Piaśnica

Piaśnica_bodies_of_victimsW wyniku zagłady polskich „warstw kierowniczych” zginęło około 50 tys. osób zamieszkujących przedwojenne województwo pomorskie. Były one masowo rozstrzeliwane w wielu miejscach. Największą liczbę ofiar pochłonęły egzekucje w okolicach obu Piaśnic, Mniszka i Szpęgawska.
– pisze Przemysław Dakowicz

Teksty są częścią Afazji polskiej, serii drugiej

Piaśnica. Pod mikroskopem pamięci

Bohaterami ballady „Król elfów” Johanna Wolfganga Goethego są ojciec i syn, przemierzający konno ciemną przestrzeń lasu. Cytuję fragment w przekładzie Antoniego Libery: „Zapada już noc i wicher dmie./Kto o tej porze na koniu mknie?/Z dzieckiem w ramionach, w mroku bez dna;/To ojciec z synkiem do domu gna”. Dziecko słyszy dobiegający spomiędzy drzew głos nadprzyrodzonej, fantastycznej istoty – Króla Olch. Czuciu i wierze syna ojciec przeciwstawia racjonalne argumenty, świadectwo zmysłów: „– Dlaczego, synku, odwracasz wzrok?/– Nie widzisz, tato? Popatrz tam, w bok./Król olch mnie wabi, korona mu lśni./– To tylko mgła. Coś ci się śni. […]//– Ach, tato, tato! Słyszysz ten śpiew?/To znów król olch, to znów jego zew./– Spokojnie, synku, to wiatru świst./To szelest liści lub ptaków gwizd. […]//– Patrz, tato, tato! Nie widzisz? Tam!/To córki króla. Znak dają nam./– Nie, synku, nie! To żaden znak./To próchno się sypie i świeci tak”. Nocna wędrówka kończy się tragicznie. Wyimaginowana lub rzeczywista groźba władcy lasu zostaje spełniona – kiedy za ścianą drzew ukazują się światła domostwa, dziecko jest już martwe.

Fragment zamiast całości

Dlaczego opowieść o ludobójstwie dokonanym przez Niemców w okolicach wsi Wielka Piaśnica i Mała Piaśnica zaczynam od przypomnienia wiersza Goethego? Czynię tak z kilku powodów. Teraz powiedzmy jedynie o pierwszym z nich, być może najważniejszym.

Czy nie jest tak, że historia, szczególnie gdy oglądamy ją z dużego dystansu czasowego, jawi się nam jako materia niewiele mająca wspólnego z realnością? Czy najbardziej krwawe wydarzenia i najokrutniejsze zbrodnie nie przybierają w naszej wyobraźni kształtów widmowych, nie zamieniają się w trudną do objęcia i zrozumienia mieszaninę mitu i baśni? Żywi ludzie tracą swoją konkretność, ich twarze pozbywają się wyrazistości, głosy brzmią niewyraźnie i głucho. Z całej skomplikowanej tkanki życia pozostaje gruba czarna kreska, jakby nieuważny rysownik kilkoma ruchami węgla usiłował oddać niemożliwą do powtórzenia wielość szczegółów jakiejś rodzajowej sceny lub wielobarwnego pejzażu. Z odległości siedemdziesięciu kilku lat trudno odróżnić ofiary od sprawców – ludzkie postaci roztapiają się we mgle, nikną w ciemności. Na jęk umierających, na śmiech morderców nakładają się gwizd ptaków, szelest liści, świst wiatru wśród gałęzi.

Co pozostaje? Trzymać się konkretów – epizodów utrwalonych przez ludzką pamięć lub zatrzymanych w bezdusznym obiektywie fotograficznego aparatu.

Prawda o zbrodni w Piaśnicy składa się ze szczątków obrazów, strzępów słów, ze scen przerwanych, zanim zaczęły się na dobre. Jakby wszystko, co wydarzyło się tam jesienią 1939 roku, zapowiadało naszą współczesność – z jej brakiem hierarchii, fragmentarycznością, aksjologicznym i estetycznym chaosem.

Sprawcy wiele uwagi poświęcili zatarciu śladów własnej działalności, skazując nas, którzy chcemy wiedzieć, na domysły, hipotezy, „wersje robocze”. Wszystko, co można dziś uczynić, to oglądać każdy szczątek, każdy fragment, każdy detal pod mikroskopem pamięci. Właśnie temu ma służyć niniejszy tekst.

Najpierw jednak kilka podstawowych informacji.

Zagłada elit

Ludobójstwo dokonane w lasach piaśnickich było jednym z etapów skomplikowanego procesu społeczno-politycznego kulminującego z chwilą dojścia do władzy w Niemczech NSDAP i Adolfa Hitlera. Nowe władze wybrane przez Niemców otwarcie mówiły o potrzebie zrewidowania postanowień traktatu wersalskiego i kwestionowały kształt granic międzypaństwowych przyjętych po I wojnie światowej. Dążyły do patriotyczno-ideologicznej aktywizacji tych obywateli Polski, którzy przyznawali się do niemieckich korzeni i utrzymywali łączność z krajem swoich przodków. Chodziło o to, by w perspektywie szykowanej przez Hitlera ofensywy wyzyskać ów ludzki potencjał do realizacji podstawowego celu: przyłączenia do Rzeszy ziem „utraconych” po 1918 roku na rzecz państwa polskiego. W drugiej połowie lat 30. terenem szczególnej aktywności propagandowej hitlerowców stało się Pomorze Gdańskie. O zakresie i skali tych działań świadczy masowe zaangażowanie obywateli polskich niemieckiego pochodzenia w akcję eksterminacyjną podjętą po wkroczeniu wojsk agresora na teren II Rzeczypospolitej.

W trakcie miesięcy poprzedzających wybuch wojny opracowano w Berlinie tzw. Sonderfahndungsbuch Polen, księgę zawierającą wykaz nazwisk Polaków, których charakteryzowano jako reprezentantów narodowej elity i krzewicieli polskości. Ich fizyczna eliminacja została uznana za jeden z warunków szybkiego objęcia władzy nad terenami zajętymi przez Wehrmacht. Ta jedyna w swoim rodzaju lista proskrypcyjna nigdy by nie powstała, gdyby nie pomoc tysięcy informatorów rekrutujących się spośród przedstawicieli mniejszości niemieckiej w Polsce. To oni – we wrześniu 1939 r. zasilający szeregi Selbstschutzu, organizacji paramilitarnej ściśle współpracującej z niemiecką policją i SS – dostarczyli centralnym urzędom hitlerowskim obszernych informacji, dotyczących społeczno-politycznej działalności swoich polskich sąsiadów, a także danych osobowych i adresowych oraz wszystkich szczegółów umożliwiających sprawne ujęcie „wrogów Rzeszy”. Jesienią i zimą roku 1939 wielu z dotychczasowych tajnych współpracowników hitlerowskich służb brało udział w aresztowaniach, a nawet w egzekucjach dokonywanych na więźniach. Wyjątkowym zapałem w owym, realizowanym z najwyższą sprawnością i żelazną konsekwencją, morderczym procederze wykazała się niemieckojęzyczna ludność Pomorza.

W wyniku zagłady polskich „warstw kierowniczych” zginęło około 50 tys. osób zamieszkujących przedwojenne województwo pomorskie. Były one masowo rozstrzeliwane w wielu miejscach. Największą liczbę ofiar pochłonęły egzekucje w okolicach obu Piaśnic, Mniszka i Szpęgawska. Szacunkowe dane mówią o 12 tys. (a nawet 14 tys.) zamordowanych w Piaśnicy, 10 tys. w Mniszku i 7 tys. w Lesie Szpęgawskim.

Liczby, fakty, okoliczności

Lasy piaśnickie wybrano na miejsce kaźni z dwóch powodów. Po pierwsze, ze względu na ich położenie w pobliżu ważnych traktów komunikacyjnych (linia kolejowa, szosa z Wejherowa do Krokowej). Po wtóre, obszar Puszczy Darzlubskiej (tzw. las piaśnicki to jej zachodnia część) stanowił teren osłonięty przed wzrokiem ludzkim, dzięki czemu egzekucje mogły być wykonywane bez udziału przypadkowych świadków (Niemcom zależało na tym, by o morderstwach nie wiedziano powszechnie).

Więźniów z Gdańska, Gdyni i powiatu morskiego przywożono pociągami do Wejherowa. Trafiali tu z rozmaitych aresztów i punktów odosobnienia, często także z założonego przez Niemców obozu koncentracyjnego Stutthof. Z Wejherowa byli transportowani w głąb lasu piaśnickiego, w którym wykopano już obszerne doły na zwłoki. Odgłosy strzałów dochodziły do uszu mieszkańców pobliskich osad, w niektórych wsiach gwałtowna kanonada karabinów maszynowych powodowała pękanie szyb okiennych. Jeden ze świadków tamtych wydarzeń, Teofil Mudlaff, dróżnik z Damatówka, zeznał po wojnie, że wedle jego szacunków na miejsce straceń dotarło łącznie ok. 500 ciężarówek i autobusów wypełnionych ludźmi.

Na liczbę kilkunastu tysięcy ofiar masowych egzekucji w okolicach Wielkiej i Małej Piaśnicy składają się nie tylko 2 tys. przedstawicieli pomorskiej inteligencji. Były tam również tysiące osób internowanych i przebywających w obozach odosobnienia na terenie III Rzeszy i uznanych za wrogów władzy hitlerowskiej – całe rodziny Polaków od lat zatrudnionych w Niemczech (przede wszystkim w rolnictwie), którzy mimo rozmaitych zabiegów germanizacyjnych i szykan nie chcieli wyrzec się swojej polskości. W lesie piaśnickim rozstrzelano także pacjentów szpitali psychiatrycznych, którzy stanowili potencjalne zagrożenie dla „czystości rasowej narodu niemieckiego”.

 

Piaśnica: hieroglif pustki 

Prawda o zbrodni w Piaśnicy składa się ze szczątków obrazów, ze strzępów słów, ze scen przerwanych, zanim zdążyły się na dobre rozpocząć. Jakby wszystko, co wydarzyło się tam jesienią 1939 r., zapowiadało naszą współczesność – z jej brakiem hierarchii, fragmentarycznością, aksjologicznym i estetycznym chaosem.

Sprawcy wiele uwagi poświęcili zatarciu śladów własnej działalności, skazując nas, którzy chcemy wiedzieć, na domysły, hipotezy, „wersje robocze”. Wszystko, co można dziś uczynić, to oglądać każdy szczątek, każdy fragment, każdy detal – pod mikroskopem pamięci.

Gazety i ciała

W październiku 1946 r. przeprowadzono w lasach piaśnickich ekshumację. Z trzydziestu odnalezionych wtedy zbiorowych mogił zbadano dwadzieścia sześć. Informacje o pracach identyfikacyjnych pojawiały się w lokalnej prasie. Towarzyszyły im doniesienia o przygotowywanym przez polskich śledczych procesie byłego gauleitera Gdańska, Alberta Forstera.

Na pierwszej stronie „Dziennika Bałtyckiego” z 12 października ukazał się artykuł „Piaśnica – potworne dzieło Forstera”. Jego autor pisał: „Nazwa cichej miejscowości powiatu morskiego, leżącej w odległości około 10 km na północ od Wejherowa, stała się w okresie okupacji synonimem grozy dla przebywających na wybrzeżu Polaków. W listopadzie 1939 r. rozeszła się bowiem wiadomość, powtarzana z ust do ust, że w lasach Piaśnicy Niemcy rozstrzeliwują zakładników – Polaków z Wejherowa, Gdyni i innych okolic Wybrzeża. Mieszkańcy Wejherowa często widywali samochody ciężarowe, załadowane ludźmi wiezionymi pod eskortą żandarmerii lub członków SS w kierunku Piaśnicy. Od tej chwili ginął ślad po wszystkich aresztowanych w Wejherowie Polakach. Żonom, kołaczącym o wiadomości o losie aresztowanych mężów, władze niemieckie groziły represjami, przekazując jedynie w najlepszym wypadku przedmioty, należące do aresztowanych, bez jakiejkolwiek bliższej informacji o nich samych. Uporczywie powtarzały się wieści, że w lasach Piaśnicy Niemcy dokonują masowych zbrodni na Polakach”.

W piątym dniu ekshumacji informowano o odkryciu 27 zbiorowych grobów, z których dwa rozkopano, wydobywając z nich szczątki ofiar. Szacowano, że każda z mogił kryje w swoim wnętrzu od stu pięćdziesięciu do dwustu ciał. Podawano także dane pierwszych zidentyfikowanych – m.in. Lucjana Borysławskiego, przed wojną dyrektora Banku Rolnego w Gdyni.

Identyfikacje

W kolejnym tekście tego samego autora, podpisanego inicjałami „eo”, znalazły się informacje bardziej szczegółowe, uzyskane w wyniku przekopania dziesięciu z dwudziestu siedmiu odkrytych dotąd miejsc egzekucji i tajnego pochówku. Okazało się, że jedynie w dwóch pierwszych grobach znajdowały się szczątki ludzkie, które dało się identyfikować – w pozostałych ośmiu odnaleziono zaledwie „resztki kości, zęby, pierścionki, różańce itp.”. Dla członków komisji badającej zbrodnię w lasach pod Wejherowem stało się jasne, że większość leśnych mogił została przez Niemców otwarta, a ciała ofiar wyjęto z nich i spalono. „W wyniku dotychczasowej ekshumacji 113 zwłok, wydobytych z jednego z grobów nienaruszonych, stwierdzono, że wśród ofiar znajdują się wojskowi, duchowni, kobiety i młodzi chłopcy. Identyfikacja zwłok jest prawie niemożliwa, gdyż czaszki ok. 90 proc. z nich są rozbite kolbami karabinów; poza tym na żadnej z ofiar nie pozostało wierzchniego odzienia (marynarki), ani obuwia. Zwłoki leżą w mogiłach o wymiarze 4 na 6 m, poukładane nieregularnie na głębokości 2–3 metrów. Ofiary ginęły pod gradem kul karabinów maszynowych, trafiane głównie w tułów. Z układu zwłok można wywnioskować, że oprawcy zakopywali ludzi jeszcze żywych, niektórych dobijano kolbami”.

Trzy dni później, 16 października 1946 r., pojawiło się w „Dzienniku Bałtyckim” urzędowe wezwanie skierowane do rodzin potencjalnych ofiar piaśnickiej zbrodni: „W czwartek o godz. 9 sprzed lokalu PZZ [w Gdyni] wyjedzie specjalny autobus, który zabierze członków rodzin pomordowanych do Piaśnicy, by wśród ekshumowanych zwłok mogły poszukać swoich najbliższych. Polski Związek Zachodni wzywa wszystkie zainteresowane osoby do natychmiastowego porozumienia się ze swoim biurem, gdyż w najbliższych dniach odbędzie się manifestacyjny pogrzeb wszystkich ofiar […] gdyńskich pomordowanych w Piaśnicy”. Wezwaniu towarzyszyła krótka nota informacyjna, z której wynikało, że część rodzin uczestniczy już w oględzinach (podano nazwiska kolejnych czterech zidentyfikowanych ofiar). Po raz kolejny pojawiło się też doniesienie o paleniu zwłok – w pobliżu miejsca straceń odnaleziono dwa paleniska.

W drodze

Są to szczegóły, których się nie pamięta. Powolne wspinanie się po schodach, zajmowanie miejsca na drewnianej ławie pod oknem, spojrzenia pustych oczu współpasażerek. Umysł przechowuje inne obrazy – kolumny drzew, doły wydrążone w ziemi i szeregi ciał częściowo wyzbytych swojej materialności, skłębionych, jakby zaplątały się w nazbyt obszernych zawojach koszul, w całunach płóciennych spodni. Kiedy się je przewraca – by bliscy mogli zobaczyć to, co pozostało z twarzy zmarłych, by mogli przyjrzeć się uzębieniu, sprawdzić zawieszone na szyjach medaliki – lecą przez ręce, ciążą ku ziemi, z której je wyjęto. Zrozumiałe, że kadry z piaśnickich polan i duktów w wyobraźni uczestników ekshumacji nakładają się na wszystko, co wydarzyło się wcześniej. Nikt już nie mówi o podróży z Gdyni do Piaśnicy, nikt nie wspomina o autobusie, w którego wnętrzu październikowe powietrze musiało być gęste jak krzepnąca krew. Jechali w ciszy rozbrzmiewającej krzykiem i płaczem minionych lat, nabrzmiałej grozą wynikającą z wiedzy, że dokonało się to, w co nie da się uwierzyć – na spotkanie martwych z martwymi.

A kiedy autobus już się zatrzymał, kiedy jego silnik obrócił się ostatni raz, w zwolnionym tempie, i zamilkł – nikt nie chciał wstać pierwszy. Tam za oknami – pnie sosen, wysokie, sięgające nieba, lecz przecież oni muszą patrzeć w dół, mają więc głowy pochylone, zgięte karki. Kierowca przekręcił już kluczyk w stacyjce, chciałby ziewnąć, rozprostować ramiona, zapalić – a mimo to przez chwilę siedzi nieruchomo, sztywno, obawia się spojrzeć za siebie, nie wie, jak ma przemówić do tego muru milczenia, do tych oczu utkwionych w jednym miejscu, nieprzytomnych, do tych piersi unoszących się, wciąż i wciąż, pod nieregularnym, płytkim oddechem, do ciał stężałych, jakby gotowały się do ostatniego skoku.

Jakiś głos. Nie rozumieją go, muszą się skoncentrować, wyjść z letargu, uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Kto to jest – przedstawiciel policji, może lekarz. Kitel biały, prowadzi ich między drzewa, po ubogiej piaszczystej glebie, porośniętej trawą i krzakami borówek. Więc tak to wygląda. Ten cmentarz. Nie las. A jednak: szelest liści, ptaków gwizd. Spojrzenie wbijając w ziemię, kroczą w mroku bez dna, szczelnie zamknięci na świat – król olch ich woła, król sosen. Będziemy się bawić, aż zbraknie tchu – jego śmiech jest niemiecki, zimny, lodowaty jak krew w ich żyłach.

I oni, podobnie jak ojciec i syn z ballady Goethego, nie mogą uciec od swego przeznaczenia, muszą tkwić w samym środku przerażającego snu. Niech to się skończy – szepcą czyjeś usta. Niech się dokona. Niech minie.

Ale nie minie. Będzie jak nocny koszmar, z którego nie ma wyzwolenia.

Odnajdywali swoich dzięki charakterystycznym elementom garderoby, koronom zębowym, medalikom, inicjałom wyhaftowanym na bieliźnie. Franciszka Donarskiego, sekretarza starostwa w Wejherowie, udało się zidentyfikować dzięki protezie (utracił prawą nogę jeszcze w trakcie I wojny światowej); w październiku 1946 r. wciąż można było rozpoznać rysy jego twarzy.

Nauczycielki Kazimiera i Stanisława Pankówny miały na sobie gorsety z pracowni Schwarzmanna w Gdańsku. Nadleśniczy wejherowski, inżynier Roman Kuniewski, zwykł nosić w kieszeni munduru srebrną tabakierę z orłem na wieczku. W ekshumacji brał udział jego syn Witold, żołnierz Armii Krajowej, który po latach wspominał (fragmenty relacji zostały zaczerpnięte z książki Reginy Osowickiej „Las Piaśnicki. Niemy świadek hitlerowskiej kaźni”, Wejherowo 2014): „[Ojciec] Leżał głęboko, pod warstwami innych zwłok, toteż jego ciało było silnie zmumifikowane. Mama zaczęła krzyczeć: Romek, Romuś ukochany. Uklękliśmy z mamą przed jego zwłokami i wyliśmy z bólu”.

Stanisław Biliński, syn zamordowanego adwokata i byłego komisarycznego burmistrza Wejherowa, majora Wojska Polskiego w stanie spoczynku, uznał czas identyfikacji w lesie piaśnickim za najtrudniejszy moment w swoim życiu: „Ten obraz będzie mi towarzyszył do końca […]. Piękny las, a w nim zrozpaczeni ludzie, którzy w ciałach ułożonych na trawie usiłują rozpoznać swoich bliskich”. Ciało ojca zidentyfikował dzięki książeczce wojskowej i resztkom charakterystycznej marynarki. Stanisław Karwasz, były kierownik szkoły powszechnej w Dobimierzu i wizytator oświatowy, został rozpoznany po spodniach sztruksowych i rolce bandaża, którą żona wręczyła mu w chwili aresztowania – jak duża część ofiar ludobójstwa w Piaśnicy, była członkiem Polskiego Związku Zachodniego, który Niemcy uznali za instytucję wrogą III Rzeszy (przynależność do tej organizacji jesienią 1939 r. równała się wyrokowi śmierci).

Opróżnione groby

Byli tacy, ogromnie wielu takich, którzy nie mogli rozpoznać swoich bliskich (zidentyfikowano jedynie pięćdziesiąt pięć spośród trzystu pięciu ofiar podniesionych z grobów nr 1 i 2) lub ich pośród szczątków nie odnaleźli. Ekshumowane zwłoki badała specjalna komisja sądowo-lekarska, której eksperci zawarli w protokole końcowym następujące wnioski: „Przyczyną zgonu był postrzał z broni palnej, bliżej nie ustalonego kalibru, w czaszkę od tyłu, w okolicę kości potylicznej, względnie od strony przedniej, i to z bliskiej odległości oraz w okolicy klatki piersiowej i jamy brzusznej. W wielu wypadkach przyczyną zgonu było rozłupanie czaszki twardym przedmiotem, którym mogła być stopka karabinu. W obu wypadkach zgon następował gwałtownie, a to wobec zupełnego rozłupania czaszki, pęknięcia kości podstawy czaszki oraz na skutek postrzału serca. Postrzały okolicy jamy brzusznej i klatki piersiowej wywoływały na razie przerwanie tych ośrodków i skrwawienie narządów wewnętrznych, co powodowało czasowe zamroczenie, tak że przyjąć należy, iż zgon następował powolnie na skutek uduszenia w grobie przez zasypanie rannych zwłokami i ziemią. Uszkodzenia kończyn spowodowane są urazami zadanymi twardym narzędziem”.

Czy można zazdrościć rodzinom innych straconych tych krzyków i zawodzeń nad ciałem z rozłupaną czaszką, z przetrąconymi nogami i rękami? Czy to do pomyślenia – przyglądać się z poczuciem niesprawiedliwości i pretensją do losu truchłom dźwiganym drżącymi dłońmi, przenoszonym do sosnowych skrzynek, których dno wyściełano leśnym mchem? Uczestnicy ekshumacji, którzy nie odnaleźli bliskich w dołach z ciałami, musieli dopuścić do siebie myśl, że rozłąka rozpoczęta przed siedmiu laty nigdy się nie zakończy i w świecie po apokalipsie na zawsze pozostaną samotni. O tym, że szczątki ich krewnych spalono, a popiół rozrzucono, zdawały się świadczyć właśnie dokonane odkrycia – dobrze zachowane leśne paleniska i pustka mogił oznaczonych numerami od 3 do 26. „Groby od nr III do VII oraz od X do XXVI włącznie – stwierdzono w protokole z ekshumacji – zawierały z całą pewnością zwłoki ludzkie, które po dłuższym czasie stamtąd usunięto. Przemawia za tym okoliczność, że gleba grobów przesiąknięta jest treścią rozłożonych tkanek organizmu ludzkiego; gleba tych grobów ma charakter raczej konserwujący, zatem rozkład zwłok następował wolno. Groby nr VIII i IX nie zawierały zwłok ludzkich i musiały być po wykopaniu zasypane na powrót”.

Ale czy wielką zbiorową mogiłę da się opróżnić w sposób doskonały? Nie. Oprócz tego, co protokół określa jako „treść rozłożonych tkanek organizmu ludzkiego”, w dołach śmierci, których zawartość wydano na pastwę ognia, znajdowano jeszcze ułomki kości i drobne przedmioty należące do ofiar.

Pustka, która woła

Miejsce po zamordowanym jest w pamięci bliskich krwawą wyrwą, która nigdy się nie zabliźni, pustką, której nikt i nic nie wypełni. Przedmioty przezeń pozostawione przechowują drobną cząstkę minionego istnienia – jakby zmarły wciąż przysiadał na ulubionym krześle, jakby łokcie kładł na biurku, a spojrzenie wbijał w krajobraz za oknem. Koszule i marynarki wiszą w szafie, wyprasowane, pachnące, gotowe do użycia. Chyba że z domów zostali wymieceni wszyscy i na egzekucję pojechali razem – jak rodziny Polaków (a także Czechów i Niemców przeciwnych Hitlerowi) z głębi Rzeszy, zwożone do obozów internowania pod Norymbergą i w innym punktach, koleją transportowane do Gdańska, Wejherowa, a następnie przesadzane do ciężarówek krytych plandekami, osobno mężczyźni, osobno kobiety i dzieci.
Po tych nie ma pustki, tych nikt nie pamięta, nikt po nich nie płacze.

Samochody z ładunkiem znikają w rozwartej paszczy nicości.

Gdyby chociaż koszule oblepione błotem, gorsety w prochu i pyle, czaszki obciągnięte skórą cienką jak pergamin, z pustymi oczodołami. Gdyby nogawki spodni, rękawy bluzek, w których poruszają się obsuszone kości, gdyby strzępy dokumentów, kart przesiedleńczych, fotografii ukrytych na piersi… A tu nic, tylko pustka wydrążonych mogił. Świeża ziemia skądś nawieziona, przyniesiona na łopatach. Nawet nazwiska, nawet imienia.

Co mówi ta bezimienna dziura w ziemi, ta głucha, milcząca jama? Co mówi o was, nasi niemieccy sąsiedzi, i co mówi o nas? Jeśli jest metaforą naszej wspólnej historii, jakie wystawia jej świadectwo?

Ukryte ludobójstwo

Jesienią 1939 r. władze niemieckie uczyniły wszystko, by prawdę o zbrodni dokonanej w okolicach Piaśnicy ukryć przed światem. Las opleciono siecią posterunków, wstępu między drzewa broniły tablice informujące, że kto złamie urzędowy zakaz, zostanie rozstrzelany. Groby kopano nocą i nocą je zasypywano. Z różnych punktów Puszczy Darzlubskiej zwożono darń, którą układano na świeżej ziemi. W miejscach straceń sadzono nowe krzewy i drzewa.

Wiedzę o tych wydarzeniach czerpiemy z dwóch źródeł. Pierwszym są rezultaty badań terenowych przeprowadzonych w roku 1946 i – po raz kolejny – szesnaście lat później. Drugim – zeznania świadków. Jedno z takich świadectw, złożone w trakcie procesu Alberta Fortsera przez Waltera Mahlke, rolnika z Leśniewa, niech stanie się pieczęcią dla powyższych rozważań:
„W okresie kopania ziemniaków w 1939 r. przybył do wsi Oberwachmeister Wittke z Wejherowa z leśniczym Stöklem z leśnictwa Warszkowo i wezwał mnie, mojego syna Wernera, Emila Reimera I Paula Lietzowa (wszyscy z Leśniewa), abyśmy się stawili z rydlami do pracy w lesie. Nie objaśniono nas, do jakiej pracy idziemy. Było to o zmierzchu. Leśniczy odprowadził nas do lasu leśnictwa piaśnickiego i tam sam odmierzył przestrzeń 8 m, szeroką na 5 m i polecił wykopać dół głębokości 2,5 m. Stökel powiedział, abyśmy zachowali w tajemnicy te prace. Dół taki kopaliśmy przez całą noc przy świetle ogniska […]. Wykopaliśmy około 10 dołów o powyższych rozmiarach. W dwa lub trzy dni po wykopaniu pierwszego dołu słychać było w porze popołudniowej strzały karabinowe, a następnie karabinów maszynowych. Strzały trwały ponad godzinę. Odgłos strzałów dochodził od strony, gdzie właśnie kopałem dół. Domyśliłem się, że przy tych dołach odbywa się właśnie rozstrzeliwanie Polaków. Takie było przekonanie ludności niemieckiej w naszej wsi. Wieczorem znów przybył do nas Stökel, przyprowadził nas z rydlami do tego dołu i polecił go zasypać. Dół był już częściowo zasypany i pozostało ok. 1,5 m próżni do zasypania. Spod piasku wystawały nieznacznie kończyny ludzkie i części odzieży cywilnej. Wokół dołu w promieniu do 10 m widziałem krew, zęby, a nawet kawałki czaszek ludzkich […]. Kto zasypywał z grubsza zwłoki, tego nie wiem. Domyślam się, że robili to SS-mani. Dół zasypywaliśmy nocą. Po tygodniu wyrównywaliśmy powierzchnię grobów […]. Po trzech tygodniach okrywaliśmy darniną, wykopaną w innym miejscu lasu […]. Idąc do pracy, widywałem w lesie wyjeżdżające samochody i wsiadających do nich SS-manów […]. Byli oni pijani i słaniali się. Na ziemi leżało w pobliżu grobów wiele pustych butelek po wódce […]. Gdy pytaliśmy Stökla, kogo rozstrzeliwuje się w lasach piaśnickich, objaśnił nas, że umysłowo i wenerycznie chorych. Mówił to z uśmiechem […]”.

Składając zeznania przed polskim sądem, Walter Mahlke ukrył fakt własnej obecności przy egzekucjach. Obawiał się konsekwencji karnych.

 

Piaśnica: dziecko i las 

Pietas to także „poczucie obowiązku”, „pobożność”, „uczucia familijne”, „przywiązanie”, „miłość ojczyzny”, „wierność”, „sprawiedliwość” i „łagodność”. Włoska wersja tego słowa – pietá (w języku włoskim jego podstawowe znaczenia to „litość”, „uwielbienie”, „miłosierdzie”) – weszła do kultury jako określenie pewnego szczególnego artystycznego wyobrażenia miłości: pietá to plastyczne, najczęściej rzeźbiarskie, przedstawienie postaci Maryi trzymającej w ramionach zdjęte z krzyża ciało Jezusa Chrystusa. W scenie, jaką tego rodzaju dzieło sztuki ukazuje, znajduje odzwierciedlenie zarówno pierwotne (łacińskie), jak i wtórne (włoskie) znaczenie przywoływanego rzeczownika.

Rachunek cmentarny

Swoją pietę miała także Piaśnica. Zapisując to zdanie, nie myślę jednak o dziele sztuki rzeźbiarskiej czy malarskiej, lecz o „czymś”, co bardzo trudno mi nazwać – dlatego od nazywania, definiowania i opisywania wolałbym się teraz powstrzymać.

Na razie fakty, a raczej: strzępy wspomnień i ślady wydarzeń – by opis, do którego w końcu musimy dobrnąć, okazał się w pełni zrozumiały.
W lasach piaśnickich mordowani byli przedstawiciele polskiej inteligencji, zwożeni tu z okolicznych miejscowości, a także – według wszelkiego prawdopodobieństwa – Żydzi, pacjenci szpitali psychiatrycznych oraz całe rodziny „wrogów III Rzeszy”, m.in. działaczy zdelegalizowanego Związku Polaków w Niemczech, transportowane pociągami do Wejherowa. Nie znamy dokładnej liczby ofiar – wszystkie dane prezentowane w opracowaniach historyków, pozostają danymi szacunkowymi. Uzyskano je, mnożąc liczbę ciał odnalezionych w dwóch rozległych jamach grobowych przez liczbę wszystkich zbiorowych mogił odkrytych w okolicach Piaśnicy (wiadomo z całą pewnością, że grobów było więcej – ekipie ekshumacyjnej nie do wszystkich udało się dotrzeć) i konfrontując uzyskany w ten sposób wynik z zeznaniami świadków (szczególnie istotne były tu relacje lęborskich i wejherowskich kolejarzy).

Bernard Brodalski, dróżnik na odcinku Wejherowo-Tyłowo, wspominał: „Postanowiłem liczyć ciężarówki [jadące z Wejherowa w stronę Piaśnicy]. Bałem się cokolwiek zapisywać, bo byłem pod obserwacją. Wziąłem się na sposób. W torbie miałem śniadanie owinięte w papier. Za każdym razem, kiedy mijała mnie buda, odrywałem dyskretnie kawałek papieru i chowałem do kieszeni. W domu przeliczałem te skrawki. Największy transport […] odszedł z więzienia w narodowe Święto Niepodległości 11 listopada 1939 r. – naliczyłem dziesięć ciężarówek. Dwa razy tyle niż zwykle. W jednej budzie przewożono 30–35 osób” (cyt. za: R. Osowicka, Las Piaśnicki. Niemy świadek hitlerowskiej kaźni, Wejherowo 2014). Brodalski twierdził, że łączna liczba samochodów z ludźmi przeznaczonymi do rozstrzelania, wysłanych z Wejherowa, to czterysta sztuk. Inny z pracowników kolei obserwujących transporty, Teofil Mudlaff, mówił o pięciuset samochodach i autobusach.

Liczba ostateczna ofiar ludobójstwa piaśnickiego to prawdopodobnie dwanaście–czternaście tysięcy. Jak wiele z nich przywieziono tu z głębi Niemiec? Osiem, może dziesięć tysięcy? Co o nich wiadomo?

Od końca października 1939 r. dwa razy w tygodniu lub częściej do składu relacji Szczecin
–Gdańsk dostawiane były wagony z pasażerami o specjalnym statusie. Pracownikom kolei zabroniono się z nimi kontaktować – otrzymali oni jedynie informację, że w owych dodatkowych wagonach przewożone są osoby psychicznie chore. Wagony dołączano następnie do tzw. pociągu szkolnego, kursującego między Lęborkiem a Wejherowem, a po przetransportowaniu ich do stacji docelowej przetaczano je na boczny tor, do którego dostęp był ograniczony. Mimo to kilku kolejarzy zdołało nawiązać kontakt z tajemniczymi podróżnymi, z których część była przekonana, że jadą do domu wypoczynkowego w Piaśnicy. Inni twierdzili, że miejscem ich przeznaczenia jest obóz przesiedleńczy. Wielu utyskiwało z powodu zmęczenia, niektórzy płakali, obawiając się o dalszy los własnych rodzin. Słyszano języki polski, niemiecki, rzadziej czeski lub słowacki. Kolejarze wchodzili także do opróżnionych wagonów – znajdowali tam książeczki i gazety polsko- i niemieckojęzyczne, różańce, modlitewniki, medaliki oraz gry i zabawki pozostawione przez dzieci.

Załadunek

Nieliczne są relacje związane z wejherowskim etapem podróży nadliczbowych pasażerów pociągu Lębork–Wejherowo. Dwie z nich przytacza w swojej książce Regina Osowicka. Ich autorkami są kobiety. Obraz więźniów wyłaniający się z opowiadania Anny Sulewskiej, mieszkającej podczas wojny w pobliżu kolejowej rampy w Wejherowie, różni się od opisu ich zachowania przedstawionego przez Elżbietę Scheibiankę, zamieszkałą przy ulicy Nanickiej 1. Podstawą owej różnicy jest, jak się zdaje, stopień świadomości aresztantów. Fragmenty obu relacji przytaczam za książką Reginy Osowickiej.

Sulewska: „Widziałam, jak z dwóch wagonów osobowych wysiadają w pośpiechu mężczyźni, kobiety i dzieci, dość lekko ubrani, jak na tę porę roku. Niektóre maluchy przytulały lalkę lub misia. Ludzie byli dość spokojni [?]. Kiedy autobusy przejechały pod moim domem, widziałam zaciekawione buzie dzieci. Stale mam ten obraz w pamięci. Potem zapytałam znajomego kolejarza Wiktora Brylowskiego, dlaczego ci ludzie z transportu sa w październiku tak lekko ubrani. Okazało się, że byli wcześniej przez kilka miesięcy internowani w obozach przejściowych (Durchgangslager)?

Scheibianka: „Widziałam wszystko z naszego ogródka, a potem podeszłam bliżej. Nikt mnie nie zatrzymywał. Pasażerów z wagonów wpędzano do oczekujących już ciężarówek i autobusów. Rozdzielano mężczyzn, kobiety i dzieci. Nagle rozległy się przeraźliwe krzyki kobiet, którym wydzierano dzieci. Ruhe! (cisza) – ryknął jeden z esesmanów, którzy nadzorowali transport”.

We wspomnieniach mieszkanek Wejherowa nie ma niczego, co mogłoby porazić naszą wyobraźnię. Napatrzyliśmy się na postaci esesmanów – wrzeszczących, posługujących się pięścią, batem, kijem i pistoletem; współczesna kultura, szczególnie film, uczyniła ich obiektem swego szczególnego zainteresowania. Dlatego sceny z październikowego (może także: listopadowego) rozładunku pociągu przybyłego z Lęborka jawią się jako element literatury, szeleszczą papierem, przez co tracimy dostęp do żywych ludzi, umyka nam prawda życia.

Jak zrobić, by powrócili? Co uczynić, by ujrzeć ich umęczone twarze, gęsią skórkę na nagich ramionach kobiet ubranych w letnie sukienki, bezradność malującą się na twarzach mężczyzn, którzy nie mogą obronić swoich dzieci i żon, bo wymierzono w nich lufy karabinów? Czy istnieje sposób, by usłyszeć tamten krzyk – pierwotny ryk rozdzielonych matek i dzieci?

Wyobraźnia nie radzi sobie z wielkimi liczbami. Ćwiczenie, które winniśmy wykonać, musi więc ograniczyć się do jednego wagonu, jednego autobusu lub jednej ciężarówki. Najpierw jednak aresztowania, obława na „element wrogi niemczyźnie”, to znaczy na tych, którzy nie poddali się germanizacji, którzy kurczowo, do ostatka, trzymali się własnej przeszłości, pielęgnowali rodzinną pamięć. Miesiąc, dwa miesiące zamknięcia w obozie przejściowym, a potem długa podróż, w chłodzie, pod czujnym okiem strażników. W wagonie kilkadziesiąt osób, rodziny z dziećmi, rozmowy, pełne obaw, ściszone głosy, stężałe twarze. By dotknąć tamtego strachu i niepewności, trzeba ich zobaczyć tak, jakbyśmy widzieli wszystkich naszych bliskich, rodzeństwo i kuzynów stłoczonych w jednym miejscu, wyrwanych ze zrozumiałej codzienności i rzuconych w wielką niewiadomą. Wszyscy jadą tym pociągiem. Nic im nie mówią kolejne nazwy miejscowe, zwłaszcza ostatnie z nich: Wejherowo, Piaśnica. Długi postój na bocznym torze, w końcu – przesiadka. Jeśli do autobusu, całymi rodzinami, mogą jeszcze mieć złudzenia. Ale rozdzielenie mężczyzn, kobiet i dzieci, dokonujące się tam, na rampie wejherowskiego dworca, i załadunek do ciężarówek to wstęp do uzyskania ostatecznej jasności. Stąd krzyki, zawodzenia, protesty. Tak krzyczy ulatniające się życie.

Piaśnicka pietá corpusculum

Ktoś, kto stoi nad dołem, kto czubkami palców dotyka granicy własnego grobu i posiniałymi ustami, nie rozumiejąc, powtarza słowa pierwszej zapamiętanej modlitwy – martwy jest czy żywy? I kto jest bliżej śmierci – ojciec rodziny, któremu za chwilę przestrzelą potylicę, jego żona szlochająca w grupie kobiet zastygłych w cieniu sosen, czy kędzierzawy chłopiec, owoc jej łona, zganiany wraz z innymi dziećmi z platformy ciężarówki? A jeszcze – czyja śmierć lepsza: zabitego precyzyjnym strzałem w podstawę czaszki czy tego, komu głowę zmiażdżono kolbami karabinów, rannego w konwulsjach czołgającego się ku mogile czy ogłuszonego dziecka, które budzi się w dole, ma usta pełne ziemi i, zanim osunie się w przepaść agonii, słyszy jeszcze pracę łopat, twarde komendy, świszczące oddechy robotników?

Kiedy w roku 1946 rozpoczęto prace ekshumacyjne, w jednym z grobów wypełnionych zwłokami odkryto sczepione ze sobą dwa ciała. Zidentyfikowano je jako szczątki Marii Napierałowej i jej jedenastoletniego syna Jana (w Piaśnicy zostali zamordowani również Franciszek Napierała, mąż Marii, oraz ich starszy syn Marian). Te wrośnięte w siebie zwłoki miałem na myśli, kiedy pisałem o piaśnickiej piecie. Miłość rodzicielska i miłość synowska, uczucia „zgodne z powinnością”, zostały tu skonfrontowane ze zbrodnią ludobójstwa. I choć mordercy spełnili swoje dzieło, obraz miłości utrwalił się w chwili konania, a po siedmiu latach stanął przed oczami tych, którzy otworzyli grób.
Z oględzin szczątków wynikało, że dziecko, być może ranne lub ogłuszone, odzyskało przytomność dopiero wtedy, gdy leżało na stercie trupów. Całą mocą swego jedenastoletniego ciała przylgnęło do matki. W ten sposób semantyczna wartość kompozycji określanej słowem „pieta” została niejako odwrócona – oto żywy syn tuli się do martwej rodzicielki, której na imię Maria.

Proporcja między postaciami przywodzi na myśl pewną rzadszą odmianę piety, tzw. pietá corpusculum, wyobrażającą Bogarodzicę trzymającą na kolanach nie dorosłego Jezusa, lecz zdjęte z krzyża dziecko. Wśród znaczeń łacińskiego wyrazu „corpusculum”, które powstało dzięki zdrobnieniu rzeczownika „corpus”, wymieńmy trzy najważniejsze: „kosteczki”, „członeczki”, „ciałko”.

W „Królu olch” Johanna Wolfganga Goethego to dziecko ma kontakt ze światem nadprzyrodzonym, to jemu objawia się tajemnicza postać leśnego władcy, to ono słyszy głos dobiegający z innej rzeczywistości. Dla dorosłego owa rzeczywistość pozostaje niedostępna, dorosły nie może jej dotknąć, ponieważ jego zmysły zamknęły się na to, co niepojęte, jego zdolność postrzegania i rozumienia uległa stępieniu, stłumiły ją lata nauki, zagłuszył zgiełk świata.

Mimo tej fundamentalnej różnicy między synem a ojcem, dziecko z ballady nie jest całkowicie bezbronne – zamknięte w ramionach rodzica, może wołać o pomoc, może mówić o wszystkim, czego doświadcza, szukać ratunku przed rozpaczą, jaka je ogarnia. Właśnie temu służy, pozornie nieudana, wymiana zdań między bohaterami utworu Goethego.

Dziecko zadaje pytania, domaga się obrony, podejmuje próbę przełożenia własnego doświadczenia na język dorosłych: „Nie widzisz, tato? Popatrz tam, w bok”; „Ach, tato, tato, słyszysz ten śpiew?”; „Patrz, tato, tato! Nie widzisz? Tam! ”. Tłumaczenie Antoniego Libery znakomicie oddaje dynamikę lęku, nadzwyczajną reaktywność chłopca przerażonego nocnym galopem przez puszczę tonącą w mroku. Odpowiedzi ojca są czymś więcej niż tylko zdawkowym uspokajaniem. Ojciec dostrzega skrajną emocję dziecka, próbuje zrozumieć jej przyczynę, pyta, bo chce powstrzymać napór ciemności: „Dlaczego, synku, odwracasz wzrok?”. Kolejne kwestie przezeń wygłaszane oparto na jednym schemacie – jakby były zaklęciami chroniącymi przed ciemnymi mocami. Zbudowane są na przeczeniu, na jednoznacznym stwierdzeniu, że wszystko, co objawia się dziecku, jest złudzeniem, omamem, wytworem rozgorączkowanej wyobraźni: „To tylko mgła. Coś ci się śni”; „Spokojnie, synku, to wiatru świst”; „Nie, synku, nie! To żaden znak”. Pytania i odpowiedzi, dialogujące ze sobą okrzyki i szepty, wątpliwości i zapewnienia układają się w jedyny w swoim rodzaju, rozpisany na słowa, rytuał przejścia – z życia do śmierci, z jasności w mrok, z ciepła ojcowskich ramion w chłód grobowego dołu. Wieńczy ów przedśmiertny rytuał ostatnie westchnienie: „Ach, tato, tato! Porywa mnie król!/Ciemnieje mi w oczach, przeszywa ból”. Do końca jest tu utrzymana relacja bliskości – dziecku odchodzącemu z tego świata towarzyszy bliska osoba. Dzięki temu dramat śmierci staje się mniej dotkliwy – jakby był przeżywany wspólnie, jakby ciężar konania dźwigali obaj, syn i ojciec.

Doświadczenie dzieci skonfrontowanych z niemieckim ludobójstwem w Piaśnicy miało odmienny charakter – wrzucone w niepojęty świat dorosłych, którzy z zimną krwią mordują swoich sąsiadów, pozostały w tym świecie osamotnione. Czekał na nie mrok bez dna, niemilknące echo karabinowej salwy, zimny śmiech morderców z Selbstschutzu. Rytuał przejścia nie został odprawiony.

Między sceną a widownią

Historia zmienia się niekiedy w wielkie przedstawienie, w spektakl odgrywany na oczach tych, którzy w nim uczestniczą. Ludzie bywają wtedy zarazem widzami i aktorami, zdolni są objąć kilka planów naraz – zbliżenie (w którym widoczny jest najmniejszy szczegół, ruch ręki, drgnienie powieki, łza spływająca z kącika oczu), plan ogólny (można się tu zorientować w relacjach między postaciami, np. między tym mężczyzną w mundurze, który wygraża pięścią i raz po raz wykrzykuje jedno słowo w języku Goethego i Schillera, a kobietą kurczowo trzymającą w ręku zawiniątko z niemowlęciem) oraz plan totalny (domy rozrzucone wzdłuż drogi, ginącej za wzniesieniem i wynurzającej się nieco dalej, wśród zgniłozielonych łąk listopada; pokryte plandekami samochody zmierzające wolno ku czarnej linii lasu; bure pierzaste chmury sunące po niebie prędzej niż zwykle).

W tej chwili aktorami i widzami są dzieci wychylające się zza balkonowej balustrady na piętrze żółtego domu przy szosie krokowskiej, gdzieś na przedmieściach Wejherowa. Obserwują, wiedząc, że i one są obserwowane, że każdy gwałtowny ruch rejestrują żołnierze z karabinami w dłoniach, siedzący na tyłach wypełnionych ludźmi ciężarówek. Ich ojciec, zastępca wójta Bolesław Kralewski, został aresztowany w pierwszych dniach wrześ­nia. Nie zdjął polskiej flagi powiewającej przy wejściu na ganek, uparł się, że nie zdejmie. Trwał przy swoim postanowieniu nawet wtedy, gdy krzyczeli i grozili. Teraz jego córki co dzień wychodzą na balkon i tkwią tam godzinami, a gdy ciężarówki z więźniami przejeżdżają w pobliżu, chwytają drobnymi rączkami za balustradę i rozwartymi szeroko oczami wpatrują się w czarne maski samochodów, w szpary w plandekach z brezentu o nieokreślonej barwie. Chciałyby krzyczeć: „Ach, tato, tato!”, ale ktoś im powiedział, że krzyk może sprowadzić nieszczęście, że trzeba milczeć, milczeć – zaciskają więc piąstki, trącają się ramionami, teatralnym szeptem wymieniają spostrzeżenia.

Czy sprawcy tego mimowolnego widowiska zdają sobie sprawę z jego charakteru? Kierowca ciężarówki, dwudziestolatek z któregoś ze wschodnich landów III Rzeszy, odrywa wzrok od kierownicy, jego spojrzenie na jedno mgnienie krzyżuje się ze spojrzeniem dzieci. Ich płowe główki jaśnieją w promieniach południa. Z każdego okna, z każdych rozwartych drzwi płonący wzrok tych, których uznano za niewolników, za istoty ludzkie podlejszego gatunku, niezasługujące na to, by stanowić o własnym losie. Co się dzieje w głowie chłopaka kierującego samochodem? Czy myśli o ludziach stłoczonych na platformie ciężarówki jedynie jako o ładunku przewożonym z miejsca na miejsce, jako o pewnej liczbie kadłubów, śmiesznie poskręcanych rąk i nóg, które trzeba przetransportować z punktu A do punktu B? Czy ogarnia wyobraźnią jamę w ziemi wydrążoną między drzewami, kilkanaście kilometrów stąd? Zastanawia się, co będzie na obiad? A może chciałby zdjąć nogę z gazu, przekręcić kluczyk w stacyjce, wyskoczyć z kabiny kierowcy i krzyczeć, wyć, tak by wszyscy usłyszeli: „Nie będę brał w tym udziału! Nie chcę być mordercą!”? Raczej nie – odgarnia włosy z czoła i przegania irytujące wątpliwości. Wie przecież dobrze: liczy się idea, idea tysiącletniej Rzeszy Niemieckiej. Oblicza Europy nie zmienia się bezboleśnie. Wielka Sprawa wymaga ofiar.

Za śmiercią na rowerkach

Jeśli kierowca ciężarówki zerknąłby w lusterko po przejechaniu skrzyżowania Adolf-Hitler-Strasse (do niedawna Sobieskiego) i Schönwalderstrasse (Sienkiewicza), ujrzałby w nim kawalkadę dzieciaków na rowerkach, ruszających w ślad za transportem więźniów. Obraz dziecięcych rowerków mknących szosą powtarza się w relacjach świadków tamtych wydarzeń. Jak wspomina Elżbieta Kralewska, mali rowerzyści byli w głównej mierze krewnymi więźniów: „Matki wysyłały ich na »trasę śmierci« […], by sprawdzali, dokąd wiozą ich bliskich. Kiedy »budy« wjeżdżały na ul. Sienkiewicza, chłopcy wsiadali na rowery i pędzili za nimi. Odległość z Wejherowa do Piaśnicy wynosi około 10 km. W połowie drogi hitlerowcy chłopców odganiali. Musieli wracać do miasta” (cyt. za: R. Osowicka, „Las Piaśnicki. Niemy świadek hitlerowskiej kaźni”, Wejherowo 2014).

Spróbujmy pojąć to, co niepojęte, spróbujmy ujrzeć tę scenę, która nie chce mieścić się w głowie. Drobne palce zaciskające się na kierownicach, poważne twarze malców wpatrzonych w załom ulicy, w miejsce, gdzie zaraz pojawi się maska pierwszego samochodu jadącego od strony budynku gestapo, zamglone oczy, gwałtowne bicie serc pod bluzkami i kurteczkami, ostatnie nawoływania, wieści i plotki przekazywane z ust do ust. Jadą, jadą! Już słychać ryk motorów! Gdy ciężarówki suną obok, spod opon pryska na rowerzystów błoto ulicy. Jest 11 listopada, święto odzyskania niepodległości. Dzień największej egzekucji został wybrany z premedytacją – niech się dowiedzą, że z Polski, tego bękarta traktatu wersalskiego, nie zostanie kamień na kamieniu, że kto podniesie rękę przeciwko władzy niemieckiej, zostanie uciszony.

Teraz startują rowerki. Kręcą się kółka, wiatr podnosi włosy malcom, a oni pedałują – lewa, prawa, lewa, prawa. Są tam wszyscy, nie tylko chłopcy, ale i dziewczęta, w jasnych letnich sukienkach, w słomkowych kapeluszach – wyrwane z bezpiecznego dzieciństwa i przeniesione w sam środek świata germańskich mitów. Dzieci we władzy nadprzyrodzonych sił, postawione twarzą w twarz ze złowrogimi postaciami z podań i baśni, z trudem pojmujące, że co się dzieje, dzieje się naprawdę. Jedzie ośmioro dzieci Pawła Mrzygłockiego, uczestnika wojny polsko-bolszewickiej, pracownika fabryki beczek Otto Josta w Wejherowie, i ośmioro dzieci Franciszka Kurowskiego, przewodniczącego Stowarzyszenia Rolników w Gdyni. Pedałują Danusia Leśniczak, córka kierownika jednego z działów w gdyńskiej Stoczni Marynarki Wojennej, Kornelcia i Janek Maciejewscy, oczka w głowie wejherowskiego surdopedagoga, nauczyciela głuchoniemych Jana Maciejewskiego, Eugenia Kielas, córka kierownika szkoły w Przetoczynie. Jest tu także cała ósemka Bronisława Naczka, tercjana z wejherowskiego gimnazjum – to nic, że tuż przed wybuchem wojny ojciec wysłał rodzinę do Łowicza, właśnie wróciła, bo i dla niej znajdzie się miejsce w tym peletonie śmierci! Wirują kółka rowerków, płoną rumieńce na dziecięcych policzkach, zamazany krajobraz przesuwa się wzdłuż drogi. Pędzą córki Bolesława Kralewskiego, te same, co jeszcze przed chwilą tłoczyły się na balkoniku ponad krokowską szosą, pędzą Marysia Łakoma i Wojtek Łakomy, dzieci majora WP, wójta gminy Wejherowo Wieś, pędzi Staś Karwasz, synek kierownika szkoły w Dobimierzu. Dołączają do nich mali rowerzyści z Gdańska i Gdyni, z Pucka i Swarzewa, z Władysławowa i Jastrzębiej Góry, z Redy, Czarnego Młyna i Strzelna – znane z imienia i nazwiska dzieci zidentyfikowanych i bezimienne dzieci bezimiennych, których ciała spalono i starto na proch. Synowie i córki urzędników państwowych, sędziów, notariuszy i adwokatów, rolników, kupców i rzemieślników, inspektorów i leśniczych, nauczycieli i dyrektorów, lekarzy, dentystów i farmaceutów. Chłopcy i dziewczynki osierocone 11 listopada, kiedy w Piaśnicy zlikwidowano największą liczbę polskich inteligentów, oraz dzieci Polaków mordowanych od jesieni 1939 do wiosny 1940 r. we wszystkich więzieniach i miejscach straceń na Wybrzeżu.

Chcą dogonić historię, unieważnić jej decyzje, cofnąć koło wydarzeń.

Jadą przez nasze głowy. Rowerki, dziecięce rowerki.

 

Piaśnica: młyny historii

W raportach dotyczących spopielenia zwłok w piaśnickim lesie powtarza się informacja o „plandekach” zawieszonych między pniami drzew, powyżej palenisk. Owe „plandeki” to były zapewne ogromne płachty jakiejś gęstej tkaniny, mające zatrzymać dym w obrębie lasu, sprawić, że o robocie, jaka jest tu wykonywana, nie dowie się nikt niepowołany.

Od samego początku ludobójstwo dokonane w Piaśnicy było pomyślane w ten sposób, by prawda o nim nie przedostała się do powszechnej wiadomości. Wszystko, co tu się rozegrało, miało pozostać poza świadomością i pamięcią Polaków. Kiedy jesienią 1939 r. oddziały Selbstschutzu wykonały swoje zadanie, zostały rozwiązane (większość zbrodniarzy rekrutujących się spośród miejscowej ludności pochodzenia niemieckiego nigdy nie została osądzona – kara spotkała jedynie niektórych spośród organizatorów i nadzorców egzekucji). Berlińskie archiwa tej paramilitarnej jednostki spłonęły w „niewyjaśnionych okolicznościach”.

„Miał kostny”

W części materiałów i dokumentów, dotyczących powojennych ekshumacji w Piaśnicy, powtarza się określenie „miał kostny”. Zapoznając się ze źródłami, zwracałem na nie uwagę, sądziłem jednak, że jest ono używane jako synonim słowa „popiół”. Tymczasem w oficjalnym komunikacie Instytutu Pamięci Narodowej, zawierającym informacje na temat śledztw prowadzonych przez Oddziałową Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich w Gdańsku, natrafiłem na następujący ustęp: „Wyżej wspomniane śledztwo OKBZH w Gdańsku zostało podjęte z zawieszenia. W jego ramach kontynuowane są czynności celem ostatecznego ustalenia liczby i identyfikacji ofiar oraz wykrycia wszystkich sprawców. Jest to bardzo trudne zadanie, co wynika z faktu, iż Niemcy dokonywali egzekucji w terenie ustronnym, do którego wstęp był wzbroniony pod groźbą śmierci, a później dokładnie zacierali wszelkie ślady zbrodni. Między innymi w 1944 r., używając więźniów Stutthofu rozkopali mogiły i wydobyli zwłoki, które spalili, a pozostałe kości zmielili”.

Zdanie „pozostałe kości” odnosi się, jak wolno przypuszczać, do tych fragmentów ludzkich szkieletów, które nie uległy spopieleniu. Czyżby więc zadanie usunięcia śladów ludobójstwa, podjęte w sierpniu 1944 r., zostało wykonane z tak wielką pieczołowitością, że nawet najdrobniejsze resztki zwłok, nawet ułomki kości i kosteczek zmiażdżono? Czy takie właśnie było zamierzenie Niemców – pozbawić ludzi życia, odebrać im tożsamość, na koniec zaś obrócić ich ciała w proch, to znaczy: pozbawić je nawet pozoru materialności? Jeśli tak, należałoby hitlerowskich zbrodniarzy uznać za nihilistów doskonałych.

Czy istnieją przesłanki pozwalające sądzić, że w Piaśnicy rzeczywiście doszło do mielenia ludzkich szczątków? Czy można takie wnioski wysnuć z innych działań podejmowanych przez Niemców na ziemiach okupowanej Polski? I jeszcze – jak wygląda młynek do mielenia kości? Obsługują go ludzie czy jest to maszyna pracująca samodzielnie? Jakim paliwem się ją napędza? Jak przebiega proces zamiany szkieletów na „miał kostny”? Umysł cofa się przed tymi pytaniami, kapituluje wyobraźnia.

Jedno wiadomo bez żadnych wątpliwości – więźniów przywiezionych do lasu piaśnickiego z obozu koncentracyjnego Stutthof, także uśmiercono, a ich ciała wydano na pastwę ognia. W ten sposób domknęło się koło nicości – wymieszały się popioły, proch dołączył do prochu.

Dopalanie pamięci

Nawet jeśli podejrzenie, że niemieckie władze okupacyjne zaplanowały, zorganizowały i przeprowadziły akcję mielenia ludzkich szczątków, okazałoby się błędne – nie uległaby unieważnieniu metafora, którą dałoby się wywieść z tej opowieści. Młyny historii pracowały w dwudziestym stuleciu ze szczególną zaciętością. Miliony pojedynczych istnień trafiły między młyńskie koła i zostały zmielone na proch. Ale machina śmierci miażdżyła nie tylko ludzi i narody – w jej tryby wpadła również zbiorowa pamięć. To, co powinno zostać przez nią przechowane i jako przestroga przekazane kolejnym pokoleniom, trafiało nieoczekiwanie do dołu wypełnionego stygnącym popiołem.

A popiół nie ma języka. Proch nie prowadzi konwersacji. Ich drugie imię to „milczenie” i nicość”.

Gdy widzialną treścią historii staje się „miał kostny”, w miejsce znaczeń konstytuujących organizmy ponadindywidualne wchodzi semantyczna pustka. Bo czy można się uchwycić popiołu? Czy da się budować na prochu? Niemcom działającym w zakątku Puszczy Darżlubskiej zwanym „lasem piaśnickim” od początku chodziło również o to – chcieli powstrzymać działanie pamięci, chcieli, by zbiorowość, której elity mordowali i palili, upodobniła się do sterty liści niesionych wiatrem, pozbawionych oparcia i korzeni.

Cel i sens ludobójstwa dokonanego w Piaśnicy oraz zacierania śladów tej zbrodni był doskonale zbieżny z celem i sensem planowej, rozpisanej na lata akcji pozbawiania Polaków ich tożsamości – jej zwieńczeniem miał się stać proces konsekwentnego dopalania Warszawy po upadku powstania. Ogień trawiący historyczną tkankę architektoniczną polskiej stolicy, którą Adolf Hitler kazał zrównać z ziemią, był tym samym ogniem, który kilka tygodni wcześniej płonął na piaśnickich paleniskach.

Brodząc w popiołach

Alojzy Gniech, jeden z uczestników ekshumacji przeprowadzonej w roku 1946, wspominał: „[…] szukałem zwłok swego ojca. […] Znaleźliśmy miejsce spalenia zwłok. Było to, mniej więcej, dwanaście na piętnaście metrów i na metr do metr pięćdziesiąt wysokości. Były to kości spalone i popiół. Ja tam wziąłem ten popiół do ręki i przycisnąłem do serca… mówię: »mój ojcze«”.

Nie wszystko jednak udało się Niemcom spopielić. Pozostały dwie zbiorowe mogiły, o których albo zapomniano, albo nie zdążono ich opróżnić (w całości zachowało się trzysta pięć ciał z kilkunastu tysięcy). Pozostały drobne przedmioty, strzępy odzieży, fragmenty dziecięcych zabawek przywiezionych tu nie tylko z pobliskich miast i miasteczek, ale także z głębi III Rzeszy i z zajętej przez wojska Hitlera Republiki Czeskiej, gdyż oprócz przedstawicieli pomorskiej inteligencji i najaktywniejszych działaczy mniejszości polskiej w Niemczech byli tu uśmiercani także niemieccy i czescy przeciwnicy hitlerowskiej władzy.

Większą wagę niż ślady materialne odnalezione na miejscu straceń mają wszakże nieliczne szczegóły i sceny zapamiętane przez tych uczestników lub świadków wydarzeń z jesieni i zimy pierwszego roku wojny, których okupant nie zdołał (lub – co znacznie rzadsze – nie zechciał) pozbawić życia. Bodaj najbardziej znaczące spośród owych wspomnień zostało spisane przez Barbarę Bojarską. Autorką relacji jest Elżbieta Ellwart, w roku 1939 mieszkanka kaszubskiej wsi Orle, oddalonej o kilka kilometrów od miejsca, w którym doszło do ludobójstwa.

„W drugiej połowie października lub w listopadzie 1939 r. (dokładnej daty nie pamiętam) wybrałam się z Orla do Leśniewa. Najkrótsza droga wiodła przez las piaśnicki. W Leśniewie mieszkali wówczas moi teściowie. Chciałam u nich pozostać dłuższy czas. Mój mąż został w końcu sierpnia 1939 r. zmobilizowany. Wyczekiwałam jego powrotu z dnia na dzień. Byłam wówczas w siódmym miesiącu ciąży i czułam się bardzo samotna. Szłam najpierw szeroką drogą leśną, która prowadzi z Orla do szosy wejherowsko-krokowskiej. Niedaleko skrzyżowania tej drogi z drogą wiodącą z Pryśniewa do szosy zboczyłam w lewo na wąską dróżkę leśną. Gdy znalazłam się na niewielkim wzniesieniu, przez które dróżka ta prowadzi, usłyszałam nagle głośne zawołanie: »Stehen bleiben!«. Przede mną stał żołnierz niemiecki. Miał on na sobie zwykły mundur Wehrmachtu i hełm na głowie. Spytał mnie, skąd się tu wzięłam i czy nie widziałam tablic ostrzegawczych na skraju lasu. Odpowiedziałam, że widziałam tablicę, ale nie przeczytałam napisu znajdującego się na niej. Tak było rzeczywiście. […] Żołnierz w pewnej chwili odszedł ode mnie, nakazując stać w miejscu do jego powrotu. Rozejrzałam się wówczas wokół siebie i zobaczyłam w niewielkiej odległości od miejsca, w którym stałam, zwłoki wiszącego na drzewie księdza Bolesława Witkowskiego, proboszcza z Mechowy. Ksiądz Witkowski wisiał na rękach związanych nad głową, umocowanych do wielkiego drzewa. Miał na sobie długą szatę kościelną. (Słyszałam już poprzednio, że Niemcy w chwili aresztowania kazali mu ubrać się tak, jak do mszy św.). […] Spostrzegłam też pod innym drzewem dwóch mężczyzn w białych koszulach, czarnych spodniach i butach z cholewami oraz czarnej furażerce na głowie. Obaj byli mocno zakrwawieni, a jeden z nich trzymał dziecko, może dwuletnie, za nóżki, rozdzierał je, a potem uderzał główką kilkakrotnie o drzewo. W tym momencie mężczyźni ci zauważyli mnie. Zauważyłam na ich czarnych furażerkach znaki »SS«. Spytali mnie oni, czy nie widziałam tablic ostrzegawczych przy drogach wchodzących do lasu i czy wiem, gdzie się teraz znajduję, czy zdaję sobie sprawę z tego, co się tu dzieje, czy wiem, kim oni są, jakie noszą mundury, co widzę wokół siebie. Na wszystkie pytania odpowiadałam, że nic nie widzę i nic nie wiem. […] Rozejrzałam się wokół siebie i zobaczyłam świeżo rozkopany, prostokątny dół, a w nim wielu zabitych. Rozpoznałam wśród nich mężczyzn i kobiety. Widziałam także zabitych leżących na ziemi obok dołu oraz kilkanaście osób czołgających się po ziemi. Byli to zapewne ciężko ranni […]”.

Wspomnienie Elżbiety Ellwart jest niczym niewielki fragment kosteczki tkwiący na dnie pamięci. Z takich resztek, skrawków i szczątków próbujemy dziś, na ogół z mało satysfakcjonującym skutkiem, wyczytać obraz przeszłości zmielonej na proch w młynach historii.

dakowicz.blogspot.com
niezalezna.pl
niezalezna.pl
niezalezna.pl
niezalezna.pl
dakowicz.blogspot.com

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, II wojna światowa i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.