Teatr Rapsodyczny

Karol Wojtyła, Danuta Michałowska [Fot. Archiwum Danuty Michałowskiej]Danuta Michałowska

Do dziś mam w pamięci wspaniałe wykonanie owego monologu przez 21-letniego Karola Wojtyłę. Już w czasie prób słuchaliśmy go z podziwem i dreszczem grozy.
Kraków, lata okupacji.

Po aresztowaniu i wywiezieniu do obozów koncentracyjnych wszystkich profesorów Uniwersytet Jagielloński i inne wyższe uczelnie w naszym mieście są zamknięte. Teatr im. J. Słowackiego działa jako Staatstheater z czysto niemiecką obsadą aktorską. Wykonywanie muzyki Chopina jest zakazane, Filharmonia daje koncerty „nur für Deutsche”, polskie życie artystyczne schodzi do podziemia.

Danuta Michałowska 11 stycznia 2015 r.  w Krakowie – pod tekstem pożegnanie Leszka Długosza. 

Karol Wojtyła, Danuta Michałowska [Fot. Archiwum Danuty Michałowskiej]

Karol Wojtyła, Danuta Michałowska [Fot. Archiwum Danuty Michałowskiej]


W okupowanym Krakowie już w listopadzie 1939 r. organizuje się tajne nauczanie na szczeblu licealnym, potem uniwersyteckim – na wielu wydziałach. Zawiązują się też małe, działające oczywiście w podziemiu, grupy o zainteresowaniach muzycznych, literackich, a także teatralnych. Znalazłam się w jednej z nich – tej samej, do której należał Karol Wojtyła.

W lecie 1941 r. przybywa do Krakowa bardzo bliski przyjaciel Karola, wadowiczanin, polonista i fanatyk sztuki teatru – dr Mieczysław Kotlarczyk. Wnosi on do naszego środowiska ideę późniejszego Teatru Rapsodycznego, teatru, który w tym trudnym czasie ma zająć się artystycznym mówieniem arcydzieł polskiej poezji.

Ze względu na konieczność posiadania tzw. Arbeitskarte pracowałam wtedy jako maszynistka w centrali „Społem”. Był początek sierpnia 1941 r., właśnie wróciłam z urlopu, kiedy niespodzianie przyszedł do mnie do biura Karol. Wzbudził pewną sensację wśród moich biurowych koleżanek, miał bowiem na sobie drelich roboczy, zapewne wracał z pracy w podkrakowskim kamieniołomie. Od razu zrozumiałam, że przynosi jakąś ważną wiadomość. Wyszliśmy na korytarz i wtedy usłyszałam: „Przeczytaj «Króla-Ducha» i przyjdź w środę na Komorowskiego. – To był adres naszej koleżanki, gdzie często się zbieraliśmy. – Przyjechał Mietek Kotlarczyk. Zaczynamy robotę”.

Można by powiedzieć, że tymi słowami Karol ustawił mój dalszy los artystyczny. Natychmiast po pracy poszłam do znanego antykwariatu Stefana Kamińskiego przy ul. Podwale i tam udało mi się kupić jedyny egzemplarz najlepszego, pełnego wydania „Króla-Ducha”, w opracowaniu Jana Gwalberta Pawlikowskiego. To właśnie ta książka miała być pod ręką na wszelki wypadek, jako sufler, stąd wmontowane w oprawę kolorowe zakładki, wskazujące poszczególne fragmenty. Książka leżała na pianinie obok świecznika i w prapremierowym przedstawieniu zagrała jako znak plastyczny, obok umieszczonej na tle ciemnej kotary białej maski Słowackiego i wiązanki chryzantem. Bowiem już 1 listopada, w dzień Wszystkich Świętych, nasza pięcioosobowa grupa wystąpiła z pokazem opracowanych przez Kotlarczyka fragmentów epopei Słowackiego. Owa uroczysta premiera, inaugurująca ponad 20-letnią, niepozbawioną wielorakich klęsk, działalność Teatru Rapsodycznego, była niejednokrotnie opisywana. Ja skupię się wyłącznie na osobie Karola Wojtyły, na jego znamiennym udziale w tym pierwszym rapsodycznym przedstawieniu.
Kotlarczyk powierzył mu m.in. kończący spektakl monolog Bolesława Śmiałego. Monolog ten stanowi naczelny wątek Rapsodu V. Jest przywołaniem pamięci o dramacie, jaki rozegrał się pod koniec XI stulecia między Wawelem a Skałką – między królem a biskupem Stanisławem.

Do dziś mam w pamięci wspaniałe wykonanie owego monologu przez 21-letniego Karola Wojtyłę. Już w czasie prób słuchaliśmy go z podziwem i dreszczem grozy, ale owego pierwszolistopadowego wieczoru osiągnął najwyższy stopień ekspresji artystycznej. Było to wykonanie pełne napięć, dynamiki, niezatracające jednego odcienia znaczeniowego. Przedstawiał te dramatyczne zdarzenia z tak pełnym zaangażowaniem, że wierzyło się każdemu słowu, a szczególny urok osobowości samego Karola jednał sympatię dla nieszczęsnego monarchy.

Po dwóch tygodniach powtarzamy „Króla-Ducha” w innym mieszkaniu, dla innej publiczności. Wszystko szło normalnym, szczegółowo wypracowanym torem. Czekaliśmy w napięciu na finalny, tchnący dramatyzmem Rapsod V, ten o Bolesławie Śmiałym. I oto dzieje się coś niebywałego! Karol przedstawia całkiem odmienną wersję tego samego przecież tekstu – mówi cicho, monotonnie, w sposób zupełnie pozbawiony owych przejmujących tonów namiętności, pychy, buntowniczej pasji, także rozpaczy wobec zarysowującego się upadku państwa, nad którym zaciążyła klątwa króla. Byliśmy zaskoczeni, rozczarowani i po prawdzie oburzeni. Zasypaliśmy Karola pytaniami, zarzutami: – Co się stało? Jak mogłeś? Dlaczego? Pamiętam dobrze zdumiewający sens jego odpowiedzi: „Przemyślałem sprawę, to jest spowiedź, tego chciał Słowacki”.

Długo nie mogłam się pogodzić ze stratą tamtej interpretacji. Ale później też przemyślałam sprawę i przypomniałam sobie, co mówi poeta w pierwszym Rapsodzie – „a któżby to śmiał w księgi ludzkie włożyć, dla sławy marnej, a nie dla spowiedzi”. Ośmielam się przypuszczać, że w czasie tych dwóch tygodni dzielących pierwszą i drugą interpretację Rapsodu o Bolesławie Śmiałym doszło do głosu najgłębsze istotne powołanie już nie artysty, lecz kapłana. Wyraziło się przez zmianę punktu widzenia. Postawa obrońcy racji króla, dominująca w pierwszym wykonaniu, przemieniła się w postawę grzesznika, który po wiekach pokuty dociera do tragicznej prawdy o sobie samym.

Juliuszowi Słowackiemu nie starczyło życia, aby dokończyć Rapsod V „Króla-Ducha”, zrobił to pół wieku później Stanisław Wyspiański. Ale tak naprawdę ostatnie słowo w tej sprawie wypowiedział kard. Wojtyła, nie tylko przez ów niezwykły akt modlitwy w Osjaku za duszę zabójcy swojego poprzednika na stolicy biskupiej w Krakowie – św. Stanisława. Sądzę, że pośmiertny los wyklętego ze społeczności Kościoła, wygnanego i zmarłego czy może zamordowanego króla – okoliczności nie są znane – musiał już w młodości niepokoić wykonawcę monologu Bolesława. Nie jest chyba bowiem przypadkiem, że ostatnim utworem przyszłego papieża, który powstał przed 16 października 1978 r., jest poemat jakby podsumowujący tysiącletnią historię Kościoła w naszej Ojczyźnie, a odnoszący się do tego samego dramatu. Utwór ten nosi tytuł „Stanisław”.

W „Kalendarium życia Karola Wojtyły” pod datą 7 lipca 1967 r. znajdujemy powtórzoną za „Tygodnikiem Powszechnym” informację, że Metropolita Krakowski, wracając z Rzymu po nominacji kardynalskiej, zatrzymał się w Osjaku w południowej Austrii i tam odprawił Mszę św. za spokój duszy króla Bolesława przy jego domniemanym grobie. Chodzi, oczywiście, o obłożonego klątwą i wygnanego z kraju Bolesława Śmiałego – zabójcę Biskupa Stanisława. Nie wiem, ile osób zwróciło uwagę na notatkę zamieszczoną w „Tygodniku Powszechnym” wówczas, kiedy zdarzenie miało miejsce, w owym 1967 r. Ja byłam nią bardzo poruszona. Dlaczego? Otóż wiele lat temu uczestniczyłam w niezwykłym i pamiętnym dla mnie zdarzeniu artystycznym, które, jak się okazało po latach, wykraczało znacznie poza krąg sztuki. O tym właśnie wydarzeniu chciałabym opowiedzieć.

za: niedziela.pl

***

Leszek Długosz

Pożegnanie

11 stycznia 2015 r. zmarła w Krakowie Danuta Michałowska…

Jedno z ostatnich zdjęć Danuty Michałowskiej. Fot. Marta Burghardt (wrzesień 2014)

Jedno z ostatnich zdjęć Danuty Michałowskiej.
Fot. Marta Burghardt (wrzesień 2014)

Wiedzących, pamiętających (a tych „naocznych świadków jej pracy, jej poziomu, jej triumfów” niestety nie tak już wiele. A i nie przybędzie. Tak się (zwyczajnie) odchodzi do historii (teatru, kultury) a z dalszym nieuniknionym losem, do zapomnienia. Trudno w tym pospiesznym pobieżnym małym tekście ogarnąć osiągnięcia tak rozległe, tak niezwykłej Postaci, jaka była prof., rektor, aktorka, pisarka, honorowy obywatel Krakowa, Danuta Michałowska… Postać formatu doprawdy niecodziennego. Gdyby jedno określenie koniecznym było zostawić – powiedziałbym – największa polska recytatorka. Mistrzyni słowa, ogrodniczka, nauczycielka pięknej, artystycznej polszczyzny.

Łączyły mnie na początku, z panią profesor Danutą Michałowską relacje – student pedagog. W Krakowskiej PWST, jako (wówczas planowany) przyszły aktor odbyłem z Nią cały obowiązujący kurs wymowy scenicznej. (Pochwalę się, że z chlubnym rezultatem). Z początku, relacje te, dość surowe i zdystansowane, przerodziły się z czasem w coraz bliższe, serdeczniejsze, na końcu rzec mogę – w więzi przyjacielskie, A w końcu i we wspólną pracę nad ostatnim jej dziełem scenicznym. Zostałem (po latach) jako chyba jedyny spośród Jej studentów, zaproszony do realizacji ostatniego Jej przedsięwzięcia scenicznego. (W charakterze aktora, partnera, podającego razem z Nią tekst)….

Było to dla mnie wielkie wezwanie, przyznam, że pokusa, a i nauka… Korzyści i satysfakcja z tej wspólnej pracy, przy wszystkich etapach tej realizacji scenicznej była moim niezapomnianym życiowym kursem artystycznym, wzbogaceniem się. Dodając ten ostatni profit, mam na myśli plan profesjonalny, jak i ten, określany jako – ludzki, przyjacielski kontakt.

O Danucie Michałowskiej dziś, tych tylko kilka zdań. Po skończeniu większego tekstu i uzyskaniu zgody redakcji dla której tekst przygotowywuję, postaram się tę publikację umieścić i na tym miejscu.

Spośród archiwaliów moich wyciągam opublikowany kilka lat temu, w Dzienniku Polskim, felieton. Napomknę jeszcze – odniosłem wrażenie, iż Artystce, której felieton był poświęcony, jego tytuł, chyba szczerze się podobał?

Pogrzeb Danuty Michałowskiej odbył się też w Krakowie na Cmentarzu Salwatorskim, 16 stycznia.

za: leszekdlugosz.com

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, II wojna światowa, Sylwetki, Wspomnienia i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.