Bramy piekła. Dachau

Bramy piekłaAnna Jagodzińska

Po przekroczeniu bramy obozowej z napisem „Arbeit macht frei” słyszeli upiorne słowa:

„Jesteście w Dachau. Stąd się nie wychodzi”.

W tym najstarszym niemieckim obozie koncentracyjnym, miejscu eksterminacji polskiego duchowieństwa katolickiego, co trzeci zamęczony więzień był Polakiem, co drugi z więzionych tu księży polskich złożył ofiarę z życia.

Przez obóz zagłady przeszło w sumie około 2720 duchownych katolickich; wśród nich najwięcej Polaków – 1777, z czego zmarło 868. Większość 108 błogosławionych męczenników II wojny światowej oddała życie w tym przedsionku piekła.

„Po imiennym sprawdzeniu obecności spisywano ponownie nasze personalia. Każdy otrzymał swój numer obozowy. Od tej chwili byłem numerem, więźniem politycznym bez imienia i nazwiska. W drugiej izbie musieliśmy się rozebrać do naga i oddać wszystko, także rzeczy osobiste oraz przedmioty kultu religijnego: medaliki, różańce, brewiarze, książeczki do nabożeństwa. Później nastąpiło golenie głów, oraz miejsc intymnych – to było poniżające – kaleczono nas przy tym dotkliwie. Po kąpieli odbyła się ’kontrola lekarska’, która ograniczała się do stwierdzenia, że nadajemy się do pracy” – tak ks. Leon Stępniak opisywał pierwsze chwile po przybyciu do KL Dachau.

Komanda śmierci

Polskich kapłanów uznano za grupę podlegającą w pierwszym rzędzie szczególnej eksterminacji i używano do najcięższych robót. Większość księży pracowała właśnie na plantacjach nazywanych przez więźniów „komandami śmierci”. W 1942 r. z powodu wyczerpującej pracy i głodu zanotowano rekordową liczbę – około trzysta dziewięćdziesiąt sześć zgonów tylko wśród księży polskich.

„W naszym obozie – pisał ks. bp Franciszek Korszyński – nie było zwierząt pociągowych, musieli więc je zastąpić ludzie. Jeszcze dziś żywo mam w pamięci obozowy obrazek, gdy kilkunastu więźniów z wygiętymi w pałąk plecami ciągnie olbrzymi, ciężki wał, inni więźniowie pchają ten wał. Wśród tych niewolników dwudziestego wieku widzę prawie samych księży polskich”.

Ksiądz Leon Stępniak wspominał współwięźnia bł. ks. bp. Michała Kozala: „Pamiętam nieludzkie pobicie przy noszeniu ciężkich kotłów biskupa Michała Kozala; chorego, pozbawionego sił, izbowy Willy powalił na podłogę i skopał. Biskup ten dla Niemców był jednym z więźniów, nad którym znęcano się w szczególnie wyrafinowany sposób. Chorego władze obozowe stawiały przy bramie obozowej dla nienawistnych esesmańskich gapiów. Wśród księży miał nadzwyczajny charyzmat, który stawiał go ponad wszystkimi więźniami. Mimo licznych prześladowań do końca życia niósł posługę chorym i umierającym. 26 stycznia 1943 r. na rewirze chorych został dobity śmiercionośnym zastrzykiem”.

W 1942 r. wycieńczony pracą zmarł franciszkanin bł. o. Krystyn Gondek. Przed śmiercią pożegnał się słowami: „Do zobaczenia w Niebie”.

Łyżka zupy

Głód towarzyszący więźniom od rana do wieczora był jedną z największych udręk, jakie przeżywali w Dachau. Ojciec Kajetan Ambrożkiewicz opowiadał o solidarności więźniów: „Wiedzieliśmy z doświadczenia, że człowieka, który umiera z głodu, można uratować od śmierci, albo odsunąć ją, pomnażając przez dwa tygodnie jego głodową porcję żywności o parę ziemniaków lub pół litra zupy. Postanowiliśmy, że w czasie obiadu jeden z naszej grupy obejdzie z kubkiem tych współbraci, którzy się jeszcze jakoś trzymają. Każdy z nich włoży do kubka łyżkę czy parę łyżek zupy. Tym kubkiem zupy będziemy wzmacniać co dzień przez dwa tygodnie naszych braci najbardziej osłabionych. Zebranymi łyżkami zupy od nie tak głodnych pragnęliśmy ratować głodniejszych. To pozwalało wierzyć, że wspierając się wzajemnie, przetrwamy nawet najgorsze czasy”.

Ksiądz arcybiskup Ignacy Jeż po latach uświadomił sobie, że „opisanie prawdziwego głodu jest właściwie niemożliwe. Wiedzieć, że ani jutro, ani pojutrze, ani za tydzień tego głodu, jaki trawi wnętrze, niczym nie będę mógł zaspokoić, stwarza sytuację beznadziejną”.

W wyniku głodu zmarli bł. ks. Stefan Grelewski, duszpasterz młodzieży, bł. ks. Tadeusz Dulny, alumn seminarium włodawskiego i inni.

Pejczem i drągiem

„Hitlerowcy bardzo chętnie stosowali zasadę odpowiedzialności zbiorowej. Bito nas, maltretowano, a najchętniej pobiciem na śmierć, jeśli nie wręcz zabiciem, np. przez włożenie głowy więźnia do muszli klozetowej czy beczki z odchodami” – ks. Leon Stępniak był świadkiem dręczenia i potwornych sposobów zadawania śmierci w obozie.

Do najczęściej stosowanych kar należała kara chłosty – „Fünfundzwanzig” (dwadzieścia pięć), oraz kara słupka – „Eine Stunde Phal” (godzina słupka). Kara chłosty wymierzana była przez esesmanów na specjalnym „koźle”, do którego przywiązywano więźnia. Najniższą karą było 25 uderzeń, najwyższą tyle, że więzień umierał. Gdy bito pejczem, było znośniej, gdy drągiem – uszkadzano nerki. Wielu więźniów umierało już w trakcie wymierzania kary.

Skazanych na karę słupka wieszano pojedynczo na przymocowanych do sufitu hakach. Cierpienia były niewyobrażalne. „Wszedłem na wysoki stołek, który postawił pod moim hakiem kąpielowy. Dłonie złożyłem na plecach zewnętrzną stroną do siebie. Gdy kąpielowy skrępowawszy je łańcuchem w nadgarstku, podciągnął ręce do góry, ja z całych sil trzymałem je przy plecach, by mieć potem nieco ’luzu’. Kąpielowy zahaczył łańcuch o hak umieszczony w suficie, a ja skoczyłem ze stołka delikatnie przed siebie. W zwichniętych stawach barkowych zrodził się ostry ból, który jak ogień przenikał całe górne kończyny” – wspominał o. Ambrożkiewicz. – Ja miałem wtedy 27 lat, niecałe 60 kg wagi i wiele dumy młodego Polaka, który nie miał ochoty pokazać wrogowi, że go boli… i wtedy esesmani kazali odprawić mi Mszę Świętą. Płynęły spokojnie moje słowa łacińskie. Tylko od czasu do czasu rozpryskiwały się dźwięcznie na posadzce krople potu ściekające z umęczonych czół i powieszonych ciał„.

Przez taką kaźń przeszły setki polskich kapłanów. Jedną z kar wykonywanych zimą było oblewanie więźniów strumieniem lodowatej wody. W ten sposób został zamordowany 13 stycznia 1943 r. bł. ks. Józef Czempiel, kapłan o niezwykłej duchowości. W wyniku maltretowania w 1942 r. zmarł bł. ks. kmdr ppor. Władysław Miegoń, kapelan Marynarki Wojennej, i inni.

Zamrażani na śmierć

”Po chwili marszu – sala operacyjna i rozkaz: połóż się! Pierwszy raz w życiu na stole operacyjnym. Zabieg jest krótki. Młody oficer – SS-mann boleśnie nakłuwa prawe udo. Jakiś potężny zastrzyk. Zabieg dokonany na sali operacyjnej działa szybko […]. Osłabłem bardzo„ – wspominał ks. abp Kazimierz Majdański upiorny pobyt na stacji doświadczalnej, gdzie niemieccy lekarze przeprowadzali doświadczenia na zdrowych więźniach. Do badań, zwłaszcza związanych ze sztuczną flegmoną, wyznaczano głównie Polaków, przede wszystkim księży. W czasie trwania doświadczeń niemal każdego operowano kilkakrotnie, często bez narkozy. ”Po przebudzeniu z narkozy cała noga w metalowej szynie, obandażowana stosem ligniny. Nie było można wykonywać żadnych ruchów (leżeć można było tylko na plecach). W czasie pierwszego opatrunku (opatrunki odbywały się najpierw pod wodą) spostrzegłem SS-manów zamykających oczy. Opatrunki były okrutne. Bolało [….], ropowica bardzo była uparta, więc operacje były jeszcze dwie„ – opisywał swoją gehennę na stacji doświadczalnej. W tajemnicy podawano młodemu klerykowi lek Tibatin, który uratował mu życie.

Dla celów lotniczych niemieccy lekarze przeprowadzali badania w komorach ciśnieniowych i zamrażali więźniów w basenach z zimną wodą. W czasie silnych mrozów na drewniane nosze kładziono i przywiązywano nagich więźniów, po kilku jednocześnie. Wynoszono ich – na ogół nocą – na zewnątrz. Co kilka godzin polewano nagie ciała zimną wodą. We wspomnieniach więźniów krzyk zamrażanych ofiar był najbardziej przejmującym krzykiem, jaki można sobie wyobrazić.

Pozostawali tam do utraty przytomności. Jeśli więzień nie był przeznaczony do natychmiastowej selekcji, przeprowadzano ogrzewanie ciepłym powietrzem, a w pewnym okresie ciepłem ciała kobiecego, do czego sprowadzono więźniarki z Ravensbrück.

W celu szkolenia technik operacyjnych na zdrowych i młodych więźniach przeprowadzano zabiegi chirurgiczne. Wycinano np. żebro lub usuwano nerw przeponowy, by wykazać wytrzymałość organizmu ludzkiego na nadmierny ucisk na płuca.

W wyniku ”eksperymentów„ pseudomedycznych w 1943 r. zmarł bł. ks. Marian Konopiński, wikariusz z Poznania; bł. ks. Franciszek Dachtera, prefekt liceum w Bydgoszczy; bł. ks. Stanisław Mysakowski, katecheta z Lublina, i wielu innych.

Chorzy i rewir

Gdy na przełomie 1944/1945 r. ponownie wybuchła na terenie obozu epidemia tyfusu, władze obozowe wystąpiły o pomoc do więźniów świeckich w ”zdrowej„ części obozu, ale nikt się nie zgłosił. Swoją posługę miłosierdzia ofiarowali natomiast polscy kapłani, wśród nich bł. br. Józef Zapłata i bł. ks. Stefan Wincenty Frelichowski.

”Gdy szedł na blok chorych na tyfus plamisty, wiedział, że w każdej chwili może się zarazić i umrzeć. W tych nieludzkich warunkach obozowych, przy zupełnym braku lekarstw i opieki lekarskiej całe dnie przebywał z chorymi, którym już nikt nie chciał pomóc. Zdobywał dla nich pożywienie i lekarstwa od tych kolegów, którzy z domu otrzymywali więcej paczek. Widziano go, jak przytulony do lazaretowego łóżka spowiadał, rozgrzeszał, komunikował. Zarażony tyfusem zmarł 23 lutego 1945 r.„ – wspominał ks. Frelichowskiego ks. Leon Stępniak.

”Zanim jego szczątki zaniesiono do krematorium, student medycyny Stanisław Bieńka wykonał gipsową maskę pośmiertną zmarłego kapłana oraz spreparował kostki z dwóch palców[…]. Koledzy współwięźniowie położyli ’Wicka’ w drewnianej trumnie. Kto mógł, przychodził oddać mu hołd. Już wtedy byliśmy przekonani o jego świętości. Doskonale pamiętam każdy wieczór z ’Wickiem’, już po zgaszeniu świateł sam przewodniczył nabożeństwom i modlitwom. Spowiadał nas. Co najważniejsze: przechowywał w jednej z szafek Najświętszy Sakrament i błogosławił nam Nim. A przecież za to groziła śmierć. Jego obecność w mojej stubie to było jak dar od Boga. […] Jeszcze w obozie, po jego śmierci, zacząłem prosić go o wstawiennictwo u Boga„ (ks. Leon Stępniak).

Obecnie toczy się proces kanonizacyjny błogosławionego.

Transporty ”inwalidów„

Od 1942 r. nowym lękiem napawały transporty inwalidów. Do grupy tych więźniów zaliczano chorych, inteligencję, księży niezdolnych do pracy. Kierowano ich do bloku ”inwalidów„. Baraki, w których przebywali więźniowie – ”inwalidzi„, były przepełnione do tego stopnia, że w izbie przeznaczonej dla 150-200 osób mieszkało do 400 więźniów. Cierpieli straszliwy głód, ściśnięci w nieludzkich warunkach. Kto raz został zapisany do baraku ”inwalidów„ – chociaż wyzdrowiał – nie mógł już z niego wyjść.

W tzw. Inwaliden Transport wywieziono do komór gazowych w zamku Hartheim w Linzu 310 polskich kapłanów. Wielu zagazowano w specjalnie w tym celu przygotowanych samochodach, zanim dotarli do Hartheim, tam ich zwłoki palono w krematorium. W komorze gazowej zamku Hartheim m.in. śmierć poniósł bł. ks. Henryk Kaczorowski, rektor Seminarium Duchownego we Włocławku; bł. ks. Franciszek Rosłaniec, profesor Uniwersytetu Warszawskiego; bł. ks. Edward Detkens, rektor kościoła św. Anny w Warszawie; bł. ks. Stanisław Kubski, proboszcz z Inowrocławia; bł. ks. Kazimierz Gostyński, opiekun harcerstwa.

Cud ocalenia

W niedzielę, 29 kwietnia 1945 r., o godzinie 17.25 obóz Dachau został zdobyty przez niewielki oddział amerykańskich żołnierzy 7. Armii generała George’a Pattona. Wyzwolenie obozu nastąpiło niespodziewanie, hitlerowcy nie zdążyli go zniszczyć.

Tylko nieliczni wiedzieli, że 14 kwietnia 1945 r. Heinrich Himmler wydał rozkaz zniszczenia obozów Buchenwald i Dachau: ”Kein Häftling darf lebendig in die Hände des Feindes kommen„– (Żaden więzień nie może dostać się żywy w ręce nieprzyjaciela). Na zniszczenie obozu Dachau wyznaczono godzinę 21.00 w niedzielę, 29 kwietnia 1945 roku. Więźniowie mieli być wymordowani, a obóz spalony – by nie było świadków tego, co się tam działo.

Polscy kapłani 22 kwietnia 1945 r. podczas Mszy św. w kaplicy księży niemieckich na bloku 26 złożyli ”Akt oddania„ w opiekę św. Józefa Kaliskiego. Była to modlitwa o ocalenie. Ślubowali pielgrzymować do jego sanktuarium w Kaliszu w podzięce za wybawienie i powołać dzieło miłosierdzia pod jego wezwaniem. Tym dziełem stał się założony z inicjatywy ks. abp. Kazimierza Majdańskiego Instytut Studiów nad Rodziną w Łomiankach, który powstał 29 kwietnia 1975 r., w 30. rocznicę wyzwolenia obozu, a które księża uznali za cud.

Anna Jagodzińska

Autorka jest historykiem, pracownikiem Biura Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów IPN.

http://www.naszdziennik.pl/mysl/82157,bramy-piekla.html

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, II wojna światowa i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Bramy piekła. Dachau

  1. Emir pisze:

    No a od dłuższego czasu „Brama Piekła” jaką było Dachau jest tylko cienką maskarada dawnego obozu.Ekonomiczni niemcy, znaczy NAZI-SSynowie oszczędzają na kosztach utrzymania swych obozów śmierci.

    http://niepoprawni.pl/blog/2833/bylem-w-dachau-niemieckim-wynalazku-hitlerowcow

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.