Grodno 1939

Przemysław Dakowicz„Chodźmy bronić cmentarza – umarli przyjmą nas potem życzliwie do siebie”. Zdanie, które powraca. Zdanie domagające się zrozumienia, zadające pytania, wołające o odpowiedź. Wynotowane z tomu wspomnień z lat II wojny światowej. Fragment relacji z obrony Grodna we wrześniu 1939 r. – pisze Przemysław Dakowicz

 

Afazja polska, seria pierwsza już w księgarniach!

Świecznik w głowie

Tekst pierwszy, wstępny, z cyklu Afazja polska. Seria druga

Trzy, cztery dni po wejściu Sowietów w granice II Rzeczypospolitej. Nauczycielki miejscowego Zespołu Szkół Zawodowych, przedzierzgnięte w pielęgniarki, poszukują w mieście rannych, przenoszą ich do szpitali i punktów ambulatoryjnych. Grażyna Lipińska („Jeśli zapomnę o nich…”, Paryż 1988): „Za Nowym Zamkiem spotykamy grupę mężczyzn z karabinami. Pytają, gdzie jest najgoręcej. – Chyba od strony cmentarza – odpowiadamy. – Chodźmy bronić cmentarza – śmieją się – umarli przyjmą nas potem życzliwie do siebie. Zabierają od nas naboje, opatrunki, butelki z benzyną i pomykają dalej”.

Dwa światy

Nad Łodzią wielkie słońce lipca. Przez otwarte okno wchodzą głosy miasta – szum samochodów, pisk hamulców (to autobus zatrzymał się obok naszej bramy), trzaśnięcie drzwi od klatki schodowej i głos dziecka, malca z pierwszego piętra, którego ojciec odwozi do żłobka czy przedszkola, strzępy rozmowy z oficyny po drugiej stronie podwórza, w tle nawoływanie ptaków, nielicznych w tej części Śródmieścia. Życie w miarę uporządkowane, ze swoimi porannymi i wieczornymi rytuałami, ze swoją spokojną monotonią.

Jak przymierzyć je do życia ludzi z tamtego Grodna, tamtej Warszawy, tamtych Wilna i Lwowa? Czy istnieją punkty styczne? A może łączność między nimi a nami to jedynie uroszczenie umysłu, gra rozgorączkowanej wyobraźni? Gdzie oni są? Czy chcą od nas czegoś, czegoś się od nas domagają? I kto komu jest potrzebny – my im czy oni nam?

Gdyby zastosować kryterium racjonalności, należałoby uznać, że ci, co przeminęli, trwają jedynie dzięki naszemu wspomnieniu, że to my, żywi, udzielamy im życia. Czy jest tak, jak w jednym z piękniejszych fragmentów „Pieśni Wajdeloty” z Mickiewiczowskiego „Konrada Wallenroda”?

Często przeszłości głosu nie dosłyszę!
Lecz dotąd iskry młodego zapału
Tlą w głębi piersi, nieraz ogień wzniecą,
Duszę ożywią i pamięć oświecą.
Pamięć naówczas, jak lampa z kryształu,
Ubrana pędzlem w malowne obrazy,
Chociaż ją zaćmi pył i liczne skazy,
Jeżeli świecznik postawisz w jej serce,
Jeszcze świeżością barwy znęci oczy,
Jeszcze na ścianach pałacu roztoczy
Kraśne, acz nieco przyćmione obrazy.

Metafora organizująca cały przewód myślowy (wzniecanie ognia, oświecanie pamięci) jest tu, jak zazwyczaj u Mickiewicza, konkretna i precyzyjna – aby ożywić przeszłość, przywrócić jej istnienie, postawić trzeba w centrum pamięci, przyrównanej do „lampy z kryształu”, płonący „świecznik”. Zastanawiające, że niemal identyczny obraz pojawia się w rozprawie „O literaturze polskiej w wieku dziewiętnastym” Maurycego Mochnackiego, który stwierdza, że pamięć zbiorową przyrównać można do nici „wiążącej […] pojęcia, […] całe szeregi rozumowań i wszystkie imaginacji obrazy” oraz do „żarzącego się świecznika w głowie naszej”. Jeśli ów „świecznik rozumu” zgaśnie, „rozum dostaje zawrotu i jest na kształt okrętu bez żeglarza wśród burzy. Działanie jego wątleje, nareszcie niemoc z ochromieniem przywodzą go ku obłąkaniu”.

Zbiorowość – uczą nas romantyczni pisarze – wpadnie w obłęd, ulegnie wewnętrznej dezintegracji, oszaleje, gdy pozbawi się ją pamięci, odetnie od jej własnej przeszłości.

Bronić cmentarza

Związek między przeszłością a teraźniejszością jest związkiem paradoksalnym. Ci, co przeminęli, żyją dzięki nam, choć są martwi; ale i my, żywi, padlibyśmy łupem śmierci (śmierci wewnętrznej, martwicy pamięci), gdyby umarli nie udzielili nam życia. Ożywiając ich, sami zmartwychwstajemy. Odnajdując prawdę o przeszłości, przychodzimy do zrozumienia teraźniejszości. Stajemy się kimś, uzyskujemy własną tożsamość, o ile pozostajemy w związku z tymi, którzy byli tu przed nami. Wszystko inne jest szaleństwem względności. „Wolność” od pamięci oznacza nieobecność świadomości. Brak świadomości upośledza wolę, nie dozwala rozwinąć się osobowości. Zbiorowość pozbawiona osobowości nigdy nie przemieni się we wspólnotę.

„Chodźmy bronić cmentarza” – wykrzykują grodzieńscy żołnierze i, jak pisze Lipińska, „pomykają dalej”, znikają z pola widzenia, rozpływają się w przeszłości. A mimo to ich okrzyk rozbrzmiewa nie tylko w czasie, który minął – wypełnia również naszą teraźniejszość. Musimy jedynie pojąć, że wezwanie skierowane jest do nas. Chodźmy bronić cmentarza – nawołują. Wyciągają się do nas ich ręce – zmarli „życzliwie przyjmują nas do siebie”, tłumacząc, że cmentarz to miejsce, w którym zaczyna się życie, a porzucenie myśli o obronie tej wspólnej symbolicznej przestrzeni jest dobrowolnym oddaniem się w niewolę.

Cykl „Afazja polska”, którego pierwszy tom trafił właśnie na półki księgarskie, właśnie temu pragnąłby służyć: strzeżeniu pamięci o rozsianych po świecie polskich grobach; objaśnieniu, że każda z zapomnianych, zniwelowanych, zrównanych z ziemią mogił jest kolebką naszego tu i teraz; zrozumieniu, że teraźniejszość niepodejmująca rozmowy z przeszłością wyzbywa się szans na długie trwanie.

Nasi współcześni

„Przeszłość to dziś” – powiedział Norwid. Jego słowa mogłyby być mottem notatek i opowieści, które zamierzam przedstawić w kolejnych odcinkach cyklu (będą się ukazywały co tydzień w sobotnim wydaniu „Gazety Polskiej Codziennie”).

Chciałbym, aby – zgodnie z Norwidowską maksymą – każda z postaci tu sportretowanych stała się nam współczesna, by objawiła się nam jako osoba z krwi i kości, jako człowiek bliski, którego żal, rozpacz, strach lub radość podzielamy i współodczuwamy. Zechciej, Czytelniku, objąć wyobraźnią czas, który minął, lecz powraca, przestrzeń Polski przedwojennej, utraconą, a obecną, przechowywaną pod powiekami, w głowach i sercach wygnańców i przesiedleńców.

Jesteśmy stamtąd – z ojcowizny, z której nas przepędzono, z domów puszczonych z dymem lub zajętych przez nowych mieszkańców, z wiosek z uciszonymi kominami, z pól zarastających kąkolem, zamienionych w miejsce ostatniego spoczynku dla setek, tysięcy bezimiennych.

Pochyl się, ucho przytknij do ziemi i słuchaj

Tam, w głębi, śpią głosy – krzyki i nawoływania, chrzęst czołgowych gąsienic, płacz i zawodzenie, huk bomb uderzających o bruk, śpiew tłumu, miarowe buczenie heinkli i dornierów, świst syberyjskiego wiatru, skrzypienie śniegu ugniatanego setkami bosych stóp, miarowe salwy egzekucyjnych plutonów. A także: gwizdawki pociągów, łomot rygli w drzwiach przepełnionych cel, oddalające się kroki na więziennym korytarzu, szepty ostatnich pożegnań, ciche modlitwy, błagania o litość, głuche odgłosy ciosów, wojskowe marsze, frontowe śpiewki, „Panzerlied” i „Katiusza”, „Soldat Kamerad” i „Swiaszczennaja wojna”. I jeszcze: cisza katyńskiego dołu, ostrzenie ukraińskich kos, bezgłośny krzyk z ust zalepionych gipsem.

Milczenie ziemi. Mowa ziemi.
Wszystkie słowa zapomnianego języka.

niezalezna.pl

zobacz: Przemysław Dakowicz Afazja polska

Krzyże i smoki

Grodno 1939Niewiele o nim wiemy. Trzynastolatek, półsierota, wychowywany w jednym z grodzieńskich Zakładów Dobroczynności, syn służącej Zofii Jasińskiej. Jak wielu jego rówieśników, poszedł na sowieckie czołgi. Rzucił w metalową konstrukcję butelką z mieszanką nafty i benzyny, ale zapomniał podpalić lont. Zawartość nie wybuchła, czołg nie stanął w płomieniach.

Butelka uderza w wieżyczkę czołgu, rozpryskuje się szkło, oleista ciecz spływa po skośnej żeliwnej ściance. Teraz jest ostatnia chwila na ucieczkę. Dwaj koledzy szarpią trzynastolatka za rękaw, krzyczą, ale ich krzyk zostaje zagłuszony przez zgrzyt hamulców. Sowiecka maszyna zatrzymuje się, unosi się klapa włazu – z otworu wyłania się głowa, potem ramiona i ręce. Trzynastolatek stoi w bramie jak słup soli. Został sam. Sam w świecie dorosłych. Ich twarze czerwone, białe zęby błyskające raz po raz, kiedy gardła strzelają słowami, niezrozumiałymi, gwałtownymi. Siarczysty policzek przywraca go rzeczywistości. Teraz, kiedy te obce ramiona wloką go w stronę stalowego kolosa, czuje zapach potu, ich potu, a także smak własnej krwi.

Wieczny bieg

21 września Danuta Bukowińska, kierowniczka internatu Zespołu Szkół Zawodowych, i Grażyna Lipińska, nauczycielka, błądzą ulicami miasta. Napisałem „błądzą”, bo czy pod gradem kul, wśród detonacji i wybuchów, da się zachować porządek marszruty? Ucieka się przed pociskami, wbiega do otwartych bram, przemyka pod murami, przykuca za węgłem. Kobiety roznoszą amunicję i materiały opatrunkowe. Kiedy natrafią na rannego, rozkładają nosze i z jęczącym ładunkiem wycofują się w stronę szpitala. Bez opieki nie pozostawiają nawet sowieckich żołnierzy. Lipińska: „Niedaleko koszar trafia nam się znowu ciężko ranny, tryskający krwią bolszewik. Po drugiej stronie ulicy jest gmach Kasy Chorych, punkt opatrunkowy, lekarze, ale nie sposób przejść, tak silnie jest ostrzeliwana. Wystarczy wychylić się trochę, a z obu stron leci deszcz kul bolszewickich. Zatrzymują nas dwaj sierżanci: – Przecież dla zdychającego bolszewika nie będą panie narażały życia? […] Kiedy uparci sierżanci ofiarują się sami zanieść rannego, dzieje się rzecz najgłupsza: wszyscy czworo chwytamy nosze i schyleni, potykając się przebiegamy ulicę. Dwa pociski, wyrzucone z dział czołgowych, rozpryskują się już za nami. – Pudło – woła starszy sierżant w stronę bolszewików, a oddając doktorowi rannego opowiada z humorem o głupim uporze kobiet. Lekarz, Żyd, nie przejmuje się na razie rannym bolszewikiem, zapatrzony w młodych podoficerów zapytuje, czy nie potrzeba im czego, ładuje im kieszenie papierosami, szczęka mu drga, płacze nad nimi, a może za nimi”.

Po południu w perspektywie jednej z ulic ukazuje się sowiecki czołg. Trzeba się wycofać, bo zaraz strzelec obsługujący karabin maszynowy pociągnie za spust i kule będą siec bez litości po wszystkim, co się rusza. Ale Grażyna Lipińska dostrzega z przodu czołgu „jasną plamę”. Nie jest pewna, czy dobrze widzi, lecz po chwili nie ma już wątpliwości: do maszyny przywiązano żywego człowieka… Teraz jest skok i długi bieg – jakby na przekór obrotom historii, wojnie i śmierci – bieg kobiety, która nie chce się zgodzić na nowy porządek świata, która każdym zgięciem kolana, każdym wymachem ramion protestuje przeciwko tej niepojętej teraźniejszości, zaprojektowanej w zacisznych gabinetach dyktatorów. Nie pozwalam! – krzyczą ręce i nogi w ruchu. Tak nie można! – mówi grymas jej twarzy, na której osiadają drobinki pyłu z potrzaskanych kamienic. Jest w tym straceńczym biegu epicki rozmach – jakby zwykła nauczycielka z Grodna zmieniła się na chwilę w postać z Homerowej Iliady. Ten pęd unieważnia wyroki historii – miną dziesięciolecia, w proch rozpadną się imperia, dumne miasta popadną w ruinę, odmienią się pokolenia, a ona wciąż będzie biegła.

„Nie zważam na Dankę – relacjonuje Lipińska – nie słyszę jej krzyku. Śmiercionośna maszyna toczy się naprzód, a ja stępiała na wszystko lecę prosto na nią. Przeraźliwy zgrzyt… czołg staje tuż przede mną. Na łbie czołgu rozkrzyżowane dziecko, chłopczyk. Krew z jego ran płynie strużkami po żelazie”.

Znak sprzeciwu

Dziwnym tworem jest ludzki język – jakże często to nie mówiący mówi, ale język, obrazowo-pojęciowa tkanka języka, przez niego przemawia. Bo czy do relacji grodzieńskiej nauczycielki-sanitariuszki nie wkradło się spojrzenie tak dobrze znane z polskiej literatury, interpretacja, która w niezawinionym cierpieniu, w absurdalnej śmierci każe poszukiwać wyższego sensu? „Rozkrzyżowane dziecko” – imiesłów i rzeczownik. Imiesłów, który próbuje opisać ułożenie dziecięcego ciała, a jednak – nie wiem: przypadkowo czy celowo – nazywa coś więcej. „Rozkrzyżowanie” to przecież coś bliskiego „ukrzyżowaniu”. Chłopiec rozciągnięty na krzyżu (tu czołg byłby krzyżem) lub nawet więcej: drobne ludzkie ciało zmieniające się w krzyż, biorące na siebie wszystkie znaczenia z krzyżowaniem, z cierpieniem i śmiercią krzyżową mające związek. A jeszcze: „krew z jego ran płynie strużkami”. Czysta symbolika pasyjna. Zarazem zaś realistyczny i precyzyjny opis – dzięki niemu scenę tę, autentyczny obraz wyjęty z wrześniowego chaosu roku 1939, jesteśmy w stanie postrzegać tak, jakby rozgrywała się na naszych oczach, jakby tu i teraz zmieniała się w ziarnistą i dotykalną rzeczywistość.

Na uwagę zasługuje także sposób, w jaki Lipińska opisuje sowieckie maszyny pancerne. „Na Grodno rusza teraz masa czołgów. Wjeżdżają w ulicę grupami, posuwają się powoli, ostrożnie, często zatrzymują się na długo, jakby badały sytuację, a równocześnie dokumentowały umocnienie swojego stanowiska w tym miejscu. Polacy zza węgłów domów, zza murów, z dachów próbują siec po nich kulami karabinów. Czołgi na grad kul odpowiadają wystrzałami swych luf armatnich. Kilka czołgów stoi spokojnie, może uszkodzone, ale wara zbliżyć się do nich – przy inwalidzie czuwa czołg-towarzysz”. I zdanie najbardziej znaczące: „Te miażdżace ciężarem, ziejące ogniem potwory są nie do przezwyciężenia”. A jeszcze dalej: „tylko na szerokich ulicach sunące tam i z powrotem czarne machiny”, „od czasu do czasu huk rozjuszonego nieprzyjacielskiego potwora”. Wreszcie fragment cytowanej już relacji, na który, być może, nie zwróciliśmy należytej uwagi: „na łbie czołgu rozkrzyżowane dziecko”.

Potwór ziejący ogniem, rozjuszony, czarne cielsko zwieńczone łbem. Nie imają się go kule wystrzelone z broni ręcznej, ma skórę grubą niczym smok. Walka Polaków z rosyjskimi czołgami to współzawodnictwo ludzi i przerażających, mitologicznych stworzeń. Mierząc się z piekielną bestią, człowiek opowiada się po stronie ładu świata, którego podstawy właśnie zostały naruszone. Rezultat tej walki łatwo przewidzieć, ale nic nie pozbawi jej wzniosłości i patosu.

Chłopiec rozkrzyżowany na łbie czołgu na moment przestaje być dzieckiem – staje się znakiem sprzeciwu. Jego cierpienie, jego ofiara – zapowiadają przywrócenie porządku, mówią: kiedyś świat się przemieni, wróci do swego kształtu sprzed katastrofy, odzyska swój pierwotny sens.

Samarytanki

Opis uwolnienia chłopca powstał, jak wolno się domyślać, kilkadziesiąt lat po opanowaniu Grodna przez Sowietów. Słowa ułożono tak, że, w jakiś niepojęty sposób, przenoszą nas w sam środek snu. Nie chcemy wierzyć, lecz nie mamy wyjścia. Śnimy dwie kobiece postacie przypadające do czarnej żeliwnej konstrukcji i szarpiące sznur, którym skrępowano drobne ciało.

Otwierają się boczne drzwi pojazdu lub klapa na wieżyczce odskakuje z hukiem. Lipińska: „z czołgu wyskakuje czarny tankista, w dłoni trzyma brauning, za nim drugi – grozi nam. Z podniesioną po bolszewicku do góry pięścią, wykrzywioną w złości twarzą, ochrypłym głosem krzyczy, o coś oskarża nas i chłopczyka. Dla mnie oni nie istnieją, widzę tylko oczy dziecka pełne strachu i męki. I widzę jak uwolnione z więzów ramionka wyciągają się do nas z bezgraniczną ufnością. Wysoka Danka jednym ruchem unosi dziecko z czołgu i składa na nosze. Ja już jestem przy jego głowie. Chwytamy nosze i pozostawiając oniemiałych naszym zuchwalstwem oprawców, uciekamy w stronę szpitala”.

Zastanawiam się, jak to wygląda technicznie, to znaczy: co i jak należy uczynić, by – solidnie, porządnie, bez ryzyka, że się osunie czy spadnie – przymocować ludzkie ciało do przedniej części czołgu. Nie może się przecież osunąć, nie może wpaść pod koła, nie może zostać zmiażdżone przez gąsienice, bo wtedy nie spełniłoby swojej podstawowej funkcji – nie mogłoby dłużej służyć jako tarcza. Dla tych w środku, dla sowieckich czołgistów, którzy przyjechali tu oswobodzić swoich uciskanych braci, którzy przywieźli ze sobą postęp, oświecenie i cywilizację, ciało Tadka Jasińskiego, wychowanka Zakładu Dobroczynności w Grodnie, jest bezcenne – obiecuje im, że przetrwają, że z grodzieńskiej opresji wyjdą cało, że szaleńczy rajd ulicami obcego miasta zakończy się dla nich względnie dobrze. Bez tego ciała trudniej im będzie realizować cywilizacyjną misję. To dlatego wymachują rękami, wrzeszczą i straszą brauningiem, kiedy sanitariuszki zdejmują więzy z trzynastoletnich rąk.

Via crucis

Do jakiego czołgu przywiązano chłopca? Nie jestem pewien, które modele sowieckich maszych wjechały w ulice miasta nad Niemnem. Bez wątpienia operowano dwoma rodzajami pojazdu oznaczonego symbolem BT – mniejszym BT-5 i większym BT-7. Wniosek taki można wysnuć ze wspomnień dowódcy 6. Korpusu Kawalerii Grupy Konno-Zmechanizowanej, komdiwa Andrieja Iwanowicza Jeremienki, który samodzielnie prowadził atak jednostek pancernych i dwukrotnie musiał przesiadać się z pojazdu do pojazdu (najpierw BT-5, następnie BT-7). „Przeciwnik – wspominał Jeremienko – podpalał nasze czołgi, oblewał je z domów gorącą cieczą, […] polewał nas ołowiem”.

BT-5 i BT-7, zwane przez Rosjan „betjuszkami”, były to czołgi z grupy „lekkich”. Niezbyt wielkie i zapewne bardziej zwrotne niż pozostałe modele używane przez Armię Czerwoną, nadawały się do operowania w ciasnych uliczkach atakowanych miast. Oglądam fotografie „betjuszek”, zadając sobie pytanie, czy do czoła pojazdu dałoby się przywiązać człowieka. Jaki może być wzrost trzynastolatka? Sto pięćdziesiąt, sto sześćdziesiąt centymetrów. Jeśli nogi mają wisieć (z relacji Grażyny Lipińskiej wynika, że nie trzeba ich było uwalniać z więzów), dłonie powinny być przywiązane dość wysoko. Lipińska wspomina o „rozkrzyżowanym ciele”, musimy więc wyobrazić sobie Tomasza Jasińskiego z rękami wyciągniętymi w bok, niemal pod kątem prostym w stosunku do reszty ciała (taka pozycja rąk i prosto wiszące nogi musiały wywołać skojarzenie z krzyżowaniem).

Ale do czego krasnoarmiejcy mieliby przymocować dłonie chłopca? Może były tam jakieś haki, jakieś metalowe elementy wystające z przedniej ściany? Bo lufa armatki ulokowanej na wieżyczce strzelniczej raczej się do tego nie nadawała – straciliby wtedy możliwość sterowania działem, zmieniania jego pozycji. Zresztą, nie byłoby wtedy mowy o „rozkrzyżowaniu” – ta ewentualność zatem odpada. Podpowiedź znajduję na jednej z fotografii, na której widać wyraźnie, że zewnętrzne wyposażenie części „betjuszek” wzbogacono o duże żeliwne listwy, z których wystawało coś w rodzaju kolców (zapewne do forsowania barykad i innych przeszkód mechanicznych). Owe „kolce” w jeszcze większym stopniu upodabniały przód BT-5 i BT-7 do smoczego łba.

Jest jeszcze jedna ewentualność. W relacjach dotyczących sowieckiego marszu na Grodno pojawia się informacja o czołgach ciężkich T-28. A jeśli to z takim czołgiem zetknęły się grodzieńskie nauczycielki-sanitariuszki? Ten model, większy i cięższy, chyba nieco lepiej nadawał się do „rozkrzyżowania” na jego przedniej ścianie ludzkiego ciała. Kłopot w tym, że aby przywiązać chłopca, trzeba by zamknąć klapę, przez którą obserwowano teren w bezpośredniej bliskości czołgu.

Wątpliwości nie rozstrzygniemy. Wszystko, co da się uczynić, sprowadza się do próby objęcia słowem wydarzenia, które z pewnością miało miejsce, do opisania momentu krępowania trzynastolatka. Butelka z benzyną i naftą roztrzaskuje się na żeliwnej ścianie, czołg zatrzymuje się, z jego wnętrza wyskakują umorusani tankiści, krzyczą, potrząsają zmartwiałym ze strachu trzynastoletnim ciałem (Lipińska napisze: „bili, chcieli zabić”). O chłopcu, który rzucił butelkę – jeśli tylko chcą doprowadzić do końca to, co zamyślili – muszą myśleć jak o dorosłym. Wroga ludu, burżuazyjnego terrorystę, obrońcę pańskiej Polski należy przykładnie ukarać.

Wielka fala

Kiedy sanitariuszki dotarły do szpitala, okazało się, że chłopczyk ma pięć ran od kul karabinowych. Choć stracił wiele krwi, pozostał przytomny. Lipińska: „otaczają go siostry, doktorzy, chorzy. – Chcę mamy – prosi dziecko. […] Danka sprowadza matkę”.

Co się kryje za tym lapidarnym zdaniem: „sprowadza matkę”? Przecie od dwóch dni Grodno nie jest zwyczajnym miastem, ale miastem obleganym – na jego ulicach toczy się walka, wybuchają pociski, walą się mury, rozbite szkło tryska z okien. Słowo „sprowadza” jest więc wypełnione znaczeniami – nazywa wędrówkę dwukierunkową (tam, samotnie, i z powrotem, z panią Jasińską), wypełnioną biegiem, przemykaniem pod ścianami, przykucaniem za naturalnymi osłonami, kryciem się w po bramach; nazywa ucieczkę przed kulami, błądzenie w labiryncie ulic, które stały się obce, w których czai się śmierć. U celu owej ekskapady nie czeka na śmiałka nagroda w postaci skarbu, korony, ręki księżniczki lub księcia – na samym końcu jest szpitalne łóżko i wątłe nastoletnie ciało, z którego uchodzi życie. Ciało blade, przymglone oczy, płytki oddech. Na końcu jest przetaczanie krwi i powolna agonia: „Chłopiec jest coraz słabszy, zaczyna konać. Ale kona w objęciach matki i na skrawku wolnej Polski, bo szpital wojskowy jest ciągle w naszych rękach. Matka umierającego chłopca zrozpaczona i jednocześnie pobudzona czynem synka, szepce mu: – Tadzik, ciesz się! Polska armia wraca! Śpiewają…”.

Co nam mówi ten szept służącej Zofii Jasińskiej? Bo – dzięki relacji naocznego świadka – sączy się on także w nasze uszy. Czy podnosi na duchu, utwierdza w przekonaniu o słuszności walki w obronie wspólnej sprawy? A może obnaża daremność wszelkiego wysiłku, może przekonuje: opór nie ma sensu; to, za co oddajecie życie, jest mirażem, złudzeniem umysłu poszukującego znaczeń w nieogarnionym chaosie, w irracjonalnym splocie trwania i umierania?

Ja, który zapisuję te słowa, mam własną odpowiedź. Nie będę jej tu jednak przytaczał – bo każdy z nas (również Ty, co czytasz) musi na pytania zrodzone z szeptu skamieniałej matki odpowiedzieć w pełnej zgodzie z samym sobą, bez udziału suflerów. Historia to porządek czy bałagan? Jesteśmy drobinami niesionymi przez wielką falę, jesteśmy chmurą pyłu, którą wzbija uderzenie wiatru, a ten wiatr nie od nas zależy i nam się nie poddaje – czy też możemy jakoś organizować chaos, posiadamy wpływ na wydarzenia i decyzja każdego z nas, każdy, najmniejszy nawet ruch w obranym przez nas kierunku wpływa na ruch ogólny, ruchowi ogólnemu nadaje rytm, stanowi impuls o mocy kreatorskiej, zdolny współkształtować bieg spraw, odmieniać los jednostek i zbiorowości? Bo jeśli nic od nas nie zależy – czy warto wierzgać, lamentować, zakładać protest? Czy nie lepiej poddać się fali, spoczywać – i w milczeniu płynąć tam, dokąd wszystko płynie?

W kondukcie

Trupy mają bose stopy. Zdarto z nich obuwie, przetrząśnięto kieszenie koszul, mundurowych spodni i bluz. Sto trzydzieści trzy ciała skąpane we wrześniowym słońcu. Zanim padli, z niewielkiej kotlinki przy szosie na Skidel ostrzeliwali sowieckie wojska. Kotlinka rychło stała się ich „szańcem obronnym, i wreszcie areną śmierci”. Na tę arenę wstępują właśnie dwie kobiety – Grażyna Lipińska i Marta Wilmus. Białe kitle, na ramionach opaski Polskiego Czerwonego Krzyża. Sceny tej nikt nie opisze lepiej niż Lipińska:

„Przeważają mundury wojskowych, kilku młodych oficerów, podoficerowie, szeregowcy. Są także kolejarze, policjanci, pocztowcy i wreszcie »cywile«. Jest starzec siwiuteńki, pomarszczony – jego długa, biała broda we krwi. Jest harcerzyk może dziesięcioletni, drobniutki, skurczony. […] Wszyscy polegli, z wyjątkiem kilku zmasakrowanych przez pociski, mają, oprócz ran od kul, jeszcze po kilka ran zadanych bagnetami. A więc dobijanie rannych i masakrowanie nieżywych. […] Oto i on, dowódca rycerzy szaleńców. Najstarszy rangą – kapitan. Mundur czarny od krwi. Otwarte oczy błyszczą w słońcu, niesamowicie rozchylone, niby w uśmiechu, wargi odkrywają rząd przepysznych zębów. Prawa ręka wzniesiona nad głową, jakby dawał rozkazy, noga wyrzucona naprzód, niby w biegu. Jest on cały w ruchu, w pędzie. Przy nim mały harcerzyk – główka i dłonie wczepione w mundur kapitana, trudno jest nam oderwać go, aby móc spojrzeć w twarz. Nie, Marta go nie zna, a może nie poznaje, bo twarzyczka dziecka jest teraz zastygła w śmiertelnym strachu, na łopatce i na boku dwa ukłucia bagnetem […]. Kilka kroków dalej policjant, pocisk rozerwał mu czaszkę, zamiast głowy – krwawa jama. A ubrał się na bój paradnie w galowy mundur. Szkoda, bo rabusie zrabowali nie tylko buty, ale i spodnie, ciemny uroczysty granat marynarki ostro odbija się od białej bielizny. Znajdujemy przy nim kilka listów, niestety – bez kopert, dokumentów żadnych nie ma. I tak dalej, dalej obchodzimy wszystkich stu trzydziestu trzech, by zdobyć jakieś nazwiska, adresy. Przeszukujemy kieszenie, podszewki. Niestety – rewizja robiona przez bolszewików była dokładna. Mamy tylko garść listów bez kopert i świstków bez wartości”.

Najgorsza jest anonimowość śmierci. Dla bezimiennych trzy zbiorowe doły – jeden na zwłoki żołnierskie, drugi na ciała urzędników, trzeci na kości cywilów. Na wzgórku staną trzy krzyże – jak w Miejscu Czaszki.

Tadzik Jasiński, chłopiec ukrzyżowany na czołgu, chłostany biczami kul, napojony strachem, poniżony, zostanie odprowadzony do grobu przez kilka kobiet – przez matkę, nauczycielki-sanitariuszki, grupkę uczennic jednej z grodzieńskich szkół. Zdobyły trumnę. Właśnie składają ją na platformę skromnego wozu. Stuk końskich kopyt o bruk ulicy. Czemuż rozpaczacie, niewiasty jerozolimskie? Chłopiec ma dół wykopany waszymi rękami. Cicha modlitwa szturmuje niebo. Anioł Pański zwiastował Pannie Maryi i poczęła… Na cóż poczęła? Na to, by powtarzać, bez ustanku, zmartwiałymi ustami, podpowiedziane przez nauczycielki jedno, nieznacznie zmienione, zdanie z opowieści o innej przedwczesnej śmierci, o innej rozpaczy i innym skamienieniu: „Panie, przyjm tę z rąk kata ofiarę dziecinną, nie tak czystą i świętą, lecz równie niewinną”.

Słowa te wyryją mu na cmentarnym krzyżu.

za: dakowicz.blogspot.com

Śmierć generała

11049644_1642015249403170_1296223985260250342_nZbryzgana krwią rogatywka generała brygady Józefa Konstantego Olszyny-Wilczyńskiego miała być publicznie pokazywana w Grodnie we wrześniu 1939 r. W przypisie do trzeciego rozdziału wspomnień Grażyny Lipińskiej znalazłem trudną do zweryfikowania informację o „mitingu”, na który Sowieci spędzić mieli ludność okupowanego miasta, by powiadomić ją o śmierci dowódcy Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Grodno”.

Tak to musiało wyglądać w czasach wojen plemiennych – agresor, chcąc ostatecznie zdławić opór przeciwnika, triumfalnie unosi w górę święty totem tubylców, potrząsa nim, wreszcie rzuca na ziemię i depce. W ten sposób dopełnia się dzieło symbolicznego poniżenia pokonanych. Z gardeł nieokrzesanych wojowników dobywa się triumfalny ryk, który przechodzi w szczekliwy rechot, by zakończyć się gremialnym śpiewem – hymnem zwycięstwa. Likwidatorzy dawnego porządku, prawodawcy nowego świata wirują wokół ogniska. Totem ląduje na stosie, liżą go języki ognia. Ludność tubylcza rozchodzi się w ciszy, rozpływa w nocnym mroku, powraca do swoich niewolniczych zatrudnień.

Krew na walizce

O czapce generalskiej nie ma ani słowa w relacji żony generała. Alfreda Olszyna-Wilczyńska, która towarzyszyła mężowi w drodze ku granicy polsko-litewskiej, wspomina jedynie o walizce i sznurze generalskim. Jest tu jeszcze mowa o „rzeczach” dowódcy SGO „Grodno” i o jakimś pudełku papierosów: „półprzytomna chwyciłam walizkę, zaczęłam ją rozwiązywać i przerzucać rzeczy męża, które pomieszane były z rzeczami adiutanta. Na pudełku od papierosów i neseserze męża były krwawe plamy”. Walizkę czy neseser przyniósł do stodoły, w której zamknięto generałową (dołączyła do kilkunastu jeńców spędzonych tu, zanim buick Józefa Konstantego Olszyny-Wilczyńskiego wyjechał z Sopoćkiń), jeden z sowieckich sołdatów. Bagaż był związany sznurem generalskim.

Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, czy to sam generał przewiązał walizkę sznurem, czy uczynił to rosyjski czołgista. Kwestia do rozstrzygnięcia: czy Olszyna-Wilczyński mógł podróżować w mundurze galowym (chyba jedynie do takiego stroju zakładano ozdobne sznury)? Jeśli tak, Sowieci musieliby mu zedrzeć sznur, aby związać neseser. Ale po co by mieli wiązać? Może walizka otworzyła się, a „rzeczy” wysypały ze środka (podczas pośpiesznego wkładania ich z powrotem pudełko papierosów mogło wpaść w kałużę krwi rosnącą wokół generalskiej głowy). Do pomyślenia jest również odmienny przebieg wydarzeń. Walizka rzucona na ziemię otwiera się, wysypują się z niej ubrania (wśród nich srebrzysty sznur) i inne przedmioty. Sołdat chwyta pudełko papierosów, ma zakrwawioną rękę, tą ręką wyjmuje sigarety dla siebie i kolegi (po ciężkiej robocie dobrze jest zaciągnąć się dobrym tytoniem), zapala, wkłada pudełko do walizki, próbuje ją zamknąć, ale nie najlepiej mu to idzie, chwyta więc sznur i wiąże.

Akselbant czy postronek?

Akselbanty (z języka niemieckiego: taśmy naramienne) zaczęto nosić w wojsku polskim jeszcze w wieku siedemnastym. Szybko stały się znakami wysokiej szarży. W II Rzeczypospolitej akselbant generalski składał się z dwóch srebrnych „warkoczy” i, jak podaje wydany w PRL‑u „Leksykon wiedzy wojskowej”, był traktowany jako „odznaka gotowości do spełnienia rozkazu”.

W rękach bolszewickich sznur generalski zmienił się w zwykły powróz, w postronek do wiązania betów. W owej semantycznej przemianie ujawniał się wojenny zamysł Stalina, odsłaniał się sowiecki projekt „nowej” Polski, w której to, co „pańskie”, „burżuazyjne” i „reakcyjne”, zostaje unieważnione i zastąpione tym, co „rewolucyjne”, „ludowe” i „postępowe”.

Jak się trafia do świata sowieckiego? Świat sowiecki przychodzi nieproszony. Jednego dnia go nie ma, drugiego jest. Niczym fala powodziowa lub trąba powietrzna, po których przejściu krajobraz niby pozostaje ten sam, ale niemal wszystko się w nim zmienia. Odwracają się znaki, porzucają swoje znaczenia. Ludzie zbędni znikają, na ich miejsce przychodzą inni. Zapewniają, że teraz będzie lepiej, że u nich „wsiego mnogo”, że ten tutaj kraj zamieni się rychło w ziemię sprawiedliwości, w krainę mlekiem i miodem płynącą. Nie możesz im nie wierzyć, bo wyparujesz, wsiąkniesz w czarnoziem lub glinę, jak wyparował i wsiąkł „były” polski generał. (Znikanie takie dokonuje się również w sferze symbolicznej – po ludziach zapada głuche milczenie, np. w ważnej pracy Wojsko Polskie 1939–1945, wydanej w Warszawie pięć lat przed Okrągłym Stołem, brak informacji na temat Zgrupowania „Grodno”, którego dowódcą był właśnie Olszyna-Wilczyński).

Zanim ta nowa rzeczywistość zapanuje niepodzielnie, fundamenty dotychczasowego porządku zostają unieważnione. Tysiące ludzi, również żołnierze, podoficerowie i dowódcy, zmieniają miejsca pobytu, poszukując zasady organizującej, czegoś, czego można by się uchwycić, co potwierdziłoby ważność ich funkcji i zasadność działań, jakie podjęli. Żądają rozkazów, domagają się jednoznacznych wytycznych. Jeśli słyszą coś, co nie zgadza się z ich osobistym oglądem spraw, próbują protestować – dyskutują, perswadują, podają argumenty.

Generał bez armii

7 września Olszyna-Wilczyński otrzymał rozkaz podporządkowania Zgrupowania „Grodno” generałowi Młotowi-Fijałkowskiemu, dowódcy Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Narew” – ale do Fijałkowskiego rozporządzenie Śmigłego-Rydza nie dotarło. Następnego dnia do Grodna telefonował pułkownik Józef Jaklicz, drugi zastępca szefa Sztabu Głównego polskiej armii. Przekazał m.in. rozkaz ewakuacji wojska w kierunku południowym: „1) Wszystkie władze administracyjne na wschód od linii Grodna, a więc na całej Wileńszczyźnie, pozostają na miejscu. Pan generał z całą swoją grupą »Grodno«, pułkiem KOP broniącym Puszczy Augustowskiej i garnizonem Osowiec wycofa się w ogólnym kierunku na Brześć… Proszę pana generała o zrobienie wszystkiego co możliwe, aby uchwycić łączność z gen. Młotem i łącznie z nim przeprowadzić tę akcję odwrotową… […] Pan marszałek zdecydował dodatkowo, że władze administracyjne z Grodna mogą się wycofać łącznie z panem generałem”. Olszyna-Wilczyński był zaskoczony, nie spodziewał się takiego kierunku ewakuacji, informował, że oddziałom przezeń dowodzonym brak taborów i kuchni polowych. Kiedy tego samego dnia w godzinach popołudniowych rozmawiał z podpułkownikiem Tadeuszem Tabaczyńskim, najdelikatniej jak to możliwe skomentował decyzję Naczelnego Wodza dotyczącą odcinków obrony „Augustów” i „Osowiec”: „tak – to smutne” – miał powiedzieć. O siedemnastej ponownie telefonował Jaklicz – odwrót powinien zostać przeprowadzony nie pieszo, ale przy użyciu składów kolejowych. Rozpoczęto ewakuację. 9 września zmieniono jednak decyzję – planowany „zwrot zaczepny” gen. Młota-Fijałkowskiego miał otrzymać wsparcie odcinków „Osowiec” i „Wizna”. Z oddziałami tymi nie było już komunikacji, trwał załadunek części wojska do składów kolejowych. Niespójne okazały się rozkazy dotyczące dowodzenia. Rozkaz o wyjeździe Olszyny-Wilczyńskiego razem z ewakuowanymi jednostkami cofnięto – generał miał pozostać w Grodnie.

11 września polecenie ewakuacji wszystkich większych oddziałów wydano ponownie. Olszyna-Wilczyński nie chciał się na to zgodzić, zażądał osobistej rozmowy ze Śmigłym-Rydzem. Marszałek rozwiał jego wątpliwości: „Panie generale, rozkaz, który Pana tak zadziwił, musi być przez Pana jak najszybciej wykonany. Wymaga tego ogólna sytuacja strategiczna, której Pan nie zna. […] Wszystkie oddziały z Grodna przedstawiające wartość bojową, organizacyjną lub uzbrojeniową, jak również i całe uzbrojenie i zapasy amunicji i umundurowania mają być odtransportowane. Zgrupowanie »Augustów« i zgrupowanie »Osowiec«, jeżeli tylko możliwe, winno być odtransportowane”. Olszyna-Wilczyński wraz ze swoim sztabem powinien pozostać na miejscu. Po zakończeniu załadunku ma się zameldować u generała Franciszka Kleeberga w Pińsku, gdzie zostaną mu przekazane kolejne decyzje Naczelnego Wodza.

Głównodowodzący Okręgu Korpusu „Grodno” stawał się w ten sposób wodzem bez wojska.

Nieopodal posterunku pojazd Olszyny-Wilczyńskiego został ostrzelany, generał musiał się bronić. Pod ogień dostał się także kolejny samochód, którym podróżował m.in. pułkownik Benedykt Chłusewicz, szef sztabu. Przy wyjeździe z Gnojna, nieopodal mostku ustawiono barykadę.

Ze wspomnień małżonki generała: „15 wrześ­nia o godz. 4 rano wyjechaliśmy z Grodna. Do Pińska przybyliśmy około godz. 19 wieczór. Mąż do późnej nocy czekał w komendzie na jakieś wiadomości z ND [Naczelnego Dowództwa]. Niestety, nadaremnie. Następnego dnia również nie było żadnych wiadomości i znów przeszła noc i znów nie było nic. W sobotę rano zostały zbombardowane stacje radiowe Baranowicze i Wilno, wobec czego połączenia z Pińskiem nie można było uzyskać żadną drogą… Wiem, że mąż wysyłał gońców na zachód i na południe, ale bezskutecznie. W kilka godzin później gen. Kleeberg powiadomił męża, że wojska sowieckie przekroczyły granicę Polski. Mąż został bez wojska, bez przydziału, w zupełnej bezczynności. Czym to było dla b. kapitana Olszyny zrozumie łatwo ten, kto go zna, innym zaś nadaremnie starałabym się o tym opowiedzieć. Faktem jest, że od tego momentu aż do śmierci zjadł tylko jeden talerz zupy – i to na gorące moje prośby, poza tym nie przyjmował żadnych pokarmów prócz herbaty”.

Sytuacja, w jakiej znalazł się były dowódca Okręgu Korpusu, skłoniła go do podjęcia decyzji o wyjeździe do Słonimia. We wsi Gnojno generalski samochód natknął się na grupę chłopów skupionych wokół czerwonego sztandaru. Tłumaczyli, że działają zgodnie z wytycznymi miejscowej policji.

Tam i z powrotem

Nieopodal posterunku pojazd Olszyny-Wilczyńskiego został ostrzelany, generał musiał się bronić. Pod ogień dostał się także kolejny samochód, którym podróżował m.in. pułkownik Benedykt Chłusewicz, szef sztabu. Przy wyjeździe z Gnojna, nieopodal mostku ustawiono barykadę. Buick generała wjechał w tłum mieszkańców wsi – mężczyzn, kobiet, dzieci – i został zatrzymany. „Za nami wciąż jeszcze słychać było strzały, lecz nas na razie nie atakowano. Dopiero gdy, na rozkaz męża, szofer chciał przejechać w bok poprzez tłum, wystąpiło kilkudziesięciu młodych wieśniaków z krzykiem: »stój, stój, ani kroku dalej«. Na zapytanie męża, co to wszystko ma znaczyć, dlaczego nie pozwalają jechać, odpowiedzieli »stój«. Tu ja zabrałam głos, pytając, co oni właściwie robią, czemu zatrzymują wojsko polskie, wszak chyba są Polakami?! Odpowiedzieli mi, że to nic nie znaczy: »stój i ani kroku dalej«”. Po wymianie ognia, w której brali udział sowieccy aktywiści i oficerowie towarzyszący dowódcy OK „Grodno”, obu samochodom udało się wydostać z pułapki.

Przytoczonej przez Alfredę Olszynę-Wilczyńską wymianie zdań między polskimi oficerami a mieszkańcami podgrodzieńskiej wsi przyjrzę się nieco później. Teraz krótki rejestr miejscowości, w których zatrzymywał się generalski buick między 17 a 22 wrześ­nia. Nie sposób nie zauważyć, że było to miotanie się od ściany do ściany: Grodno, Pińsk, Słonim, Mosty, ponownie Grodno, wreszcie, na sam koniec, Teolin. A zatem: rajd na południe, następnie powrót do punktu wyjścia i podróż na północ, ku granicy z Litwą.

Na końcu tej drogi, przy wyjeździe z Teolina, generał miał zostać zastrzelony przez bolszewickich komisarzy.

Siły odśrodkowe

Wracam teraz do sceny, jaka rozegrała się we wsi Gnojno. Do okrzyków chłopów („stój!” i „ani kroku dalej!”) oraz do pytania (czy stwierdzenia) generałowej, skierowanego do tłumu tarasującego drogę: „wszak chyba są Polakami?!”.
Nie wiem, kto spisywał wspomnienia. Czy uczyniła to własnoręcznie generałowa, czy też ona opowiadała, a zapis był dziełem słuchacza, jakiegoś podoficera czy oficera przysłanego przez dowództwo, które nie chciało, by świadectwo wysoko postawionej uczestniczki wrześniowych wydarzeń przepadło bezpowrotnie. Tekst, z którego wynotowuję interesujące mnie fragmenty, jest odpisem dokumentu sporządzonego jesienią 1939 r. w Paryżu. Odpis powstał w Londynie w roku 1942. Trudno sobie wyobrazić, by ktoś, kto kopiował paryską relację, mógł zbyt głęboko ingerować w interpunkcję. Wniosek? Znak zapytania wzmocniony wykrzyknikiem, następujący po przytoczeniu pytania o polskość wieśniaków z Gnojna, musiał pochodzić albo od samej generałowej, albo od osoby spisującej opowiadanie, która w ten sposób, znakiem zapytania i wykrzyknikiem, postanowiła oddać nadzwyczajną emocję uzewnętrznioną w tonie głosu, mimice, gestykulacji autorki sprawozdania.

Ta paryska emocja, nie możemy myśleć inaczej, była jedynie odbiciem (może nawet: odbiciem bladym) pierwotnego wzburzenia pasażerki wojskowego buicka wobec tłumu w Gnojnie. W jej prośbie o potwierdzenie narodowej tożsamości ludzi otaczających samochód, w jej żądaniu, by tu i teraz zdecydowali, czy są Polakami, czy opowiadają się za polską państwowością, czy się z nią identyfikują, dochodziła do głosu – zapewne wbrew woli i świadomości pytającej – jakaś fundamentalna wątpliwość. Bo czy II Rzeczypospolitej udało się wykształcić wśród ludności pochodzenia białoruskiego, litewskiego, ukraińskiego i żydowskiego poczucie związku z polskością? Czy władze państwowe uczyniły wszystko, by przedstawicieli mniejszości narodowych do Polski przyciągnąć, z Polską związać?

Fakt, że na owe pytania udzieliłbym odpowiedzi raczej negatywnej, nie oznacza, że staję po stronie tych mieszkańców białoruskich i ukraińskich wsi, którzy wznosili bramy powitalne dla żołnierzy Armii Czerwonej, lub po stronie tych grodnian żydowskiego pochodzenia, którzy służyli za przewodników w sowieckich czołgach toczących się ulicami miasta nad Niemnem lub strzelali do swoich polskich sąsiadów. Morderstwo pozostaje morderstwem. Zbrodnia nie przestaje być zbrodnią, gdy objaśni się ją skomplikowaną sytuacją społeczno-polityczną.

Dramat Polski i Polaków we wrześniu roku 1939 polegał na jednoczesnym ujawnieniu się wszystkich mechanizmów odśrodkowych, rozrywających od wewnątrz strukturę dwadzieścia jeden lat wcześniej odtworzonego państwa, organizmu zbiorowego, który zarówno Niemcy, jak i Sowieci, ochoczo nazywać będą „państwem sezonowym” lub „pokracznym tworem traktatu wersalskiego”. Nie można zapomnieć, że siły de (kon) strukcji zostały wzbudzone za sprawą świadomych, planowych i zorganizowanych działań obu agresorów – niemieckiej III Rzeszy i Związku Sowieckiego. To Hitler i Stalin postanowili, że Polska ma zniknąć z mapy Europy. To ich skoordynowane działania doprowadziły do rozprzęgnięcia się żywiołów współtworzących wielonarodowe i wielokulturowe społeczeństwo II Rzeczypospolitej.

„To nic nie znaczy”

Białoruscy chłopi na słowa generałowej, że „wszak chyba są Polakami”, odpowiadają: „To nic nie znaczy”. Pasażerom wojskowego buicka musiała się ta odpowiedź wydać skrajnie bulwersującą, zapewne wzbudziła ich gwałtowny sprzeciw, niedowierzanie, może nawet przerażenie. Bo jak to – Polska nic nie znaczy? Co się kryje za tym stwierdzeniem? Myślę, że – ni mniej, ni więcej – następujące przekonanie: Polski już nie ma, właśnie zakończyła swój żywot.

Powracam do owych czterech bezwzględnych słów – „to nic nie znaczy” – próbując odnieść je do naszej teraźniejszości. Bo przecież i dziś wielu jest pośród nas takich, którzy z polskością się nie identyfikują, którzy chcieliby ją odrzucić niczym zbędny balast. Podobne rozumowanie było zresztą obecne w obrębie tej społeczności, jaką tworzymy, już od wieku XVII. Stanowiło nieunikniony rezultat sprzężenia dwóch okoliczności: wewnętrznej słabości państwa polskiego, tzn. niewspółmierności składających się na nie elementów (magnateria, szlachta, stany niższe; również: stopniowo uzyskujące świadomość mniejszości narodowe); oraz czynnej obecności sił zewnętrznych, przyczyniających się do pogłębienia kryzysu Rzeczypospolitej. Jedynie państwo silne i przyjazne obywatelom może przeciwdziałać zakusom obcych potencji, przyciągać i włączać we wspólnotę jednostki i grupy niedostatecznie mocno się z nią identyfikujące. Inaczej okaże się zaledwie „państwem sezonowym”, w chwili próby podda się woli silniejszego, ugnie się przed (prze) mocą tych, co zechcą własne interesy realizować jego kosztem.

Mówiąc, że Polska nic nie znaczy, mieszkańcy Gnojna symbolicznie (i faktycznie) oddawali się w ręce Sowietów. Była to decyzja nieodwołalna i ostateczna. Musiał sobie z tego zdawać sprawę generał Olszyna-Wilczyński. Oto jak domek z kart rozsypywała się Polska, o którą walczył w Polskich Drużynach Strzeleckich, w I Brygadzie Legionów, w odrodzonym Wojsku Polskim (m.in. podczas starć z siłami ukraińskimi i sowieckimi w latach 1918–1920) i w oddziałach wspierających powstańców śląskich (1920).

Kilka dni później, 21 września po południu, żona miała usłyszeć z jego ust złowieszcze i, jak się rychło okazało, prorocze słowa: „sytuacja jest tak smutna, że nie pozostaje nic… jak tylko zginąć”.

Grodno opuścili 18 września między czternastą a piętnastą. Samochody generała i jego sztabowców przemierzały tę samą trasę, którą pół godziny wcześniej pokonał konwój ciężarówek wypełnionych funkcjonariuszami policji, żandarmerii i grodzieńskimi urzędnikami. Zgodnie z dyspozycjami w najbliższym czasie wszyscy mieli przekroczyć granicę polsko-litewską. Część ewakuowanych osób znalazła nocleg w Sopoćkiniach.

Nieoceniony „Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich”, wydany pod koniec XIX w., dostarcza kilku cennych informacji o tej miejscowości: „Sopoćkinie, os. miejska i dobra, pow. augustowski, gm. Wołowiczowce, par. Teolin, odl. 60 w. od Augustowa, leży od 4 w. od kanału augustowskiego, w kotlinie błotnistej, między dwoma wyniosłościami, przy szosie z Sejn do Grodna (o 21 w.), posiada kościół par. kat. (w os. Teolin), cerkiew mur., sąd gm. okr. III, urz. gm., st. poczt., olejarnię, 173 dm. (drewn.), 2457 mk. [mieszkańców]. […] Ludność trudni się wyrobem kaszy. Na obszarze dóbr przy osadzie jest huta szklana, tartak, fryszerka i młyn wodny”. Pół wieku później miasteczko, siedziba wiejskiej gminy Wołoczowiczowce, musiało mieć więcej ludności i budynków. W przewodniku „Grodno i okolice – Jeziora augustowskie – Suwalszczyzna”, wydanym w roku 1934, Sopoćkiniom poświęcono jedynie dwa zdania: „m-ko w powiecie augustowskim z niezmiernie cennym zabytkiem budownictwa drzewnego, a mianowicie bożnicą z XVII w. Dojazd z Grodna autobusem”.

Antrakt

W drugiej połowie września 1939 r. nikt nie myślał o oglądaniu synagogi i cerkwi w Sopoćkiniach. Nie kursowały już autobusy z Grodna. Być może do kościoła parafialnego w Teolinie raz czy drugi zajrzał generał Olszyna-Wilczyński – bo właśnie tam, w osadzie położonej na obrzeżach Sopoćkiń zatrzymał się generalski buick. Generał i jego żona zajęli pomieszczenie w miejscowej szkole, w której – jakby na przekór wzbierającej fali wojennej – wciąż prowadzono lekcje. Alfreda Wilczyńska zapamiętała serdeczność miejscowych nauczycielek: „Urządziły kuchnię dla wojska i po bardzo niskich cenach wydawały śniadania, obiady i kolacje oficerom i żołnierzom”.

Te kilka dni między 18 a 22 września był to dla Wilczyńskiego, jego żony i kilku najbliższych oficerów jakiś upiorny antrakt – przestrzeń między światem uporządkowanym i zrozumiałym a czymś niepojętym, pozbawionym struktury i kształtu. Wobec takiej ciemności człowiek staje bezbronny, w naturalnym odruchu odwraca się do niej plecami. Kurczowo trzyma się tego, co mu pozostało – żołnierskich rytuałów, rytmu odpraw, coraz rzadziej dochodzących wiadomości z frontu. Ale meldunki przestają mieć znaczenie – zbyt szybko się dezaktualizują. Rozkazy padają w próżnię. To, co zwykliśmy nazywać rzeczywistością, osuwa się spod stóp.

Waldemar Jaskulski, biograf Olszyny-Wilczyńskiego, przytacza argumenty mające dowodzić, że o psychicznym załamaniu generała nie mogło być mowy – miał się on stosunkowo dobrze orientować w sytuacji polskich wojsk i zapewne jakoś uczestniczył w ustalaniu planu dalszych działań; wiedział, na przykład, o pomyśle sformowania w rejonie Sejn nowej dywizji z rozproszonych, naprędce ewakuowanych oddziałów.

Ostatnia noc

Z Sopoćkin-Teolina mieli wyjechać wczesnym wieczorem 21 września. Gdyby to uczynili, zapewne kilkanaście godzin później nie natknęliby się na sowieckie czołgi i generał nie zostałby zamordowany – siedziałby w swoim buicku, kierowca raz po raz naciskałby klakson, ale tłum uciekinierów nie chciałby się rozstąpić, Olszyna-Wilczyński otworzyłby drzwi pojazdu i przez chwilę szedłby obok, patrząc we wschodnią stronę, skąd wstawałoby słońce, zdjąłby czapkę i wierzchem dłoni przetarłby czoło, lekki poranny powiew uniósłby dwa kosmyki siwiejących włosów, generał westchnąłby i wrócił do samochodu. A potem byłyby kolejne granice, rozpacz bezczynności gdzieś w zachodniej Europie, na sam koniec anonimowa praca w którejś z brytyjskich fabryk, głodowa emerytura i coraz bardziej męczące spotkania kombatantów.

Nie wyjechali. O osiemnastej, zgodnie z umową, Alfreda Wilczyńska wsiadła do auta i przez pół godziny czekała na męża. Musiało jej się dłużyć to czekanie, ale w ostatnich dniach przeszła przyśpieszony kurs milczenia i cierpliwości. Kiedy generał podszedł do buicka i rzucił krótkie: „Dziś tu jeszcze nocujemy”, dopadł ją lęk. „Zdrętwiałam, ale bez słowa wysiadłam i poszłam do pokoju. To był nie tylko mój mąż, to był przede wszystkim oficer, generał, dla [którego] życie osobiste nie istniało. I sądzę, że gdybym wtedy powiedziała choć jedno słowo, byłby mnie znienawidził, co byłoby dla mnie tysiąc razy gorsze od śmierci. Byłam zupełnie zrezygnowana. Widziałam, że sprawa jest już przesądzona. Na temat przejścia na Litwę nie mówiliśmy już zupełnie. Ja siedziałam bez ruchu i bez słowa. Mąż zamknął się w drugim pokoju i tylko od czasu do czasu wychodził do oficerów lub przyjmował meldunki. Późnym wieczorem przyszedł się położyć i powiedział mi, że jutro rano jedziemy dalej, lecz powiedział to z taką goryczą, że serce we mnie zamarło. Rozumiałam jego ból i walkę wewnętrzną, lecz wiedziałam także, że sprawa jest przegrana; chciałam go ocalić, powiedziałam, że gdy wpadnie w ręce wroga – zamordują go na pewno”.
Spali w ubraniach, by rano móc bez zwłoki ruszyć w dalszą drogę.

„Tak się złożyło”

Nikt z uczestników tamtych wydarzeń ani historyków badających okoliczności śmierci Olszyny-Wilczyńskiego nie potrafił wyjaśnić, jak to się stało, że generał nie został obudzony, kiedy pod Sopoćkinie podeszły nieprzyjacielskie wojska. Przez całą noc przez miasteczko przejeżdżały ciężarówki i samochody osobowe, jednostki konne i zmotoryzowane. Śpiących w teolińskiej szkole powszechnej nie wyrwała ze snu kanonada moździerzy i CKM-ów, które zagrały na widok Sowietów. Czy miejsce to było na tyle oddalone od linii ognia, że nie dochodziły tam odgłosy walki? Nie potrafię tego ocenić. W każdym razie tuż po piątej zaczęła się ewakuacja resztek polskich oddziałów. Przed kwaterą generała – to również całkowicie niezrozumiałe – nie stał żaden wartownik. Dopiero około szóstej trzydzieści do drzwi Wilczyńskich zastukał adiutant. Generałowa wspominała: „W pięć minut, może nawet mniej, […] wsiadaliśmy do samochodu. Wychodząc […] zdziwiłam się, że nie ma już ani jednego samochodu […]. Oglądając się niespokojnie dookoła, zapytałam męża, czy znów jedziemy tylko sami, na co mąż odpowiedział mi krótko, że »tak się złożyło«”.

Bezpośredni uczestnicy wydarzeń nagłych i niespodziewanych mają skłonność do postrzegania wszystkiego jako „dzieła przypadku”. Kiedy Olszyna-Wilczyński mówi: „Tak się złożyło”, pokrywa tymi słowami własne zaskoczenie i rozczarowanie, zarazem zaś interpretuje obrót wydarzeń jako wynik pewnego splotu okoliczności, splotu w mniejszym lub większym stopniu przypadkowego. Stwierdzenie „tak się złożyło” dałoby się jednak odczytać inaczej – jako odpowiednik fatalistycznego „widać tak musiało być”, „to było nieuniknione”.

My, którzy odtwarzamy i interpretujemy rzeczy dokonane, bliżsi jesteśmy tej drugiej myśli – skoro się wypełniło, odmienne rozwiązanie nie wchodziło w grę, było nie do pomyślenia. Coś lub ktoś – imaginujemy sobie – wszystko to ukartował, rozpisał na role i wyreżyserował. Byt ów, niejako naturalnie, postrzegamy jako byt ironiczny.

Wielki Inscenizator pociąga za sznurki i śmieje się w kułak. Jego chichot wywraca drzewa, niszczy domy, a ludzi przemienia w bezwładne kukły zalegające pobocza przelotowych szos.

Niezależnie od tego, jak działa nasza wyobraźnia, niezależnie od tego, jaką interpretacyjną siatkę narzucamy na zaistniałe w czasie i przestrzeni fakty, mają one również konkretnych ludzkich reżyserów. Zanim jeszcze polityka zdąży przemienić się w historię, decyzje o dalekosiężnych skutkach podejmują żywi ludzie. U źródeł owych decyzji stoją konkretne motywacje i plany.

Finał życia generała brygady Józefa Konstantego Olszyny-Wilczyńskiego pragnąłbym ujrzeć właśnie tak – jako sekwencję wydarzeń zainscenizowaną i odegraną z zachowaniem żelaznych zasad polityczno-historycznej logiki, jako przewidziane następstwo tej, a nie innej przyczyny, jako rezultat działania intencjonalnego, nakierowanego na osiągnięcie ściśle określonego celu.

W rękach bolszewików

22 września 1939 r. o 6.30 sprzed szkoły powszechnej w Sopoćkiniach-Teolinie rusza samochód wiozący wysokich rangą polskich oficerów. Wjeżdża w mleczne światło poranka, w pustkę ewakuowanego nadgranicznego miasteczka. Koła grzęzną w błocie rozmokłej drogi. Prawdopodobnie nad powierzchnią ziemi unoszą się strzępy mgły – wniosek taki wyciągam z następującego fragmentu relacji Alfredy Wilczyńskiej: „Jechaliśmy może pięć minut, gdy zamajaczyły przed nami czołgi sowieckie” (czasownik „zamajaczyć” znaczy „ukazać się, zarysować się mgliście, niewyraźnie”). Pasażerowie długiego, mało zwrotnego buicka dostrzegają Rosjan zbyt późno, nie ma już jak zawrócić, ucieczka jest niemożliwa: „Zanim szofer zdążył przełożyć biegi obskoczyli nas żołnierze sowieccy z granatami ręcznymi i karabinami gotowymi do strzału z okrzykiem »stój, wylezaj, a to ubjem na miestie«. Opierać się, czy wyjść – rezultat ten sam, bo wszystko stało się tak błyskawicznie, że obrona z samochodu była zupełnie niemożliwa. Pierwszy wysiadł kapitan, za nim ja, a w końcu mąż, szofer i pomocnik. Zostaliśmy otoczeni od razu. Przed każdym z nas stał jeden bandyta z granatem przy twarzy, a drugi z wycelowanym karabinem, zaś dwaj komisarze poczęli nas rewidować, przede wszystkim mnie, potem kapitana [adiutanta] i męża. Zabrali nam wszystko: ubranie, pieniądze, wszelkie drobiazgi, a nawet zepsutą zapalniczkę kapitana”.

Wilczyńska zdążyła jeszcze pożegnać się z mężem, po czym została odprowadzona do pobliskiej stodoły. Kilka minut później, w ciszy, jaka zapadła po karabinowej salwie, otwarły się drzwi i do rąk generałowej trafiła walizka męża obwiązana jego generalskim akselbantem. Kobieta chciała wydostać się z zamknięcia, ale została powstrzymana przez inne osoby uwięzione w budynku. Wkrótce na zewnątrz rozgorzała walka, w pobliżu padały pociski – to jakiś zabłąkany oddział polski ostrzeliwał pozycje wroga.

Kiedy Wilczyńskiej udało się wreszcie opuścić stodołę, po sowieckich czołgach nie było śladu: „Wybiegłam […] mimo protestów i gróźb, i już z daleka zobaczyłam dwie ciemne plamy na polu pod krzakami. Biegłam szybko przez mokradła, a za mną wybiegł jeden z mężczyzn ze stodoły. Wiedziałam już, że tam leży mój mąż i jego adiutant, lecz miałam […] nadzieję, że może jeszcze żyją, może są tylko ranni. Niestety, widok, który ukazał się moim oczom, był tak okropny, że nie miałam sił iść dalej. W oczach mi wszystko tańczyło. W tym momencie mężczyzna, który szedł za mną, chciał mnie zawrócić, a pozostali wołali z daleka, żeby nie zbliżać się do leżących, bo bolszewicy mogą nas za to rozstrzelać. To mi dało siły i energię do opanowania nerwów. Nie, nie, krzyknęłam – ja go muszę zobaczyć, muszę podejść blisko, bo go tak nie zostawię tutaj! Wyrwawszy się z rąk trzymającego mnie pobiegłam naprzód, lecz siły znowu mnie opuściły. Nie mogłam znieść tego widoku”.

Ciała

W tym miejscu muszę się przyznać, że wszystko, co napisałem wcześniej, napisałem tylko po to, by przedstawić widok, który ukazał się oczom generałowej Wilczyńskiej, widok, którego nie mogła znieść. Od samego początku jedynie to (lub – bądźmy precyzyjni – niemal jedynie to) w całej tej ponurej i dramatycznej historii mnie interesowało: trup generała. Nie chodzi jednak – zastrzegam z całą mocą – o niezdrową fascynację śmiercią. Istotny wydaje mi się symboliczny potencjał tkwiący w owej scenie spod Sopoćkiń i Teolina, jego ukryty sens, ściśle związany z myślą o przyczynach i skutkach historycznych wydarzeń. Ktoś planuje, ktoś realizuje. Efekt przewidziano na samym wstępie, zanim podjęto działanie. Jest nim martwe ciało polskiego generała, leżące na mokradłach, w błocie, ciało twarzą zwrócone ku ziemi. Jeślibym miał być w pełni precyzyjny, musiałbym dodać: zwłoki Józefa Olszyny-Wilczyńskiego to połowa rezultatu, jaki zamyślił sobie ktoś, kto wysłał sowieckie czołgi w okolice Sopoćkiń i Teolina, kto postawił je na drodze wojskowego buicka. Druga połowa to martwe ciało adiutanta, kapitana Mieczysława Strzemeskiego, równie szczegółowo opisane przez generałową. Jej słowa muszę przytoczyć bez opuszczeń i skrótów:

„Mąż leżał twarzą do ziemi, lewa noga pod kolanem była przestrzelona w poprzek z karabinu maszynowego. Tuż obok leżał kapitan z czaszką rozłupaną na dwoje, a zawartość czaszki leżała obok, wylana jako jedna krwawa masa. Na czerepie sterczały zmierzwione, oblepione krwią włosy. Głowa męża była nienaruszona, lecz bałam się odwrócić go twarzą do góry, obawiając się, że twarz będzie tak samo zmasakrowana jak kapitana. Poprosiłam więc owego mężczyzny, żeby on najpierw zobaczył, jak mąż wygląda, ja stanęłam z boku i ukradkiem podpatrywałam, chcąc się przekonać, czy będę mogła znieść ten widok. Na szczęście głowa męża była cała, tylko oczy i nos stanowiły jedną krwawą masę, a mózg wyciekał uchem. Ten mózg, tak pełen wiedzy i mądrości, wylewał się teraz jako ciecz obojętna na ból i cierpienie ludzkie. Widok był potworny. Podeszłam bliżej, zbadałam serce i puls, choć wiedziałam, że to jest daremne. Był jeszcze ciepły, lecz nie żył. Zginął, a wraz z nim wyniki dwudziestokilkuletniej pracy, tam w Grodnie, w mieszkaniu wraz z 2-tysięczną biblioteką i wszystkim, czym żył przez lat 49. Nic po nim nie pozostało prócz pamięci i rozpaczy w moim sercu. Zaczęłam gorączkowo szukać jakiegoś drobiazgu, jakiejś pamiątki, lecz w kieszeniach męża nie było nic. Zrabowali nawet Virtuti Militari i ryngraf, i Matkę Boską, którą mu włożyłam do kieszeni w pierwszym dniu wojny. Stałam oniemiała, bez myśli, bez słowa… Na ranie pod kolanem siedziały muchy, czarne, potworne muchy…”.

Dziura w głowie

Dwa punkty powyższej relacji zasługują na szczególną uwagę. Po pierwsze – rejestr działań sowieckich oprawców, które nakierowane są, zapewne nie w pełni świadomie, na likwidację wszelkich rysów indywidualnych ofiary. Zostaje ona obrabowana z przedmiotów cennych, mogących posłużyć jako znaki rozpoznawcze („zaczęłam gorączkowo szukać […] jakiejś pamiątki” – mówi Alfreda Wilczyńska); krzyż Virtuti Militari, ryngraf i medalik z wizerunkiem Maryi lądują w kieszeniach bolszewików. Znamienny jest opis twarzy generała, zamienionej w „krwawą masę”. Indywidualność, odrębność, niepowtarzalność osoby – ich znakiem jest ludzka twarz – ulegają unieważnieniu. Wszystko, co pozostaje po generale brygady Józefie Konstantym Olszynie-Wilczyńskim, to trudny do zidentyfikowania, skrwawiony ludzki kłąb oraz „pamięć i rozpacz […] w sercu” najbliższej mu osoby. Kiedy ciało trafi do grobu, będzie już tylko pamięć, przekazywana (lub nie) następcom przez świadków i uczestników wydarzeń.

Od indywidualnego wspomnienia, od osobistego świadectwa konkretnych osób zależy trwanie wartości uosabianych przez zmarłego. Jeśli nie będą one przekazywane i kultywowane – przestaną wywierać wpływ na kształt wspólnoty, z której zmarły wyszedł i którą współtworzył. Wszystko pokryje milczenie. Wtedy zakończy się proces tworzenia nowej zbiorowości – będzie można mówić o ukonstytuowaniu się masy, nieświadomej własnej przeszłości, zdezorientowanej, łatwo poddającej się prowadzeniu. W zamyśle Stalina kolejne etapy działań podejmowanych przez Armię Czerwoną, NKWD i rosnącą rzeszę poputczyków służyć miały właśnie temu – zrujnowaniu polskiej wspólnoty, przecięciu więzów łączących jej poszczególne elementy, usunięciu spoiwa konstytuującego zbiorowy organizm.

Drugim z kluczowych fragmentów relacji generałowej Olszyny-Wilczyńskiej, fragmentem o najmocniejszym nacechowaniu semantycznym, jest opis głów polskich oficerów zamordowanych nieopodal Sopoćkiń – rozłupanej na dwoje czaszki kapitana Strzemeskiego (autorka relacji nazywa ją także „czerepem”; zawartość owego otwartego czerepu wylewa się na zewnątrz „jako jedna krwawa masa”) oraz głowy generała, której czaszka nie została co prawda naruszona, ale mózg zmarłego wycieka uchem. „Ten mózg, tak pełen wiedzy i mądrości, wylewał się teraz jako ciecz obojętna na ból i cierpienie ludzkie” – powiada Alfreda Wilczyńska.

Jakie znaczenie ma obraz wydrążonych żołnierskich głów, co ma nam do powiedzenia?

Mówi nam ta scena z podsopoćkińskich mokradeł, że zamysł agresora jest równie prosty, co przerażający: republikę Polaków należy rozbić, miażdżąc głowy najlepszych synów Rzeczypospolitej. Trzeba sprawić, by ze zbiorowej polskiej głowy wyciekł mózg, by to, co pełne było „wiedzy i mądrości”, przemieniło się w „ciecz obojętną na ból i ludzkie cierpienie”, by ośrodek zbiorowych myśli i uczuć stał się bezimienną „krwawą masą”. Czerep strzaskany, głowa z dziurą, przez którą wydostaje się tkanka mózgowa, niczego nie będzie pamiętać, nic już nie powie, niczego nie obmyśli ani nie przedsięweźmie.

Chyba że w ten zbiorowy pusty czerep, w tę głowę wydrążoną, wcisną jakiś inny – całkiem nowy mózg.

za: dakowicz.blogspot.com

 

 

 

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności, Historia, II wojna światowa i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.