Bezradność śmiertelnej ręki

afazjaPrzemysław Dakowicz

Pisanie o historii to czynność beznadziejna. Kiedy kronikarz siada nad pustą kartą, wierzy, że zdoła ogarnąć wszystko, co najważniejsze, że odszuka i wskaże linie główne i poboczne, że z jego opisu wyłoni się jasny obraz minionego czasu.

Ale całość jest złudzeniem, a każda synteza rodzajem intelektualnego preparatu, tak przystającego do rzeczywistości, jak pojedyncza czarno-biała fotografia przystaje do realnej plątaniny miejskich ulic, różnorodności budowli i setek tysięcy ludzkich twarzy, losów, opowieści.
Niczego nie da się dotknąć.
Życie przecieka między palcami śmiertelnej ręki trzymającej pióro.
Narracja ma własne prawa. Trzeba czuwać nad jej porządkiem i kompozycją – w przeciwnym wypadku zatraci swoje znaczenia, przemieni się w niezborną gadaninę, powróci do pierwotnego chaosu życia, do jego anonimowości i znikomości. Bo tego, co pozbawione jest konstrukcji, umysł nie ogarnia. Pamięć prześlizguje się po bezładzie i nie natrafiwszy na punkty orientacyjne, dąży dalej.
Kiedy przystępowałem do pisania Afazji polskiej, wydawało mi się, że wystarczy kilkadziesiąt krótkich esejów, by ukazać zagładę dawnego świata, by, choćby szkicowo, zrekonstruować odchodzenie ludzi i przedmiotów. Wiem – bez takiego naiwnego przekonania żadne pisanie nie byłoby możliwe. Podczas kilkunastomiesięcznej pracy historia naszej części Europy objawiła mi się jednak jako doskonała plątanina wątków, obrazów i opowieści. Każdy głos, każda twarz, każde istnienie domaga się tu utrwalenia. Każdy szept, jęk i krzyk mówią: zapisz, przechowaj. A ja nie mogę ocalić wszystkiego, wszystkiego przechować.
Kładę w tym miejscu kilka scen, które nie zmieściły się w opowieści. Zamierzałem je do czegoś dokleić, ale nie dokleiłem – bo inne sceny lepiej przystawały do całości, bo narracja ponaglała, domagała się dalszego ciągu, nie chciała stać w miejscu. Niech zaświadczają o ogromnej, niepojętej mnogości fenomenów czekających na innych opowiadaczy, domagających się ujawnienia, a pominiętych milczeniem.

Polska Międzynarodówka

Lwów, październik 1939. W kinie „Apollo” odbywa się uroczysta akademia wdzięczności dla Armii Czerwonej, która właśnie „uwolniła Zachodnią Ukrainę i Zachodnią Białoruś spod jarzma pańskiej Polski”. Nastrój ludowego wiecu – źle skomponowane, pompatyczne oracje, poezja propagandowa, gremialne śpiewy. Na sali sowieccy żołnierze i miejscowa ludność. Kiedy uroczystość dobiega końca, zgromadzeni wstają z krzeseł, by wspólnie wykonać Międzynarodówkę – ma to być demonstracja jedności i zgody między „oswobodzicielami” a „oswobodzonymi”. Polska młodzież podejmuje pieśń. Sowieci śpiewają o ostatnim boju i krwawym trudzie, o bratnim związku, co ogarnie ludzki ród; Polacy podstawiają pod melodię własne słowa (tekst podaję za relacją Adama Jaza We Lwowie za Sowietów):

W kajdanach dzisiaj nasze ręce,
dziś bat nad nami wznosi wróg,
lecz wkrótce kres już naszej męce,
przed nami przyszłość, z nami Bóg

Niech w górę biały orzeł wzlata,
przed jego ciosem niech wróg drży,
położym kres tyranii kata,
bo Wielkiej Polski moc to my.

Wolna Polska powstanie,
mocy spełni się cud
zginiesz krwawy tyranie,
zwycięży polski lud.

Dla Polski damy nasze życie,
oddamy mienie swe i krew,
to Polska woła, czy słyszycie?
Niech wszystkie serca słyszą zew!

Wytrwajcie w wierze i nadziei,
zanieście je do bratnich mas,
a na śmierć idźcie po kolei,
gdy przyjdzie zmartwychwstania czas.

Długi sen

Przed 1 września 1939 roku o słowie tym nie słyszano. Pompolit. „Pomocnik” do spraw politycznych. Przedstawiciel władzy sowieckiej przydzielony każdej ze szkół. Bo w systemie komunistycznym żadna ze struktur społecznych i żadna z instytucji nie może pozostać poza mechanizmem ideologicznej kontroli i nadzoru. Pompolit to jeden z istotnych trybików wielkiej machiny miażdżącej dotychczasowy porządek. W porządku tym szkoła zajmowała miejsce centralne, ponieważ wyposażała młodego człowieka w umiejętność rozpoznawania i interpretowania rzeczywistości. Pompolit ma być informowany. Pompolit o wszystkim decyduje.
W Grodnie zajętym przez bolszewików wolne od obecności pompolitów są przez jakiś czas jedynie szkoły zarządzane przez Grażynę Lipińską – Gimnazjum Krawieckie, Szkoła Przemysłowa, Szkoła Gospodarstwa Domowego i Szkoła Ogrodnicza. Nie znaczy to, że nowa władza zupełnie nie naprzykrza się uczniom i nauczycielom. Wciąż ktoś przeszukuje uczniowską bursę. Świetlica internatu staje się widownią specyficznego propagandowego widowiska – sowiecki oficer zdziera ze ściany portrety Rydza-Śmigłego, Mościckiego i Piłsudskiego, depce szkło i mierzy bagnetem w fotografie. Ostrze tnie papier, jakby ten symboliczny gest był w stanie przypieczętować ostateczną katastrofę Rzeczypospolitej. Biały orzeł na czerwonym tle zdobiący ścianę zostaje podziurawiony karabinowymi pociskami.
W szkolnych salach trwają jednak w najlepsze zajęcia zakazane przez władzę. „Wykorzystujemy […] każdy dzień cudem nam darowany – relacjonuje Lipińska. – Układamy na gorąco program nauczania: po kilka godzin dziennie język polski, następnie historia i geografia Polski, religia, nauka śpiewu (same pieśni religijne i patriotyczne). […] Troimy się, żeby na pożegnanie polskiej szkoły dać dzieciom jak najwięcej wiadomości o Bogu, o Polsce, wpoić w nie wiarę w przyszłość i hart przetrwania złego. […] We wszystkich klasach wiszą jeszcze nasze godła państwowe i krzyże. Rodzice naszych uczennic wchodzą do szkoły jak do sanktuarium, płaczą słuchając pieśni”. Spokój zostaje jednak zakłócony przez donos jednej z dziewcząt, z pochodzenia Rosjanki.
W szkole zostaje przeprowadzona akcja uroczystego zdejmowania ze ścian insygniów polskiej państwowości. Godła i portrety zostają przeniesione do mieszkania dyrektorki i przykryte sztandarem, jak mówią uczennice – „na krótki sen”.
W owym śnie znajdzie się miejsce na aresztowanie przedstawicieli polskich elit, między innymi części spośród dyrektorów i kierowników placówek edukacyjnych, na wizyty coraz to nowych agitatorów, referentów i instruktorów, na pogadanki sondażowe i kontrolne rozmowy („czy dobrze ci było w Polsce?”), wreszcie na zorganizowane 7 listopada rocznicowe obchody ku czci Wielkiej Rewolucji, o których tak napisze, jeszcze przez chwilę pozostająca na wolności, Grażyna Lipińska: „W dużej fabryce tytoniu i we wszystkich innych warsztatach i instytucjach pełno propagandzistów. Każdy pracujący, każde dziecko szkolne musi bezwzględnie uczestniczyć w uroczystym pochodzie. Pochód będzie formował się w śródmieściu, a kończył daleko poza miastem, gdzie wzniesiono trybuny dla dostojników miejscowych i przyjezdnych. Defilując przed trybunami, naszym obowiązkiem jest odpowiadać na każdy okrzyk dostojników: »Hurraa… hurraa!«. Wskazanym w czasie okrzyku jest wznoszenie pięści do góry. Obecność sprawdzać będą organizatorzy przyzbyli ze Wschodu i sołdaci. […] Instytucjom i szkołom dostarczono zawczasu transparenty z hasłami i olbrzymie bohomazy – portrety Stalina, Mołotowa, Marksa i innych wożdży […]”.

Bez odpowiedzi

25 września 1939 roku, Slănic w Rumunii. Obraduje polski rząd. Mnożą się wzajemne pretensje. Minister pracy i polityki społecznej Marian Zyndram-Kościałkowski proponuje, by po wojnie przeprowadzić „wielki publiczny sąd nad rządem i marszałkiem co do prawidłowości dyspozycji i zaniedbań w sprawie grożącej wojny” (cytat z Dziennika E. Kwiatkowskiego). Premier i ministrowie pozbawieni są aktualnych informacji. Bywa, że jedynym źródłem ich wiedzy są pogłoski, jak ta o przekroczeniu przez Armię Czerwoną linii demarkacyjnej między III Rzeszą a Sowietami.
Następnego dnia ponowne posiedzenie rady ministrów. Eugeniusz Kwiatkowski odnotowuje w swoim dzienniku nieobecność Józefa Becka: „ma temperaturę […]. W Slănic deszcz i temperatura zimowa. Zwiększa się liczba zachorowań”. Rumuńskie władze naciskają na wyjazd ministra spraw zagranicznych, który ma być zakwaterowany w innym miejscu niż pozostali członkowie rządu.
27 września staje się jasne, że rząd polski traci poparcie aliantów: „Na terenie Francji ma szybko powstać nowy rząd polski”. W kolejnych dniach swoje poparcie wycofują także niektórzy spośród polskich dyplomatów akredytowanych w Rumunii. 28 września Kwiatkowski zapisuje m.in. następującą informację: „W biurze prefektury uzyskujemy przepustki dla swobodnego chodzenia po osadzie. Zaraz za hotelem ustawiono zamknięcie wzdłuż szosy, odgradzając nas od osady”. Podczas popołudniowego posiedzenia rządu Tadeusz Kasprzycki, minister spraw wojskowych, indagowany o sytuację militarną w Rzeczypospolitej, „nie potrafi dać odpowiedzi”.
Dwa dni później do publicznej wiadomości zostaje podana informacja o zrzeczeniu się funkcji prezydenta RP przez Ignacego Mościckiego. Jego następcą zostaje przebywający w Paryżu Władysław Raczkiewicz, który zadanie sformowania nowego rządu powierza generałowi Władysławowi Sikorskiemu. Członkowie rady ministrów przebywający w Slănic redagują dwie depesze – do ustępującego prezydenta, któremu dziękują za dotychczasową służbę, oraz do Raczkiewicza: „Rząd polski pod bezpośrednim naciskiem sił zbrojnych najeźdźców, nie mogąc dopuścić do dostania się władz naczelnych w ręce nieprzyjaciół, zmuszony był do opuszczenia granic państwa. Rząd został następnie pozbawiony warunków koniecznych do wykonywania swych zadań. Zawiadomiony w dniu dzisiejszym o przekazaniu Panu Prezydentowi najwyższej władzy państwowej, rząd wyraża Panu Prezydentowi hołd, zgłaszając równocześnie swą dymisję”.

Dyrektywy z Moskwy

1 października 1939 roku, Moskwa. Podczas posiedzenia Komitetu Centralnego Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików) zostają podjęte kluczowe dycyzje dotyczące kształtu życia społecznego i politycznego na zajętych przez Armię Czerwoną terenach II RP.
Szczegóły ustaleń podjętych w stolicy Związku Sowieckiego znaleźć można w wyciągu z protokołu, który polscy historycy odnaleźli w archiwach białoruskich. Jest to suchy dokument urzędowy, którego lektura wywołuje na przemian uczucie przerażenia i wszechogarniającej nudy. Za nieznośną monotonią i wewnętrzną drętwotą kolejnych instrukcji i rozkazów kryje się dramat setek tysięcy ludzi.
KC WKP(b) nakazuje zwołanie „Ukraińskiego Zgromadzenia Ludowego” oraz „Białoruskiego Zgromadzenia Ludowego”. Owe gremialne ciała reprezentujące władzę komunistyczną powinny uchwalić przekazanie „ziemi obszarniczej” w ręce chłopów oraz „rozstrzygnąć” kilka kwestii zasadniczych, na zawsze zmieniając ustrojowy i państwowy status wschodnich ziem międzywojennej Polski: 1. kwestię charakteru władzy („radziecka” czy „burżuazyjna”); 2. kwestię przynależności lub braku przynależności do Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich; 3. kwestię upaństwowienia (lub pozostawienia w rękach prywatnych właścicieli) banków i przedsiębiorstw przemysłowych.
Głosowanie ma się odbyć za trzy tygodnie. Jest to termin krótki, dlatego zaleca się „uproszczenie” procedur znanych z wyborów do Rady Najwyższej ZSRS i republik związkowych. Zgromadzenia Ludowe powinny uchwalić przyłączenie nowych ziem do Związku Sowieckiego, wprowadzić rządy „Władzy Radzieckiej” oraz zaaprobować nową strukuturę własności. Teksty deklaracji wystosowanych przez Zgromadzenia Ludowe muszą zostać opracowane przez Komitety Centralne Komunistycznej Partii (bolszewików) Ukrainy oraz Komunistycznej Partii (bolszewików) Białorusi – za przebieg akcji odpowiadają osobiście towarzysze Chruszczow i Ponomarienko.
W obszarze zainteresowań najwyższych dostojników sowieckich znajdują się także procedury formowania na zagarniętych terenach nowych organizacji komunistycznych, „reorganizacja” związków zawodowych, objęcie zarządem komisarycznym polskich banków, a także przywrócenie łączności pocztowo-telegraficznej.
W osobnym punkcie zawarto wskazania dotyczące cen podstawowych produktów: „za sól – 20 kop. za kilogram na terytorium Zachodniej Ukrainy, 20 kop. za kilogram na terytorium Zachodniej Białorusi; zapałki – 3 kop. za małe pudełko; nafta – 65 kop. za litr na terytorium Zachodniej Ukrainy, 66 kop. za litr na terytorium Zachodniej Białorusi; machorka – 50 kop. za 50-gramową paczkę”.
Ciekawość współczesnego czytelnika dotycząca owej dodatkowej kopiejki za naftę „białoruską” zapewne nigdy już nie zostanie zaspokojona.

Cztery fragmenty z Goebbelsa

Joseph Goebbels, Dzienniki (przekład Eugeniusza Cezarego Króla), notatka podyktowana 7 października:
„W południe u Führera. Znakomite towarzystwo. Führer opowiada o niektórych bardzo poruszających epizodach z kampanii [w Polsce]. […] Polaków oceniliśmy całkowicie fałszywie. Ich przywódcy są nic niewarci. Egoistyczni i zepsuci. Prawdziwie polscy! A przy tym tkwiący w gównie w sposób niedający się z niczym porównać. Niosą ze sobą niebepieczeństwo, że stepy [azjatyckie] zbliżą się do granic Europy. Führer położył historyczną zasługę, niszcząc to [polskie] państwo”.
Dzienniki, notatka podyktowana 8 października:
„Słowianie obracają się w świecie czystej iluzji. Im bardziej oddalają się od rzeczywistości, tym bardziej zawiłe są ich marzenia. To dotyczy Polaków i Czechów. Polacy na dodatek są jeszcze szczególnie niechlujni, zawszeni i leniwi, podczas gdy Czesi są przeciętni, pracowici i nie tak brudni”.
Dzienniki, notatka podyktowana 10 października:
„Opinia Führera o Polakach jest miażdżąca. Bardziej zwierzęta niż ludzie, całkowicie otępiali i amorficzni. Do tego szlachta, będąca przynajmniej mieszanką niższych klas z aryjską warstwą panów. Brud wśród Polaków jest niewyobrażalny. Również ich możliwości rozumowania są równe zeru”.
Dzienniki, notatka podyktowana 2 listopada:

„Przejazd do Warszawy przez pola bitew, całkowicie zniszczone wsie i miasta. Obraz spustoszenia. Warszawa: to jest piekło. Zdemolowane miasto. Nasze bomby i granaty zrobiły swoje. Żaden dom nie ostał się w całości. Ludność jest apatyczna i podobna do cieni. Niczym robactwo pełza po ulicach. Jest obrzydliwie i nie do opisania”.

Całopalenie

Profesor Stanisław Swianiewicz, wykładowca Uniwersytetu Wileńskiego, kierownik działu studiów gospodarczych w Instytucie Europy Wschodniej w Wilnie, jeden z najwybitniejszych polskich znawców Związku Sowieckiego, we wrześniu 1939 roku otrzymuje powołanie do czynnej służby wojskowej. W macierzystym pułku zostaje mu przydzielona funkcja dowódcy taboru. Przechodzi szlak bojowy od Piotrkowa Trybunalskiego, przez Dorohusk, Tomaszów Lubelski, Suchowolę, aż do Krasnobrodu nad Wieprzem.
Kiedy ustają walki pod Krasnobrodem, otrzymuje od swojego bezpośredniego zwierzchnika, ppłk. Gustawa Nowosielskiego, pozwolenie na to, by sam decydował o swoim losie. Rozważa możliwość opuszczenia oddziału, poczucie honoru nakazuje mu jednak pozostać z towarzyszami broni. W decyzji tej utwierdza go wspomnienie pożegnania z najbliższymi: „Drewniany domek pośród dużego ogrodu na Antokolu. Stara mahoniowa kanapa. Nad kanapą wielki krzyż […]. Na kanapie w rząd siedzi czwórka naszych dzieci, najstarsze ma jedenaście lat, najmłodsze – pięć. Dziecięce oczy z ufnością wpatrzone we mnie. Przy mnie stoi żona. Mówię: »Rozpoczyna się zawierucha, której końca nikt nie jest w stanie przewidzieć. Nie wiadomo, kto będzie narażony na większe próby – czy ja w linii, czy wy tutaj. Pomódlmy się, aby Bóg dał nam łaskę i siłę zachować honor«”.
Podzielone są zdania co do kierunku marszu. Jedni opowiadają się za kierunkiem węgierskim, inni chcą dołączyć do oddziałów Sosnkowskiego, jeszcze niedawno walczących pod Lwowem. Są i tacy, którzy myślą o powrocie do rodzin. Grupa żołnierzy oferuje Swianiewiczowi miejsce w wozie gotowym do odjazdu. Nie pomaga zameldowanie o całej sprawie podpułkownikowi. Żołnierze dzielą się na grupki – jedni decydują się wracać, inni zostają z dowódcami. Nowosielski ustępuje. Rozpoczyna się niszczenie pistoletów i karabinów, które nie powinny dostać się w ręce sowieckie.
„Zrozumiałem – wspomina Swianiewicz – że już żadne perswazje nie pomogą. […] Tymczasem podpalono oblany naftą stos broni. Płomień buchnął niemal momentalnie. Jednocześnie zerwał się wiatr, który porywał w górę palące się strzępy. Suchym trzaskiem wybuchały rzucone na stos paczki z amunicją. Na polanie zrobiło się gorąco. Ukośne czerwone płomienie zachodzącego słońca zmieszały się z odblaskami płonącego stosu, dziwnie zabarwiając konary pobliskich drzew. Miałem poczucie, że ogień z palących się resztek naszego dobytku pułkowego zapala świat dookoła i wszystko za chwilę rozpadnie się w gruzy”.

Polska – „epizod historyczny”

Po walkach w kampanii wrześniowej pułkownik Tadeusz Komorowski, późniejszy dowódca Armii Krajowej, przedostaje się do Krakowa. Nie posiada dokumetów, które umożliwiłyby mu swobodne poruszanie się po mieście. Dzięki pomocy przyjaciółki, pod pozorem chronicznego lumbago zostaje umieszczony w szpitalu bonifratrów. Lecznica staje się miejscem schronienia, ale także więzieniem – nie sposób się z niego wydostać bez załatwienia sprawy dowodu osobistego i zdobycia nowej tożsamości. Informacji o świecie zewnętrznym dostarczają odwiedzający – przede wszystkim rodzina i znajomi leżącego w tej samej sali radcy krakowskiego urzędu miejskiego. Przymusowe odosobnienie jest jak antrakt w teatrze – niepośledni aktorzy dziejowych wydarzeń trafiają za kulisy, gdzie sposobią się do odegrania roli, jaką przeznaczy im historia.
Pod koniec października jeden z odwiedzających przynosi informację o rozplakatowaniu w całym Krakowie Proklamacji Gubernatora Generalnego Hansa Franka. W obwieszczeniu mowa jest o „przeprowadzeniu wojskowego zabezpieczenia obszarów polskich w zakresie niemieckiego obszaru zainteresowań”, o „przywróceniu porządku”, o zakończeniu „epizodu historycznego, za który odpowiedzialność ponosić muszą zarówno zaślepiona klika rządowa byłego kraju polskiego jak i też obłudni podżegacze wojenni w Anglii”. Polska zostaje nazwana „tworem państwowym, który się więcej nie odnowi”. Doktor praw Frank informuje o rozkazach, jakie odebrał od Adolfa Hitlera – ma „dbać we formie stanowczej o to, aby w przyszłości zapewniony był w tym kraju stan pokoju”.
Owo enigmatyczne określenie – „we formie stanowczej” – nie wypełniło się jeszcze treścią. Jedenaście dni później w Collegium Novum aresztowani zostaną liczni profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego i Akademii Górniczej. Trafią do niemieckich obozów koncentracyjnych. Zanim się to stanie, dowiedzą się jeszcze – jak wszyscy mieszkańcy Generalgouvernement – że życie swoje mogą „prowadzić […] nadal według wiernie zachowanych obyczajów”, że choć kraj wymaga „organizacyjnego podciągnięcia Waszej wspólnej pracy”, „polską właściwość będzie […] wolno zachować we wszystkich objawach społeczności”. „Uwolnieni od przymusu awanturniczej Waszej intelektualnej warstwy rządzącej – ogłasza Frank – pod potężną ochroną Wielkiej Rzeszy Niemieckiej spełniając powszechny obowiązek pracy, zrobicie dla tego celu to, co leży w Waszych siłach. Pod sprawiedliwą władzą zapracuje każdy na swój chleb powszedni”. Granice tego, „co leży w siłach” Polaków, będą odtąd wyznaczać światli reprezentanci Herrenrasse.
Któregoś dnia syn mężczyzny leżącego łóżko w łóżko z pułkownikiem Komorowskim wręcza obu pacjentom dwa kawałki brązu. „To pamiątki – wyjaśnia. – Resztki ze zburzonego przez Niemców pomnika grunwaldzkiego”. Ufundowany przez Ignacego Paderewskiego monument jest konsekwentnie niszczony od późnej jesieni 1939 roku – cokół ze szwedzkiego granitu zostaje wysadzony w powietrze, a uszkodzone, rozczłonkowane figury trafiają w głąb III Rzeszy.

Kultura dla niewolników

31 października 1939 roku odbywa się w Łodzi „konferencja” poświęcona szczegółom „polityki kulturalnej” na terenach okupowanych przez Niemców. Biorą w niej udział Hans Frank, Joseph Goebbels, radca ministerialny Müller, Gauamtsleiter dr Fischer, adiutant Heusinger von Waldeck, minister Arthur Seyss-Inquart oraz Reichsamtsleiter dr du Prel.
Najważniejsze z ustaleń podjętych podczas rozmowy wysokich urzędników III Reszy dotyczy kształtowania świadomości podbitego narodu – „należy zlikwidować cały system informacyjny Polaków”. Co kryje się za tymi słowami? Myśl o pełnej kontroli nad środkami przekazu. Po pierwsze – zarekwirowane mają zostać wszystkie radioodbiorniki. Prasa musi być w całości kontrolowana przez organa niemieckie. Podstawowym kanałem informacyjnym powinny stać się głośniki umieszczone w centralnych punktach miast – „w określonych porach nadawać będą wiadomości, rozkazy i hasła dla Polaków”. Likwidacji mają ulec teatry, kina i kabarety – mówi doktor Goebbels. Doktor Frank prezentuje nieco odmienne spojrzenie na kwestię projekcji kinowych. W jego przekonaniu, „w grę mogą wchodzić najwyżej złe filmy, względnie takie, które obrazują wielkość i siłę Rzeszy Niemieckiej”. Minister propagandy i oświecenia publicznego koryguje swoje stanowisko: „Jeśli w wielkich miastach, np. w Warszawie, zajdzie konieczność odciągnięcia Polaków z ulic za pomocą wyświetlania filmów, powinno się wówczas każdorazowo podejmować specjalne postanowienie”.
Uniwersytety są już zamknięte. Pozostaje jeszcze kwestia szkół kształcących księży, która zostanie załatwiona w najbliższych dniach – wszyscy zebrani mają bowiem świadomość, że seminaria duchowne są „jedynie inkubatorami nienawiści do Niemców”. Kwestie nauczania zostaną uregulowane osobnymi rozporządzeniami szczegółowymi. Teraz wskazuje się generalny kierunek postępowania: „Polakom należy umożliwić kształcenie się jedynie w takim zakresie, aby uświadomili sobie, iż jako naród nie mają żadnych perspektyw”.
Potępiony zostaje pomysł tymczasowego burmistrza Warszawy doktora Helmuta Otto, który zaproponował włączenie warszawskich muzyków w skład Orkiestry Rzeszy (jest to „absolutnie niedopuszczalne”). Doktor Goebbels jeszcze wczoraj rozmawiał w Adolfem Hitlerem: „Führer oświadczył, że nie wolno Polakom wmawiać bzdur o jakiejś odbudowie, łudzić ich, że będą sami dla siebie coś odbudowywali. Obcinanie bród Żydom i odwszawianie ich także nie leży w naszym interesie”.

Na koniec – palący problem polskiego nacjonalizmu. Konieczna jest stała obserwacja, „w jakim kierunku szuka [on] sobie ujścia […]. Wszelkie przejawy nacjonalizmu należy natychmiast zdławić”.

Jezioro łabędzie i „narodowe osobliwości”

Ostatnie dni września 1939 roku, Moskwa. Na widowni teatru „Bolszoj” zasiada minister spraw zagranicznych III Rzeszy, Joachim von Ribbentrop. Przyleciał, by zakończyć negocjacje dotyczące podziału wojennych zdobyczy. Podczas przerwy w rozmowach dano mu obejrzeć Jezioro łąbędzie. Słucha więc, patrzy – i nie pamięta, jak bardzo zaskoczyły go zmiany proponowane przez Sowietów: po pierwsze – pełna likwidacja państwa polskiego, po drugie – oddanie ZSRS całej Litwy, w zamian za tereny Polski środkowej, które, według wstępnych ustaleń, miały się znaleźć po wschodniej stronie niemiecko-rosyjskiej granicy.
Traktat między Rzeszą a Związkiem Sowieckim podpisano 28 września. Po powrocie do kraju Ribbentrop będzie przedstawiał efekty swojej podróży jako sukces. W swoich zapiskach Goebbels oskarży go o brak realizmu. „Patrzy […] przez różowe okulary – napisze o Ribbentropie. – Tak, jakby bolszewizm był jedną z odmian narodowego socjalizmu. Teraz wszystko to, co wcześniej było zbrodnią, widzi się na różowo. Występuję przeciwko. My, naziści, musimy zawsze być ekstremistami, w pochwałach i naganach. Tu mniej byłoby więcej”. Albert Forster, gauleiter Gdańska, wyrazi pogląd, że minister spraw zagranicznych, czuł się wśród rosyjskich komunistów jak „wśród starych partyjnych towarzyszy”. Czy stwierdzenie to trafnie oddawało prawdę – trudno rozstrzygnąć.
Jedno nie ulega wątpliwości – w wyniku wrześniowych rozmów Niemcy i Rosjanie podpisali układ o przyjaźni i granicy między ZSRS i III Rzeszą, w którym mowa była m.in. o „przywróceniu pokoju i ładu na tym terytorium [Polski] i zapewnieniu żyjącym tam narodom pokojowego współistnienia, odpowiadającego ich osobliwościom narodowym”, o uznaniu granicy niemiecko-sowieckiej za „ostateczną”, o „niezbędnej przebudowie państwowej” zagarniętych terenów oraz o uczynieniu „wyżej wymienionej przebudowy […] niezawodnym fundamentem dalszego rozwijania przyjacielskich stosunków”.
Do traktatu dołączone zostały trzy tajne protokoły, z których ostatni odnosił się do Polaków. Obie strony deklarowały wolę bezwzględnego tępienia na zajętych przez siebie obszarach wszelkiej „agitacji polskiej dotyczącej terytorium drugiej strony”, likwidowania „wszystkich źródeł takiej agitacji”, a także wzajemnego informowania się „o środkach podejmowanych w tym celu”.
Kiedy Ribbentrop siedzi w fotelu wyściełanym pluszem, nie myśli jednak o traktatach i tajnych protokołach. Zajmuje go jedynie primabalerina Pawłowa, której władcy tego świata kazali tańczyć do wtóru surmom wojennym. W tej jednej chwili może grać rolę amatora sztuki baletowej, człowieka wysokiej kultury i wielbiciela ponadczasowego piękna.
Odetta i Zygfryd rzucają się ze skały. Przemija postać świata. Jego Ekscelencja Joachim von Ribbentrop bije brawo.

Hitler w Warszawie

„Die Fahne hoch! Die Reihen fest geschlossen! / SA marschiert mit ruhig festem Schritt. / Kam’raden, die Rotfront und Reaktion erschossen, / Marschier’n im Geist in unser’n Reihen mit”. „Chorągiew wznieś! Szeregi mocno zwarte! / SA to marsz: spokojny, równy krok. / A rozstrzelani przez komunę i reakcję / Są pośród nas, i dumny jest nasz wzrok”. Słowa Horsta Wessela, „męczennika” ruchu nazistowskiego, brzmią na Okęciu. Jest 5 października 1939 roku, kilka chwil wcześniej wylądował tu samolot z Adolfem Hitlerem. Następnego dnia warszawskie gazety poinformują: „Wczoraj przed południem odbyła się […] wielka rewia wojsk niemieckich. W związku z tym ruch na mieście, w szczególności na linii Nowy Świat-Aleje Ujazdowskie, w Al. Jerozolimskich, w ul. Marszałkowskiej jako też na przyległych odcinkach ulic poprzecznych był wstrzymany – częściowo już od godz. 8 rano, całkowicie zaś od pół do 10-ej. Ograniczenia te trwały do godz. 1-ej, a na niektórych ulicach do 3-ej po południu”.
Choć w oficjalnym ogłoszeniu zabrakło słów o wizycie dyktatora, wiedziało o niej polskie podziemie, które podjęło próbę przeprowadzenia zamachu – niestety, nie udało się zdetonować ładunków wybuchowych. Niemcy wprowadzili nadzwyczajne środki bezpieczeństwa – zamknięto całe ulice, ludność z kamienic stojących wzdłuż trasy przejazdu trzymano pod kluczem. Po opustoszałym środmieściu poruszało się auto wyposażone w megafon, z którego usłyszeć można było następujący komunikat (zachowuję oryginalny kształt językowy): „Odtąd panowie cywile schodzą do bram. Nie wolno wychodzić na ulicę, podchodzić do okien, gdyż będzie strzelano”.

Defilada

Słowa komunikatu zapisał Ksawery Świerkowski, wybitny polski bibliograf i historyk książki, przypadkowy świadek przejazdu Hitlera. Opisał on także wygląd kolumny pojazdów zdążających w stronę Alej Ujazdowskich, gdzie niemiecki przywódca miał odebrać defiladę. Świerkowski obserwował wydarzenia z pierwszego piętra dawnego pałacu Tyszkiewiczów przy Krakowskim Przedmieściu: „Spodziewając się dłuższego czekania usadowiłem się na biurku z Żywymi kamieniami Berenta w ręku. Wnet jednak przestałem czytać, bo było na co patrzeć. […] Przejechało auto z generałem przeprowadzającym inspekcję pustych ulic. Na obu chodnikach równocześnie ukazały się, posuwające się od południa, sznury żołnierzy. […] Żołnierz od żołnierza stawał na odległość wyciągniętego ramienia. Dwa szeregi utworzyły szpaler dostatecznie szeroki dla jednokierunkowego ruchu pojazdów. Gdzie się szpaler zaczynał, nie widziałem, ale kończył się przy Hotelu Europejskim i przed nim zaginał w kierunku placu Saskiego. Wszystko uspokoiło się na chwilę, przemknęło inspekcyjne auto z generałem. Minutę lub dwie potem od gmachu Komendy Miasta wyjechała liczna kolumna motocykli z przyczepami. Na siodełkach siedzieli w ogromnych hełmach niemieccy policjanci ubrani w granatowe płaszcze. W przyczepach policjanci półleżeli na lewym boku, odwróceni do tyłu z karabinami w garści i palcem na spuście. Za tą kolumną jechał ogromny, staromodny wóz pancerny, z którego luku nad pokładem sterczał żołnierz obrócony też do tyłu i trzymający palec na spuście krabinu maszynowego. Następnie sunęło otwarte auto z kilkoma oficerami, do którego z tyłu doczepiono działko przeciwlotnicze. Za nim również otwarte auto z generałami. W trzecim zaś również otwartym aucie niespodziewanie ujrzałem Hitlera. Ubrany w płaszcz politischer Leitera, miał po prawej młodego adiutanta. Hitler blady, o mocno zagryzionych ustach, zrobił na mnie wrażenie histeryka, zmęczonego i całkowicie zobojętniałego na wszystko, co się wokół niego dzieje”.
Dla histeryka, który rozpoczynał właśnie dzieło krwawej „przebudowy” narodowego i politycznego oblicza Europy Środkowej, wzniesiono w Alejach Ujazdowskich, naprzeciwko ulicy Chopina, trybunę, z której miał się przyglądać pochodowi zwycięskich rot. Zachował się – trwający niewiele ponad minutę – film propagandowy, którego autorzy dołożyli wszelkich starań, by potęga Wehrmachtu objawiła się w całej pełni. Kręcono z kilku kamer naraz. W zbliżeniach pokazano odzianego w mundur Hitlera, który raz po raz wznosi prawe ramię w geście nazistowskiego pozdrowienia. Obok niego stoi Wilhelm Keitel, który coś tłumaczy wodzowi (w swoich wspomnieniach nazwie defiladę „wspaniałą”). W dole – żołnierze w żelaznych hełmach. Najpierw trzyosobowy poczet sztandarowy, potem, w planie ogólnym, równe szeregi maszerujące wzdłuż warszawskiego Traktu Królewskiego – oddziały piesze i konne, działa, czołgi, ciężarówki.
Wszystko czyste i lśniące.
Porządek i spokój, równowaga i ład mają odtąd panować nad Wisłą.

http://dakowicz.blogspot.com/2015/12/bezradnosc-smiertelnej-reki-1.html
http://dakowicz.blogspot.com/2015/12/bezradnosc-smiertelnej-reki-2.html
http://dakowicz.blogspot.com/2015/12/bezradnosc-smiertelnej-reki-3.html
http://dakowicz.blogspot.com/2015/12/bezradnosc-smiertelnej-reki-4.html

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Eseje, Historia, II wojna światowa i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.