O. Józef Maria Bocheński

okładkaJózef Bocheński (1902-1995) był dominikaninem, po II wojnie światowej wieloletnim profesorem filozofii i rektorem Uniwersytetu Fryburskiego w Szwajcarii. W sposób otwarty upominał intelektualistów, którzy nie widzieli nic złego w komunizmie. Po 1989 roku domagał się nie tylko dekomunizacji, ale i eliminacji takich osób z życia publicznego.

przeczytaj: List do ojca

Piotr Lisiewicz

Lot nad śmietnikiem

Zakonnik pod habitem noszący pistolet, filozof, światowej klasy uczony i przyjaciel papieży uwielbiający szybką jazdę samochodem, a w wieku 70 lat zdobywający licencję pilota – trudno o bardziej barwną postać. Uświadamianie Zachodowi, czym jest komunizm, ojciec Józef Bocheński uznawał za naturalną kontynuację walki z komunistami z bronią w ręku.

Krótko po wojnie ojca Bocheńskiego odwiedził na Uniwersytecie we Fryburgu powszechnie szanowany prof. Alfons Bronarski. Chciał on poradzić się go „jakby to bezboleśnie uzyskać nowe bolszewickie paszporty”.

– Jak pan profesor sądzi, co czyni gentleman, kiedy ktoś go zaprasza na naradę nad zdradą? – spytał go Bocheński.

– No, nie wiem – odparł zbity z tropu sędziwy profesor.

– Ale ja za to wiem i panu profesorowi powiem w zaufaniu: bije w mordę.

W czasie pobytu w Rzymie Bocheńskiego i jego sekretarkę zaatakował osobnik uzbrojony w potężny nóż. „Strzeliłem z mojego Beretta i trafiłem go w rękę, ale że to był pistolet 9-milimetrowy, napastnik przewrócił się” – wspominał zakonnik. Z sytuacji wyciągnął wnioski filozoficzne: „Stąd obrok duchowy: nie używać małych kalibrów – bandyta trafiony z takiej zabawki może człowieka jeszcze zadusić”.

„Wysoki, z wielkimi dłońmi i chodem olbrzyma, prawie zawsze z papierosem. Najbardziej pamiętam jego oczy: rzucały srogie, prawie groźne spojrzenia, jakby chciały powiedzieć: »Czy mam znowu słuchać bzdur?«” – tak wspominał Bocheńskiego jeden z jego najwybitniejszych uczniów, książę Mikołaj Lobkowicz, późniejszy prezydent Uniwersytetu Monachijskiego. Jak pisał, nauczył się od polskiego uczonego więcej niż od kogokolwiek w życiu.

Syn kobieciarza i postaci feudalnej

„Był człowiekiem światowym, noszącym się z wielką naturalną elegancją, bon viveur; smakoszem i kobieciarzem” – pisał Józef Bocheński o swoim ojcu we „Wspomnieniach”. „Pod jego wpływem, mimo wszystkich wysiłków mojej matki, rychło straciłem wiarę (i moralność) chrześcijańską. Dodam jeszcze, że był człowiekiem głęboko dobrym, pełnym względów dla wszystkich. Jego postać stale mnie fascynowała i… dotąd fascynuje” – czytamy dalej.

Józef Maria Bocheński urodził się 30 sierpnia 1902 r. w Czuszowie, w powiecie miechowskim, na ziemi kieleckiej, niedaleko Krakowa, ale w zaborze rosyjskim. We wspomnieniu o ojcu czytamy, że wywarł na niego znacznie większy wpływ niż matka. Adolf Bocheński senior studiował ekonomię polityczną w Getyndze, gdzie uzyskał w 1894 r. doktorat. W młodości był czołowym polskim jeźdźcem sportowym, czterokrotnym zwycięzcą gonitw plawieńskich. „Był także przedsiębiorcą… W ciągu swojego życia zbudował tyle budynków, że mógłby stworzyć małe miasteczko. Stworzył kilka zakładów przemysłowych, między innymi browar, wielkie tartaki i duże zakłady hodowli ryb” – wspominał syn.

Matka wydawała się przeciwieństwem ojca. „Władcza natura, kobieta obdarzona niezłomną wolą, żelaznym charakterem”, „postać feudalna” – pisał o niej. W domu mieli kaplicę, w której odprawiano modlitwy wieczorne. Nie przewodniczył jej jednak kapelan domowy, lecz matka. Była tercjarką karmelitanek bosych i „żyła wyłącznie dla Służby Bożej”. Dowodem jej niezwykłej duchowej dyscypliny było codzienne pojenie koni o wpół do piątej rano.

Gdy miał cztery lata, przeprowadzili się do Ponikwy w Galicji Wschodniej. „Ze Lwowa szła na wschód szosa i linia kolejowa… Zbaraż był niedaleko. Jako chłopiec wyobrażałem sobie często, że gdzieś w okolicy musiał zginąć pan Podbipięta, że Skrzetuski przedzierał się pewnie przez górną, bagnistą część stawu” – pisał.

Osiedlenie się w Ponikwie wykluczało na zawsze fascynację islamem: „Myślę także, że filosemityzm, sympatia do Izraela moja i mojej całej rodziny pochodzi ze świadomości, że Izrael walczy z tym samym pohańcem, co nasi przodkowie w tej okolicy”.

Biblioteczka odnaleziona w jeepie

Oddzielny rozdział należałoby poświęcić niezwykłej trójce rodzeństwa Józefa – Aleksandrowi, Oldze, i Adolfowi. Aleksandra, autora „Dziejów głupoty w Polsce”, przemysłowca, dyrektora browaru i posła, wspominał jak „jednego z najbardziej oryginalnych pisarzy politycznych swojego pokolenia”.

Niemniej znany był Adolf Bocheński. „Był przede wszystkim wielkiej klasy intelektualistą francuskiego typu, nieprawdopodobnie wprost oczytanym” – pisał o nim Józef. Wspominał też jego żołnierską drogę: „Wziął udział we wszystkich niemal kampaniach dostępnych Polakowi: w polskiej, norweskiej, francuskiej, afrykańskiej i włoskiej. Przeprowadził szereg naprawdę niezwykłych akcji bojowych, zdobywając Virtuti Militari i dwa razy Krzyż Walecznych”.
W czasie II wojny światowej Adolf poległ pod Ankoną. „Kiedy poległ, jego towarzysze broni oddali mi biblioteczkę znalezioną w jego jeepie” – wspominał. „Ta biblioteczka stanowiła prawdziwy pomnik dla niego. Był w niej Dante, Szekspir i Goethe, była wielotomowa historia Rzymu Gregoroviusa, słownik greki klasycznej – razem z podręcznikami nawigacji astralnej i służby wewnętrznej”.

O siostrze Oldze pisał: „Była jedną z najgłębiej wierzących i zarazem najpogodniejszych osób, jakie w życiu spotkałem. Cynik, którym poniekąd jestem, ma szacunek do niewielu osób, ale moja siostra jest na pewno jedną z nich”. Olga Zawadzka została odznaczona medalem „Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata” za ratowanie Żydów w czasie II wojny światowej, zaś w 2008 r. (żyła 103 lata) z rąk prezydenta Lecha Kaczyńskiego otrzymała Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski.

Ministeriul de rozboiul

Psalmy w Ponikwie śpiewano w przekładzie Kochanowskiego, przy czym zdziwienie małego Józia wzbudził wiersz: Dziękuję ci, Panie, żeśmy bałwany… I dopiero matka wyjaśniła mu pierwszą w życiu teologiczną trudność, zwracając uwagę na ciąg dalszy: …Morza Czerwonego suchą przeszli nogą.

Wieść o zamordowaniu arcyksięcia Ferdynanda zastała ich w weneckiej kawiarni, a ojciec zareagował na nią słowami: „To jest wojna, wracamy do domu”. Fakt, że byli poddanymi rosyjskimi, miał dla Bocheńskich fatalny skutek: Austriacy wysiedlili ich z Ponikwy jako „wrogi element”. Trafili do Lwowa, a stamtąd do Zakopanego.

Kiedy front ustabilizował się, postanowili wracać do domu przez neutralną Rumunię, co oznaczało podróż przez Wiedeń, Budapeszt i Bukareszt. Z tej ostatniej stolicy zapamiętał nazwę tamtejszego ministerstwa wojny: „Ministeriul de rozboiul”. Losy wojny były jednak zmienne i Ponikwa co chwila znajdowała się w okolicach frontu, a dom dziurawiły pociski. W efekcie musieli przenieść się do Brodów. Potem postanowili wyjechać do Lwowa. Niby tylko sto kilometrów, ale po drugiej stronie granicy. Musieli jechać przez… Szwecję, pokonując kilometrów 4,5 tys. Pojechali przez Kijów i Pietrograd (tak nazywał się wówczas Petersburg).

Kijów wspominał: „To było naprawdę miasto mlekiem i miodem płynące. Jakim mlekiem!… Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że naprawiacze świata potrafią doprowadzić do śmierci głodowej miliony ludzi w tym spichlerzu Europy”.

Wreszcie wsiedli do pociągu. Jak się okazało, był to… ostatni taki pociąg przed przewrotem bolszewickim. W Szwecji i Finlandii żyli przez kilka miesięcy jako uchodźcy. W końcu dostali zgodę na wjazd do Galicji. Przez Tarnów i Warszawę dotarli w 1918 r. do Lwowa.
Podróże te dla Józia skutkowały często zmianą szkoły. Skończyć miał w… Akademii Matołków. Była to potoczna nazwa gimnazjum im. A.M., które to litery oficjalnie były inicjałami wieszcza Adama Mickiewicza. Trzech z jego nauczycieli zostało później uniwersyteckimi profesorami.

Własne, przyjemne doświadczenia 

Termin swojego egzaminu maturalnego wspominał jako dogodny, bo pozwolił mu on wziąć udział w wojnie z bolszewikami „o czym od lat wszyscy w domu marzyliśmy”.

Zaciągnął się do 8. Pułku Ułanów, o którym śpiewano „ósmy zdobi nam salony, same grafy i barony”. „Gdybym ja był naczelnym wodzem, to bym takich typów, jak pan, panie Bocheński, posłał do domu, aby żniwo robili, a zatrzymał w szwadronie tylko dziesięciu żołnierzy, ale prawdziwych” – ocenił sprawność bojową ochotnika wachmistrz Żółkiewicz. W czasie bitwy pod Komarowem był jeszcze niedoświadczonym żołnierzem trzymanym w odwodzie. „Z naszego miejsca postoju widać było tylko ciężko rannych niesionych do punktów opatrunkowych i dobijanie rannych koni, słowem przykrą, ciemną stronę walki” – pisał. Ale widok z pobliskiego wzgórza był piękny: „Wiele tysięcy kawalerzystów galopujących w szarżach”.

A potem był pościg za bolszewikami: „nasi ułani rozbestwili się. Bywało, że w kilku szarżowali na szwadron”. Przyszło mu odczuć nadludzki wysiłek niekończących się marszów: „modliłem się, aby mnie zabito, raniono, wzięto do niewoli, byleby ten koszmarny wysiłek ustał”.

Miał przy sobie „Pana Wołodyjowskiego”, którego czytał na biwakach przy ogniach obozowych. Wojna miała i przyjemniejsze strony, o których pisał następująco: „normalny europejski żołnierz kobiet nie gwałci, nie dlatego, by był szczególnie uczciwy albo wstrzemięźliwy pod tym względem, ale dlatego, że żadnej kobiety na wojnie gwałcić nie potrzeba; wszystkie, albo prawie wszystkie, od wielkich pań do prostych dziewcząt wiejskich, są do dyspozycji żołnierzy. Mówię z własnego przyjemnego doświadczenia. Dodam, że nawet wiem, dlaczego tak jest; kobiety są łatwe na wojnie, bo zdają się wyczuwać, że ludzie giną, i instynktownie jakby chciały naprawić straty”.

Nadzwyczaj miłe stworzenia

Po skończeniu prawa na Uniwersytecie Lwowskim studiował ekonomię polityczną na Uniwersytecie Poznańskim. W czasie zamachu majowego był wśród jego przeciwników. Pisał: „okres po 1926 roku jest dziś idealizowany, ale to nie był piękny okres. Rządy były przeważnie w rękach półinteligentów, nędza była straszna, zbarbaryzowanie stylu polityki, a za nią i życia, okropne”.

Był okres kryzysu także w życiu osobistym. Lata uniwersyteckie uznał za zmarnowane. Zerwał też z narzeczoną – narzeczeństwo to ukartowane było przez rodziców obu stron. Po przynagleniach telegraficznych ze strony rodziców w kwestii ślubu odpisał: „Telegraficznie się nie zaręczam, niech robi, co chce”.

„Panie i panienki zawsze szanowałem, ale uważałem je wyłącznie za nadzwyczaj miłe stworzenia” – pisał o swoim stosunku do kobiet. „Nie miały mi mojej postawy za złe, skoro ani jedna – wyjąwszy naturalnie Mercedes [czyli narzeczona – przyp. P.L.] – dobrowolnie ze mną nie zerwała” – pisał.

Ostatecznie narzeczona wyszła za innego. „Jak mi mówiono, mając klucze do kasy, dawała swojemu mężowi cenę biletu plus jedną koronę, gdy mu pozwalała jechać do miasta. Ufff! Byłbym ładnie wpadł!” – komentował.

Jak podkreślał, zerwanie z narzeczoną nie miało nic wspólnego z decyzją, by pójść do zakonu. Powody były inne. Miał poczucie, że jest „istotą mało wartą, bez charakteru, człowiekiem nie umiejącym ani porządnie pracować, ani walczyć, jak na mężczyznę przystało”. Dlatego potrzebuje jakichś ram organizacyjnych, by nauczyć się żyć i pracować.

Do seminarium wstąpił jako… niewierzący. Rozmawiał o tym z filozofem o. Jackiem Woronieckim, którego opisywać będzie jako człowieka, który wywarł na niego największy po ojcu wpływ. Chciał najpierw odbyć studia skrócone. „Jesteś idiota, lata studiów to jedyny okres, który masz dla siebie – potem przyjdzie praca, trzeba będzie dawać zamiast brać” – powiedział mu Woroniecki.

Za jego radą wstąpił do poznańskiego seminarium, gdzie studia trwały sześć – siedem lat. „Wiedział co robi, kiedy mnie posłał do Poznania”– wspominał Bocheński, stwierdzając, że nauczył się tam czegoś, „co poznańczycy nazywali rzetelnością”.

O Woronieckim pisał, że „nie cierpiał mędrków i partactwa wszelkiego rodzaju”, zaś „sprawy wiary były dla niego jakby zupełnie pospolitymi oczywistościami”. „Dusza jasna, ale ze stali” – charakteryzował go. To pod jego wpływem został zwolennikiem tomizmu. I to w Poznaniu dokonało się jego nawrócenie na chrześcijaństwo i „zajęcie się na serio filozofią”.

„Moje powołanie nie było skutkiem złamanego serca ani mistycznego pociągu, lecz rozumowania. Ja myślę i zawsze myślałem, że skoro Bóg raczył mi w swojej dobroci dać trochę rozumu, to po to, abym go używał i nie zachowywał się jak sentymentalna nierogacizna” – pisał. Uważał, że dobrze zrobił, wybierając dominikanów: „Proszę sobie wyobrazić życie w studentacie, w celi, w której nie ma niczego oprócz książek naukowych, bez możności wyjścia, w otoczeniu, z którego promieniuje wprost praca umysłowa… Nie ma takiego lenia i nieroba, którego te ramy nie przekształciły w pracownika”.

Nie zmieniało to faktu, że bywał wobec własnego zakonu krytyczny: „nasze wychowanie było w zasadzie oparte na możliwie najgorszych negatywnych zasadach baroku, tak jak panująca na początku XX w. etyka katolicka. Chodziło nie o pociągnięcie młodego i ofiarnego człowieka do wyższych rzeczy, o pokazanie mu, do czego jest zdolny, ale o zabicie, wykorzenienie, zniszczenie tkwiącego w nim grzechu. Do jakich absurdów taka moralność może dochodzić, niech świadczą »klasyczne« podręczniki teologii moralnej owych czasów”.

Jak zwracał uwagę, miały one trzy części, z których druga, poświęcona życiu seksualnemu, była obszerniejsza niż dwie pozostałe: „To znaczy, że mają mniej do powiedzenia o sensie życia, o wierze, o ufności w Bogu, miłości bliźniego, modlitwie, uczciwości, odwadze itd., niż o grzechach i grzeszkach płciowych. Przy czym samo życie seksualne wychodzi na grzech najgorszy, co jest najzupełniejszą perwersją i zdrowej etyki seksualnej, i średniowiecznych zasad dotyczących stosunków płciowych. Przypominam nawiasem, że grzechy przeciw czystości św. Tomasza nazywa peccata puerilia, chłopięcymi grzeszkami”.

4 października 1928 r. złożył śluby czasowe i tego samego dnia ku swemu zaskoczeniu dowiedział się, że postanowiono, iż wyjedzie do Fryburga na studia filozoficzne. Wydział teologiczny na tamtejszym uniwersytecie, jednej z ważniejszych katolickich uczelni w Europie, powierzony był dominikanom. Po święceniach przybrał zakonne imię Innocenty.

W 1931 r. uzyskał doktorat z filozofii, by rozpocząć studia teologiczne w Rzymie, gdzie miał spędzić najbliższe dziewięć lat. W 1932 r. obronił doktorat z teologii i został wykładowcą logiki w rzymskim Angelicum. W 1938 r. habilitował się z filozofii chrześcijańskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Tu poznał przyszłego papieża Pawła VI, z którym się zaprzyjaźnił. Natomiast wobec watykańskich urzędników bywał krytyczny: „Rzym, gdzie jest tak wiele pięknych rzeczy, jest także kloaką Kościoła, do której ścieka niemało kanalii z całego świata”.

Utrzymywał żywe kontakty z polskimi logikami. Opisywał „dwie rzeczy, które były „naprawdę wielkie, »mocarstwowe«, jak wówczas mówiono”. Miał na myśli logikę polską i Niepokalanów ojca Kolbego.

„Aby całą prawdę powiedzieć, idę do Rzymu”

W sierpniu 1939 r. zgłosił się do biskupa polowego Józefa Gawliny z prośbą o powołanie do służby wojskowej. Ten odmówił, stwierdzając, że ma złe doświadczenia z zakonnikami w roli kapelanów.
Ale wojna zastała Bocheńskiego w Polsce. 6 września opuścił stolicę wraz z grupką narodowców, którzy namówili go na ten wymarsz. Zamiarem było opuszczenie Warszawy, która nie miała być broniona, i podjęcie walki z Niemcami. Przy przekraczaniu Bugu dowiedzieli się, że na Wschodzie zamiast Niemców napotkają Moskali.

Idąc polną drogą, Bocheński natknął się na wóz, którym jechał chłop. Chłop ten zgodził się go zabrać. Na drodze minęli kilku profesorów, którzy go rozpoznali. Co więcej, rozpoznali także trzymającego za lejce chłopa. Okazał się nim przebrany… dziekan Wydziału Weterynaryjnego.
Dalej natknęli się na kilkunastu żołnierzy pod dowództwem plutonowego, którzy byli niedobitkami oddziału rozbitego przez Sowietów. Mieli tylko dwa zmartwienia: jak odnaleźć własne wojsko i skąd wykombinować ckm. W tej sytuacji Bocheński postanowił zostawić profesorów i odłączyć się z podlaskimi chłopami.

Jego obecność w oddziale opisana została po wojnie przez podporucznika Mieczysława Pruszyńskiego: „W ciemnej nocy dostrzegałem od czasu do czasu biały habit dominikanina [jak prostował Bocheński, był to biały sweter – przyp. P.L.]… głośne wybuchy śmiechu rozlegające się wśród kolumny maszerujących żołnierzy nieomylnie wskazywały, że tam znajdował się o. Innocenty”.

Sam Bocheński wspominał: „Pamiętam dobrze, że wobec tego, że chodziłem boso, byłem uważany przez żołnierzy za coś w rodzaju świętego, co było oczywiście nieporozumieniem, jako że przyczyna była całkiem, że tak powiem, nieświęta – obtarcie nóg”. Wraz z żołnierzami dołączył do czegoś, co później nazwano 81. Pułkiem Piechoty. Wzięli udział w ostatnim starciu kampanii wrześniowej – bitwie pod Kockiem. Skapitulowali 4 października.

Kolega docent i brawurowa ucieczka

„Przeklęty Żyd” – takie powitanie niemieckiego podoficera spotkało Bocheńskiego, gdy szedł piechotą na Zachód. Wyjaśnił, że jest duchownym katolickim. Na pytanie dokąd idzie, odparł: po niemiecku: „Aby całą prawdę powiedzieć, idę do Rzymu”. Miał wszak legitymację rzymskiego Angelicum. „To oświadczenie nie ogolonego, bosego obdartusa, wygłoszone na polu bitwy pomiędzy gruzami i trupami nie mogło nie wywołać wesołości u podchorążego” – wspominał. Odnalazł on przy Bocheńskim dokument wskazujący, że jest on docentem UJ. „Pan kolega pozwoli, że się przedstawię” – powiedział Niemiec, który okazał się docentem Uniwersytetu w Heidelbergu.

Wywiązała się dyskusja na temat tego, czy polskie świątynie nie są zbyt bogate. „Mówię mu więc filozoficznie, że to zależy od potrzeb, które ludzie pragną zaspokoić: kiedy chcą się dobrze najeść, budują wielkie restauracje, kiedy… budują wspaniałe toalety, a kiedy chcą się wymodlić, kościoły” – wspominał Bocheński. „Gdy tu przyjdzie narodowy socjalizm, nie będzie w ogóle żadnych kościołów, a za to piękne, zamożne domy rolników” – zapowiadał Niemiec.

Mimo całej kurtuazji podchorąży kazał go zamknąć w budynku pobliskiej szkoły. „Znałem z opowiadań starych żołnierzy zasadę, którą tutaj przepisuję, bo może przydać się młodszym. Ta zasada głosi, że jeśli cię wezmą do niewoli, uciekaj jak najprędzej. Im dłużej czekasz, tym staranniej będziesz pilnowany i tym trudniejsza będzie ucieczka, a starać się uciec jest przecież pierwszym obowiązkiem żołnierza wziętego do niewoli. Pamiętny na tę zasadę rozejrzałem się po pomieszczeniu i odkryłem, że okno w toalecie daje wyjście na wolny świat Boży. Tak i rychło nie było mnie w domu niewoli” – wspominał.

Udało mu się dojechać do Krakowa, gdzie z kolei cudem uniknął wywiezienia do obozu w ramach Sonderaktion Krakau. Wybierał się bowiem na spotkanie, w czasie którego aresztowano polskich profesorów i wywieziono do Sachsenhausen. „Pan Bóg chciał, że na tej krótkiej drodze spotkałem moją siostrę Olusię, której nie widziałem od początku wojny” –wspominał. Zawrócili do klasztoru. Na spotkanie poszedł więc pół godziny spóźniony. „Gmach był obstawiony policjantami i nie wpuszczono mnie do środka” – pisał. Przez Katowice i Wiedeń dostał się do Rzymu.

Wojna jest wielkością moralną

W Rzymie wraz z księdzem Walerianem Meysztowiczem i kilkoma innymi zajęli się zorganizowaniem międzynarodowej interwencji w celu uwolnienia krakowskich profesorów. Spotkali się m.in. z ambasadorem Stanów Zjednoczonych, który obiecał, że ich memoriał znajdzie się następnego dnia na biurku amerykańskiego prezydenta. Polski ambasador we Włoszech Bolesław Wieniawa-Długoszowski interweniował w tej sprawie u ministra Ciano, który interweniował u Mussoliniego, a ten u Hitlera. Bocheński natomiast ofiarował Mussoliniemu album „Stanisław Wyspiański” z osobistą dedykacją.

Interwencje przyniosły skutek: 8 lutego 1940 r. profesorów – tych, którzy przeżyli ciężkie warunki – zwolniono. Zaś życie dopisało zaskakującą puentę do historii z albumem Bocheńskiego: „W 1944 roku żołnierze drugiej brygady 3. Dywizji Strzelców Karpackich znaleźli mój album w Predappio, wsi rodzinnej Mussoliniego, i ofiarowali go gen. Andersowi. Kto by się tego spodziewał?”.

Z Włoch wyjechał przez Francję do Szkocji: „Pierwsze wspomnienie: stoję koło kucharza, który wlewając wielką chochlą zupę do menażek pułkowników i majorów, mówi mi: z tego elementu (sic!), księże kapelanie, wojska nie będzie”. Wkrótce kapelan został mianowany oficerem oświatowym. Pełniąc tę funkcję, szukał zajęć dla wojska – od wykładów z historii Wielkiej Brytanii po naukę jazdy samochodem. Co tydzień publikował felietony religijne w „Gazecie Żołnierskiej”.
16 lutego 1944 r. został zaprzysiężony jako kapelan do zleceń przy biskupie Gawlinie, a główną ich troską stało się przygotowywanie wyjazdu na front włoski. Razem trafili pod Monte Cassino. Bocheński wspominał wrażenia tuż sprzed bitwy: „Jeśli jasna twarz generała i spokojny ruch, którym ks. Biskup strzepuje popiół z papierosa, wyrażają jakieś uczucie, to chyba radość. Radość, żeśmy się doczekali, że zaczyna się wielka bitwa, w której po raz pierwszy dane nam będzie mierzyć się z Niemcami równą bronią na odcinku historycznej wagi”.

Szpital, udzielanie duszpasterskiej posługi. „Nieustanny szept gorączką palonych warg w moim szpitalu: czy klasztor wzięty. Wojna jest wielkością moralną i pasją myślę o głupcach, pisarzach, którzy prorokują z foteli »koniec bohaterstwa i wiek techniki«” – pisał.

Drogi panie, skończył pan zdanie złożone z czternastu słów

„Agenci moskiewscy w latach 1945 i następnych uważali mnie także osobiście za wroga, w czym się zresztą nie mylili. Mojego nazwiska nie wolno było wymieniać” – wspominał. Podjął pracę na Uniwersytecie Fryburskim.

„Był całkiem różny od innych dominikanów” – pisał o nim uczeń, książę Mikołaj Lobkowicz, późniejszy prezydent Uniwersytetu Monachijskiego. Nie znosił naukowej nowomowy – plagi uczelni PRL i III RP. „Drogi panie, skończył pan właśnie zdanie złożone z czternastu słów. Ja nie zrozumiałem jak dotąd ani jednego” – strofował jednego ze studentów. Lobkowicz nie miał wątpliwości, że „główna część teologii współczesnej zdawała się być dla niego bełkotaniem”. „Stawał się niecierpliwy tylko w jednym przypadku, gdy miał wrażenie, że jego partner w dyskusji nie potrafi jasno myśleć” – stwierdzał.

Niektórzy zarzucali mu nadmierne upraszczanie tematyki wykładów. „Co wydawało się zbyt uproszczone, okazywało się rezultatem głębokiego wysiłku myślowego” – wspominał Lobkowicz. Myślicieli wcześniejszych epok studenci widzieli „jak gdyby stali przed nami żywi i jakbyśmy mogli z nimi rozmawiać”.

Wymagający w czasie wykładów, miał nietypowy stosunek do egzaminów. „Siada do egzaminu niejaki Smith, Amerykanin, który nie tylko był w ciągu lat członkiem mojego seminarium, ale także przełożył na angielski moją książkę o współczesnej filozofii europejskiej”– wspominał. Pada pytanie o teorie psychologa Jamesa. Student ni w ząb, nie potrafi odpowiedzieć na żadne pytanie. Wychodzi. Dziekan pyta Bocheńskiego, jaką proponuje ocenę. „Magna cum laude”, druga najlepsza nota.

„Dlaczego, przecież on nic nie wiedział?” – dziwi się dziekan. Bocheński na to: „Nieprawda, wiedział i ja wiem, że wiedział, bo po kilku miesiącach współpracy każdy profesor godny tego imienia wie, co wie jego uczeń. Żaden egzamin nie jest mu potrzebny”.

Na fryburskiej uczelni Bocheński dwa razy był dziekanem, by w 1964 r. zostać jej rektorem, co miało burzliwie zapisać się w historii uniwersytetu. Za pilną potrzebę rektor uznał zorganizowanie stołówki studenckiej – mensy. Władze kantonu nie godziły się jednak na jej powstanie, bo nie chciały utracić poparcia restauratorów, dla których byłaby ona konkurencją.

„Profesorowie są zwykle starszymi panami kochającymi spokój i niezdolnymi do gwałtu, a tu gwałt był potrzebny. Ja, sam stary żołnierz, wiedziałem dobrze, że są chwile, w życiu zbiorowym, kiedy ten gwałt jest nie tylko dozwolony, ale i moralnie nakazany” – pisał Bocheński.

Postanowił w tej sytuacji… zrewoltować studentów: „Postąpiłem więc tak: wezwałem przedstawicielstwo studentów z Janem Nordmanem juniorem, synem mego przyjaciela, okropnym warchołem, na czele i powiedziałem im, że we śnie widziałem masę studentów wybijających szyby w gmachu rządowym z okrzykami „Mensa! Mensa!” i zapytałem, czy kto z nich nie potrafi mi tego snu psychoanalitycznie wytłumaczyć. Nie mogli, więc ich odesłałem. Aliści dwa dni później przychodzi tenże Nordman i powiada: „Gotowe!”… Szyb wprawdzie nie wybili, ale ryczeli tak bawolim głosem, że moje pozwolenie dostałem w 48 godzin”.

Wykładał także na kilkunastu uczelniach amerykańskich. O Ameryce pisał: „USA są jedynym krajem, gdzie nazwisko, jakie ktoś nosi, nie ma żadnego znaczenia, gdzie wygnaniec z Polski na przykład może się czuć jak u siebie, no i że to jest wspaniały kraj zaludniony przez wspaniałych ludzi, twórców wielkie cywilizacji”.

Naukowe studium śmiecia

„Śmieć jest śmieciem, ale naukowe studium śmiecia nie jest śmieciem” – mawiał o komunizmie. Zasługi Bocheńskiego dla walki z Sowietami są gigantyczne. „Jeżeli naprzeciwko komunistycznym ideałom stanie zmaterializowany i pełen sceptycyzmu Zachód, to z pewnością Zachód przegra”, „rozprawa z komunizmem jest przede wszystkim wojną duchową” – pisał.

„Wobec niewiarygodnej wprost ignorancji na Zachodzie tego, czym ten okupant był, moim obowiązkiem było informować, tym bardziej, że filozofia sowiecka należała do zleconej mi dziedziny” – stwierdzał. Założył Instytut Europy Wschodniej Uniwersytetu Fryburskiego – jedyny wówczas w świecie ośrodek badań nad filozofią sowiecką. „Wyszła z niego, jak oceniam, przeszło połowa specjalistów w tej dziedzinie” – pisał. Namówił rząd niemiecki do założenia Ost-Kolleg w Kolonii, którego był dyrektorem. Był też doradcą w sprawach komunistycznych kilku rządów, m.in. kanclerza Adenauera. Stworzona przez Bocheńskiego seria wydawnicza „Sovietica” liczyła 53 tomy.

Występował też jako specjalista w procesach komunistów, doprowadzając m.in. do delegalizacji partii komunistycznej w Niemczech. W latach 1955–1956 występował w jej procesie przed Trybunałem Konstytucyjnym w Karlsruhe. „Najdziwniejsze jest przy tym, że sami komuniści zwykle dość uczciwie przedstawiali swoje cele i metody, ale ludzie nie chcieli im wierzyć – podobnie jak nikt nie wierzył Mein Kampf Hitlera” – pisał o tamtym procesie.

Był krytykowany za to, że zgodził się występować jako ekspert przed sądem w oskarżanej o apartheid RPA. Wyjaśniał: „Znałem dzieje bohaterskich lotów południowoafrykańskich pilotów na pomoc Warszawie podczas powstania… My Polacy mamy wielki dług wdzięczności wobec tego narodu. Dodam, że będąc sam przeciwnikiem dyskryminacji ludzi na podstawie samego koloru skóry (uważam to za głupstwo) oceniam kampanię przeciw apartheidowi jako kolosalną hipokryzję”. Ekspertyzy Bocheńskiego okazały się jednak korzystne dla większości oskarżonych.

Pilot, rajdowiec, negocjator

Gdy pytano go o fascynację szybką jazdą samochodem, odpowiadał, że przecież nigdy nie przekracza 250 km/h. W wieku 70 lat zrobił licencję pilota. „Mąż mojej słuchaczki na uniwersytecie pokrył mi koszta tego szkolenia. Twierdził, że ma wobec mnie dług wdzięczności, bo jego żona zajęta filozofią stała się mniej nieznośna. Z czego zdaje się wynikać, że filozofia, wbrew temu, co się o niej mówi, może na coś się przydać” – wspominał.

Dlaczego chciał latać? „W pierwszym rzędzie zapewne wrażenie, że jest to awantura, coś całkiem innego niż wszystko, czego doznajemy na ziemi… Latając człowiek przełamuje mocą swojego ducha naturalne granice działalności zapisane w jego istocie psychofizycznej” – wyjaśniał.
O Bocheńskim stało się głośno, gdy 5 września 1982 r. zamachowiec, mający na swoim koncie wyroki kryminalne oraz agenturalną działalność na rzecz komunistów, zajął Ambasadę PRL w Bernie, domagając się uwolnienia więźniów stanu wojennego. Negocjacje prowadzone przez Bocheńskiego przyczyniły się do uwolnienia zakładników.

Wydajcie mnie, jeśli będzie ciężko

Do PRL nigdy nie przyjechał. Wyjaśniał: „Bolszewicy nie tylko zburzyli dom, ale także wysuszyli staw, niszcząc bezpowrotnie jedną z piękniejszych miejscowości na ziemiach wschodnich dawnej Rzeczpospolitej. Sprofanowali także groby moich rodziców w krypcie kościoła. To też jest jeden z powodów, dlaczego przez tyle lat nie próbowałem pojechać do Polski”.

Po 1989 r. odwiedził Polskę, udzielił wywiadu „Gazecie Polskiej”, jednak jego ostrzeżenia, że „komunizm pod postacią ideologii lewicowych jest nadal w akcji” nie zostały przywitane entuzjastycznie. Gdy Jan Parys, minister obrony w rządzie Jana Olszewskiego, namawiał go, by zgodził się na wydanie swoich prac sowietologicznych w Polsce, usłyszał: „Zrób to, jeżeli uważasz, że w ten sposób wam pomogę, zrób to, gdy uznasz, że w Polsce jest znów ciężko”.

Pomnik rodzicom postawił we fryburskiej wiosce Botterens. „Przy sprzedaży działki zachowanie pomnika zostało hipotecznie zastrzeżone” – zaznaczał. Zmarł 8 lutego 1995 r. we Fryburgu, mając 93 lata.

Nowe Państwo: Numer 4 (62)/2011

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii 20-lecie międzywojenne, Czasy zaborów, Historia, II wojna światowa, Lata PRL i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.