Przeciwko mitologom „ruskiej siły”

strukturaWyhodowanie pokoleń „georealistów” jest bodaj największym, historycznym osiągnięciem komunizmu i jego sukcesorów. Samonapędzająca machina strachu nie zważa dziś na realną pozycję Rosji; nie przyjmuje do wiadomości danych ekonomicznych i socjologicznych, nie dostrzega stanu zapaści i cywilizacyjnego zacofania, … – pisze Aleksander Ścios

nie widzi słabości militarnej i technologicznej państwa Putina.

By usprawiedliwić własne ograniczenia karmi się wyobrażeniami o „wielkim mocarstwie”, wnioskuje z mitów i propagandowych wizji, czerpie z lęku, jaki niewolnik odczuwa przed gniewem „pana”.
Ten rodzaj „realizmu” wynika z akceptacji powojennego porządku, w którym dominacja sowiecka miała być nieuniknionym efektem „historycznych uwarunkowań”, zaś Polska miała stanowić przedmiot w grze światowych mocarstw. To pogląd narzucony kulami sowieckich karabinów i pałkami policji politycznej, wsparty na pseudohistorycznej, kazuistycznej argumentacji, która zawsze osłaniała postawy pospolitych koniunkturalistów i łajdaków.

Przez półwiecze sowieckiej okupacji przekonywano Polaków, że Rosja jest światowym hegemonem, a jej polityczna i militarna obecność wytycza granicę nieprzekraczalną dla polskich aspiracji
Zaszczepiany przez dziesięciolecia lęk przez Sowietami miał tłumić dążenia niepodległościowe i sprawić, że wszelkie koncepcje istnienia Niepodległej będą musiały uwzględniać interes rosyjski. Ze straszaka „wojny z Rosją” namiestnicy PRL-u uczynili podstawowy element indoktrynacji społeczeństwa i główny paralizator naszych aspiracji.

Ten sam straszak z powodzeniem wykorzystywali ludzie „demokratycznej opozycji” – namaszczeni przez Kiszczaka na narodowych przewodników, zaś cała dogmatyka „georealistów” została przejęta przez komunistyczną hybrydę III RP i przez ostatnie ćwierćwiecze skutecznie paraliżuje polską myśl polityczną. Nie może dziwić, że nie ma w niej miejsca na antyrosyjskość i antykomunizm – dwa filary polskiej racji stanu.

Uwspółcześniona koncepcja „georealizmu” kazała Bronisławowi Komorowskiemu w orędziu przed Zgromadzeniem Narodowym wyznać: „nie będzie stabilnego rozwoju naszego regionu bez współpracy z Rosją” i mówić o „interesie nas wszystkich w pojednaniu z Rosją”.

Wprawdzie rosyjska napaść na Ukrainę wymusiła chwilową zmianę retoryki, to ujawniła również, że lęk przez Rosją stanowi dziś główną przeszkodę na drodze do wyzwolenia spod władzy „czynnika rosyjskiego”.
Nie przypadkiem rozgrywanie tych lęków następuje w czasie, gdy Polacy zobaczyli, jak obala się reżim kremlowskich marionetek. Lekcja ukraińska druzgocze przecież mitologię „okrągłych stołów” i bezlitośnie obnaża fikcję tzw. mechanizmów demokracji – całkowicie martwych w państwach zawłaszczonych przez „partię rosyjską”. Co więcej – ta lekcja pokazuje rzeczywisty status Rosji – jako fikcyjnego „mocarstwa”, którego główną bronią nie jest potęga militarna lub ekonomiczna lecz ekspansja zbrodniczej mentalności, możliwa dzięki uległości zgrai eurołajdaków i słabości najgorszego w dziejach prezydenta USA.

Rosyjska agresja na Ukrainę nie może być żadnym dowodem siły militarnej („postępy” armii Putina w stosunku do ogromnych strat własnych są wręcz żałosne), lecz staje się efektem agenturalnej koniunktury i przyzwolenia na „światową ekspansję” prymitywnego kagebisty i jego bandyckiej zbieraniny.
Poczucie bezkarności kremlowskiego watażki ma trwałe, historyczne podstawy. Od czasu ustanowienia ładu jałtańskiego, polityka Rosji Sowieckiej i jej służb przyczyniła się do wyhodowania zastępów mędrków, którzy przyznają Rosji wyjątkowe prawo do ingerowania w życie innych narodów oraz wyznają dogmat poszanowania interesów rosyjskich. Szczególnie, jeśli wartość tych interesów jest mierzona w dolarach lub euro. Ci ludzie i kreowana przez nich polityka stanowią dziś śmiertelne zagrożenie dla świata. Znacznie większe niż zdezelowane ruskie tanki i zdemoralizowana armia Putina. Militarnie słaba i technologicznie zacofana Rosja, nie musi nawet udowadniać swojej siły. Robi to za nią armia tchórzliwych głupców, wspierana przez zastępy agentury wpływu.

Gdy w marcu 2013 roku opublikowałem w Gazecie Polskiej tekst – „ROSJA – IMPERIUM CZY POTĘGA MITU”, nie przypuszczałem, że kolejne dwa lata upłyną na umacnianiu rosyjskiej mitologii i triumfie postaw „georealizmu”. W zakończeniu tamtego tekstu znalazły się słowa:
„Jeśli dzisiejsza Rosja musi imitować mocarstwo i straszyć nas hardą retoryką – oznacza to tylko tyle, że państwo Putina staje się coraz słabsze i jest zmuszone sięgać do arsenału komunistycznych środków. Nic też nie wskazuje, by to państwo było w stanie sprostać globalnemu konfliktowi lub miało dążyć do jego sprowokowania. Taka konfrontacja przyniosłaby Rosji militarną klęskę i spowodowała utratę jej najważniejszej broni – ekspansywnej sieci intryg i dezinformacji oplatającej współczesny świat.
Głosy publicystów i polityków straszących nas wojną z Rosją lub roztaczających wizję rosnącej potęgi militarnej państwa Putina, są dziś ważnym wkładem w rosyjską strategię podstępu i dezinformacji i – choćby nieświadomie, wpisują się w plany Kremla.”

Wydawało się, że kolejne odsłony wojny na Ukrainie pozwolą zrozumieć, że powodzenie rosyjskiej ekspansji nie zależy od przewagi militarnej, lecz opiera się na dwóch czynnikach: słabości zachodnich przywódców oraz stosowaniu przez Rosję broni dezinformacji i jest konsekwencją wieloletnich błędów i zaniedbań Zachodu, przede wszystkim w obszarze polityki bezpieczeństwa i zadań służb specjalnych.
Dla nas – Polaków, to był czas, by definitywnie zerwać z mitologią „ruskiej siły” i ukazać fałsz koncepcji „georealistycznych”. Czas, który należało wykorzystać do wskazania rzeczywistych zagrożeń; płynących z władzy rosyjskich wasali, z błędnej strategii bezpieczeństwa narodowego, ze słabości armii III RP i struktur tego państwa. Historyczna szansa, by pozbyć się niewolniczego garbu – narzuconego nam przemocą propagandy i antypolskiej buty.

Nie dziwi mnie, gdy reżimowi politycy i ludzie Belwederu bezustannie straszą Polaków wizją „rosyjskiej napaści” i uczestniczą w kreowaniu putinowskich mitów. Rozliczne wypowiedzi gen. Kozieja, mogłyby stanowić cenny materiał badawczy dla profesjonalnych analityków, niekoniecznie z dziedziny wojskowości. Belwederski strateg potrafił jednego dnia wyznać – „jesteśmy zagrożeni(…) nie można wykluczyć inwazji na Polskę”, by kilka dni później podzielić się odkryciem – „nie zagraża nam żadna militarna interwencja” i skonkludować– „zapewniam, jesteśmy bezpieczni”. Medialne rozprawki Kozieja o rychłym „konflikcie zbrojnym na terytorium Polski”, konkurują z poradami udzielanymi Ukrainie, by ta racjonalnie przyjęła „cichą kapitulację”. Na tym samym biegunie znajdują się występy gen. Skrzypczaka, którego do tej pory nikt nie zapytał o wiarygodność jego „fachowej” prognozy z 16 kwietnia ub.r. – „wejście regularnych wojsk rosyjskich na Ukrainę jest kwestią godzin.”

Opowieści o „rzezi niewiniątek” (Skrzypczak) i mrożące krew w żyłach „strachy na Lachy”, to nie tylko element rosyjskiej dezinformacji lub efekt niewiedzy medialnych „ekspertów” i samozwańczych „strategów”.
Taka narracja wpisuje się w plany propagandowe Belwederu i służy budowie reżimu prezydenckiego. Efektem umacniania lęku przed Rosją ma być m.in. zwiększenie nakładów na zbrojenia (kto wówczas zaprzeczy, że armia potrzebuje pieniędzy), poszerzenie uprawnień służb wojskowych oraz utrwalenie tezy, że belwederska „reforma” ma wpływ na stan bezpieczeństwa Polaków. Dokonywana według tych projektów tzw. konsolidacja przemysłu zbrojeniowego oraz powiązane z nią zapisy ustawy offsetowej już pozwoliły odsunąć MON od decyzji dotyczących zakupów i przenieść uprawnienia na przedstawicieli zbrojeniówki. Tam też trafią pieniądze przeznaczane na modernizację sił zbrojnych i surrealistyczne pomysły powstałe w ramach tzw. doktryny Komorowskiego. Przy umiejętnym rozgrywaniu straszaków i demagogicznych haseł, można się spodziewać, że pieniądze te będą płynęły przez kolejne lata i posłużą umocnieniu lobby zbrojeniowego (w którym główną rolę będą odgrywali ludzie związani z byłymi WSI) oraz staną się jednym z najważniejszych „grantów” stabilizujących reżim prezydencki.

Dziwi natomiast, że w procederze utrwalania fałszywych schematów i straszenia Polaków „wojną z Rosją” uczestniczy ochoczo środowisko opozycji i przedstawiciele „wolnych” mediów. To niebywałe, że ludzie deklarujący przywiązanie do tradycji II Rzeczpospolitej lub chełpiący się niezależnością informacyjną, z tak wielką bezmyślnością poddają się wizjom propagandystów i pustosłowiu rozmaitych „fachowców” i „znawców Rosji” ze stajni Putina.

Tu też najmocniej ujawnia się problem z obaleniem mitów na tematy rosyjskie. Bo, o ile nie ma potrzeby roztrząsania dywagacji reżimowych miłośników horroru (ci, bowiem nie wskazują cienia racjonalnych argumentów i gadają to, co im ślina na język przyniesie), o tyle przekaz płynący ze strony „wolnych” mediów niesie znacznie poważniejsze konsekwencje i wpływa destrukcyjnie na postawy elektoratu opozycji.
Nietrudno zauważyć, że każda odsłona wojny na Ukrainie jest poprzedzona precyzyjną kampanią dezinformacyjną, w której przypomina się o „potędze militarnej” Rosji, wieści bliską napaść na państwa bałtyckie lub roztacza wizje globalnego konfliktu. Głosy o „Putinie szaleńcu”, którego nie wolno prowokować do wojny światowej, konkurują z opowieściami o rzekomej przewadze militarnej i wskazywaniem kolejnych celów kremlowskiego watażki.

Gdyby ktoś, posiłkując się rzetelnymi analizami i wiedzą o przebiegu rosyjskiej „modernizacji sił zbrojnych” zadał sobie trud ustalenia – jaka jest faktyczna zdolność armii Putina, musiałby też zapytać – po co rozpowszechniane są takie brednie i jaki efekt mają wywołać?

Ostatnie wydarzenia obnażyły z całą mocą ten mechanizm dezinformacji. Gdy armia Putina (bo od dawna nie może być mowy o mitycznych „separatystach”) zajmowała kolejne pozycje w Donbasie, Stany Zjednoczone wspominały o zbrojeniu Ukrainy, a przyjaciółka Putina montowała w Mińsku spektakl jałtański, natychmiast pojawiły się głosy „byłych doradców”, emigracyjnych dysydentów itp. przeciwników reżimu kremlowskiego, których charakteryzuje łatwość przemieszczania po świecie i bezpieczny dostęp do opinii publicznej. Ich wypowiedzi – zawsze w kontekście ostrzeżeń przed zakusami Putina – są natychmiast podchwytywane przez „wolne” media i doskonale potęgują poczucie lęku przed Rosją.

Niezwykle trudno jest podważyć podobne dywagacje i wykazać ich aspekt dezinformacyjny. Ponieważ nie posiłkują się żadnymi konkretami, lecz odwołują do „tajnej wiedzy” autorów i aureoli „opozycyjności”, nie sposób obalić ich racjonalną argumentacją. Fakt, że Rosja znajduje się dziś w bezdennej zapaści i prócz hektolitrów wódki nie ma nic do zaoferowania swoim żołnierzom, że właśnie przesunięto o (co najmniej) trzy lata kolejną fazę fikcyjnego „programu modernizacji technicznej sił zbrojnych”, a wpompowane w armię pieniądze rozpłynęły się w kieszeniach generalicji i ludzi FSB, nie może przecież pokonać tyleż efektownego, jak jałowego stwierdzenia, że Putin „dysponuje ogromną siłą” i „planuje napaść na Polskę”.
Gdy zastanawiałem się, jak skonstruować ten tekst, świadomie zrezygnowałem z metodologii zastosowanej w artykule „Rosja – Imperium czy potęga mitu”. Tam – dla uzasadnienia tezy o militarnej słabości państwa Putina – przedstawiłem szereg faktów i danych. Wprawdzie można było je podważyć, ale tylko sięgając do tej samej metody.

Gdyby w przestrzeni „wolnych” mediów ukazywały się analizy oparte na takim fundamencie, również ten tekst zostałby sporządzony według wcześniejszego wzorca. Byłoby o czym dyskutować. Ponieważ mamy do czynienia z pustosłowiem, publicystycznymi ocenami i tanią demagogią – nie ma też potrzeby sięgania po warsztat analityczny.

Jedno jest pewne. Przywracanie Rosji „właściwego” wymiaru, to zadanie na wiele lat i z pewnością niewykonalne w świecie Obamy i Merkel czy na rodzimym „podwórku” Kozieja i Skrzypczaka. Okazuje się jednak, że równie niewykonalne wśród zwolenników opozycji i odbiorców „wolnych” mediów.
Zatrważająca jest nasza podatność na rosyjską propagandę i dezinformację – szczególnie tam, gdzie chętnie rozprawia się o jej zgubnych skutkach i przestrzega przed aktywnością agentury. Czytając niektóre publikacje „niezależnych” mediów odnoszę wrażenie, że tylko prasa rosyjska zamieszcza dziś tyle straszaków i dętych opowieści o „planach Putina” i groźbie globalnego konfliktu. Tego nie sposób wytłumaczyć – ani młodym wiekiem „wolnych” dziennikarzy ani brakiem doświadczenia czy zdolności intelektu.

Z obecnych doświadczeń możemy wyjść wzmocnieni, jeśli posłużą do odważnych refleksji i odrzucenia antypolskich dogmatów. Mit o „rosyjskiej potędze” i groźbie wojny z Rosją służy wyłącznie kremlowskim władcom i tym, którzy z podległości Moskwie uzurpują sobie prawo do rządzenia Polakami. Jeśli ten mit utrwalają środowiska mieniące się patriotycznymi – mamy do czynienia z groźną aberracją lub z pospolitym draństwem.

Tak nie buduje się wolnego społeczeństwa i nie pokonuje niewolniczej mentalności. Taką metodą nie można obalić nawet obecnego reżimu, a cóż dopiero marzyć o wyrwaniu z pęt Moskwy i Berlina.
Mówienie Polakom, że nie wolno „prowokować wojny z Rosją” – to najczystsza propaganda Kremla. Straszenie nas „potęgą Putina” i przestrzeganie przed „zadrażnianiem stosunków” – to tryumf antypolskiej sekty „georealistów”, którzy od dziesięcioleci niweczą nasze marzenia o Niepodległości.
I jeśli moim rodakom nawet do głowy nie przyjdzie, że mogliby przeciwstawić się zakusom Kremla i rozegnać w diabły rodzimą „ruską siłę” – zawdzięczamy to obroży strachu i pętli podstępnej mitologii.

http://bezdekretu.blogspot.com/2013/03/rosja-imperium-czy-potega-mitu.html
http://bezdekretu.blogspot.com/2014/09/nudis-verbis-1-diagnoza.html
http://bezdekretu.blogspot.com/2014/09/nudis-verbis-2-terapia.html

Zapraszam do komentowania na blog Autora: bezdekretu.blogspot.com

Cezary Gmyz o tekście Aleksandra Ściosa

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności, Antypropaganda i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.