O kanciastej granicy

perspektywaAleksander Ścios

W roku 1944 Józef Mackiewicz przypominał, że aby ocalić naród, trzeba oddzielić od siebie dwa, nieprzystające światy – zdrady i męstwa, swoich i obcych, trzeba nazwać rzeczy po imieniu i uporządkować system podstawowych pojęć.

„Stan wojny z najeźdźcą nie znaczy, jak go chcą niektórzy ośmieszyć, porywanie się „z kłonicą na bombę atomową”. Ale znaczy tego rodzaju postawę moralną, która by wpływała hamująco na spadek po równi pochyłej, po której toczy się w tej chwili cały naród. Tej właśnie równi pochyłej, spowodowanej przez pewne środowiska na emigracji i w kraju, której dziś, dla zatuszowania swej odpowiedzialności, nadają niewinne miano: „przemiany społeczno-polityczne”! – Nie wyobrażam sobie bowiem, jak można na dłuższą metę wychowywać naród politycznie, bez przeprowadzenia „kanciastej” granicy pomiędzy pojęciami tak prymitywnymi jak: „sojusznik” i „najeźdźca”, „wierny” i „zdrajca”, „swój” a obcy, czy wrogi „agent”. Tymczasem wiemy z praktyki, że granica tych pojęć się zaciera”– napisał przed 70 laty Józef Mackiewicz w artykule „Dlaczego nie mogę wziąć udziału w ankiecie”, opublikowanym w czasopiśmie „Lwów i Wilno”.
Słowa pisarza pochodzą z epoki, do której chętnie odwołują się współcześni politycy „obozu patriotycznego”, publicyści, środowiska opozycji. Nie tylko dla wykazania własnego patriotyzmu, ale źródeł inspiracji i narodowych idei. To z postaw Żołnierzy Niezłomnych i czasów okupacji sowieckiej, mamy czerpać przykłady heroizmu i uczyć się polskości. Oni mają być się znakiem dla młodych pokoleń i źródłem narodowej dumy.
Z tej powszechnej, medialnej wizji, umyka jednak świadomość, że walka z bronią w ręku i czynny sprzeciw wobec okupanta, nie byłby możliwy bez przyjęcia fundamentalnej „kanciastej granicy”, o której przypominał Józef Mackiewicz.
Gdy w dniach poświęconych Żołnierzom Niezłomnym słuchałem wypowiedzi ludzi opozycji, rozlicznych zaklęć i dumnych deklaracji, odniosłem wrażenie, że przypisujemy sobie tradycję, od której oddziela nas nieprzebyta, historyczna bariera. Próby odwoływania się do dziedzictwa powojennego antykomunizmu, przy jednoczesnej negacji obowiązku wytyczenia „kanciastej granicy”, prowadzą nie tylko do zafałszowania prawdy o polskich bohaterach, ale stanowią haniebne nadużycie.
Choć w roku 1944 Mackiewicz nie mówił nic nowego, jego ówczesny „radykalizm” wywoływał sprzeciw londyńskich elit, a dla społeczeństwa doświadczonego wojną i podziałami, wydawał się nazbyt skrajną propozycją. Pisarz przypominał, że aby ocalić naród, trzeba oddzielić od siebie dwa, nieprzystające światy – zdrady i męstwa, swoich i obcych, trzeba nazwać rzeczy po imieniu i uporządkować system podstawowych pojęć. Wskazanie nieprzyjaciół, nazwanie wrogów – pełniło nie tylko funkcję integrującą, ale budowało grupową solidarność. Bez tego nakazu nie można było oddzielić dobra od zła ani uformować narodowej tożsamości. Taka postawa chroniła przed relatywizmem i błędną identyfikacją. Była konieczna, by świat stał się uporządkowaną rzeczywistością, a nie chaosem przypadkowych, nienazwanych relacji.
Ludzie, których nazwaliśmy Żołnierzami Niezłomnymi być może nie zaprzątali sobie głowy socjologicznym fundamentem swoich ocen. Ruski żołdak, moskiewski agitator czy polskojęzyczny ubek – byli wrogami tej samej kategorii, delegatami obcej, antypolskiej zgrai, z którą należało walczyć na śmierć i życie lub ulegając jej – zginąć.
Tak rozumiany antykomunizm oznaczał w istocie przyjęcie żelaznej dychotomii My-Oni, w której nie ma miejsca na światłocienie i pseudo moralne dylematy, w której nie praktykuje się kompromisów i odrzuca pośrednie wybory. Mądrość takiej postawy polegała na zrozumieniu, że próba połączenia dwóch nieprzystających rzeczywistości musi skończyć się klęską wartości i pochłonięciem ich przez „rozbestwione kłamstwo”. Ci ludzie nie tłumaczyli sobie, że z kolaboracji ze złem wychodzi się zwycięsko lub idąc z nim na ustępstwa, można ocalić dobro. Nie szukali „dróg kompromisu”, bo każda łatwa droga prowadziła do upadku i zaprzaństwa. Nie próbowali odnajdywać „zgody budującej”, bo mieli świadomość, że jednymi budowlami komunizmu, były baraki obozów i miliony bezimiennych grobów.
Od takiego „radykalizmu” oddziela nas nie tylko półwiecze sowieckiej okupacji, ale ogromna przepaść wytyczona fałszem „nowej świadomości”, w której wzrastały kolejne pokolenia Polaków.
Gdy Adam Michnik w rozmowie z Żakowskim na temat „Traktatu o gnidach” mówił: „Nigdy nie przyjąłem formuły, ze w Polsce przez czterdzieści lat de facto trwała sowiecka okupacja. Byłem zdania, ze PRL to jest polska państwowość pozbawiona suwerenności. Ta państwowość jednak istniała i stanowiła pewną wartość” – wyrażał pogląd środowiska tzw. opozycji demokratycznej, ale też beneficjentów PRL-u i tych milionów „dobrych Polaków”, którzy pogodzili się z hańbą komunizmu i uznali sowieckiego bękarta za trwały element polskości. Wraz ze śmiercią ostatnich Żołnierzy Niezłomnych nastąpiła rezygnacja z dychotomii My-Oni i wyzbycie się świadomości, że komunizm jest wytworem wrogim i obcym. Dokonała się ona nie tylko w tradycji intelektualnej nowych „elit”, ale wniknęła w samą istotę bytu narodowego, zatruwając go szaleństwem „linii porozumień”, „dialogów” i systemowych „transformacji”, – z których sowieccy zdrajcy wywodzą prawo do rządzenia Polakami.

Z miejsca, w którym dziś jesteśmy, nie możemy odwoływać się do dziedzictwa antykomunizmu ani chełpić pamięcią o Żołnierzach Niepodległości. To nadużycie – podobne roszczeniom głupców, którym się wydaje, że wystarczy przeczytać książkę o Legionach, by mienić się spadkobiercą Piłsudskiego. Refleksji historycznej nad biografiami wolnych Polaków nie można ograniczać do zewnętrznej symboliki lub taniego sentymentalizmu. Jeśli ma być prawdziwa i stanowić wzorzec dla następnych pokoleń, musi uwzględniać doniosłość tych postaw i etyczny monolit myśli i czynów.
Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie dziś namawiał do rozstrzeliwania moskiewskich wasali lub golenia łbów kolaborantom i antypolskim reżimowcom. Nazwać ich po imieniu, naznaczyć wzgardą i wykluczyć ze społeczności ludzi wolnych – to minimum, na jakie winni zdobyć się ludzie odwołujący do tradycji Niezłomnych.
Nie możemy nawiązywać się do takiej tradycji, bo w III RP nie ma środowisk ani grup społecznych, zdolnych do wyznaczenia „kanciastej granicy”. Gdyby Mackiewicz powtórzył dziś swoje dictum – zostałby wyklęty i uznany za radykalną ekstremę. Takie słowa wywołałaby wściekłość lub wymowny gest pukania w czoło. Partie i środowiska, które przyznają sobie miano opozycji, nie tylko uciekają przed ostrą definicją rzeczywistości, ale wzdrygają przed podziałem na My-Oni, i za szczyt patriotyzmu przyjmują dezyderat „zgody narodowej”, ze wszystkich sił odżegnując od posądzenia o intencje „dzielenia Polaków”.
Nie ma też w Polsce środowisk, które punktem wyjścia refleksji politycznej uczyniłyby pogląd, że linia dzisiejszych podziałów jest konsekwencją półwiecza okupacji sowieckiej, efektem zdrady narodowej i budowania sztucznego tworu – III RP.
W miejsce odważnych wniosków dominuje wiara, że przed 25 laty Polacy odzyskali wolność i na jej fundamentach budują dziś państwo prawa i demokracji. Ten irracjonalny pogląd, sprzeczny z doświadczeniami ćwierćwiecza spycha nas w „pułapkę georealizmu”, wywołuje destrukcyjny dysonans poznawczy i przesądza o naszej słabości. Nie można bowiem mówić o wolnym społeczeństwie, jeśli uwierzyło ono w „śmierć” komunizmu, a w postaciach politycznych III RP dostrzega reprezentantów interesu narodowego. Nie można też widzieć „obcych” w strukturach władzy, jeśli uznaje się ją za konstytucyjną i demokratyczną – tylko dlatego, że o jej powołaniu zdecydowali magicy karty wyborczej i grupka medialnych demiurgów. Nie ma miejsca na wytyczenie relacji My-Oni w przestrzeni zakłamanej i zagarniętej przez ośrodki propagandy, w której „strażnikami podziałów” stają się semantyczni terroryści, a piewcami „zgody narodowej” użyteczni idioci deliberujących o potrzebie pojednania.
Tym zaś, którzy zastanawiają się, jak w „demokratycznej” III RP można dzielić Polaków na „swoich” i „obcych” lub nawiązywać do realiów powojennego komunizmu, odpowiadam: nie można – jeśli wyznaje się „filozofię” Michnika i sankcjonuje państwowość PRL-u. Nie można – jeśli kultywuje się zabobon o „śmierci komunizmu”, odrzuca wiedzę o genezie tego państwa i jego komunistycznej sukcesji. Nie można – jeśli ponad logikę i doświadczenie historyczne przedkłada demagogię i prostacką propagandę. Takim „dobrym Polakom”, nie mam nic do powiedzenia. Oni nie zrozumieją tych słów, ja nie pochylę się nad ich ograniczeniem.
Nade wszystko, nie można tego zrozumieć, jeśli zamyka się oczy na doświadczenie tragedii smoleńskiej i zachowania ogromnej części społeczeństwa III RP. Ten czas odkrył niewyobrażalne pokłady obcości i nienawiści, obnażył obojętności na zło, ogrom fałszu i hipokryzji, odsłonił upiorną pustkę i niewolniczą mentalność. Ujawnił też najgłębsze podziały, biegnące nie wzdłuż rzekomych „różnic politycznych”, lecz w głąb ludzkich sumień i systemów wartości, dotykających samych podstaw człowieczeństwa i narodowej tożsamości.
To wówczas okazało się, że terytorium tego państwa zaludnia ogromna armia apatrydów – bękartów bez ziemi i poczucia wspólnoty narodowej, całkowicie obca polskiej kulturze i tradycji. Nikt nie zapytał – jak to możliwe, że znaleźli się ludzie powtarzający rosyjskie łgarstwa, szydzący ze śmierci własnych rodaków? Skąd wzięła się wataha oddająca mocz na znicze i „stróże prawa” kopiący kwiaty złożone ofiarom? Ci sami ludzie czcili pamięć sowieckich najeźdźców, honorowali bandytów i kolaborantów, słali dziękczynne adresy do kremlowskich ludobójców. Nawoływali Polaków do „pojednania”, „łączyli w żałobie” i załganym frazesem – „bądźmy wszyscy razem” próbowali zatrzeć nieprzekraczalne granice.
Nazywać ich rodakami i obdarzać mianem Polaka – tylko dlatego, że zrządzeniem losu urodzili się w mojej ojczyźnie – byłoby nonsensem i ujmą dla polskości.
Ale i tego nie zrozumiano i nie podjęto odważnej refleksji. Uciekli od niej politycy, publicyści i „nasze” środowiska intelektualne. Pierwsi z troski o „sondażowe słupki” i chęć pozyskania „centrowego elektoratu”, drudzy w obawie przed wykluczeniem ze środowiskowej kasty i spadkiem dochodów, trzeci zaś, bo wymagałaby korekty błędnych ocen i rewizji życiorysów.
Ci ludzie – sami podobni ślepcom, wystawiają dziś Polaków na kolejne upokorzenia i traumę porażki. Za cenę ukrycia intelektualnych ograniczeń, własnych leków i kompleksów, uciekają od wytyczenia „kanciastych granic” i wskazania wroga wewnętrznego. Do głowy im nie przyjdzie, że w koncepcję autentycznego oppositio wpisany jest totalny sprzeciw, wola walki i burzenie złych fundamentów. Nie przyjmują myśli, że ucieczka od takiej odpowiedzialności prowadzi do absurdu, w którym miarą „demokracji” staje się serwilizm i uległość, a wyrazem skuteczności – amoralny koniunkturalizm.
Każą nam wierzyć, że z armią apatrydów można wygrać bez otwartego konfliktu lub pokonać ją mocą gładkich słówek i partyjnej paplaniny. Siebie i innych oszukują mirażem „sondaży”, mamią „umowami programowymi” i po stokroć skompromitowaną mową „dialogu i porozumienia”. Wmawiają nam, że ludzi paktujących z obcym mocarstwem trzeba traktować jak reprezentację narodu i odbiorcę społecznych roszczeń. Udowadniają, że współpraca z politykami tego reżimu służy polskim interesom i wyznacza normę propaństwowej odpowiedzialności. Dziś zaś wspierają antypolskie asekuranctwo wobec Ukrainy i przyklaskują projektom belwederskiego decydenta.
Gdyby jeszcze robili to na własny rachunek i sami płacili za popełnione błędy, gdyby nie odwoływali się do patriotyzmu i tradycji Żołnierzy Niezłomnych – pal sześć. Biorąc jednak takie symbole na partyjne sztandary i uciekając przed „ostrym widzeniem świata”, oszukują własnych rodaków i naigrywają z polskich doświadczeń.

Jeśli moja ocena wydaje się komuś zbyt surowa, ten nie rozumie, że dzisiejsza walka nie toczy się w „przestrzeni politycznej” III RP i nie dotyczy zwycięstwa wyborczego. To nie jest bój o wynik pana Dudy ani przyszłość prezesa Kaczyńskiego.
Dopóki mamy wśród nas nienazwanego wroga wewnętrznego, zakładników zbrodni i kłamstw – nikt nie może czuć się bezpieczny ani mówić o wygranej.
Bezpieczeństwo Polaków nie jest dziś zagrożone przez „czynniki zewnętrzne” (jak straszą nas w „wolnych” mediach), lecz przez rażącą niekompetencję ludzi reżimu, przez słabość polskiej amii i brak profesjonalnych służb. O istocie zagrożenia nie świadczą postępy armii Putina, lecz stan bezwzględnej podległości wobec kremlowskiego satrapy – wytyczony ustaleniami z września 2009 roku, potwierdzony w trakcie zamachu smoleńskiego i usankcjonowany procesem „pojednania” polsko-rosyjskiego. Jeśli Putin miałby napaść na nasz kraj, to nie dlatego, że Rosja jest mocarstwem i „w trzy dni może być w Warszawie”. Jest to możliwe, bo w samej III RP mamy potężnego wroga wewnętrznego, zakładników Rosji i ludzi „partii rosyjskiej”, którzy nigdy nie odejdą od niewolniczej podległości. Oni i stworzony przez nich układ, wytycza realne zagrożenie. Tych ludzi obciąża nie tylko paktowanie z Rosją przeciwko polskiemu prezydentowi, nie tylko oddanie śledztwa, współuczestnictwo w łgarstwach i wprowadzanie w błąd opinii publicznej, ale przede wszystkim dobrowolne przyjęcie wynaturzonej i potwornej w zbrodniczej logice narracji o „pojednaniu polsko-rosyjskim”. To była zbrodnia przeciwko narodowi, próba narzucenia Polakom sowieckiego jarzma zniewolenia, w którym ofiara zostaje upodlona aktem przymusowej „miłości” z katem. Każdy, kto w ostatnich latach był rzecznikiem takiego „pojednania” – czy nosi mundur, sutannę czy garnitur – jest dla Polaków śmiertelnym wrogiem i powinien być nazwany po imieniu.
Jakiej więc Polski chcą dla nas ludzie opozycji, jeśli nie mają odwagi ostrzec rodaków przed tym zagrożeniem? Do czego chcą „mobilizować” naród, skoro boją się wrzasku medialnych terrorystów i czcicieli truchła politpoprawności? Do jakiej niezłomności się odwołują, jeśli każą nam zginać karki pod pręgierzem „zgody budującej” i sami uciekają przed odpowiedzialnością?
Nie wyobrażam sobie, jak można na dłuższą metę wychowywać naród politycznie, bez przeprowadzenia „kanciastej” granicy pomiędzy pojęciami tak prymitywnymi jak: „sojusznik” i „najeźdźca”, „wierny” i „zdrajca”, „swój” a obcy, czy wrogi „agent”.
U kresu życia, Józef Mackiewicz napisał słowa na miarę wielkiego geniuszu. Nie ma w nich żalu ani pretensji. Nie ma politycznej egzaltacji. Są tak wstrząsające, że nie wolno dopuścić, by ktoś je powtórzył:
„Kiedyś nazwałem tę drogę „donikąd”. Dziś uznana została przez „instynkt narodu” za docelową. W tym zdaniu nie ma (złośliwej) ironii. Jest tylko stwierdzenie faktu. Nie ja wygrałem. Wygrali ci, którzy organizują „instynkt narodu”. Ja przegrałem z kretesem. Więc proszę o pobłażanie.”

Zapraszam do komentowania na blog Autora: bezdekretu.blogspot.com

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności, Antypropaganda i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „O kanciastej granicy

  1. Jerzy pisze:

    Polska ziemia jest miejscem pobytu dużej-ogromnej liczby zdrajców i zaprzańców. Patriotyczna częśc narodu, wybita i upodlona przez okupantów i ich sługusów, długo nie mogła wychowac ich następców. Sposób niszczenia polskości i wyrzucenie ze słownika Polaków hasła -Bóg-Honor-Ojczyzna i nauki historii z podręczników, doprowadziło do zbudowania nijakiego, zmanipulowanego społeczeństwa-ciepłej wody w kranie. Wierzę, że młodzi Polacy się obudzą i Polska znowu będzie Polską.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.