Uciekli przed ukraińską siekierą

fot. z arch. Ewy SiemaszkoEwa Siemaszko

Ludobójcza depolonizacja rozpoczęta w końcu 1942 r. na Wołyniu przez nacjonalistów ukraińskich z Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii w połowie 1943 r. przybrała apokaliptyczny wymiar.

Ludobójcza depolonizacja rozpoczęta w końcu 1942 r. na Wołyniu przez nacjonalistów ukraińskich z Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii (potocznie zwanych banderowcami) w połowie 1943 r. przybrała apokaliptyczny wymiar. Tylko w ciągu jednego dnia, 11 lipca 1943 r., wybijano Polaków jednocześnie w 100 miejscowościach dwu powiatów, w pozostałe dni mordy odbywały się w innych rejonach Wołynia, w niektórych dotknęły po kilkanaście miejscowości w jednym czasie.

Wkrótce eksterminacją objęto Polaków w Małopolsce Wschodniej (tarnopolskie, stanisławowskie, lwowskie), gdzie największe nasilenie zbrodni było w 1944 roku. Z różną intensywnością napadów dokonywano aż do zakończenia ekspatriacji w latach 1945-1946.

Masakry Polaków urządzane przez banderowców wywoływały u potencjalnych ofiar różne reakcje. Wszechobecny niepokój, narastający wraz ze złymi wiadomościami był nieraz tłumiony poczuciem niewinności: „nic złego nie uczyniłem Ukraińcom, więc dlaczego mieliby mnie mordować”. Trudno było bowiem zrozumieć, że dla nacjonalistów ukraińskich największym przewinieniem Polaka było to, że jest Polakiem i że właśnie dlatego Polacy są mordowani.

Tropieni jak zwierzęta

Rzezie wołyńskie dokonywane były głównie na terenach wiejskich, a dla polskiego chłopa opuszczenie gospodarstwa, które zapewniało rodzinie egzystencję, było trudne do wyobrażenia, zwłaszcza w warunkach okupacji niemieckiej, pod jaką były wówczas Wołyń i Małopolska Wschodnia. Mimo ściągania ze wsi grabieżczych kontyngentów przez Niemców, na wsi nie umierało się z głodu i był dach nad głową.

Zagrożeni Polacy początkowo trzymali się swych siedzib, wystawiali warty ostrzegające przed zbliżającymi się napastnikami, co sprzyjało ucieczce i ukryciu się w lesie, na polach, w różnych kryjówkach w pobliżu, na strychach domów, w stodołach. Jednak wartowania i patrole były organizowane tylko w części czysto polskich miejscowości. Najczęściej unikano zaskoczenia napadem czy podpaleniem domostwa, spędzając noce poza domem – w lesie, zagajnikach, w polu, w ogrodach, nawet przez wiele miesięcy, we wschodniej części Wołynia od zimy 1943 roku. Całe rodziny, z dziećmi w każdym wieku, bez względu na pogodę, na mrozie i deszczu, spały w ciepłych ubraniach, zawijając się w derki i koce, na pierzynach i kożuchach rozkładanych na ziemi, na gałęziach. Latem chowano się w stogach. Zimno i wilgoć powodowały choroby, zwłaszcza u dzieci. Rano powracano do prac gospodarskich. Nie uchodziło to uwagi Ukraińców i wiele mordów następowało, gdy Polacy zjawiali się w swych sadybach.

O takiej sytuacji wspomina Janka „Wołynianka” z kolonii Głęboczek na Wołyniu: „Był lipcowy poranek. Niektórzy z ukrywających się w lesie, z powodu przeciągającego się deszczu tej nocy wrócili do domu. Byli to przeważnie ci, którzy mieli małe dzieci. […] Wczesnym rankiem, wśród złowróżbnej ciszy, nagle rozległ się przeraźliwy ludzki krzyk… rodzice jak stali, tak wybiegli z domu… dom stojący opodal już płonął… od jego strony biegło dwu banderowców… jeden z nich miał karabin, ale nie strzelał. Ojciec trzymał mnie na ręce, a drugą ręką trzymał się z moją matką, która była w dziewiątym miesiącu ciąży. […] Rodzice zaczęli biec w stronę rosnącego za domem zboża. Wtedy banderowiec zaczął strzelać. Na szczęście niecelnie”.

Przemyślni gospodarze budowali podziemne schrony na terenie gospodarstwa, w ogrodzie lub w polu, do których były zamaskowane wejścia, a niekiedy nawet podziemny korytarz. W tych kryjówkach spędzano noce, które uważano za typowy czas napadów i do nich też uciekano w ich trakcie. Wszystkie te sposoby przetrwania „na swoim” w nadziei na „uspokojenie sytuacji” albo kończyły się zamordowaniem wszystkich lub części ukrywających się, albo ucieczką, gdy okazywało się, że kryjówka nie daje pewności przeżycia.

Punkty oporu

Skuteczniejszym działaniem chroniącym życie i dającym szansę na przetrwanie na miejscu do końca wojny, który miał przynieść bezpieczeństwo i spokój, było organizowanie samoobrony. Wiązało się z tym wiele problemów. Pod obiema okupacjami – najpierw sowiecką, potem niemiecką – posiadanie broni i organizowanie się było karane. Jednakże Niemcy po swojej klęsce pod Stalingradem, szarpani przez dywersję sowiecką, nie byli już zdolni do absolutnego sterroryzowania ludności wschodnich terenów okupowanych.

Polacy, nie bacząc na ewentualne reakcje władz niemieckich, podejmowali ryzyko tworzenia placówek samoobrony. Reakcje Niemców na samoobronę zaś były różnorakie – od tolerowania do pacyfikacji – w zależności od indywidualnego stopnia wrogości wobec Polaków lokalnych administratorów i wojskowych dowódców załóg niemieckich.

Kolejnym problemem był brak broni i amunicji, toteż w niektórych miejscowościach na Wołyniu wartownicy dla odstraszenia bojówkarzy UPA paradowali z atrapami karabinów wykonanymi przez stolarzy. Większość samoobron uległa samolikwidacji, gdy stwierdzano przewagę UPA i współdziałającego z nią chłopstwa ukraińskiego, część została przez UPA rozbita. Na Wołyniu przetrwało do wkroczenia wojsk sowieckich w 1944 r. kilkanaście punktów samoobrony ze stu dwudziestu kilku, natomiast w Małopolsce Wschodniej „uchowało się” znacznie więcej takich placówek z podobnej liczby samoobron. Dobrze zorganizowane i silne samoobrony przyciągały ludność polską z okolicy. Przybywali tam Polacy w obawie przed ukraińską siekierą i kosą oraz niedobitki z atakowanych osiedli polskich. Bardzo wiele ocalałych z pogromów uchodźców przybywało do placówek samoobrony bez niczego, nawet półnadzy wyrwani ze snu ciosami oprawców i pożogą ich domostw. Byli też wśród nich ranni. Solidarność stałych mieszkańców placówek samoobrony wobec tych nieszczęśników była na ogół imponująca, mimo i tak ciężkich warunków okupacyjnych bez dodatkowych obciążeń przybyszami.

Kolonia Przebraże

Największą samoobroną, najsprawniej funkcjonującą, wręcz wyjątkową, dającą schronienie łącznie ok. 10 tysiącom ludzi, było Przebraże – polska kolonia w powiecie łuckim na Wołyniu. Żaden inny punkt samoobrony jej nie dorównał. Nazywano ją bazą samoobrony, ponieważ swym zasięgiem objęła kilka sąsiednich polskich kolonii, w których również zorganizowały się grupki obrońców. Baza była otoczona rowami z zasiekami i stanowiskami strzeleckimi, strzeżona nieustannie przez cztery kompanie obrońców na dwudziestokilometrowym obwodzie obozu.

Od późnej wiosny 1943 r. wciąż do Przebraża przybywali uchodźcy, najwięcej po okrężnym pochodzie UPA na Przebraże z 4 na 5 lipca 1943 r. niszczącym po drodze wszystkie polskie kolonie. Po maksymalnym zapełnieniu wszystkich budynków tysiące ludzi, w tym dzieci, całe lato koczowały w szałasach, zmagając się z prymitywnymi pod każdym względem warunkami życia. Przed zbliżającymi się chłodami postawiono drewniane baraki, pobudowano ziemianki, gdzie ludzie tłoczyli się, cierpliwie oczekując na kres mordęgi i licząc na powrót w przyszłości na swoje gospodarstwa, ich odbudowanie i normalne życie.

Nie lada wyzwaniem dla kierownictwa samoobrony Przebraża było zapewnienie wyżywienia tak wielkiej rzeszy ludzi tam zgromadzonych, pozbawionych samozaopatrzenia ze swoich gospodarstw. Głównym sposobem zdobywania żywności były wyprawy z uzbrojoną obstawą członków samoobrony na pola uchodźców, ale też na pola ukraińskie, do czego doprowadziła UPA, uniemożliwiając Polakom uprawy i zbiory. W tak ciężkich okolicznościach samoobrona, oprócz stałej gotowości bojowej i staczania walk i potyczek z UPA, organizacji zaopatrzenia, musiała także panować nad nastrojami ludności, porządkiem w obozie, problemami sanitarnymi, zwalczyć epidemię tyfusu.

Przebraże wytrzymało kilka ataków UPA, urządziło też kilka akcji prewencyjno-odwetowych na wsie ukraińskie zagrażające jego istnieniu. Doskonała organizacja obrony i obozu, waleczność i determinacja ocaliły życie tysięcy Polaków. Nawet ukraińskie donosy do Niemców na Przebraże nie doprowadziły do likwidacji tej warowni, w przeciwieństwie do innych podobnych ośrodków samoobrony.

Typowym przykładem zlikwidowania rękami niemieckimi polskiej samoobrony, której UPA nie dawała rady, był Hanaczów w województwie tarnopolskim, nękany przez wiele miesięcy przez UPA i w końcu spacyfikowany przez Niemców „zarzuconych” ukraińskimi donosami.

Bezbronni

Oprócz samoobron od połowy 1943 r. na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej zawiązywały się oddziały partyzanckie, również chroniące ludność polską przed UPA. Na Wołyniu oddziały te osłaniały niektóre placówki samoobrony, w krytycznych momentach ratowały je przed rozbiciem przez UPA. Nigdzie jednak Polacy nie byli w stanie stworzyć sił równoważących liczebnie i zdolnością bojową OUN-UPA, tak więc istniały ogromne obszary polskiej bezbronności przed barbarzyństwem i bezwzględnością banderowców.

Z takich terenów ratunkiem dla Polaków była ucieczka jak najdalej od groźnego ukraińskiego sąsiedztwa. Jedni uciekali, zanim zostali zaatakowani, inni jako niedobitki z napadu. Kierowano się do miast, stosunkowo bezpiecznych dzięki stacjonowaniu Niemców, których obecność hamowała UPA. Dla większości uchodźców miasta były etapem dalszej wędrówki, Niemcy gromadzili bowiem uchodźców w obozach przejściowych i wysyłali koleją na przymusowe roboty do III Rzeszy. W miastach pozostawali tylko ci, którym udało się znaleźć lokum i zajęcie chroniące przed wywozem na roboty. Wśród uchodźców były sieroty, nie wszystkie znajdowały opiekunów, jak np. jak 10-letnia Leokadia Nowakowicz z wołyńskiej kolonii Aleksandrówka, która straciwszy rodzinę, ranna po pobycie w szpitalu, jakiś czas żyła na targowisku we Włodzimierzu Wołyńskim, śpiąc na stole do rozkładania towaru i żebrząc o jakiekolwiek jedzenie.

Uchodźcy w miastach borykali się z głodem, a stali mieszkańcy nie mieli czym się z nimi dzielić. Aby przeżyć, trzeba było robić wypady na wieś, na swoje lub cudze gospodarstwa, w poszukiwaniu jakiejkolwiek żywności. Zdarzały się też zorganizowane przez Niemców chronione zbrojnie ekspedycje żniwne i na wykopki – z udziałem uchodźców, którzy w zamian za pracę otrzymywali niewielkie ilości płodów rolnych. W tych żywnościowych wyprawach wielu Polaków straciło życie z rąk bojówek ukraińskich.

Exodus Polaków

Z osiedli przylegających do przedwojennej granicy z sowiecką Ukrainą Polacy uciekali na jej teren, bliski opuszczonej ojcowiźnie, a mający opinię wolnego od nacjonalizmu. Tamtejsi Ukraińcy nie okazywali wrogości wobec polskich przybyszy, nawet im pomagali, ale od czasu do czasu zagony UPA zapuszczały się tam w pogoni za Polakami, uciekano więc jeszcze dalej na wschód, wszędzie pozostając w nędzy i tymczasowości.

Z kolei z północnej części Wołynia, głównie powiatu sarneńskiego, część uchodźców kierowała się na północ do województwa poleskiego. Tam względne bezpieczeństwo, mimo penetracji przez bojówki UPA, zapewniały bazy zgrupowań sowieckiej partyzantki, w pobliżu których zakładano obozy z ziemiankami i barakami. Tam w jeszcze gorszych warunkach niż w Przebrażu, w bagiennym otoczeniu, bytowały głównie kobiety z dziećmi, mężczyźni bowiem od razu byli zabierani do sowieckich oddziałów, co umożliwiało im choć częściowo opiekę nad obozami.

Niezwykłym przypadkiem była wspólna wędrówka taborami pięciu polskich osiedli ze zwierzętami gospodarskimi z północy powiatu sarneńskiego (Lado, Tatynne, Perestaniec, Omelno, Jaźwinki) po bezpieczniejszym Polesiu. Przemieszczano się w okolice, gdzie stacjonowały sowieckie oddziały partyzanckie, ale te wciąż zmieniały miejsca pobytu, co zmuszało do dalszej wędrówki. Trwała ona po poleskich lasach i bagnach 6 miesięcy, podczas których obozowano w szałasach nawet zimą. Powrót „na swoje” nastąpił w styczniu 1944 r., po wyparciu Niemców przez Sowietów z północy Wołynia, miał to być koniec gehenny. Jednak po pewnym czasie, nękani nadal napadami banderowców, mieszkańcy wędrujących kolonii musieli przenieść się do miasta i wkrótce w 1945 r. zostali ekspatriowani do Polski.

Nieustanne zagrożenie życia doprowadzało część Polaków do takiego stanu psychicznego, że mimo przywiązania do ziemi i lęku przed niemożnością utrzymania się bez gospodarstwa oraz wywózką do przymusowych robót decydowali się na własną rękę opuścić zagrożone tereny, byle dalej od banderowskich pogromów.

Z południa Wołynia uciekano do województw tarnopolskiego i lwowskiego (należących do Generalnego Gubernatorstwa), a z zachodnich powiatów wołyńskich na Lubelszczyznę, sądząc, że tam będzie bezpiecznie, co wkrótce okazało się złudne, bo akcje ludobójcze weszły również na te tereny. Wołyń był oddzielony od reszty kraju granicą pilnowaną przez Niemców i ukraińskich „pograniczników”. Przekroczenie jej pieszo i wozami konnymi polegało na sprytnym ominięciu placówek kontrolnych lub przekupieniu strażników. W lipcu i sierpniu 1943 r., podczas największych fal rzezi Polaków straż nie była w stanie sprostać naporowi uchodźców, więc kapitulowała. Część Polaków wyjeżdżała koleją, choć pod okupacją niemiecką nie wolno im było jeździć pociągami, więc albo uzyskiwano od władz niemieckich zezwolenia, albo załatwiano z Polakami-kolejarzami, obsługującymi niemieckie transporty, nielegalny przewóz w zamkniętych wagonach towarowych.

Przeciwstawianie się banderowskiemu ludobójstwu, uparte wysiłki, by jakoś przeżyć i przetrwać depolonizację, by nadal żyć na ziemi zagospodarowywanej i cywilizowanej przez wieki, zakończyły się wymuszoną przez Sowietów ekspatriacją w latach 1944-1946, przyspieszaną przez bandyckie napady.

naszdziennik.pl

Prawda i Pamięć 

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, II wojna światowa i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Uciekli przed ukraińską siekierą

  1. emka pisze:

    Program stołecznych uroczystości upamiętniających ludobójstwo na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej

    Dzisiaj, 11 lipca 2014 r.

    godz. 9.30
    Uroczystości pod pomnikiem upamiętniającym ofiary ludobójstwa (skwer Wołyński, ul. Gdańska przy al. Armii Krajowej)

    godz. 11.00
    Uroczysta Msza św. w kościele św. Aleksandra (pl. Trzech Krzyży)

    godz. 12.30
    Marsz Pamięci na trasie ul. Nowy Świat – ul. Krakowskie Przedmieście – pl. Zamkowy

    godz. 13.30
    Apel Pamięci przed tablicą upamiętniającą ofiary ludobójstwa OUN-UPA (Dom Polonii, ul. Krakowskie Przedmieście 64)

    godz. 15.00
    Uroczysty koncert okolicznościowy (Dom Polonii, ul. Krakowskie Przedmieście 64)

    godz. 20.00
    Wieczornica Pamięci Ofiar Ludobójstwa (skwer Wołyński, ul. Gdańska przy al. Armii Krajowej). Wystąpienia Ewy Siemaszko, prof. Władysława Filara, modlitwa w intencji ofiar, złożenie wieńców i zapalenie zniczy

    http://www.naszdziennik.pl/wp/84845,program-stolecznych-uroczystosci-upamietniajacych-ludobojstwo-na-wolyniu-i-w-malopolsce-wschodniej.html

  2. Ada pisze:

    Zagłada Huciska Brodzkiego
    Rapsod żałobny Edward Gross
    Tę ziemię łupili przez wiele stuleci
    Moskale, Tatarzy, Kozacy i Turcy.
    Chcieli ją nam zabrać w dwudziestym Sowieci,
    Rozbici nad Wisłą z przyzwolenia Stwórcy.
    Po łupy Tatarzyn odwiedzał te strony,
    Najeżdżając kraj nasz swym utartym szlakiem.
    Kozak kraj pustoszył, gdyż pragnął korony,
    Dziś cię zarżnie Rusin, bo jesteś Polakiem.
    Podpisał Bandera cyrograf z szatanem:
    – Ja swoich rodaków do cna odczłowieczę,
    Ty zaś mi pozwolisz być tej ziemi panem
    I mieć nad ziomkami absolutną pieczę.
    Romanowi dałem generalską gażę,
    Bo on ciemnych chłopów do zbrodni przyucza.
    Muszą być gotowi, gdy wkrótce rozkażę
    Wyrżnąć wszystkich Lachów od Sanu do Zbrucza”.
    Bo wiedział, że plan ten nigdy się nie ziści,
    Czyli że Polaków nigdy nie zwycięży,
    Jeśli nie rozbudzi w kmiotach nienawiści.
    I tu mu się przydał cały zastęp księży.

    Ci wpierw na Wołyniu, później na Podolu
    Wzywali swych wiernych, często w imię Boże,
    Że już czas oczyścić pszenicę z kąkolu,
    Święcili siekiery i rzeźnickie noże.
    Niebawem z Wołynia wieść dotarła sroga,
    Że tam Ukraińcy Polaków mordują,
    Że uznali wszystkich za swojego wroga,
    Ich chałupy palą, a mienie rabują.

    Prawdziwość tych wieści potwierdzają łuny,
    Które okraszały wołyński firmament.
    Były to już pewne tych nieszczęść zwiastuny.
    Budziły niepokój, wprowadzały zamęt.
    Tu się wszyscy bali kurenia z Czernicy,
    Gdyż było wiadomo, że wielu „czużyńców”,
    A zwłaszcza Polaków w tamtej okolicy,
    Straciło już życie z rąk tych barbarzyńców.

    Służąc szatanowi wyrzekli się Boga,
    Kpiąc z nakazów wiary o zbawieniu duszy.
    Rżnąć im nakazano Lachów jako wroga
    I oni w tej zbrodni utkwili po uszy.
    W Wołochach Żeglińskim „zdjęli rękawiczki”,
    Do Kadłubisk poszli rozciąć brzuch kobiecie,
    By potem na stopniach przydrożnej kapliczki
    W hołdzie szatanowi położyć jej dziecię.

    Masłowskich z Czernicy nożami zadźgali,
    Piotra Kochańskiego przybili do belki,
    Sikorów z Nakwaszy piłą ćwiartowali,
    W Ikwie utopili Zbigniewa z Grobelki.

    Chłopiec brnął za ojcem po głębokim śniegu,
    Lecz wnet go złapała męcząca zadyszka,
    Ojciec go ponaglał do szybszego biegu,
    Jego nie złapali, lecz złapali Zbyszka.

    Złapany się zdobył na inny wysiłek –
    Jego krzyk słyszano w odległej Ponikwie.
    Złapał go za nogi bandyta osiłek
    I zanurzył głową w lodowatej Ikwie.

    Wkrótce każdy bandzior, co działał w terenie,
    Oraz każda mała uzbrojona grupa,
    Tworzyli już sotnie i śmierci kurenie,
    By palić wsie polskie pod przewodem UPA.

    Kureń był w Czernicy niedaleko Brodów,
    Ale tuż za lasem, a więc całkiem blisko,
    Leżał założony przez ciąg polskich rodów
    Szlachecki zaścianek – wieś Brodzkie Hucisko.

    Orzekli wodzowie kurenia z Czernicy:
    Tę wieś trzeba zniszczyć! Lecz sami się bali,
    Ściągnęli więc łotrów z całej okolicy,
    I pewnej niedzieli zaatakowali.

    Franciszek Pinkiewicz poznał ich zamiary.
    Zniweczyć je da się tylko naszym męstwem,
    Atak odeprzemy, choć będą ofiary,
    I to będzie można nazywać zwycięstwem.

    Zbrodnia szła z Wołynia potężną lawiną,
    I przed bandytami nie było ucieczki.
    Ich plan przewidywał, że Polacy zginą,
    Dlatego ich rżnęli jak słabe owieczki.

    Łaknęli uznania, nęciły ich łupy,
    Dążyli do władzy, mołojeckiej sławy.
    Gdzie się pojawili, zostawiali trupy.
    Dowolny był powód okrutnej zabawy.

    Jednego zabili, bo miał dobre buty,
    Inny padł ofiarą z powodu kożucha,
    Kolejny bandyta z sumienia wyzuty
    Wyciął swych sąsiadów dla sytości brzucha.

    Bo wiedział, że Polak ma w spichlerzu zboże,
    Kusiły ubrania, nawet pościel nowa,
    Para ładnych koni i krowy w oborze –
    A kto wie, co jeszcze w swoim domu chowa.

    Zamęczyć poczciwca to nawet nie sztuka,
    Gdy ten miast się bronić, o litość go błagał.
    I by go przekonać, argumentów szuka:
    Że gdy był w potrzebie chętnie mu pomagał.

    Jednakże Pinkiewicz nie znał dnia, godziny
    Przyszłego napadu, toteż pełen troski
    Ruszył do Litowisk po polskie rodziny,
    Które chciały uciec z banderowskiej wioski.

    Obroną w Hucisku nikt więc nie kierował,
    Lecz kto miał karabin, ten walczył do końca.
    Bezbronny uciekał lub w lochu się chował,
    Trudno więc powiedzieć, że to był obrońca.

    Wróciwszy z Litowisk, wnet wyciągnął wnioski,
    Choć wieś stała w ogniu i byli zabici,
    Przypuścił kontratak i odbił część wioski,
    Którą nieco wcześniej zajęli bandyci.

    Jego podkomendni z nim samym na czele
    Walczyli jak Bartosz pod Racławicami.
    Odpierali szturmy, a było ich wiele,
    Choć na tych pozycjach byli tylko sami.

    Wieś spowiły dymy, strzelały płomienie,
    Przypalane krowy zrywały łańcuchy,
    A ogień pożerał całe ludzkie mienie.
    W ruch puszczono noże, widły i obuchy.

    Tą „bronią” władali mordercy – rizuni.
    To oni krzyczeli: „Żywych dla nas łapcie!”.
    By potem na oczach bezsilnej babuni
    Poćwiartować dzieci, a na końcu babcię.

    By ratować życie swoje i córeczki
    Janina Żeglińska – wcale nie bez racji –
    Podjęła nieszczęsna ryzyko ucieczki,
    Bo co mogła zrobić w takiej sytuacji”

    Pomysł by się udał – była przecież młoda –
    Gdyby nie świszczące kule koło ucha.
    Trafiona padła jak podcięta kłoda,
    Wykrzyknęła „dziecko!” i oddała ducha.

    Tuż za nią uciekał biegiem/ chyżo Tadek Mucha,
    Chwycił dziecko w biegu i je uratował.
    Potem mu nadano szczytne miano zucha,
    Zaś ojciec maleństwa gorąco dziękował.

    Tomasz Michalewski od samego rana
    Zapewniał, że z Jankiem wszystkiemu podoła,
    Bo chciał, żeby Anna odświętnie ubrana
    Mogła pójść z innymi w tym dniu do kościoła.

    Wiedział, że nad wioską osobiście czuwa
    Oficer Pinkiewicz oraz jego „chłopcy”.
    Grupa Wołyniaków też butów nie zzuwa,
    Choć nie mają rodzin i są tutaj obcy.

    Ci w razie napadu nie ustąpią pola,
    Mszcząc się za rodziny, spalone zagrody.
    Walczą nieulękle na ziemi Podola,
    Chcą ratować innych, nie pragną nagrody.

    Nie myśląc o bandzie, podniósł dziecko z łóżka
    I żeby je uśpić, włożył do kołyski.
    Odwzajemnił czuły uśmiech Tadeuszka,
    Gdy huknęły strzały, powodując błyski.

    Bandyci! – wykrzyknął i w mig włożył kurtkę,
    Dziecko w pled owinął, zawiązując rogi.
    Wyskoczywszy na dwór, w biegu kopnął furtkę
    I jak sarna zniknął za zakrętem drogi.

    Bandyci strzelali, lecz Tomasz nie wiedział
    Kto był dla nich celem – on czy inni ludzie.
    Między nim a nimi pomniejszał się przedział,
    A kroki bandytów dudniły po grudzie.

    Wiedział, że na pewno nie ujdzie pogoni,
    Że zginie od kuli lub gorzej – od noża.
    Tadzia też zabiją, gdy go nie ochroni
    Przed tymi zbójami dzisiaj ręka Boża.

    I runął na skarpę, markując śmierć własną,
    Ale Tadeuszka nie wypuścił z ręki.
    Słyszał jak do innych jakiś bandzior wrzasnął:
    „Od mojej padł kuli i nie zaznał męki”.

    Trik Michalewskiego aż trzy grupy zmylił.
    On bandytów widział, słyszał ich rozmowę,
    Jeden z nich dosłyszał, że chłopczyk zakwilił,
    Przystanął i strzałem roztrzaskał mu głowę.

    Pocisk, który ojcu pogruchotał kości,
    Był klasy „dum-dum” (miał na płaszczu znamię),
    Pozbawił syna życia, ojca przytomności,
    Łamiąc jednocześnie jego lewe ramię.

    Duszę Tadeuszka bez najmniejszej zwłoki
    Anioły uniosły do nieba na wieki.
    Tę drugą Bóg wrócił do ziemskiej powłoki
    I kazał jej śledzić zbrodnię spod powieki.

    Tak więc Tomasz widział płonące chałupy,
    Rozbiegłe zwierzęta, rizunów z „orężem”,
    Rabujących mienie, bezczeszczących trupy,
    Lubo się pastwiących nad złapanym mężem.

    Wśród bandytów widział dużo znanych twarzy
    Z Ponikwy, z Litowisk, Żarkowa, Czernicy –
    Samych nikczemników, nie zaś gospodarzy
    Cieszących się mirem w tamtej okolicy.

    Bandyci biegali po wiosce jak z pieprzem,
    Wpadali do piwnic, stodół, każdej nory,
    Lub się uganiali za opasłym wieprzem,
    Który cudem uszedł z płonącej obory.

    A od wrzasku we wsi aż bolały uszy,
    Padały komendy wydawane krzykiem,
    Wrzask robiło ptactwo osiadłe na gruszy,
    Przypiekane krowy skarżyły się rykiem.

    Ból swój wyrażały rżeniem również konie,
    Śmierć swoją czujące pod płonącym dachem.
    Chromy starzec złożył do modlitwy dłonie,
    Bo nie mógł uciekać ogarnięty strachem.

    Nie miał zresztą na to żadnych możliwości –
    Był człowiekiem starym, z przytępionym słuchem.
    Nie myślał, że gest ten bandytę rozzłości
    I że z całej siły zdzieli go obuchem.

    Wściekły cios bandyty rozłupał mu ciemię,
    I właściciel domu oddał ducha Bogu.
    Przelaną krwią zrosił swą rodzinna ziemię,
    Czym również podkreślił świętość tego progu.

    A co z małym Józiem, niespełna trzylatkiem?
    Kiedy dziadek ręce złożył do pacierza,
    On drżący ze strachu schował się za dziadkiem,
    A gdy dziadek upadł, uciekł do alkierza.

    Lecz wściekły bandyta chwycił go za włosy,
    Wyciągnął zza szafy, rzucił o podłogę.
    Józio w swej obronie krzyczał w niebogłosy,
    I wtedy bandyta przydepnął mu nogę,

    Drugą wziąwszy w łapy, szarpał nią do góry
    Niczym dzika bestia, chcąc swoją ofiarę
    Rozerwać na dwoje, jak sęp padłe kury.
    Chodziło mu o to, by cierpiał nad miarę.

    Wiedział Michalewski, że wraz z krwi upływem
    Plączą mu się myśli i ciało grabieje.
    Stąd wiara w moc Bożą była mu motywem
    I w cichej modlitwie budziła nadzieje.

    Obrona wciąż trwała, wieś nie jest zdobyta –
    Słychać odgłos strzałów z drugiego wsi końca.
    „Kto do kogo strzela – do naszych bandyta,
    Czy może bandytę wziął na cel obrońca”

    Gdzieś tam jest mój Janek – chroń go Panie Boże,
    Chroń wszystkich obrońców, mego brata Staszka.
    Ja pewnie umieram, lecz proszę w pokorze
    Niechaj sczeźnie UPA, zwłaszcza jej watażka.

    On stworzył tę zgraję i na wzór Kaina,
    Łamiąc Twe odwieczne święte przykazanie,
    Zabija Polaka – brata Słowianina.
    Temu Kainowi klęskę ześlij Panie.

    Dziś większość mieszkańców poszła do kościoła,
    Wróg ma znacznie więcej ludzi i oręża.
    Ta garstka obrońców oprzeć się nie zdoła,
    Już widać, że Kain Polaków zwycięża.

    Zobaczył, jak dzielnie bronił stanowiska
    Jeden z Wołyniaków, choć był tutaj obcy.
    To była obrona Brodzkiego Huciska ,
    A brali zeń przykład nawet nasi chłopcy.

    Dzięki tej odwadze i celnemu oku
    Znieśli z pola walki banderowców kilku.
    Lecz jeden z nich zaszedł bohatera z boku
    I tu się sprawdziło przysłowie o wilku.

    Choć sam wilkiem nie był, bo walczył w obronie –
    Tej ziemi, Polaków i swego honoru.
    Wolał zginąć w walce w ostatniej odsłonie,
    Niż oddać bandytom wioskę bez oporu.

    Z tak dobrej osłony wielu tu korzysta,
    Oto jeden z Schützów uchodzi pogoni,
    Za nim gna z siekierą rusiński faszysta,
    Pewnie zwykły rizun, bo bez palnej broni.

    Tam między domami czai się za rogiem
    Stanisław Bojarski, za nim widać Sznuka,
    Który tak się skrada i kryje przed wrogiem,
    Pewnie desperacko wyjścia z matni szuka.

    A tamten przed chwilą zarąbał Suczawę.
    To jakiś sadysta albo pomyleniec,
    Pragnący zbrodniami zdobyć sobie sławę,
    Aprobatę zbirów i laurowy wieniec.

    „Och, gdybym automat miał do dyspozycji –
    Myśl Michalewskiemu chodziła po głowie –
    No i sprawną rękę, to z mojej pozycji
    Takich okrutników wystrzelałbym mrowie!

    To byłaby zemsta za śmierć mych rodaków,
    Za strzaskaną rękę i za Tadeuszka.
    Wieś odbudujemy jak przodkowie Kraków…”
    Majaki rannego czy pusta pogróżka”

    Zuchwałość rizunów niepomiernie wzrosła,
    Kiedy przestał strzelać Wołyniak zza węgła,
    Wszak byli szkoleni do tego rzemiosła
    I do takiej roli UPA ich zaprzęgła.

    Dali się oszukać albo z własnej woli
    Wzięli nóż do ręki, aby zostać katem
    Polskich matek, dzieci lub w oprawcy roli
    Pastwić się świadomie nad swym polskim bratem.

    Z wściekłością lub często z szyderstwem na twarzy,
    Kat kazał ofierze żegnać się z dorobkiem.
    I palił budynki świetnych gospodarzy,
    Wszak byli „panami”, on zawsze parobkiem.

    Wskutek podniecenia oraz krwi utraty
    Ranny Michalewski czuł, że dokądś leci.
    Już nie widział ludzi ani żadnej chaty,
    Nie słyszał rizunów ani krzyku dzieci.

    „Chryste zabroń duszy uciekać od ciała,
    Gdy już się to stało, to nakaż jej Panie
    Wrócić nawet wtedy, gdyby już nie chciała.
    Wierzę w Twoje moce, wierzę w zmartwychwstanie”.

    Poszukując dzieci w mieszkaniach i lochach
    Rizuni biegali od domu do domu.
    Nawet nie myśleli, że gdzieś tam w Wołochach
    Ojcowie tych dzieci życzą im pogromu.

    Niektóre kobiety, aż mdlały z wrażenia
    Na wieść o napadzie na Brodzkie Hucisko.
    Mężczyźni też byli pełni przerażenia,
    Bo ich wieś to teraz rozległe ognisko.

    Jęli się naradzać, jak dotrzeć z pomocą
    Napadniętym braciom, jak ratować matki,
    Staruszków i ludzi złożonych niemocą –
    Ich sam strach zabije, również nasze dziatki.

    „Chcesz się przeciwstawić gołymi rękami
    Gotowej na wszystko, rozjuszonej sforze” -”
    Spytał Kozaczewski. – Chcecie zginąć sami?
    Wezwę pomoc Niemców stojących we dworze”.

    Przekonywał dalej mieszkańców Huciska:
    „Inne możliwości nie wchodzą w rachubę.
    Dymy świadczą o tym, że wróg wciąż naciska,
    Wkrótce może przynieść mieszkańcom wsi zgubę”.

    Tak bez większych wahań i większego sporu
    Zaakceptowano najlepszy z wariantów:
    Delegacja poszła do Bocheńskich dworu,
    Mówić o napadzie ruskich partyzantów.

    „Rozbili swój tabor na naszym Zbarażu,
    Czekając, aż wioska spełni ich żądania:
    Dostarczy im koni i dla nich furażu,
    Dla ludzi słoniny, chleba i ubrania”.

    Kapitan zdziwiony, że oto w tej głuszy
    Nieznany mu Polak mówi jego mową.
    Dlatego tym chętniej nadstawił swe uszy,
    Gotów wziąć za prawdę bajeczkę Tadkową.

    A Kozaczewski ciągnął: „Wioska już oddała
    Cały swój kontyngent dla niemieckiej armii.
    Ruskim odmówiła, wszak to wioska mała
    I aż tylu ludzi naraz nie wykarmi.

    Ruscy bez cywilów obejść się nie mogą,
    Toteż się starają trzymać ludzi w strachu.
    Wieś spalą, by była dla innych przestrogą,
    Pewnie nie pominą ni jednego dachu”.

    Jeszcze pan Tadeusz nie wyszedł z pałacu,
    Bo Prusak się pysznił filozofem Kantem,
    Uzbrojone wojsko stało już na placu,
    By ruszyć do walki z „ruskim partyzantem”.

    Po chwili skulony za czołgu pancerzem,
    Prowadził to wojsko na Brodzkie Hucisko.
    Nie czuł się co prawda pancernym rycerzem,
    Lecz miana „wybawcy” był wszak bardzo blisko.

    Bo huknęły działa i banda w popłochu
    Pierzchła niczym zając przed myśliwską sforą –
    Zbrojni banderowcy na czele motłochu,
    Który dla tej zgrai jest zawsze podporą.

    Na zbieranie rannych nie mieli już czasu,
    Nikt się nie spodziewał takiego pogromu.
    Kto tę odsiecz przeżył, uciekał do lasu,
    By się jakoś dostać do własnego domu.

    Huk armat zbudził Tomasza z omdlenia,
    Który ciągle leżał na zmarzniętej skarpie.
    Chłop nie tracił wiary ni nadziei cienia,
    Że ból przezwycięży, choć mu rękę szarpie.

    Słyszał, że na nowo rozgorzała bitwa,
    Wróciła mu wiara w jego braci męstwo.
    Zapanował popłoch, pospieszna gonitwa,
    Pewnie Bóg odebrał Kainom zwycięstwo.

    Wróciwszy z kościoła, ludzie się rozbiegli
    Po całym Hucisku i swoich szukali.
    Zliczono czterdziestu tych, którzy polegli.
    Nikt się nie spodziewał klęski w takiej skali.

    Anna Michalewska zasłabła z rozpaczy:
    Tadeuszek martwy, mąż walczy o życie,
    Gdzie Janek, gdzie tato? Niech Bóg mi wybaczy –
    Nie chroniłam swego domu należycie.

    Tomka trzeba szybko zawieść do szpitala.
    Bo nie przeżyje bez takiej pomocy.
    Każdy dziś nad własną stratą się użala
    I każdy się boi nadchodzącej nocy.

    Banda może wrócić, by się mścić za straty,
    Które im zadali Niemcy oraz „chłopcy”
    Boże, przyślij pomoc Michała lub taty,
    Bo mi nie pomoże dzisiaj żaden obcy.

    Daj znać Michałowi, myślę, że on żyje,
    Słyszałam odgłosy walki na Granicy –
    Strzelały peemy, chociaż nie wiem czyje.
    I nie było dymów w tamtej okolicy.

    Michał wpadł saniami jak na zawołanie.
    Z nim wrócił do domu Janek przerażony.
    Szybko miękkim sianem wymościli sanie,
    Włożyli rannego, a ten rzekł do żony:

    „Lepiej będzie dla was, gdy mnie zostawicie,
    Ludzie opuszczają już Brodzkie Hucisko,
    Wy też uciekajcie, ratujcie swe życie.
    Na razie do Wołoch, bo to nawet blisko.

    Każdy ruch to dla mnie okropne katusze,
    Straciłem krwi tyle, że mąci się w głowie.
    A jeśli mam umrzeć, to czy cierpieć muszę,
    Gdzie jest w tym logika, kto z was mi odpowie?”

    „Koń pójdzie powoli jak starzec po schodach –
    Tak Michał cierpliwie tłumaczył Tomkowi –
    Noc spędzisz w Wołochach, a już rano w Brodach
    Rękę ci opatrzą chirurdzy wojskowi”.

    Wjechali do Wołoch, zerkając ku słońcu,
    Które swoją barwą mróz zapowiadało.
    Na polskich podwórkach – na tym wioski końcu –
    Jak na złość po kilka furmanek już stało.

    Będzie tutaj trudno o jakiś przytułek,
    Choć Rusin tu korny jak bezbronna owca.
    Ale nikt nie wejdzie na żaden zaułek,
    Bo tam można spotkać nawet banderowca.

    Pod swój dach ich przyjął Stelmaszuk Kiryło,
    Posłaniem im była słoma na polepie.
    Pretensji nie mieli, bo widać to było,
    Że ten dobry Rusin wielką biedę klepie.

    W Brodach było słychać huk armat daleki,
    Jeździły karetki, wojsko, ambulanse.
    Kto tu zechce słuchać cywila kaleki?
    Tu na wyleczenie są niewielkie szanse.

    A tymczasem lekarz bez chwili wahania,
    Hipokratesowi będąc wierny szczerze,
    Kazał ściągnąć z Tomka te brudne ubrania
    I za operację wkrótce się zabierze.

    Ten zastrzyk – powiedział – ból jemu uśmierzy,
    Potem mu poskładam połamane kości.
    Dzisiaj mi przywieźli trzech rannych żołnierzy,
    Stąd ich zoperuję w pierwszej kolejności.

    Lekarz dwie godziny Tomka rękę składał,
    Ale nie usunął obcych ciał z ramienia.
    Zapewnił, że ranny będzie ręką władał,
    A to już wystarczy dla jego sumienia.

    „Zrobiłem, co trzeba w takiej sytuacji –
    Poskładałem kości, jednak pani ranny
    Potrzebuje dalszej rehabilitacji” –
    Rzekł, by rozwiać smutek zrozpaczonej Anny.

    Anna sprowadziła krewnego z Warszawy,
    Wiedząc, że nie dozna tu żadnej pomocy.
    Ignacy Wąsowicz, człek możny i prawy,
    Przyjechał do Brodów już następnej nocy.

    Zrobił rozeznanie i wyciągnął wnioski:
    „Tam już nie wrócicie. Żal mi serce ściska,
    Że nikt nie obronił czysto polskiej wioski,
    Nie ustrzegł przed UPA naszego Huciska.

    Tu was poćwiartują – tego jestem pewny,
    A ja takiej śmierci nie życzę nikomu.
    Dlatego oświadczam, że jako wasz krewny
    Wezmę was niezwłocznie do swojego domu”.

    Trudno było ludziom opuszczać swe domy –
    Trud wielu wyrzeczeń i wysiłku mistrza.
    Bandytom wystarczył mały wiecheć słomy,
    By je zmienić w gruzy i w dymiące zgliszcza.

    Zbierali zabitych, zwozili na cmentarz
    I tam ich grzebali bez udziału księdza.
    Inni zaś spędzali swój żywy inwentarz,
    Którego nie skradła Kainowa nędza.

    Narażając życie jeździli też po to,
    By opróżnić schowki z zapasów pszenicy,
    Które dla nich były cenniejsze niż złoto,
    A także kartofle z kopca lub piwnicy.

    Rusini z okolic zapewne wiedzieli,
    Że im taka gratka w życiu się nie zdarzy,
    Stąd postanowili następnej niedzieli
    Zagrabić majątek polskich gospodarzy:

    Przeróżne maszyny, pługi i kieraty,
    Szafy, łóżka, krzesła taborety, stoły,
    A w końcu materiał z rozwalonej chaty,
    Sieczkarnie, młocarnie, zawartość stodoły.

    W niedzielę napadli znowu dużą siłą,
    Mordując okrutnie dalszych siedem osób.
    W tym jedną ofiarę pokroili piłą.
    A przy takiej groźbie bywać tam nie sposób.

    Dwudziesty lutego, rok czterdziesty czwarty
    Dla ludzi z Huciska to pamiętna data,
    Ostatni już zapis kronikarskiej karty:
    W tym dniu wieś zginęła z rąk Kaina – brata.
    Edward Gross urodzony w Wołochach, wsi odległej od Huciska Brodzkiego o 2 km, był świadkiem zbrodni dokonanej przez bandy UPA w Hucisku Brodzkim 13 i 20 lutego 1944 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.