Błaganie o kromkę wieczności. Roman Brandstaetter

fot. Andrzej Szypowski EAST NEWSBarbara Gruszka-Zych

Bo modlitwa nie może być martwa, a właśnie słowa poezji pomagają ją ożywić. Roman Brandstaetter jak żaden inny poeta wiedział, skąd czerpać inspiracje. Codziennie sięgał do Biblii, najważniejszej dla siebie, pełnej poezji księgi.

 

Wierszami Romana Brandstaettera można się modlić. Sam w jednym z nich prosi Boga: „Nie omijaj mnie. Stąpaj po/ mojej spienionej modlitwie i/ nie pozwól, by mnie/ wyrzuciła jak topielca na/ swój zamulony brzeg”.

Roman Brandstaetter – prawnuk gorliwego chasyda – jako dziecko uczył się czytać po polsku na Biblii. Jako dorosły przyjął chrzest.

Bo modlitwa nie może być martwa, a właśnie słowa poezji pomagają ją ożywić. Roman Brandstaetter jak żaden inny poeta wiedział, skąd czerpać inspiracje. Codziennie sięgał do Biblii, najważniejszej dla siebie, pełnej poezji księgi, którą nazywał „swoją Ojczyzną”. Przekazał mu to w testamencie dziadek Mordechaj Dawid Brandstaetter – właściciel tłoczni oleju lnianego w Tarnowie, świetny hebrajski prozaik. Kilka dni przed śmiercią powiedział: „Będziesz Biblię nieustannie czytał. Będziesz ją kochał więcej niż rodziców… Więcej niż mnie. Nigdy się z nią nie rozstaniesz. A gdy się zestarzejesz, dojdziesz do przekonania, że wszystkie książki, jakie przeczytałeś w życiu, są tylko nieudolnym komentarzem do tej jedynej Księgi” („Krąg biblijny”).

przyłóż ucho do krzyża

Jakimś trafem Roman Brandstaetter, prawnuk Abrahama – gorliwego chasyda – jako sześciolatek, zamiast na elementarzu, uczył się czytać i pisać po polsku na Piśmie Świętym w przekładzie ks. Wujka. Dopiero jako dojrzały mężczyzna, on – Żyd, przyjmując chrzest, poszerzył swoją regularną lekturę Biblii o Nowy Testament. Brał zresztą później ofiarny udział w pracach przy redagowaniu Biblii Tysiąclecia. O swoim odkryciu – Jezusie Chrystusie – Zbawicielu napisał przejmujący poemat „Pieśń o moim Chrystusie”. Kiedy czytamy wskazanie poety: „Młodzieńcze/ przyłóż ucho do krzyża/ tam bije twój czas”, nie mamy wątpliwości, że to najlepsza instrukcja dla nas, którzy w wierze jesteśmy wiecznymi młodzieńcami. Sama jako dwudziestolatka czytałam ten poemat, próbując porządkować swoje życie religijne. Jakby w ramach wdzięczności za pomoc napisałam o nim pracę magisterską na polonistyce Uniwersytetu Śląskiego. Byłam przekonana, że nikt jak Brandstaetter nie ma tak wielkiej świadomości, jak bardzo jesteśmy niewiernymi Tomaszami pragnącymi Boga:

(…)Przez zamknięte drzwi wszedł Chrystus i położywszy dłoń na mojej głowie, rzekł: „To ty jesteś dowodem mojego istnienia, Tomaszu, gdyż jesteś moją otwartą raną, miejscem cierni, gwoździ i włóczni”. (Pieśń o moim Chrystusie)

Zabił Boga

(…)Ty, Pozdrowiona I pochwalona, I błogosławiona, Księgo, Księgo, Księgo, Ocieniona przez Boga, Matko ukrzyżowanego Mesjasza

Tak Brandstaetter modli się w „Hymnie do Biblii”. Każdy ze starających się żyć słowem Bożym powinien poznać jego „Krąg biblijny” – niezbędne wprowadzenie do czytania Biblii. Osobiste świadectwo, które może zachęcić nawet nieczytających do jej lektury. Jakby w suplemencie do tej książki napisał, uznawaną przez wielu za dzieło jego życia, czterotomową powieść „Jezus z Nazaretu”, opowiadając w niej historię odnalezionego Chrystusa. Wielokrotnie podkreślał, że czytając Biblię, jakby poznawał swoje drzewo genealogiczne. Pochylając się nad opisanymi w niej historiami, czuł solidarność ze swoimi przodkami – uczestniczył w ich wzruszeniach, smutkach, bohaterskich przygodach. Kiedy przeszedł na katolicyzm, zobaczył na końcu ich historii jako jej ostateczne dopełnienie Jezusa Chrystusa. A kiedy się rodził 3 stycznia 1906 roku, z małżeństwa Ludwika i Marii z domu Brandstaetter, nic nie zapowiadało takich zakrętów jego życiowej drogi. W rodzinnym Tarnowie skończył gimnazjum męskie i chodził na lekcje gry na pianinie. Właśnie podczas nich boleśnie poczuł, jak to jest być Żydem. Koledzy katolicy przestali się do niego odzywać, bo, jak twierdzili – zabił Pana Boga. W Krakowie w okresie studiów na filozofii i filologii polskiej zadebiutował jako poeta. Po ich ukończeniu wyjechał do Paryża, gdzie prowadził badania nad działalnością polityczno-społeczną Adama Mickiewicza, co zaowocowało doktoratem z filozofii. Na początku wojny znalazł się w Wilnie. W 1941 r., kiedy jego osobą zainteresowało się NKWD, wyjechał przy pomocy rodziny żony, też Żydówki – Tamary Karren, przez Moskwę, Baku, Teheran i Bagdad do Palestyny. W Jerozolimie dostał pracę w nasłuchu radiowym Polskiej Agencji Telegraficznej. „Pewnego zimowego dnia wróciły do mnie listy, które przed rokiem wysłałem przez Czerwony Krzyż do moich rodziców” – wspomina w „Kręgu biblijnym”. „Na ich odwrocie znajdowały się pieczątki donoszące o wyjeździe adresatów w nieznanym kierunku. Ta formuła była w owym czasie w języku ludożerców równoznaczna z wiadomością o śmierci adresata”.

Chwila po śmierci

Jezus Chrystus odnalazł go w grudniu 1944 r., podczas jednej z bezsennych nocy, które spędzał, prowadząc nasłuch radiowy. To wydarzenie opisał w „Kręgu biblijnym”: „Skończyłem pracę po północy. Zapaliłem papierosa. Wstałem od stołu, rozejrzałem się po pokoju i przypomniałem sobie, że nie mam w domu nic do czytania”. Ze sterty czasopism wyciągnął kilka tygodników. Z jednego wypadła na podłogę duża wkładka. Była na niej reprodukcja rzeźby przedstawiającej ukrzyżowanego Chrystusa, dzieło Innocentego da Palermo z kościoła San Damiano w Asyżu. Podniósł ją. „Wyobrażała Chrystusa w chwilę po Jego śmierci. Z półrozchylonych warg uszedł ostatni oddech. Kolczasta korona spoczywała na Jego głowie jak gniazdo uwite z cierni. Miał oczy zamknięte, ale widział. Głowa Jego wprawdzie opadła bezsilnie ku prawemu ramieniu, ale na twarzy malowało się skupione zasłuchanie we wszystko, co się działo. Ten martwy Chrystus żył. Pomyślałem: Bóg… Dzieje tej biblijnej nocy są dla mnie smugą najwspanialszego światła, jakie widziałem w moim życiu”.

Dwa lata później, 15 grudnia 1946 r., przyjął chrzest w Rzymie. Rok wcześniej jego małżeństwo zostało unieważnione na mocy tzw. przywileju św. Pawła, stosowanego w sytuacji, gdy jedno z małżonków zostaje ochrzczone, a drugie pozostaje wyznawcą religii niechrześcijańskiej. Jego żoną została Regina Wiktor, którą nazywał Reną. „Jesteś umęczony mną, Boże,/ Ale ja również jestem umęczony Tobą” – wyznał w „Rachunku kamieni”.

Wiadomość o jego przejściu na katolicyzm wywołała niezadowolenie władz komunistycznych. Miał trudności z drukiem utworów, z pracą, z akceptacją w środowiskach literackich, ale cały czas konsekwentnie pracował. Pisał powieści i dramaty, ale też zajmował się tłumaczeniami Pisma Świętego. Jest autorem chyba najgenialniejszych przekładów „Czterech poematów biblijnych”. Po jego śmierci 28 września 1987 r. w jego mieszkaniu znaleziono menorę, na której zawiesił różaniec. Tak połączył dwa symbole wiary, w której się urodził i którą odkrył.

Sycylijska dziewczyna

Matka Boża była jego oczkiem w głowie. Poświęcił Jej „Hymny Maryjne”, napisane w konwencji tradycyjnego hymnu, litanii, znajdując dla Niej niepowtarzalne, odkryte przez siebie tytuły. „O Madonno, ptaszęca/ poetko./ O Madonno, Gołębniku/ Ewangelii./ O Madonno o twarzy czarnej/ jak namioty patriarchów./ O Madonno o brwiach/ mądrych jak sklepienie/ psałterza” – wielbi Maryję w „Hymnie do Czarnej Madonny”. Pokazuje, że Jej matczyna miłość ogarnia nie tylko tych, którzy wierzą. W wierszu „Madonna ateistów” Maryja wyznaje: „Modlę się./ Modlę się za tych, którzy/ się nie modlą./ Gdy krwawią, moją modlitwą/ jak bandażem/ owijam ich rany”. Co bardzo ważne – przenosi Matkę Jezusa na ziemię. Przedstawia Ją jak jedną za nas, a więc lepiej słyszącą to, co mówią do niej zwykli śmiertelnicy:

Było przedpołudnie. Spotkałem Sycylijską Dziewczynę, Matkę Boga. Stała w błękitnej chuście na głowie. Jej zamyślone spojrzenie nie przekroczyło jeszcze progu Tajemnicy. Ale na pulpicie leży już otwarta księga. Drży karta poruszona niewidzialnym wiatrem(…) („Annunziata” Antonella da Messyna)

Maryja podprowadza Brandstaettera i nas, jego czytelników, do swojego Syna – Boga. To do Niego poeta zwraca się z pytaniem:

„Jak żyć?” w wierszu „Rachunek kamieni”: (…) Jak żyć, by przeżyć godnie odrobinę Wrogiego czasu. Jak żyć, by nie złamać Twego imienia – Ja, celnik, który kiedyś Będę Cię błagał o kromkę wieczności Jak o kromkę chleba.

Cała poezja Romana Brandstaettera jest błaganiem o tę „kromkę wieczności”. Kiedy przegląda się jego dzieła, wyraźnie widać, że przez większość życia zajmował się Panem Bogiem. Można wierzyć, że teraz Pan Bóg dobrze zajął się nim.

za: gosc.pl

zobacz: Roman Brandstaetter >Errata do biografii – cykl dokumentalny na stronie TVP lub >TU

 

Roman Brandstaetter  

Modlitwa zaduszna

Wieczne odpoczywanie
Racz dać,
Panie,
Wszystkim, którzy umarli
Śmiercią sprawiedliwą.

Jest jesień.
Powiew jak ślepiec błądzi pośród grobów.

Bije godzina spełnionych obietnic.

Na ścieżce leży zwiędła chryzantema,
Którą dłoń nieuważna zgubiła w pośpiechu.

 

Przypowieść o Narodzeniu Pańskim

W pewnym człowieku narodził się Chrystus.

Ale ów człowiek nie słyszał
Anielskich harf,
Ani śpiewu pasterzy,
Ani nie przyniósł Chrystusowi w darze
Złota i mirry
Na podobieństwo trzech Mędrców.

Nie miał złota i mirry.

Ani nie uważał się za mędrca.

Ofiarował Mu natomiast
Swoją samotność,
Swoje cierpienia,
Swoje grzechy,
Swoją biedę,
Swoje upadki,
Po prostu
Wszystko, co posiadał.

Powiedział:
– Ty zawsze polujesz na człowieka, Panie.
Upodobałeś sobie mnie,
Chociaż nie wiem dlaczego…

Tak narodził się Chrystus w pewnym człowieku.

 

Litania do Ducha Świętego

Spójrz Duchu Św. na ludzi idących przed siebie drogą nieskończonego postępu,

na mędrców, którzy ulepili golema na własne podobieństwo i na własną zgubę,
na rozpad atomu,
na rozpad moralności, ładu, sztuki, cywilizacji, słów,
prawa, harmonii, rozsądku, logiki, wszelkich wartości.

Z głębokości wołamy do Ciebie Duchu Święty,
albowiem jesteśmy bezwolnymi narzędziami w rękach naszych lekkomyślnych dzieł.
Jesteśmy jak ci co nie wiedzą co czynią.
Zstąp na ziemię samounicestwienia,

na rakowate miasta i wsie,
na trędowate domy,
na zatrute zboża, ogrody i sady,
na martwe rzeki i morza,
i kręgi nad nami, ludźmi chaosu,
kłamstwa i obłędu.

Krąż jak ongiś krążyłeś w genezejskim locie
nad chaosem niepotrzebnych żywiołów.
Krąż nad nami – Poskromicielu zamętu,

nad pobojowiskiem naszych klęsk,
nad rzeźnią tego świata,
nad śmietnikami pełnymi niedonoszonych płodów, nad ziemią cuchnącą swądem spalonych ciał,
nad górami atomowych odpadków,

i wybaw nas

od głupoty udającej mądrość,
od kłamstwa udającego prawdę,
od ślepoty udającej dalekowzroczność,
od chamstwa udającego obrażoną godność,
od fanatyzmu udającego wiarę,
od brudu udającego czystość,
od nienawiści udającej miłość,
od niewoli udającej wolność,
od obłudy udającej szczerość,
od pychy udającej pokorę,
od warcholstwa udającego odwagę,
od szatana, który mówi nie, a myśli tak, a mówiąc tak, myśli nie.

Przybywaj Duchu Święty Wielousty
i ostudź nasze głuche uszy wołający Płomieniu.
Przybywaj z wnętrza wieczności wiejący Wichrze,

który nigdy nie burzysz
i nigdy nie niszczysz
i nigdy nie łamiesz,
który chwiejne umacniasz,
stare odnawiasz,
martwe ożywiasz,
starte z powierzchni ziemi budujesz od podstaw.

Stworzycielu wywołujący z kości i popiołów ludzi umarłych – w stałych i przemienionych,

z pomordowanych ludów – żywe ludy,
wszechświat z nicości,
istnienie z nieistnienia,
źródło z pustyni,
wszystko z niczego.

Ojcze Słowa Bożego, Wichrze wiejący z wnętrza wieczności!
Daj nam słuch doskonały płynący wśród niezliczonych
wezwań i nawoływań,
które nas nawiedzają w wszelkim czasie i miejscu,
abyśmy umieli rozpoznać Twój Głos.

Muzyko Mądrości zrodzona z Ojca i Syna, Trójdźwięczna !
Zdejm z nas kamień jak go zdejmują z grobów

Aniołowie Twojego Oblicza.
Mocarzu, Burzo Niedocieczona odwalająca kamień, a potem

twórz nas otwartych, słyszących i słuchających,
twórz nas codziennie od nowa Strażniku naszych dusz,
abyśmy nieustannie odnawiani i odradzani, i tworzeni
stali się Twoimi głosicielami podobnymi do tych,
których pochylone czoła raczyłeś namaścić olejkiem Twojej Mądrości,
oświeć nas i prowadź z ziemi rozpaczy do Królestwa Bożego,
do Stolicy sławionej z kryształu i światła.

Ojcze i Synu i Duchu Święty, Słowo,
Drogowskazie wbity na rozstajach kosmosu przybywaj,
Nadziejo nieogarniona, zawsze obecna i zawsze nadchodząca.

Przybywaj Boże, Zaczynie człowieczeństwa
i uczłowiecz człowieka jak uczłowieczyłeś siebie!

 

Hymn do Biblii

Bądź pozdrowiona
I pochwalona
I błogosławiona
Biblio
Stworzona przed Stworzeniem
Gdy nic jeszcze nie było Stworzone
Przed czasem
Gdy czasu nie było
Przed przestrzenią
Gdy przestrzeni nie było
A Duch Boży unosił się
Nad szaleństwem i zamętem pustki

Powstałaś z gorącego oddechu Pana,
Z Jego rozpalonego tchnienia,
Z Jego Głosu,
Będącego istotą,
Zalążkiem i kiełkiem
Wszechbytu,
Biblio,
Ziemio wiecznych wulkanów,
Gorących źródeł
I kipiących gejzerów
Bijących z głębi Wiekuistego,
Księgo,
Potężny lądzie
Wyrzucony na powierzchnię niewidzialnych wód
Wybuchem wrzącej lawy,
zastygłej w niebotyczne góry,
Księgo,
Do której codziennie wracam
Coraz uboższy o świat
I coraz bogatszy
O Ciebie,
O Ciebie,
O Ciebie,
Kosmiczny monologu Boga.

Na skrzyżowaniu niezliczonych czasów
– Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość
Są tylko ich znikomym odpryskiem –
Pan wywiódł Cię ze swojej pamięci
Na użytek ludzkiego umysłu,
W miarę rozległego i w miarę ciasnego,
I według prawideł,
Rządzących nieporadnością ludzką,
Pomniejszył niewyrażalne do wymiarów wyrażalnych,
Niewidzialne do wymiarów widzialnych,
I tam, gdzie i te wymiary
Okazały się niedostępne dla człowieka,
Stworzył
Symbole,
Podobieństwa,
Przypowieści
I obrazy,
I uczynił je
Służebnicami ludzkiej nieporadności,
Usiłującej wyrazić niewyrażalne.

Wtedy Pan ukształtował Twoje gardło,
Wyrzeźbił Twoje podniebienie
Na podobieństwo niebieskiego sklepienia,
Twoim wargom i językowi
Dał umiejętność tworzenia dźwięków
I tchnąwszy w Ciebie swój Głos
Uczynił go Głosem Twoim,
Głosie,
Głosie,
Widzialny Głosie,
Wyłaniający się spoza gór Moabu,
Wschodzący zza piasków pustyni,
Pierwszym wersetem Genesis
Bereszit bara Elohim,
Świętym początkiem liter,
Zalążkiem zdań, rozdziałów i ksiąg,
Które w rytmie Bożego oddechu
Posuwają się równocześnie
We wszystkich kierunkach
Jak wóz chwalebnego Tronu,
Gdy go na ziemi chaldejskiej
Nad rzeką Kebar
Ujrzał w zachwyceniu
Przerażony Ezechiel.

O Biblio,
Biblio,
Biblio,
Stolico Pana,
Wschodząca nad szaleństwem bezładu
I przepaściami zamętu,
Módl się za tych, którzy w Ciebie wierzą.
I za tych, którzy o Tobie wątpią,
Módl się za tych, którzy Cię czytają,
I za tych, którzy nie umieją Cię czytać,
Módl się za tych, którzy Cię wielbią,
I za tych, którzy na Ciebie plwają,
Módl się za tych, którzy Cię znaleźli,
I za tych, którzy nie umieją Cię znaleźć,
Módl się za tych, którzy żyć bez Ciebie nie mogą,
I za tych, którym nie jesteś potrzebna do życia,
Módl się za tych, dla których jesteś prawdą,
I za tych, dla których jesteś zbiorem
Orientalnych baśni.

Módl się za nami,
Biblio,
Która trwać będziesz do końca czasów,
Aż w Dniu Ostatecznym,
Wyznaczonym i utwierdzonym,
Wrócisz za góry Moabu
I za wydmy pustynne,
Tam gdzie przebywałaś przed Stworzeniem,
Gdy nic jeszcze nie było stworzone,
Do miejsca bez miejsca,
Do czasu bez czasu,
Ty,
Pozdrowiona
I pochwalona,
I błogosławiona,
Księgo,
Księgo,
Księgo,
Ocieniona przez Boga,
Matko ukrzyżowanego Mesjasza.

 

Biblio, ojczyzno moja

Biblio, ojczyzno moja,
Biblio, moja ziemio polska,
Galilejska
I franciszkańska,
O wy, Księgi mojego dzieciństwa,
Pisane dwujęzyczną mową,
Polską hebrajszczyzną,
Hebrajską polszczyzną,
Dwumową
Świętą
I jedyną.

Gdy ma się ku zachodowi
I z lipy przed moim domem opadają liście,
Siedzę nad Tobą,
Biblio,
I wywołuję z Twoich wersetów
Wszystkich najlepszych,
Którzy są dla mnie niedościgłym wzorem,
Wszystkich najpiękniejszych,
Których podziwiam,
Wszystkich szlachetnych,
Którym nie umiem dorównać,
Biblio,
Mówiąca do mnie głosem napomnienia
I głosem nagany,
I głosem gniewu,
I głosem kary,
I głosem potępienia,
I głosem przestrogi,
I głosem sumienia,
Biblio,
Sprawująca nade mną
Sąd.
Gdy ma się ku zachodowi,
A z lipy przed moim domem opadają liście,
Patrzysz na mnie
Oczami Ojca i Syna, i Ducha Świętego,
Oczami moich praojców,
Oczami mojego dziadka,
Oczami mojej żony,
Oczami moich umiłowanych poetów,
Oczami Jana z Czarnolasu, Skargi i Anhellego.

Wołasz do mnie z głębokości
Psalmem krematoriów,
Płaczem nad ruinami walczącej Warszawy,
Lamentem nad zwłokami spalonego getta,
Pamięcią Oświęcimia,
Treblinki,
Majdanka,
Jeremiaszowym jękiem
Moich w dwójnasób umęczonych
Dziejów.

Wszystko jest w Tobie,
Cokolwiek przeżyłem.
Wszystko jest w Tobie,
Cokolwiek kochałem.

Wszystko.

Cały żywot własny
Człowieka,
Żyjącego w nawiedzonym przez szatana
Wieku.

Zaplątany w jego sprzecznościach,
W szaleństwach
I w kłamstwach,
Jak Absalom w gałęziach wisielczego dębu,
Na Tobie uczyłem się żyć.
Na Tobie uczyłem się czytać,
Na Tobie uczyłem się pisać,
Na Tobie uczyłem się myśleć,
Na Tobie uczyłem się prawdy,
Na Tobie uczyłem się prosić o odpuszczenie grzechów,
Na Tobie uczyłem się kochać,
Na Tobie uczyłem się mądrości,
Na Tobie uczyłem się przebaczenia,
Na Tobie uczyłem się pokory,
Na Tobie uczyłem się modlić.

Jeżeli jednak nie nauczyłem się żyć,
Jeżeli nie nauczyłem się czytać,
Jeżeli nie nauczyłem się pisać,
Jeżeli nie nauczyłem się myśleć,
Jeżeli nie nauczyłem się prawdy,
Jeżeli nie nauczyłem się prosić o odpuszczenie grzechów,
Jeżeli nie nauczyłem się kochać,
Jeżeli nie nauczyłem się mądrości,
Jeżeli nie nauczyłem się przebaczać,
Jeżeli nie nauczyłem się pokory,
Jeżeli nie nauczyłem się modlić,
Moja wina,
Moja wina,
Moja bardzo wielka wina.

Już ma się ku zachodowi,
Z lipy przed moim domem opadają liście.
Ludzie z mojego życia bezpowrotnie odchodzą,
Grobów jest więcej niż żywych przyjaciół,
Nawet spłowiał atrament na matczynych listach,
Pisanych do mnie nocą z dzielnicy pogromu.

A ja siedzę nad Tobą,
Biblio,
I uczę się śmierci.

Może tego jednego w końcu się nauczę.

 

Hymn do Trójcy Świętej

Z otchłani wołam do Ciebie,
Ojcze i Synu, i Duchu Święty

Ufającym Tobie
I czekającym na Ciebie
Przebacz grzechy i nieprawości,
I Użycz nam
Bezskrzydłym,
Upadłym
I niespełnionym
Mocy ciążenia
Ku niebu,
I zbaw dusze nasze,
Które szeleszczą jak nietoperze
W rozpadających się domach
Naszych kalekich ciał.

Pozwól nam z naszych modlitw
Zbudować dla Ciebie katedrę
Zastygłą
W kształcie strzelistych dłoni
Złożonych
W gotyckim geście,
Błagalnym,
W którym lęk idzie w zawody z zachwytem
Nad Twoją wszech doskonałością,
Trójco nieprzenikniona.

Wszystko, co jest odsłonione,
Przeczy Tobie,
Wszystko, co jest na powierzchni,
Jest zwątpieniem o Tobie,
Wszystko, co jest ujawnione,
Jest urojeniem o Tobie,
Pustym nazwaniem,
Które nas mami
Swoją zwodniczą mielizną,
O, Trójco,
Potrójny Tronie Mądrości!

Z otchłani naszej niewiedzy
Wołamy do Ciebie,
Dziękując za wszystko,
Czego nie ujawniłaś,
I co zakryłaś,
I co utaiłaś
Wcielona i nieodgadniona
Tajemnico,
Pocieszycielko zmęczonych.

Oto jest owoc modlitwy.

 

Gethsemani

Gdy smutna stała się Jego dusza aż do śmierci,
Odszedł na rzut kamieniem i padł na oblicze
Swoje jak na oblicze światła.

Apostołowie odgrodzili się od Niego
Ścianą snu.
O czym śnić mogą ludzie
W tłoczni krwi i potu? O czym?
Może liczyli we śnie
Chleby spadające na Galileę
I ryby wzlatujące do nieba?

Stojąc na rzut kamienia
Pomiędzy ludźmi i Bogiem,
Modlił się:
„Ojcze, boję się ludzkim strachem
I smucę się ludzkim smutkiem.
Błagają Cię o to moje spękane wargi,
Tę godzinę krzyża,
Ale nie według mojej,
Ale Twojej woli.
Błaga Cię o to moje zmęczone i słabe ciało,
Błagają Cię o to moje spękane wargi,
Błagają Cię o to moje spuchnięte nogi.
Ale chociaż Cię błagam,
Nie wysłuchaj modlitwy mojego ciała,
Nie wysłuchaj modlitwy moich ust,
Nie wysłuchaj modlitwy moich rąk,
Nie wysłuchaj modlitwy moich nóg,
Nie wysłuchaj modlitwy mojego krwawego potu.
Albowiem nie może być zaprzeczony płacz psalmów
I nie może być zaprzeczony język proroków,
I nie może być zaprzeczone istnienie człowieka,
Brata moich cierpień i zabójcy mojej krwi,
Dlatego niech nadejdzie godzina krzyża
I niech się stanie Twoja wola,
Albowiem ona jest moją wolą,
Boże,
Obleczony w moje drżące i spocone ciało”.

Tak modlił się,
A oni, chociaż słyszeli Jego słowa,
Nic nie rozumieli. Nie chcąc wrócić
Do rzeczywistości, leżeli bez ruchu
Na dnie snu
I udawali, że nawet nie słyszą
Szelestu anioła, który pełzał
Pomiędzy ich ciałami,
Jak ulicami wyludnionego miasta.

 

Takie było Twoje ukrzyżowanie, Boże

Takie było Twoje ukrzyżowanie, Boże,
Chociaż na pewno odbyło się ono inaczej,
Niż ja to opisałem niezdarnym piórem.
Jak trudno opisać Twoją śmierć, Boże. Jak trudno.
Nie jestem Adamem od Świętego Wiktora.
Ale to jeszcze nie wszystko. Jest między
Nami sprawa, którą muszę ujawnić,
Aby ujawnione zostały wszystkie przyczyny
Twojego męczeństwa. Brak wśród nich
Mojego grzechu. Grzechu nie popełnionego.
Chociaż nie byłem pięciopalcą dłonią sługi Annasza,
Chociaż nie narzuciłem na Twoje ramiona
Szkarłatnego płaszcza, a w ręce Twoje
Nie wetknąłem bambusowej trzciny,
Chociaż nie byłem wśród gawiedzi,
Która domagała się Twojej śmierci –
Ale moja nieobecność była tylko pozorna.
Urodziłem się dwa tysiące lat później.
Gdybym żył za Twoich czasów, w Jerozolimie,
Na pewno bym wołał:
„Krew Jego na nas i na syny nasze!”
I krzyczał:
„Zstąp z krzyża!”
A potem wróciłbym, Boże, do domu,
do domu mojej beznadziejności,
Dźwigając na ramionach Twoją wełnianą szatę,
Której jakość badałem palcami.
Ta możliwość grzechu męczy mnie i upokarza.
Albowiem dobrze znam siebie.
Nie odważyłbym się krzyczeć w Twojej obronie
Ani głośno sprzeciwiać się wyrokowi.
Jestem małym człowiekiem, po trochu tchórzem,
Po trochu egoistą, po trochu drwiącym łotrem,
Który woli żyć wśród cielców, przeżuwających pustynię,
Niż umrzeć za samotną prawdę.

Dlatego przebacz mi tę moją bolesną świadomość,
Dlatego przebacz mi tę gorzką możliwość,
Tę jeszcze jedną przyczynę Twojej śmierci,
Tę przyczynę, o której Ewangeliści zapomnieli,
Tę przyczynę, o której Ewangeliści nie piszą,
Tę przyczynę, o której Ewangeliści milczą.

Przebacz mi, Boże, grzech nie popełniony.

 

Rachunek kamieni

Przebudzony kamień jest bardzo zdziwiony.
Z przebudzenia wynika, że nie jest kamieniem.
Więc czym jest? Z jakiej materii zdziałany?
Niewielkie jest moje poznanie, niewielkie,
Moja wiedza jest skąpa, a to, co rozumiem,
Jest owocobraniem mojej słabej wiary.
Trud mój dopiero teraz się zaczyna,
Boże, który jesteś dla mnie większym ciężarem
Niż ja dla Ciebie.
A chociaż upadam pod Twoim brzemieniem,
Trwam pod nim.
Bo pragnę zasiąść
Na drugim brzegu człowieka,
Na drugim brzegu brata,
Na drugim brzegu myśli,
Na drugim brzegu serca.
Przy stole pojednania,
Gdzie wszystko ma swój sens i ład,
Gdzie nie ma żadnych sprzeczności i złudzeń,
Gdzie duch nie walczy z oporem materii,
Gdzie ostry topór nie godzi w pień drzewa,
Gdzie krew nie płynie od ukłucia nożem,
Gdzie woda nie jest przeciwna ogniowi,
Gdzie nie istnieje szukanie i lęk.

Dlatego wierzę, chociaż owa wiara,
Która dla innych jest ojczyzną ciszy,
Dla mnie jest jeszcze jedną
Burzą.

Dlatego wciąż od nowa szukam Cię i szukam,
Jakby Cię za mało było w tym wszystkim,
W czym Cię nieustannie widzę i czuję.
Jesteś umęczony mną, Boże,
Ale ja również jestem umęczony Tobą.

Zerwane sieci w falach Genezareth,
Gorzkie modlitwy, piwnice, ciemności
I medytacje nad tajemną sprawą,
Dlaczego ginie sprawiedliwy mąż,
A zły zasiada w radzie człowieczeństwa,
Dlaczego mędrzec pada pod toporem,
A tłuste sadło żre włochaty szczur,
Dlaczego kłamie czarna zakonnica,
A Maria Curie była ateistką.
Kołowrót męki, niepokój sumienia
I karuzela grzechów, i upadek,
I to pytanie, od którego bolą
Wargi:
Powiedz, czy tę rzeczywistość
Może ocalić poezja?

A potem znów wszystko od początku.
Zawiłe drogi, zasadzki i sidła,
Zerwane sieci w falach Genezareth
I wizja kwitnącego figowca,
Który jeszcze wieczorem
Był uschniętym kikutem.

Boże nauki, serc i intuicji,
Pragnę odnaleźć nici, które łączą
Serce z sercem, zjawisko ze zjawiskiem,
Pragnę odnaleźć kiełki wszystkich zdarzeń,
Ich sen i jawę, spoczynek i trud,
I te klęczące w naiwnej pokorze
Pyłki i ziarnka,
I te przeciwko Tobie zbuntowane
Góry gigantów,
Abym mógł wreszcie zrozumieć i pojąć,
Jak żyć, by przeżyć godnie odrobinę
Wrogiego czasu.
Jak żyć, by nie złamać
Twego imienia –
Ja, celnik, który kiedyś
Będę Cię błagał o kromkę wieczności
Jak o kromkę chleba.

 

Litania o zbawienie od głupoty

Zbaw nas od głupoty, Panie!

Jesteśmy solą zwietrzałą i bezużyteczną.

Nie umiemy żyć,
Nie umiemy myśleć,
Nie umiemy patrzeć,
Nie umiemy słyszeć,
Nie umiemy niczego przewidzieć,
Nie umiemy z nieszczęść
Wyciągnąć zbawiennych nauk,
I tak wspinamy się
– Zgraja ludzi
Opętanych żądzą zdobywania –
Po stromej drabinie złudzeń,
A jej szczeble pękają i łamią się
Pod ciężarem naszych nierozważnych kroków.

Czyniąc wszystko na przekór zdrowemu rozsądkowi
I przyrodzonej skłonności do trwania,
Idziemy urojoną drogą
Do urojonego celu,
W klęskach naszych upatrujemy zwycięstwa,
W zwycięstwach nie widzimy zarodków klęski,
W nonsensie upatrujemy sens,
A mowę,
Ten przywilej i chlubę naszego wybraństwa
Uczyniliśmy narzędziem pustej paplaniny
I brzydoty,
I jadowitego kłamstwa,
Na którym usiłujemy zbudować
Wielkość człowieka.

Boże nieskończonej mądrości,
Stworzycielu doskonałego kosmosu
I najpiękniejszej ziemi,
Nieśmiertelnej duszy
I mózgu,
I szarych komórek,
I pięciu zmysłów,
I wolnej woli,
Wyzwól nas z drapieżnych szponów głupoty
Tej czarnookiej kusicielki,
Wabiącej nas na wszystkich rogach historii
Jak na rogach ulic,
Od tej sprawczyni
Naszych błazeńskich zamiarów i czynów,
I upadków,
I jałowego życia,
I daj nam mądrość oczyszczenia,
Nam,
Synom ziemi,
Soli zwietrzałej i bezużytecznej.

 

Madonna ateistów

Czuwam nad tymi,
Którzy nie wierzą
W mojego Syna.

Pragnę im pomóc.

Są moimi dziećmi.

Jak wszyscy.

Chociaż nic o tym
Nie wiedzą.

Modlę się.

Modlę się
Za tych,
Którzy się nie modlą.

Gdy krwawią,
Moją modlitwą
Jak bandażem
Owijam ich rany.

Gdy toną,
Rzucam im
Moją modlitwę
Jak pas ratunkowy.

Gdy umierają,
Z mojej modlitwy
Czynię wezgłowie
Dla ich zmęczonej
Skroni.

A potem biorę do ręki
Ich syczące popioły.

I kładę je
U stóp mojego Syna.

I błagam Go
O miłosierdzie
Dla próchna.

Dla przeczących

Dla niewierzących.

Dla nie istniejących.

Mówię:
Stwórz ich,
Mój Synu najukochańszy.

Wypełń ich
Swoją treścią.

Natchnij ich
Swoją wiecznością.

Rozpal ich
Swoją męką.

Niech będą
Twoim cierniem.

Niech będą
Twoim krzyżem.

Umrzyj za nich.
Umrzyj jeszcze jeden raz.
Jeszcze raz.

Ostatni raz,
Mój Synu najukochańszy.

Błaga Cię o to
Twoja Matka.

Błaga Cię o to
Madonna ateistów.

 

Psalm bezsilności

Ja kamień
Leżę przy drodze.

Panie,
Jesteś nieskończony i wieczny,
Ale równocześnie jesteś
Drobną kroplą deszczu,
Padającą w miarowych odstępach czasu
Na mnie,
Na kamień.

Jestem cierpliwy.

Mimo niezliczonych zabiegów
Niczego dotychczas nie umiałem poznać,
A przede wszystkim wciąż nie rozumiem,
Po co porzuciłeś mnie,
Panie,
Przy drodze,
Przy której leżę
I trwam,
Zawsze ten sam mimo upływu tysiącleci,
Ten sam,
Ten sam.

Więc jakże mam się rozeznać
W tym labiryncie zdarzeń,
Z których każde samemu sobie
Zuchwale urąga?
Nadaremne są moje wysiłki,
Twórco Złożoności i Celowości,
Których nikt nie odczyta.
Zamknięty w ciemnych murach
Mojego trwania,
Ja,
Niewolnik Twej woli,
Leżę przy drodze.

Padaj na mnie nieustannie
I w równych odstępach czasu,
Aż mnie przedrążysz na wylot,
Boże,
Wcielony w kroplę deszczu.

Ja kamień
Jestem cierpliwy.

I bardzo, bardzo bezsilny…

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Sylwetki, Wiersze i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Błaganie o kromkę wieczności. Roman Brandstaetter

  1. Szukam pierwszego wiersza o Piłsudskim !!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.