Eustachy Sapiecha

Eustachy SapiechaPochodził z arystokratycznego rodu, który przez 500 lat walczył o niepodległą Polskę. Wiedział, że po wkroczeniu do niej komunistów za samo nazwisko dostanie w najlepszym przypadku 10 lat Sybiru, więc uwolniony z niemieckiego obozu uciekł na Zachód. „Niemcy niszczyli oznaki naszej kultury i mordowali jej przedstawicieli, ale nie potrafili jej zabić i wyrwać z ludzkich serc czy duszy…

 

Piotr Lisiewicz

Koń, co zapadł się po szyję w błocie

Pochodził z arystokratycznego rodu, który przez 500 lat walczył o niepodległą Polskę. Wiedział, że po wkroczeniu do niej komunistów za samo nazwisko dostanie w najlepszym przypadku 10 lat Sybiru, więc uwolniony z niemieckiego obozu uciekł na Zachód. „Niemcy niszczyli oznaki naszej kultury i mordowali jej przedstawicieli, ale nie potrafili jej zabić i wyrwać z ludzkich serc czy duszy. Niestety, komuna miała dość czasu, żeby z poparciem przyjaciół radzieckich kulturę i jej ducha zabić” – pisał o skutkach półwiecza komunizmu.

Kończyło się gorące lato 1939 r, gdy 23-letni książę Eustachy Sapieha zadzwonił do swojej przyjaciółki Jadwigi Ciechanowieckiej. Był już zmobilizowany do wojska i w ostatni dzień przed wyjazdem postanowił zaprosić ją do pewnej warszawskiej „knajpy tańczącej”, w której często bywał z przyjaciółmi. „Lubiłem tę dziurę, bo była swojska. Znali mnie tam już jak zły szeląg” – wspominał. Wchodząc, posyłał zawsze orkiestrze buteleczkę wódki. A dyrygent przychodził zaraz do jego stolika, by zapytać, co ma zagrać na początek wieczoru, „odsłaniając przy tym w promiennym uśmiechu wielki złoty ząb”.

W jakieś dwa miesiące później Sapieha, bohater bitwy pod Kockiem, jechał jako jeniec w bydlęcym wagonie do niemieckiego obozu jenieckiego w Sandbostel. Na miejscu poszedł do obozowej latryny. Obok niego, na jesiennym już zimnie, stała postać opatulona szalem. Nagle sąsiad wyłuskał twarz z szala, dotknął jego ramienia i odezwał się wesoło: – Moje uszanowanie księciu panu. Tym razem spotykamy się na tym samym szczeblu socjalnym.

Był to harmonista z owej „knajpy tańczącej”, w której Sapieha był z przyjaciółką w przeddzień wyjazdu mobilizacyjnego. Padli sobie w ramiona i serdecznie się uśmiali. Pomyślał, że był to pierwszy spontaniczny śmiech po wrześniowej tragedii. Żegnał się z ojczyzną na pół wieku.

Z wyżlicą Korą w pierwszej klasie

Eustachy Seweryn Sapieha urodził się 7 sierpnia 1916 r. w Spuszy koło Grodna. Dom, w którym mieszkała jego rodzina, zbudowany został dla jego dziadka Jana, który miał kłopoty z płucami. „Wybrano spuszańskie lasy z powodu suchych piasków, na których ten sosnowy las rósł. Ostatnim krzykiem mody był wtedy styl zakopiański” – wspominał w książce „Tak było… Niedemokratyczne wspomnienia Eustachego Sapiehy” (Świat Książki, 2012 r.). Wokół domu rozciągał się park założony przez jednego ze znanych lwowskich ogrodników, który zasadził tam ponad setkę gatunków egzotycznych drzew i krzewów.

Historii swego arystokratycznego rodu Eustachy poświęci w przyszłości dwutomowe dzieło „Dom Sapieżyński”. My wspomnijmy tylko o jego najbliższych. Ojciec Eustachy Kajetan Sapieha był bliskim współpracownikiem Piłsudskiego, szefem MSZ w czasie wojny polsko-bolszewickiej. Z równie arystokratycznego rodu wywodziła się matka, Teresa Izabela Lubomirska. „Oboje rodzice byli kwintesencją kultury europejskiej, znali jej języki, znali jej dzieła i pomniki, kochali się w pięknie” – pisał o nich syn.

W Spuszy urodziło się także jego rodzeństwo. Siostrę Elżbietę w czasie okupacji za konspiracyjną działalność aresztowało Gestapo. Potem została malarką. Brat Lew walczył w II wojnie światowej, a później na emigracji pracował w BBC, publikował nowelki i wiersze oraz tłumaczył dzieła Józefa Mackiewicza na angielski. Drugi brat Jan też brał udział w kampanii wrześniowej, a potem jako lotnik walczył w bitwie o Anglię.
Barwną postacią w rodzinie był dziadzio Andrzej Lubomirski. Na polowania – które były rodzinną pasją – zwykł jeździć koleją. O jednej z tych wypraw wnuk pisał: „Dziadzio jechał sam ze swoją wyżlicą Korą w pierwszej klasie… Mając w kieszeni dwa bilety pierwszej klasy – jako poseł na sejm i fundator kolejki dynowskiej – uważał, że Kora ma prawo jazdy za darmo… Biedny konduktor nie bardzo mógł się z tym zgodzić”.
Kiedy indziej, nudząc się strasznie podczas jazdy, wyciągnął strzelbę z futerału i spokojnie zaczął strzelać przez okno do wron siedzących na słupach telefonicznych. Po chwili ktoś zatrzymał pociąg, myśląc, że to napad bandytów. Wynikła wielka awantura, zebrali się konduktor, jakiś policjant jadący na urlop, maszynista… „Dziadzio, rozdając wszystkim swoje wizytówki, zaczął tłumaczyć, że krzywdy przecie nikomu nie zrobił, a wrony zabijają ptaszki w gniazdach” – pisał wnuk.

Z okopu do Londynu

Gdy w 1916 r. zbliżał się front I wojny światowej, Sapiehowie przenieśli się do Warszawy. Podczas przewalania się przez okolicę oddziałów rosyjskich i niemieckich dom został spalony. Ojciec został członkiem Tymczasowej Rady Stanu, utworzonej na mocy postanowień Aktu 5 listopada, w którym Niemcy i Austriacy gwarantowali Polakom powstanie samodzielnego Królestwa Polskiego. Blisko współpracował w niej z Józefem Piłsudskim.

Po odzyskaniu niepodległości zaangażowany był 4 stycznia 1919 r. w prawicowy zamach stanu, którego celem było obalenie lewicowego rządu Jędrzeja Moraczewskiego i zastąpienie go Ignacym Paderewskim, który stanąłby na czele Rządu Jedności Narodowej. Jak pisze syn, ojciec postrzegał rząd Moraczewskiego jako „ideologicznie zbliżony do rewolucyjnej Rosji”. Uznawał, że Piłsudski z racji na lewicowy rodowód „nie za bardzo mógł się temu przeciwstawić”. Zamach nazywano później „operetkowym”, bo trwał 24 godziny, po których członków rządu uwolniono. Niemniej w tydzień później Moraczewski został zdymisjonowany, a Paderewski został premierem.

Piłsudski zamachowców kazał zwolnić, pod warunkiem nieopuszczania Warszawy. „Siedząc w areszcie domowym, postanowił z paroma przyjaciółmi wstąpić do wojska. Wystawił własnym sumptem oddziałek kawalerii” – pisał o ojcu Sapieha. W efekcie trafił on, jako zwykły ułan, na front.

A po paru miesiącach Piłsudski „prosto z okopów” mianował go pierwszym posłem niepodległej Polski w Anglii. Po roku został ministrem spraw zagranicznych. Pełnił tę funkcję w najcięższych dniach wojny polsko-bolszewickiej. Po latach pokazał synowi pieczołowicie przechowywany dokument. Był to list, jaki otrzymał jako szef MSZ od francuskiego generała Weyganda, w którym narzekał on na plany Piłsudskiego przed Bitwą Warszawską: „Chciałem księciu powiedzieć, że zupełnie się nie zgadzam z planami Piłsudskiego i bardzo się boję o ich rezultat”. List ten cytowany jest dziś przez historyków jako dowód, iż wrogowie Piłsudskiego nie mają racji, przypisując opracowanie zwycięskiej strategii Weygandowi.

Tu nie uniwersytet, tu trzeba myśleć

Ukończył szkołę średnią w Pszczynie i jako 17-latek dostał się do Szkoły Podchorążych Rezerwy Kawalerii. „Kiedy siusiacie, im wyżej kuśkę podniesiecie, tym dalej nasiusiacie, ale jeśli za wysoko ją podniesiecie, to zasięg się zmniejszy – to samo dzieje się z działem” – tak wykładowca balistyki, pułkownik artylerzysta Wróblewski, wprowadzał jej uczniów w tajniki strategii. W szkole obowiązywała maksyma: „Tu nie uniwersytet, tu trzeba myśleć”. „Po sześciu miesiącach byliśmy już bardzo zżytą, zdyscyplinowaną i co tu dużo mówić, szczęśliwą grupą młodych, zdrowych ludzi” – pisał Eustachy.

Był dumny z uratowania ponad 20-letniego konia, którego wojsko chciało przeznaczyć na skórę i mięso dla psów. Zobowiązał się, że będzie się nim opiekował i odkarmi go chlebem, co się świetnie udało.

„Co to za astronom, co nie nosi lupy, co to za dziewczyna, co nie daje – wina” – ta przyśpiewka była w wojsku popularna nie mniej od patriotycznego repertuaru. W 1936 r. odbywały się żołnierskie zawody. Po nich – galowy wieczór w Resursie Obywatelskiej. Galowy do czasu. „Gdzieś dobrze już nad ranem zaczęła się większa burda. Poszły w ruch pięści, butelki, stołki, szable i wyciągnięte pistolety… Mój bardzo serdeczny przyjaciel porucznik Nowak, twierdząc, że nie będę zdolny do uchylenia się, strzelał do mnie trzy razy…” – wspominał Eustachy.
Następnego dnia wojsko przybyło przepraszać właścicielkę za zdemolowanie lokalu. Właścicielka, pani Serbinowa, słuchała tego z kamienną twarzą, po czym zabrała głos z miękkim, zaciągającym, polsko-litewsko-białoruskim akcentem. – Panowie oficerowie! – tu nagle szeroki uśmiech rozpromienił jej twarz. – Ja was zapewniam, że ja się tak nie bawiła, od czasu kiedy w 1912 roku był tu carski Drugi Pułk Pawłogrodzkich Lejbhuzarów.

Tu, lekko schyliwszy się, wyciągnęła spod lady litrową butelkę wódki. – Ot, ja się teraz z wami, panowie, napiję, ale tylko pod paluszek, bo kieliszka ani jednego nie zostawiliście.

Nić zaufania pomiędzy właścicielką Resursy i wojskiem miała przydać się w o wiele smutniejszych okolicznościach. „Pani Serbinowa była aniołem opiekuńczym rodzin pułkowych po 1939 roku” – pisał Sapieha. Wojskowi przekazali jej zdobyte w czasie wojennej zawieruchy kosztowności „z prawem gospodarowania w celu pomocy rodzinom pułkowym”. Gdy wkroczyli Sowieci, role się odwróciły: „Rozbitki pułku po całym świecie próbowały pomagać z kolei pani Serbinowej, bo tego rodzaju pań kochany reżim nie za bardzo lubił”.

Z dębową lagą na „pedałów”

Na studia wyjechał do Wyższej Szkoły Handlowej w Antwerpii. Antwerpia i Amsterdam były wtedy diamentowymi stolicami świata. A większość handlu diamentowego była w rękach Żydów, obywateli polskich. „Słyszało się na równi języki flamandzki, jidysz i polski. i ci ludzie, bardzo zamożni, jeździli do »ojczyzny« czyli Polski, przy każdej okazji” – czytamy w „Tak było…”.

Jednocześnie Antwerpia miała opinię najdzikszego portu w Europie. Cała stara dzielnica miasta była pełna portowych knajp, burdeli, składów przemycanych towarów, palarń opium. Sapieha korzystał z jej uroków, jednak nie z płatnych uciech cielesnych. Za to z wieloma dziewczętami przyjaźnił się. „Miło było przechodzić wieczorem po ulicach przed jakimś lokalem, kiedy drzwi się nagle otwierały i wyskakiwała panienka, żeby mnie złapać, zafundować mi piwko i pośmiać się ze mną” – wspominał.

Obok nauki studentów pochłaniało trenowanie… boksu. Pewnego dnia przyjaciele Sapiehy zdecydowali, że muszą wypróbować swoje siły w portowych tawernach. „Wybraliśmy się więc w piątkę z planem zaatakowania pewnej knajpy znanej z tego, że jej klientelą były pedały z całego marynarskiego świata, głównie Niemcy. Nie mogę powiedzieć, że się bardzo cieszyłem na tę zabawę i na wszelki wypadek wziąłem ze sobą ciężką dębową lagę” – pisał.

Po powrocie do Warszawy zgłosił się na praktykę do firmy eksportowej Jechiel Nachari Międzyrzecki. Żydowski kupiec złapał się za głowę. – Czy książę wie, co robi?

– Panie Międzyrzecki, przychodzę tu jako pan Sapieha praktykant i chcę się nauczyć jak najwięcej, po prostu dlatego, że chcę pojechać do Afryki i chciałbym wiedzieć, czym, jak i gdzie Polska handluje.

Ostatecznie został przyjęty na trzymiesięczną praktykę. Arystokracie przydzielono klitkę o rozmiarach trzy na trzy metry z sosnowym biurkiem i dwoma krzesłami.

Koniec epoki, czyli cygarka spadają na Grodno

„Zbliżał się koniec epoki, nikt jednak tego nie czuł” – pisał o ostatnich dniach niepodległej Polski. „W domu wybrałem to, co myślałem, że przyda mi się na WOJNIE. Pamiętam, jak zastanawiałem się nad tym, czy warto wziąć ciepły sweter, bo przecie zima daleko, a wojna przed nią się skończy” – wspominał.

Dotarł do Grodna: „Kiedy przejeżdżaliśmy przez most na Niemnie, zaświeciły pierwsze promyki słońca… Zamek, wieże kościelne, domostwa nad rzeką – miało to wszystko swój wdzięk”. Wszystko to miało się skończyć, dosłownie, za chwilę: „Nagle ukazał się nad miastem klucz trzech samolotów lecących w kierunku miasta, coś się z nich urywało i maleńkie z tej odległości cygarka zaczęły wolno opadać na ziemię… Tak zaczęła się dla mnie wojna”.

Zameldował się w Suwalskiej Brygadzie Kawalerii, dowodzonej przez generała Zygmunta Podhorskiego. Gdy brygada stanęła nad Narwią, pułk bronił dużego odcinka aż po most na Wiźnie. Podczas nocnego wyjazdu łazikiem, gdy miał nawiązać łączność z dowódcą pułku, pomyłkowo dołączył do kolumny… niemieckich samochodów. Cudem, po bezładnej strzelaninie, udało mu się uciec.

Za bitwę pod Kockiem został odznaczony Krzyżem Walecznych. Rozkaz generała Kleeberga, by się poddać, był dla polskiego wojska dramatem: „Pieczęcie, proporczyk dowódcy pułku i tak dalej. Wszystko to, owinięte w jakieś papiery i natłuszczone szmaty, zamknęliśmy w skrzyni od amunicji… skrzynie zakopaliśmy w pewnej odległości od rogu domu”.– Za waszą postawę i męstwo dziękuję wam ułani – wśród głuchej ciszy ogłosił dowódca. Cicho, łamiącymi się głosami, brygada odpowiedziała przepisowo: – Ku chwale ojczyzny, panie pułkowniku.

Hieroglify za kolczastym płotem

Trafili do niewoli i w bydlęcych wagonach zawiezieni zostali do obozu jenieckiego w Sandbostel. Pod koniec 1940 r. trafił do kolejnego obozu w Woldenbergu, czyli dzisiejszym Dobiegniewie. Tu, ku nieopisanej radości, spotkał się z bratem Lwem.

Do życia obozowego Polacy wprowadzali własne obyczaje. „Kiedy taki tłum ludzi w listopadowych ciemnościach śpiewa »Kiedy ranne wstają zorze…«, człowiek zakrywa sobie twarz, żeby nie okazywać wzruszenia. Nie dziwię się, że Niemcy prawie zawsze wtedy stawali i nieruchomieli, a nawet widziałem ich zdejmujących nakrycia z głowy. Jest to potężna pieśń” – opisywał w „Tak było…”. Profesorowie prowadzili wykłady, politycy dyskutowali, aktorzy urządzali przedstawienia, sportowcy – mecze. Sapieha za kolczastym płotem przez dwa lata studiował egiptologię pod kierunkiem profesora Kazimierza Michałowskiego. Poświęcał jej 3–4 godziny dziennie, studiował hieroglify, a także historię Egiptu do czasów Kleopatry.

Przydarzył mu się wypadek z żelaznym narzędziem, które zrobiło mu dziurę w goleni. Normalnie rana by się zagoiła, ale w obozie nie chciała się zabliźnić z powodu niedożywienia. Groziła mu amputacja. Lekarze nie pozostawili wątpliwości: pomóc może tylko zjedzenie w ciągu dwóch tygodni 10 kilo pełnowartościowej żywności.

Grupa szeregowców w obozie zatrudniona była jako służby porządkowe. Był wśród nich niejaki Pałubiński z Białorusi, który przekupywał strażników i przemycał do obozu jedzenie. W zamian zażądał dwóch wagonów żyta z pierwszego… powojennego zbioru w Spuszy. Eustachy uświadomił sobie, ile jest warte dobre imię, a właściwie nazwisko, dzięki któremu Pałubiński uznał jego obietnicę za wiarygodną. Chleb, pieczona kura, połeć słoniny, jajka – to były specjały, których jeńcy nie widzieli przez cztery lata.

„Oni bić się o to będą ciągle i zawsze”

Sowiecki pocisk artyleryjski wpadł przez dach do stodoły – tak rozpoczęło się w 1945 r. wyzwalanie obozu. W ogólnym bałaganie wraz z bratem uciekli od „wyzwolicieli”. Zatrzymali się w odległym o dwa kilometry rowie przysypanym śniegiem. Pozbyli się odznak wojska polskiego. Postanowili uciekać na Zachód jako Kanadyjczycy. Na drodze spotkali Polkę ze wsi pod Krakowem, która była wywieziona na roboty do Niemiec. Zapytali ją, czy zna metropolitę krakowskiego Adama Sapiehę. Powiedziała, że widziała w czasie parafialnej wizytacji. Wręczyli jej pamiątkowe znaczki poczty obozowej i rękopis książki Lwa „Dolina Babel”, by wysłała metropolicie. „My do Polski dojdziemy dużo później od was” – wyjaśnili, nie tłumacząc, kim są. Kardynał Sapieha w liście wysłanym do Eustachego w 1949 r. napisał, że znaczki dostał. O rękopisie nie wspomniał, być może z obawy przed reakcją czytających listy ubeków.

W końcu zainteresował się nimi niemiecki oddział. Jako Kanadyjczyków postanowił odwieźć ich do kanadyjskiego obozu w Szczecinku. Podczas noclegu w stodole słuchali wieczornych rozmów Niemców, których morale podupadało. – Tak, w wielu rzeczach macie rację, ale w jednej nie macie. Nie mówcie mi, że patriotyzm nie istnieje – usłyszeli w pewnym momencie.

„Lew chwycił mnie pod kocem za rękę, włosy zaczęły mi stawać na głowie. Podświadomie wiedzieliśmy, co powie” – zapisał Eustachy. A Niemiec ciągnął: – Ja byłem w jesieni w Warszawie, ja musiałem się tam bić z babami i dziećmi, ale z takimi z Hitlerjugend, z prawdziwymi dziećmi, ledwie większymi od karabinu, które lepiej walczyły, dużo lepiej od nas. Wymyślili sobie powstanie, wierząc, że im przyjaciele pomogą. Gówno im pomogli i sami musieli walczyć. Biegli z butelką jakiejś benzyny na nasze czołgi plujące ogniem, czepiając się pazurami każdego kamienia, żeby go nie oddać… Nie mówcie mi, że patriotyzmu nie ma. Jak śpiewają, to do Boga, a te swoje noch ist Polen nicht verloren, to oni noszą zawsze gdzieś przy sobie za pazuchą. Oni myślą, że teraz uratowali Polskę. A gówno, Rosjanie im ją wezmą i nic z tego nie będą mieli za rok, dwa, za dziesięć czy sto może, ale oni bić się o to będą ciągle i zawsze.

„Kanadyjczykom” spływały ciurkiem po policzkach łzy.
„Dlatego, że świnię potrafi obrobić, ja mam się z nią wiązać na całe życie?”

Dotarli ostatecznie do miejscowości Grabau, która znalazła się w brytyjskiej strefie. Tak się złożyło, że znajdowały się tam… polskie stadniny koni, zrabowane przez Niemców. Wyzwoleni Polacy postanowili zająć je przed wkroczeniem Brytyjczyków. Samozwańczym komendantem stadnin został Sapieha.

– Dziś po południu zjawiła się w stadninach „kobieta-bohater” – z dość zażenowaną miną zgłosił pewnego dnia komendantowi chorąży. – Młode to, pyskate, w mundurze i nawet ze wstążką Krzyża Walecznych. Śmieje się, gada za trzech i już panowie oficerowie zabrali ją do kasyna. Tak nie powinno być, gdzież ona przenocuje?

Zdecydowano, że „kobieta-bohater” zostanie umieszczona u komendanta. „Rzeczywiście, było to młode, śmiejące się i miłe, gadało za trzech i śmialiśmy się do późna w nocy” – wspominał. Nazywała się Didi (Antonina Maria) Siemieńska, była żołnierzem AK i brała udział w Powstaniu Warszawskim. Poszukiwana przez NKWD uciekła z Polski przez Odessę i mieszkała u przyjaciół w Paryżu.

Przyjechała tu za radą oficerów z dywizji Maczka, którzy powiedzieli jej, że w Grabau siedzi niejaki Sapieha i mieszka w meblach rodziny Siemieńskich. Rzeczywiście, meble pochodziły ze stadniny w Racocie, której dyrektorem był wuj Didi.

Jej obecność w stadninie okazała się przydatna w zaskakujących okolicznościach. Masztalerze zabili świnię, ale nikt nie umiał jej pokroić. „Didi obeszła dookoła świnię i poprosiła o nóż. Zanim zdążyliśmy się zorientować, zaczęła najspokojniej świniaka krajać. Przyglądaliśmy się temu w nabożnej ciszy” – wspominał Sapieha. – Mama wymagała, abyśmy wszystkie te rzeczy, które mogłyśmy kazać robić innym, umiały zrobić same – wyjaśniła.

Tym czynem wzbudziła zachwyt przyjaciół Eustachego. – Taka okazja ci drugi raz ci się nie trafi: bierz ją, ona jest naprawdę świetna. Widziałeś, jak tę świnię obrabiała? – namawiali. – Dlatego, że świnię potrafi obrobić, ja mam się z nią wiązać na całe życie. Czyście zwariowali? – protestował.

Ich ślub odbył się 24 listopada 1945 r. W sprawie ich związku wśród znajomych doszło do sporu: czy Sapieha ożenił się z Siemieńską, bo chciał zachować meble, czy Siemieńska wyszła za Sapiehę, żeby je odzyskać.

Orzeł w Koronie w afrykańskiej kopalni

Trafił do Belgii, gdzie znalazł pracę w firmie handlującej końmi, która chętnie zatrudniła go jako eksperta. Potem w Brukseli wynajęli dwa pokoiki w tanim hotelu.

Tymczasem rodzice Eustachego trafili do Nairobi, stolicy Kenii. Ojciec we wrześniu 1939 r. został aresztowany przez Sowietów i skazany na śmierć. Rok siedział na Łubiance, w końcu karę złagodzono mu do 15 lat łagru. Ze Związku Sowieckiego wydostał się po „amnestii” z generałem Andersem. Do Afryki Wschodniej trafiło około 20 tys. Polaków, a ojciec został tam przedstawicielem Polskiego Czerwonego Krzyża. Po jego likwidacji został bez środków do życia.

W Nairobi pan Chmieliński, ostatni konsul niepodległej Polski wręczył im polskie godło z konsulatu, mówiąc o Orle Białym: „Trzymajcie go gdzieś, żeby go nie zniszczyli albo przemalowali, bo zabiorą mu koronę, wsadzą sierp i młot w łapy”.

Za pożyczone od brata tysiąc dolarów Eustachy postanowił zbudować tartak. „Mogłem kupić łóżka i stół, jako krzesła posłużyły stare skrzynki od piwa” – opisywał początki afrykańskiego „książęcego pałacu”. Z tartaku żyli niezbyt długo – branżę zdominowali Hindusi. Potem znalazł pracę w firmie handlującej złomem. Po załamaniu się rynku stali właściciel owego koncernu Ted Wolff kupił prawa do złóż kamieni szlachetnych w Tanganice. „Zawsze głównym celem był rubin albo szafir, ale interesowało nas wszystko: beryl z nadzieją na akwamaryn, najróżniejsze czerwone, różowe, pomarańczowe czy zielone granaty” – pisał Eustachy.

Biały myśliwy

Wieści o Sapiesze, co szuka szlachetnych kamieni, rozeszły się wśród emigrantów. Odwiedzając go, ci lubiący polowania chcieli zakosztować ich w afrykańskiej dziczy. W latach 50. wyrobił sobie licencję White Hunter, czyli białego myśliwego. Z czasem myśliwy spod Grodna stał się głośnym organizatorem afrykańskich safari. „Osiem razy szarżowały na mnie lwice” – wspominał.

Ale nostalgia za Polską nie mijała. „Mam już tylko trzy miłości myśliwskie. Są to słonka, głuszec i cietrzew. Zabierzcie mi wszystkie słonie, lamparty, lwy czy bawoły” – pisał.

Safari pozwoliły mu na zakup domu. Obok niego postawił kaplicę – obiecał niegdyś, że ją wystawi, jeśli Pan Bóg ocali go od Niemców. Nie myślał tylko, że zrobi to w Kenii, a nie w Spuszy. W 1963 r. zmarł ojciec Eustachego. „Czasem półprzytomny planował, jak rozwalić Moskwę” – zapisał syn.

Sam rzadkie spotkania z dziennikarzami z PRL zafrapowanymi faktem, że Sapieha urządza polowania w Afryce, wspominał fatalnie: „Jeden przyczepił się do mnie jak rzep do psiego ogona, cham, jakich mało, bezczelny, wulgarny, nieznośny, chodzący obraz książkowego lewicowca czy komunisty. W końcu doprowadził mnie do tego, że po pierwsze, trochę za dużo wypiłem, i po drugie, że wyszliśmy z przyjęcia bardzo szybko”.

Mądrości „nowej inteligencji” III RP

Gdy po „okrągłym stole” nastała III RP, 74-letni Sapieha postanowił ją odwiedzić. Zderzenie z „nową inteligencją” było konfrontacją obcych światów: „Warszawiak, z tak zwanej nowej inteligencji, określił cały okres tak zwanej Rzeczpospolitej Obojga Narodów jako okupację Litwy przez Polaków, a drugi dowiedziawszy się, że pochodzę z Nowogródczyzny, zdziwił się, że mówię tak dobrze po polsku, bo przecie Nowgorod jest bardzo daleko. Kiedy go spytałem, czy nie czytał przypadkowo wiersza, który się zaczyna »Ktokolwiek będziesz w Nowogródzkiej stronie«, odpowiedział, że już osiem lat jak zdał maturę i czytanie Słowackiego czy innego Mickiewicza zawsze go nudziło”.

W ramach swych wypraw do – jak pisał – „powojennego nowotworu, po sowiecku zglajszachtowanego” postanowił zobaczyć rodzinne okolice, dziś należące do Białorusi: „Przecie, jeśli komuniści wszystko zniszczyli, to jednak ziemia musiała zostać, choć podobno nawet i ziemię potrafili na Syberii zniszczyć. Chciałem dotknąć i przez palce przesypać ten złoty piasek, który potrafił wykarmić najwyższe sosny na świecie”.
Wybrał się do posadzonej przez brata Puszczy Różańskiej: „W swojej głupocie i tu doszli niszczyciele rosyjscy ze swoją manią bezużytecznej melioracji. Tam, gdzie dawniej były bagna, może nieużyteczne, ale już połączone z bagnami poleskimi – płucami Europy Środkowej – teraz leżała przed nami zupełna pustynia”.

Aby dzieci mogły kochać coś tak, ja myśmy kochali nasz kraj

„Cała ta komunistyczna swołocz zabrała nam kraj i poddała go Rosji… Stała się bez porównania większym niszczycielem od Niemców, po wyjściu których został kraj zrujnowany i wyludniony, ale mocny duchem całego społeczeństwa” – oceniał skutki półwiecza komunizmu. Próby powrotu do polskiej kultury po 1989 r. podsumowywał: „To co dziś robią rozbitki resztek jej przedstawicieli, to jest »odtwarzanie konia Przewalskiego«, a nie wyciąganie konia, który zapadł się po szyję w błocie”. I dodawał: „Trzy nowe generacje muszą urodzić się, zanim jakakolwiek kultura stanie się znów potrzebna”.

Do spisania wspomnień skłoniły go córki – mieli ich trójkę. „Nie chcemy być Angielkami, Francuzkami czy Afrykankami, chcemy wiedzieć, dlaczego urodziłyśmy się w Afryce” – namawiały go. Efekty tego namawiania możemy dziś kupić w księgarniach w postaci książki „Tak było…”. Zmarł 2 marca 2004 r. w Nairobi, a pochowany został w Boćkach na Podlasiu, dawnym majątku Sapiehów. „Niech Bóg da naszym dzieciom tę wielką łaskę, aby mogły kiedyś coś kochać tak, jak myśmy kochali nasz kraj” – napisał przed śmiercią.

Nowe Państwo: Numer 11 (81)/2012

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii 20-lecie międzywojenne, Czasy zaborów, Historia, II wojna światowa, Sylwetki i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Eustachy Sapiecha

  1. WOLNY POLAK pisze:

    Jak wiele uczuć mną targa czytając tak wspaniałe wyznania do wolnej Polski.

  2. Magda pisze:

    Witam, czytam tą historię z wielkim zaciekawieniem. Próbuję poskładać drzewo geneaologiczne, ale mam niewiele informacji… Otóż moim pradziadkiem był Władysław Laskowski, z książki i opowiadań wiem, że był on właśnie szoferem Księcia Sapiehy. Mieszkał wraz żoną Ireną (którą jeszcze pamiętam z dzieciństwa) i dziećmi w Spuszy na dworze Sapiehów. Niestety pradziadek zmarł bardzo wcześnie, nie zdążyliśmy się niczego dowiedzieć na temat jego rodziny ani skąd się znalazł w Spuszy na takim stanowisku itp… Będę bardzo wdzięczna jeśli ktoś kiedyś będzie w stanie odpowiedzieć mi na te pytania i pomóc w stworzeniu drzewa genealogicznego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.