W lewym kącie, na niewielkim stoliku, doniczka, nastroszona czupryna draceny. Mężczyźni ubrani w garnitury, z wyjątkiem jednego, który ma na sobie piaskowożółty uniform SA.

Margarete Lutz, nazywana Dittą, siedzi obok prawego narożnika stołu. Tak, to musi być ona. Ma na sobie bluzkę z prostymi czarnymi wykończeniami. Patrzy prosto w obiektyw, nie uśmiecha się, jest poważna. Czy trafnie się domyślam, że w ten sposób chce nam dać do zrozumienia coś, co można by ująć w następujące zdania: „Rozumiem wagę chwili. Potrafię udźwignąć los. Znam własną wartość i własne miejsce”.

No, właśnie – miejsce.

Przy czyim stole, w jakim pomieszczeniu, w którym z pelplińskich budynków odbywa się to zebranie hitlerowskiej elity? Czy nie w restauracji Lutzów? Wszak na pierwszym planie, tuż przed obiektywem aparatu, stoi szklany pucharek z plikiem serwetek do wycierania ust, dokładnie takich, jakie znaleźć można, tuż obok kwiatków w wazoniku i zestawu przypraw, na restauracyjnym stole.

Gdyby wśród postaci utrwalonych na światłoczułej kliszy ktoś kazał mi odnaleźć rodzeństwo Ditty, bez większego wahania wskazałbym dwie postaci po lewej stronie stołu – kobietę w bieli i młodzieńca siedzącego między nią a SA-manem. Wszyscy troje mają pełne, owalne twarze. Niewykluczone jednak, że Elisabeth Lutz, zwana Sisi, to ta trzecia, szczuplejsza dziewczyna u końca stołu (czarna bluzka w białe koła). Zresztą, ona mnie niemal zupełnie nie obchodzi – zamierzam mówić jedynie o Ditcie, której charakterystyczna fizys widoczna jest również na drugiej fotografii.

Co się dzieje u Lutza

Stół jest tu mniejszy, okrągły, obrus śnieżnobiały, na obrusie kilka butelek różnej wysokości i kształtu. Policzmy je. Cztery. Cztery butelki, z których trzy zostały już osuszone i tylko w ostatniej coś jeszcze zostało. Wino, nalewka albo sznaps barwiony palonym cukrem. Osoby zgromadzone przy stole trzymają w rękach wysmukłe kieliszki, wznoszą toast za Führera i niezwyciężoną, tysiącletnią Rzeszę. Zresztą, może wcale nie za Rzeszę, lecz za tego, kto przyniósł i postawił na stole butelki z trunkiem. Chętnie myślę, że piją zdrowie Ottona Lutza, ojca Ditty, że ponownie znajdujemy się we wnętrzu jego restauracji przy Rynku. Choć, przyznać trzeba, ściana w tle jest całkiem inna niż ściana na poprzedniej fotografii. Tapeta z kwiatowym wzorem, oleodrukowa reprodukcja w wymyślnej rzeźbionej ramie i dwa małe widoczki miejskie, ramki wąskie, liche; słowem – cała sceneria nieszczególnie wykwintna, ale twarze roześmiane, wszyscy dobrze się bawią, i gdyby nie opaska ze swastyką na ramieniu po prawej, należącym do jednego z mężczyzn, ani byśmy pomyśleli, że to wojna, że giną ludzie, że ktoś tam skazuje pelplińskich Polaków na śmierć, ktoś dogląda egzekucji, że stukanie ołówka o blat biurka może znaczyć coś więcej niż stukanie ołówka o blat biurka.

Lokal Ottona Lutza był przez całe lata odwiedzany również przez Polaków. Wspomina o tym Męclewski: „Kiedy wracali z odbywanych dwa razy w tygodniu ćwiczeń gimnastycznych miejscowego »Sokoła« lub z próby chóru i mieli pragnienie, wstępowali na piwo raz do Pruszaka, innym razem do Zawadzkiego, Wojaka lub Lutza, jak wypadło po drodze. Kiedy Pancierzyński, emerytowany oficer z Tczewa, wydzierżawił od Wojaka salę i założył tam kino – po seansie chodziło się na piwo do Wojaka, kiedy zaś Lutz jako pierwszy w Pelplinie zainstalował u siebie bilard, wszyscy chodzili do Lutza”.

Niestety, wskutek przemian politycznych w Rzeszy, mniejszość niemiecka w krajach Europy Środkowej radykalizowała się. Hotel i restauracja Lutza przemieniała się stopniowo w nieformalne lokalne centrum niemczyzny – odbywały się tam konwentykle, narady i zebrania. Organizatorzy dbali o to, by żaden postronny obserwator nie miał na nie wstępu. Zapewne brały w nich udział także Sisi i Ditta Lutzówny, czynne w lokalu ojca szczególnie wtedy, gdy gości było więcej niż zwykle i liczyła się każda para rąk zdatnych do pracy.

 

Część Druga

Publiczne demonstrowanie własnej odmienności przez Niemców zaczęło się po anszlusie Austrii, może nawet nieco później, kiedy w ręce Hitlera wpadły Czechosłowacja i Okręg Kłajpedy. Jak pisze Alojzy Męclewski, Polacy zaglądali do Lutza jeszcze wiosną 1939 r., ale w lokalu przy Rynku nie znajdowali atmosfery tak dla siebie przychylnej, jak niegdyś: „Z zebrań u Lutza Niemcy wychodzili podnieceni i butni. Za dnia w restauracji […] rozpierali się przy stołach, demonstracyjnie odgradzając się od Polaków szerokimi płachtami niemieckich gazet, a kiedy sobie podpili, śpiewali po niemiecku. Drażniło to polskich klientów […]”.

Autor „Pelplińskiej jesieni” zamieszcza w książce migawkową relację Józefa Chmieleckiego, którego w pewien majowy wieczór poniosły emocje i bijąc pięścią w restauracyjny stół, wykrzyczał całe swoje oburzenie: „Tu jest Polska i w miejscach publicznych należy czytać polskie gazety!”.

W przededniu wojny

28 kwietnia Hitler wypowiedział polsko-niemiecki akt o nieagresji. 5 maja Józef Beck, minister spraw zagranicznych II RP, wygłosił w Sejmie swoje najsłynniejsze przemówienie, ze słowami o pokoju i honorze, który jest jedyną rzeczą bezcenną w życiu narodów. Pelplin reagował na doniesienia prasy i radia. Członkowie Selbst-schutzu, organizacji, która ujawni się zaraz po agresji, ćwiczyli strzelanie w okolicznych lasach, a wieczorami zbierali się w jednej z sal Lutza, by omawiać swoje sprawy. Śpiewali tak głośno, że nie dało się ich nie słyszeć. Hitler żądał ustępstw i groził. W Gdańsku mnożyły się antypolskie wystąpienia.

15 kwietnia wypadała kolejna rocznica bitwy pod Grunwaldem. Była to okazja do zaakcentowania polskości Pelplina. Ulicami miasta przeszedł pochód, szczegółowo opisany w książce Męclewskiego. Najpierw orkiestra Związku Powstańców i Wojaków, potem chłopak z wyrysowaną na dykcie, wysoko uniesioną karykaturą Hitlera na szubienicy, następnie członkowie polskich organizacji i stowarzyszeń.

„Tak szli przez miasto, gromadząc coraz więcej mieszkańców, których liczba wkrótce przekroczyła tysiąc. Najpierw maszerowali ulicą pod górę, potem skręcili w stronę placu przed restaurację Pruszaka, stamtąd przeszli w kierunku dworca, by za cukrownią zawrócić na rynek. Orkiestra grała marsze, kukła Hitlera kołysała się nad głowami, a chodnikami, z obu stron pochodu, biegły grupy chłopców. Kiedy pochód zbliżał się do okien niemieckiego mieszkania lub sklepu, chłopcy wyciągali z kieszeni uzbierane nad Wierzycą kamienie i rzucali nimi w okna”.

Zrobiła się z tego wielka awantura, z którą władze miejskie musiały sobie jakoś poradzić. Trzeba było wyciszyć konflikt, i zadbać o to, by wzburzona ludność nie prowokowała Niemców – każde tego typu wydarzenie było wszak nagłaśniane i wykorzystywane przez hitlerowską propagandę.

Tymczasem u Lutzów wciąż się gotowało. W sierpniu do członków Polskiego Związku Zachodniego trafiła informacja, że podczas jednego z zebrań w restauracji przy Rynku spisano szczegółową, imienną listę wrogów Rzeszy. W przeddzień ataku Niemiec na Polskę Otto Lutz został aresztowany i – wraz z najbardziej aktywnymi działaczami mniejszości niemieckiej, podejrzewanymi o działalność przeciwko państwu polskiemu – wyprowadzony z miasta drogą na Skórcz.

Cień swastyki

Już w dniu wybuchu wojny głównymi ulicami Pelplina przeszedł pochód uciekinierów z Tczewa i dalszych miejscowości. Nie to miało jednak największy wpływ na życie mieszkańców – zmiany najważniejsze, a niemal niedostrzegalne, zachodziły pod powierzchnią codziennego życia, między ludźmi, którzy przez kilkanaście lat byli dla siebie dobrymi sąsiadami, teraz zaś podzielili się na dwa wrogie obozy. Pierwsi wierzyli, że trudności są przejściowe, a ich świat niebawem odzyska równowagę. Drudzy niecierpliwie odliczali godziny dzielące ich od katastrofy.

W niedzielę, 3 września polscy mieszkańcy Pelplina, jak zawsze, zapełnili ławy w prezbiterium katedry. W tej niezwykłej świątyni, stanowiącej namacalny dowód trwałości świata widzialnego, uświadamiającej nieusuwalny związek między rzeczywistością materii i rzeczywistością ducha, próbowali odzyskać wewnętrzną równowagę.

Jak wielu z nich mogło przyjść na mszę? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Według spisu z roku 1939, Pelplin liczył 4478 mieszkańców. Ilu było wśród nich katolików? I czy fakt, że jest się katolikiem, oznaczał bezwyjątkowo przynależność do polskiej wspólnoty narodowej? Kwestie te pozostawiam bez rozstrzygnięcia (pomocna mogłaby tu być uwaga z artykułu Józefa Milewskiego, który pelplińską mniejszość niemiecką określa jako „politycznie i gospodarczo silną”, lecz „nieliczną”; z kolei Mieczysław Orłowicz, autor „Ilustrowanego przewodnika po województwie pomorskiem”, wydanego we Lwowie w roku 1924, stwierdza, że „ludność tak miasta, jak i okolicy jest czysto polska i katolicka”). Msza musiała się odbyć dość wcześnie – obowiązywał wszak przepis soboru trydenckiego, nakazujący wiernym zachowanie postu od północy aż do chwili przyjęcia komunii św. O której rozpoczynało się nabożeństwo – o siódmej, ósmej, dziewiątej? Nietrudno byłoby to sprawdzić w dokumentach parafialnych. Załóżmy, że była to godzina ósma, ranek ciepły, słoneczny, zapowiadający dość wysoką temperaturę w południe i później. Z katedry wychodzili w milczeniu, niechętnie podnosząc wzrok. Dopiero na świeżym powietrzu rozwiązywały się języki – mówili jeden przez drugiego, w głosach brzmiał niepokój. Co będzie dalej? Lepiej posłuchać oficjalnych wezwań do ewakuacji czy pozostać na miejscu? Jeśli wyjeżdżać, to gdzie?

Gdy siedzieli w środku, wsłuchując się w kojący rytm łacińskich zdań i powtarzając wyuczone na pamięć frazy, w wyglądzie miasta zachodziły zasadnicze zmiany. Nie mogli ich dostrzec natychmiast po wyjściu na światło dzienne. Zresztą, nie wiem, którędy wychodzili – raczej od strony Collegium Marianum, czyli bramą w zachodniej fasadzie świątyni. Jeśli tak, perspektywa ulicy Mestwina, wiodącej ku centrum miasta, jeszcze przez chwilę była dla nich zamknięta. Możliwe jednak, że otworzono także dawną bramę główną, czyli tę od północy, zwieńczoną trzema archiwoltami i kamienną dekoracją w kształcie oślego grzbietu. Przeszedłszy pod tympanonem z piaskowca, przedstawiającym zmartwychwstałego Chrystusa i aniołów z narzędziami Męki Pańskiej – krzyżem, włócznią, koroną cierniową, biczem i gąbką nasączoną octem – wylegliby prosto na ulicę. Czy od razu rzuciłaby się im w oczy flaga ze swastyką powiewającą od niedawna na kamienicy Lutzów? Nie sądzę – od katedry to jednak przeszło sto metrów. Musieli ją zobaczyć po przejściu kilkudziesięciu kroków, a może dopiero wtedy, gdy wkroczyli na rynek, nazywany dziś placem Grunwaldzkim.

Natknęli się tam, obok wejścia do lokalu Ottona Lutza, na grupę mężczyzn uzbrojonych w karabiny. Męclewski: „Na rękawach mieli opaski Selbstschutzu, na głowach granatowe, sukienne czapki z daszkiem i stojącymi bokami, z kształtu podobne do francuskiego czaka. Stali w milczeniu, wyprostowani i czujni, wpatrzeni w zbliżających się od katedry, zaskoczonych ludzi, którzy najpierw zwalniali, a potem przyśpieszali kroku, z lękiem omijając ich i schodząc z chodnika na jezdnię”.

Co zostało z Polski

Wdzięczny jestem autorowi „Pelplińskiej jesieni” przede wszystkim za ów ostatni, znaczący szczegół. Niemcy i ich karabiny sadowią się na chodniku. Wracający z niedzielnego nabożeństwa, bezbronni Polacy zostają zmuszeni do zejścia na jezdnię. To przemoc (a przynajmniej groźba jej użycia) decyduje o pozycji każdej ze stron. Ci, którzy po nią sięgają, choć stanowią tu mniejszość, stają się panami sytuacji.

Wkrótce w mieście są już regularne oddziały niemieckie. Ciężarówki i wozy pancerne tarasują ulice, z przewoźnego megafonu płyną w przestrzeń słowa hitlerowskich rozporządzeń.

Zgrzyta brama kamienicy należącej do Lutzów, wybiega z niej osiemnastoletnia Margarete, nazywana Dittą. Nad jej głową, między oknami pierwszego i drugiego piętra, umieszczono napis „Hotel pod Orłem”. Teraz, kiedy wszędzie pełno umundurowanych mężczyzn, dzielnych chłopców z SS, SA i z Wehrmachtu – stosowniejszy byłby szyld dawniejszy, uchwycony na widokówkach sprzed roku 1918. Niemcom patrzącym na budynek wydaje się zresztą, że ów napis z minionej epoki przebija spod polskich liter. „Hotel Schwarzer Adler” – dziś te trzy słowa ściśle przylegają do rzeczywistości. W przeciwieństwie do flagi, którą przed oczami zaskoczonych żołnierzy i funkcjonariuszy rozpościera córka pelplińskiego restauratora.

Spodziewali się ujrzeć Hakenkreuz, symbol Wielkiej Rzeszy. A tutaj biel i czerwień.

Ale Ditta wie, co robi. Ditta ma mocne ręce. Chwyta płótno i drze na sztuki, a gdy strzępy lądują na jezdni, depce je z impetem, wołając wielkim głosem (słychać ją na ulicy Piłsudskiego, którą wkrótce przemianują na Adolf-Hitler-Strasse, i na ulicy Dmowskiego, której nowa nazwa brzmieć będzie: Hermann-Göring-Strasse): „Tyle zostało z waszej Polski”.

 

Część Trzecia

Seminarium duchowne zaczęło działać w Pelplinie w roku 1829. Przeniesiono je z Chełmna, pięć lat po tym, jak osada nad Wierzycą została wyznaczona na nową stolicę diecezji. Aby uczelnia mogła rozpocząć tu swoją działalność, trzeba było przebudować część dawnego klasztoru cystersów.

Jak piszą autorzy współczesnego przewodnika po Pelplinie, „w sąsiedztwie dawnej kaplicy nowicjatu […] wzniesiono prostokątny neogotycki gmach główny ze strzelistymi ostrołukowymi oknami. […] Nad południowym i wschodnim krużgankiem, gdzie wcześniej znajdowało się dormitorium mnichów, nadbudowano dwa piętra”. Po upływie stu dziesięciu lat w głównym budynku seminaryjnym ulokowana została siedziba gestapo.

Ksiądz i esesman

3 września, kiedy miasto zajęły niemieckie oddziały, seminarium stało puste. No – niemal puste. Pozostał w nim kierownik diecezjalnej uczelni.

Z artykułu Antoniego Liedtkego, opublikowanego dwa lata po zakończeniu wojny na łamach włocławskiego miesięcznika „Ateneum Kapłańskie”, dowiaduję się, że ks. rektor Józef Roskwitalski urodził się 24 kwietnia 1893 r. Kiedy Niemcy zajęli Pelplin, miał więc czterdzieści sześć lat, znajdował się u szczytu swoich życiowych możliwości. Siedem lat wcześniej obronił na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie pracę doktorską z dziedziny teologii. „Nadzwyczaj uzdolniony – czytam u Liedtkego – będący umysłem ścisłym, lubujący się w logice i matematyce, a przy tym bardzo życiowy i pracowity, zdobył przez wytrwałe studium prywatne nieprzeciętne wiadomości ze wszystkich dziedzin nauki. Dla [jego] wysokiej kultury duchowej szanowali go i cenili koledzy świeccy, podziwiali uczniowie, a dla katechetów był prawdziwym autorytetem. […] W swoich studiach zajmował się szczególnie zagadnieniami z dziedziny psychologii w zastosowaniu do nauczania religii”. Podobno przed wybuchem wojny kończył pracę nad podręcznikiem katechetyki i pedagogiki. Rękopis książki przepadł, podobnie jak jej autor.

Antoni Liedtke wymienia jeszcze tytuły najważniejszych artykułów opublikowanych przez ks. Roskwitalskiego. Z listy tej wypisuję trzy najbardziej znaczące: „Szkoła przeżycia w nauce religii” („Miesięcznik Diecezji Chełmińskiej”, 1933), „Metoda fenomenologiczna” („Miesięcznik Katechetyczno-Wychowawczy”, 1934), „Nowe prądy pedagogiczne wobec zasad katolickich” („Miesięcznik Katechetyczno-Wychowawczy”, 1935). Nową „pedagogikę” przez przeszło pięć lat wojennych Niemcy będą stosowali przede wszystkich wobec obywateli II Rzeczypospolitej, nieustannie konfrontując ją z zasadami katolickimi. Ksiądz rektor Józef Roskwitalski zaświadczy własnym męczeństwem o tym, że wiara i religia wymagają niekiedy ofiary z życia, że w sytuacjach skrajnych niemożliwe bywa pogodzenie własnego biologicznego trwania z wiernością zasadom wiary i religii chrześcijańskiej.

Na początku września 1939 r. jeszcze nie wie, co go czeka. Jest zapewne trochę wystraszony i trochę zniecierpliwiony, gdy do drzwi jego pokoju na pierwszym piętrze stuka co jakiś czas Oberleutnant SS Helmut Richter. Ów nadprogramowy lokator pelplińskiego seminarium opowiada, jak to przez dwa lata był alumnem w Niemczech i próbuje, zapewne nieporadnie, dyskutować na tematy teologiczne.

To musiały być męczące i sztuczne rozmowy. Zresztą w pewnym momencie się urwały, a gdy kapłan nie przyjął propozycji objęcia któregoś z probostw na Pomorzu, został poproszony o przeniesienie się z seminarium do kurii, gdzie wciąż mieszkali katedralni kanonicy.

Do pracy

Fakt, że hitlerowskie władze okupacyjne wybrały na swoją siedzibę budynek diecezjalnej uczelni, nie dziwi. Seminarium położone jest w samym centrum miasta, ale oddzielone od ulicy Mestwina wschodnią częścią katedralnej bryły i obszernym podwórcem. Przestrzeń obsadzona drzewami, z rozległym klombem i podjazdem, staje się oto naturalnym buforem między rządzącymi a rządzonymi. U wejścia na plac Niemcy postawią jeszcze budkę wartowniczą. Wartownię i przechadzającego się przed nią uzbrojonego osobnika o marsowym spojrzeniu mijać będzie każdego ranka Ditta Lutz, od pierwszych dni września dzieląca swój czas między dom i seminarium.

Widzę ją, jak wychodzi z kamienicy przy Rynku i nieśpiesznym krokiem rusza w dół. Ulica wiedzie ze wschodu na zachód, jest wcześnie, dziewczyna ma za sobą jasną tarczę słoneczną, wychylającą się zza charakterystycznego budynku z wieżyczką, w którym do końca sierpnia działało wydawnictwo „Pielgrzym”. Od katedry i placu Mariackiego dzieli ją minuta, może dwie minuty spokojnego marszu. Jest już na wysokości kościoła Bożego Ciała. Wartownik salutuje, na jego wąskich wargach wykwita uśmiech. „Heil Hitler” – odpowiada Fräulein Lutz i skręca w alejkę, która urywa się gdzieś tam, w głębi, na wysokości pomnika teologów. (Niebawem przedstawiciele nowej władzy dojdą do wniosku, że monument trzeba zdemontować, jest bowiem jednym z ważniejszych znaków polskości Pelplina; dziś jednak, kiedy Ditta Lutz zbliża się do budynku seminarium, nikt jeszcze nie myśli, by pozbyć się pomników, są sprawy ważniejsze – najpierw należy zająć się ludźmi, poradzić z sobie z polskim żywiołem, zrealizować dyrektywę gauleitera Alberta Forstera dotyczącą „ujęcia i internowania polskich przywódców i intelektualistów, do których zalicza się szczególnie nauczycieli, duchownych, wszystkich ludzi z akademickim wykształceniem oraz ewentualnie kupców”).

Obok pomnika osiemnastolatka przyśpiesza kroku, wydaje się jej bowiem, że betonowe postaci patrzą na nią z wyrzutem. Czy potrafi wśród nich rozpoznać św. Hieronima i Piotra Skargę, św. Augustyna i Jakuba Wujka? Zapewne nie. Chrystus siedzący na tronie ma twarz zwróconą w jej stronę, Ditta przemyka chyłkiem. Już, już może czuć się bezpieczna – znika w cieniu drzew, chwilę później zamykają się za nią wysokie dębowe wrota seminarium.

Wybór i los

Nie potrafię myśleć o młodszej córce Ottona Lutza z sympatią. Powiecie: nic dziwnego, przecież to postać w najwyższym stopniu antypatyczna, donosicielka i zbrodniarka.

A gdyby nie było Führera i Republika Weimarska by nie upadła? Gdyby, dajmy na to, w 1908 r. Adolfa Hitlera przyjęto w poczet studentów wiedeńskiej Akademie der bildenden Künste? Albo gdyby na froncie Wielkiej Wojny, gdzieś między okopami, odnalazła go zbłąkana kula? Czy Ditta Lutz biegłaby wczesnym wrześniowym rankiem do seminarium duchownego w Pelplinie? Czy miałaby szansę natknąć się w korytarzu seminaryjnym na Helmuta Richtera lub na jego zastępcę Gustawa Hogenfelda, tego samego, który odpowiadał za urządzone tu naprędce więzienie dla miejscowej polskiej elity? Może nawet – chyba coś takiego da się pomyśleć – Ditta zakochałaby się w jakimś polskim chłopaku (na przykład, w synu Teodora Pruszaka, restauratora i wiceburmistrza Pelplina, bo w tym świecie alternatywnym Pruszak miałby trzech synów, nie trzy córki), a ów chłopak zechciałby ją pojąć za żonę? Wszakże wypadki tego rodzaju wydarzają się w każdym czasie i w każdym miejscu na świecie. Do pelplińskiej katedry zanieśliby wszystkie swoje niemowlęta, a dziadkowie polscy i dziadkowie niemieccy pochylaliby się nad rozwrzeszczanymi kołyskami i w dwóch językach błogosławiliby te polsko-niemieckie dzieci.

Słowa „pelplińska jesień” nie znaczyłyby nic ponad to, co znaczyły przed wybuchem II wojny światowej. Nie wertowałbym wydanej w roku 1971 książki Alojzego Męclewskiego, bo książka ta nigdy by nie została wydana. I, oczywiście, nie natrafiłbym nigdzie na informację o ołówku Ditty, nie miałbym powodu wiedzieć, że gdy Oberleutnant Richter przeglądał papiery któregoś z aresztantów, dziewczyna tłukła rysikiem w biurko, że był to umówiony znak, nieznosząca sprzeciwu sugestia do-tycząca dalszych losów przesłuchiwanego.

Zresztą nawet w określonych warunkach politycznych Margarete Lutz nie musiała stać się „tą” Dittą. Mogła siedzieć w domu, pomagać w kuchni, zajmować się sprawami, którymi zwykły się zajmować osiemnastoletnie dziewczęta. Ołówek, ten ołówek, spoczywałby w szufladzie.

Ale historia, jej ostateczny kształt i sens – zależą również od indywidualnych wyborów postaci tak nieistotnych jak mało urodziwe córki restauratorów i hotelarzy z prowincjonalnych miast. A także od ich ołówków.

źródła:
http://niezalezna.pl/80124-olowek-ditty-lutz-1
http://niezalezna.pl/80437-olowek-ditty-lutz-2
http://niezalezna.pl/80772-olowek-ditty-lutz-3

Film „Pelplińska jesień 1939 roku”

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Eseje, Historia, II wojna światowa i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.