Hrabia Badeni

fot. Archiwum Emigracji w ToruniuBadeni urodził się 24 października 1885 roku w Radziechowie koło Lwowa. Był trzecim synem Stanisława Badeniego, marszałka krajowego Galicji, i Cecylii z Mierów. Brat ojca, Kazimierz Badeni, był z woli cesarza Franciszka Józefa premierem Austro-Węgier w latach 1895–1897. Obaj bracia urodzili się, podobnie jak Aleksander Fredro, w Surochowie.

 

Piotr Lisiewicz

Humor szubieniczny pechowego magnata

17 września 1939 roku hrabia Stefan Badeni usłyszał, że sowiecka armia przekroczyła granicę Polski. Wiedział, że wkrótce dotrze do jego majątku w Koropcu koło Tarnopola. Co się dało, rozdał służbie dworskiej i mieszkańcom wsi. „Wyzwalany” przez komunistów lud żegnał go łzami. Ginęły ostatnie ślady po trzęsącym niegdyś Galicją Wielkim Księstwie Badeńskim. Kończyła się niepodległa Polska.>
„Humor szubieniczny, jak i sen jest darem bogów” – myślał hrabia, nie tracąc rezonu w chwili gdy opuszczał ziemię pielęgnowaną przez trzy pokolenia Badenich. On, znający osobiście wiele koronowanych głów Europy, bratanek niegdysiejszego premiera Austro-Węgier ruszał na tułaczkę, jak setki tysięcy zwykłych polskich wygnańców.

Terrorystę Piłsudskiego powiesić na gałęzi

24 lata wcześniej młody hrabia Badeni odwiedził w Osieku koło Oświęcimia rodzinę Rudzińskich. Był 1915 r. i w okolicy odpoczywali po walkach legioniści Piłsudskiego. Właściciel Osieka urządził polowanie na bażanty, do udziału w którym zaprosił legionistów. Na schodach dworku Rudzińskich dwóch mężczyzn podało sobie ręce i wymieniło nazwiska: – Badeni. – Piłsudski. Przy czym bystre spojrzenie tego drugiego prześlizgnęło się po pierwszym „spode łba” i podejrzliwie.

Nie mogło być inaczej. Nazwisko „Badeni” było wszystkim znane. Wujek Stefana Kazimierz był wcześniej premierem Austro-Węgier, współpracownikiem cesarza Franciszka Józefa. Ojciec – marszałkiem krajowym Galicji.
A nazwisko „Piłsudski”? Badeni tak wspominał w książce „Wczoraj i przedwczoraj” (z niej pochodzą cytaty, przy których nie podaję źródła) reakcje na nie w arystokratycznych kręgach: „Bardzo wielu nazwiska tego nie kojarzyło wcale, wydawało im się obce, nie rdzennie polskie, wymawiali je teraz z przekąsem i jakby z trudem. Inni wiedzieli, że oznacza ono radykała-rewolucjonistę, który w 1905 r. rzucał lub kazał rzucać bomby na policjantów warszawskich, a potem urządzał napady na pociągi i kasy”. Z czasem, gdy okazało się, że legioniści biją się dobrze, zaczęto myśleć o nich lepiej, ale i tak „żałowano tylko, że nie inny wódz ich prowadzi. Gdybyż tak Dąbrowski lub – lepiej jeszcze – Poniatowski!”.

Pani domu podała brygadierowi Piłsudskiemu poczęstunek i zapytała niewinnie: – I co będzie, panie brygadierze, z naszą kochaną Polską po wojnie?

Skutek pytania był niespodziewany. „Z pochmurnego tylko stał się Piłsudski w okamgnieniu groźnym, rysy ściągnęły mu się drapieżnie” – wspominał Badeni. Brygadier odpowiedział gniewnie: – I co właściwie ma być, proszę pani, z Polską, z tym narodem, który nigdy nie jest zdolny do żadnego czynu, który jest hańbą Europy i trzydziestokilkumilionową plamą na ludzkości?

Ale po drugiej stronie reakcje na Piłsudskiego bywały jeszcze ostrzejsze. Badeni wspominał, jak w klubie ziemiańskim w okupowanym w 1915 r. przez Rosję Lwowie spotkał księcia Stanisława Radziwiłła. Wspomniał mimochodem:
– Ale wie książę, ciekawego tam poznałem człowieka
– Piłsudskiego.
Radziwiłł żachnął się gwałtownie i wykrzyknął: – To żeście wy Polacy w Austrii tego łotra nie powiesili na pierwszej gałęzi, będzie wiecznym wstydem dla was. Badeni próbował opowiadać o jego legionach – rozmówca nie chciał słuchać.
Ale w dworku Rudzińskich wraz z toczącą się rozmową atmosfera się poprawiała. Wybuch złości przyniósł gościowi wyraźną ulgę. Dolewano mu czarnej kawy, a i – jak wspominał hrabia – „w słodkiej czereśniówce chętnie umoczył wąsa”.
Spotkanie galicyjskiej arystokracji z Piłsudskim zakończyło się nie tak, jak na początku się spodziewano. Radziwiłł z Nieświeża, co chciał terrorystę Piłsudskiego wieszać, niebawem, nie zważając na książęce nazwisko, rozpoczął służbę u owego łotra jako… jego adiutant.
Polskie poczucie humoru kazało to skomentować rozchodzącym się wszędzie wierszykiem: „To nie sztuka zabić kruka ani sowę trafić w głowę, ale sztuka całkiem świeża trafić z Bezdan do Nieświeża”.
Radziwiłł za sprawę Marszałka w wojnie polsko-bolszewickiej oddał życie. Zaś Piłsudski wypowiedział słowa, iż śmierć ta była jego największym smutkiem osobistym w czasie wojny, nazywając go człowiekiem „hardym i twardym”. A później pojechał na jego grób, by zawiesić na nim Virtuti Militari.

Miał pecha, że urodził się magnatem

„Nieszczęściem Badeniego było urodzenie. Gdyby przyszedł na świat nie w magnackiej rodzinie, lecz w skromnym inteligenckim środowisku, poszedłby drogą naukową i byłby zapewne najwybitniejszym historykiem naszego pokolenia” – mówił o Stefanie Badenim gen. Marian Kukiel, wybitny historyk wojskowości.

Badeni urodził się 24 października 1885 r. w Radziechowie koło Lwowa. Był trzecim synem Stanisława Badeniego, marszałka krajowego Galicji, i Cecylii z Mierów. Brat ojca, Kazimierz Badeni, był z woli cesarza Franciszka Józefa premierem Austro-Węgier w latach 1895–1897. Obaj bracia urodzili się, podobnie jak Aleksander Fredro, w Surochowie.

„Wielkie Księstwo Badeńskie” – mówiono o zarządzanej przez nich Galicji. Stryj jako premier przeprowadził kilka ważnych ustaw, nadał Czechom równouprawnienie językowe, Niemcy podnieśli bunt. Wówczas cesarz zdymisjonował go. Powrócił on do Galicji – jak wspominała w londyńskich „Wiadomościach” Maria Czapska (historyk literatury, siostra pisarza Józefa) – jako bohater polsko-słowiański, czczony ogromnymi owacjami. Po 1918 r. Czesi nazwali jedną z najpiękniejszych ulic Pragi ulicą Kazmerza Badeniho.
Na czym polegała zasługa Badenich dla Polski? „Trzy pokolenia Badenich przyłożyły rękę do wielkich przemian zaszłych w tym kraju na przełomie XIX i XX w. Przemian, które w obrębie austrackiej monarchii stworzyły cząstkę Polski omal niepodległej, z Krakowem sercem, a zarazem duchową stolicą trzech zaborów, Krakowem z polskimi szkołami, klasztorami, życiem umysłowym i artystycznym, tradycją konserwatywną i partią socjalistyczną, Krakowem Uniwersytetu Jagiellońskiego i »Zielonego Balonika«, Wyspiańskiego i Brata Alberta, kursów Baranieckiego i karnawałów, na które zjeżdżały panny na wydaniu z Wielkopolski, Żmudzi, Podola” – pisała Czapska. Stanisław jako marszałek krajowy odsłaniał pomniki polskich bohaterów: Fredry we Lwowie (1897 r.) i Mickiewicza w Krakowie (1898 r.).
Młody Stefan kształcił się w kolegium jezuickim pod Wiedniem, a po zdaniu matury – w Krakowie. Pisarz i dyplomata Jan Fryling zapamiętał go jako młodzieńca odwiedzającego lwowski teatr Pawlikowskiego: „Widywałem w sąsiadującej z naszymi krzesłami loży parterowej tę samą zawsze parę. Była to starsza, urodziwa pani, wyprostowana jakby w żołnierskiej postawie, w towarzystwie wysmukłego i przystojnego młodzieńca o bujnych blond włosach”.

Z krakowskich wykładowców szczególne wspomnienie Badeni poświecił ks. prof. Stefanowi Pawlickiemu, przyjacielowi jego ojca. Wymagał on „kultu Horacego”. „Przechadzając się po ogrodzie recytował z pamięci ody, które musiałem przekładać… Pytany potem przy obiedzie, czy się udał dziś Horacy, potwierdzał zwłaszcza że Stefek był dzisiaj jakoś dziwnie rozgarnięty. I mówiąc to już mię ruchem głowy, czułym uśmiechem przepraszał dobry o. Pawlicki za złośliwość” – pisał. Nazywał profesora „wyznawcą pogodnych, przyjaznych nastrojów”.

Lot sterowcem nad Monachium

Później Stefan studiował historię na uniwersytetach niemieckich. W jednym ze wspomnień opisał sensacyjne wydarzenie – swój lot sterowcem „Parseval” ponad Monachium w 1910 r. „Chętnych nie było wielu i bez trudności nabyłem bilet za 100 marek… Olbrzym nasz drgnął wśród trzasku jego motorów. Ziemia zaczęła się szybko oddalać. Wznosiliśmy się prawie prostopadle. Na wysokości 350 m »Parseval« stanął i jakby się zawahał, zastanawiał nad wyborem kierunku… trwało to tylko chwilę i już płynęliśmy w dal. Podróż ta była rozkoszą…”.
Krytyk Wacław Zbyszewski z jego późniejszej twórczości najbardziej cenił szkice władców, czasów i ludzi XIX wieku, „będącego tą epoką, do której autor duchowo należał, którą najlepiej rozumiał i którą. zapewne najwięcej ukochał”.

Cesarza Niemiec Wilhelma II wspominał Badeni tak: „Gdy ponownie przyszedłem do jego pracowni, by się pożegnać, siedział znowu na tym nieprawdopodobnym siodle, pochyliwszy twarz z nastawionymi w górę wąsami nad jakimś dokumentem. Wyraził nadzieję, że w pobycie swym poznałem trochę naród niemiecki, dodając, że mimo wszystkich okropności, jakie się myśli w moim kraju, ani on, ani jego rodacy nie są tak trudni do porozumienia się. A ja, w tym wieku wrażliwym, uwierzyłem mu. Kaiser Wilhelm grał wszystkie role. Bywał niecierpliwy, wyniosły, jednakowo skory do podobania się, do straszenia, do oszołamiania, niezrozumiale bądź uparty, bądź miękki, a przede wszystkim szczerze pozbawiony zmysłu wesołości”.

Urywki z pamiętnika myśliwskiego

W epoce Gierka popularny był dowcip dotyczący polowań urządzanych przez PRL-owskich prominentów. Do starego łowczego Potockich do Łańcuta dzwonią z KC PZPR.
– Trzeba zorganizować polowanie.
– Duże? – pyta łowczy.
– Duże, na jakie sto osób…
– A to nie takie duże, pan hrabia i na tysiąc organizował. A na co państwo chcą polować, na grubego zwierza?
– A na cokolwiek, co podejdzie pod lufę…
– A to pan hrabia inaczej robił, ale można i tak… A kto z panów będzie polował?
– No towarzysz Gierek, towarzysz Jaroszewicz, towarzysz Jaruzelski, towarzysz Tejchma, towarzysz Kania, towarzysz Kiszczak…
– Tak, to nagonka, ona nawet nie byłaby konieczna, bo mamy swoją, ale kto będzie z panów?
Tradycja myśliwska, której piewcą był Badeni, była dokładnym przeciwieństwem obyczajów „nagonki” Jaruzelskiego.
W 1930 r. Badeni wydał w Krakowie głośne dzieło „Szczęśliwe dni. Urywki z pamiętnika myśliwskiego z 72-ma zdjęciami z natury”. „Kto od pół wieku strzelbę za najmilszego ma towarzysza, kto od pół wieku patrzy na knieję, na zwierza, myśliwych, ten w swych opowiadaniach może być niewyczerpanym” pisał, sam będąc na potwierdzenie owej tezy żywym dowodem.
Wspominał swój powrót do domu z wojny polsko-bolszewickiej: „Jak zły sen minęła zawierucha wojenna roku 1920… wróciliśmy do naszych zniszczonych majątków, do naszych domów rozbitych, jakeśmy już tyle razy – my, wschodni Małopolanie – do nich wracali. I wzrastało przywiązanie do ziemi, do lasu, do kniei”.

Dom po walkach bolszewików i petlurowców zastał bez okien i drzwi, co z historycznego punktu widzenia było dla szlachty z tych terenów rzeczą zwyczajną: „Ta sama odporność życiowa i fantazja, z którą szlachcic kresowy dźwigał z gruzów majątek tylokrotnie niszczony, ta sama odporność pozwoliła mu hucznie się cieszyć z towarzyszami w zimowej kniei ojców obyczajem”.
Myślistwo w owych czasach wiązało się ze zżyciem się z przyrodą w jedność, co szczególnie objawiało się na wiosnę: „Inna to jest wiosna aniżeli ta, którą poeci opiewają; tej myśliwy zbytnio nie lubi; by odczuć wiosnę nie potrzebuje ciepła słońca, zapachu kwiatów, majowych treli słowików. On chwyta stokroć delikatniejsze odcienie… Jemu wilgotna ziemia śle swą chłodną woń, gdzieniegdzie świeża trawka połyskuje, daleko na łące użala się czajka!”.
Polowania dalekie były od strzelania do tego „co podejdzie pod lufę”. Jedną ze szlachetniejszych odmian łowów Badeni opisywał: „Polowanie błotne nazwałbym najbardziej polskim i najszlachetniejszym z polowań na drobną zwierzynę”. Szlachetność jego polegała na wielkim trudzie potrzebnym do uzyskania znikomej zdobyczy. „Od moczarów stroni na równi kłusownik, jak i przygodny, »sezonowy« myśliwy!” – pisał Badeni.

Z wyjątkiem myśliwskich wspomnień w latach niepodległej Polski nie starczyło Badeniemu czasu na działalność pisarską. Zajmował się zarządzaniem dobrami Badenich. Dlaczego ich mieszkańcy płakali po 17 września? Maria Czapska wspominała: „Wyposażył swój Koropiec we wszystko, co posiadał przemysł rolny w Polsce: w gorzelnię, w młyn, w suszarnię, w stawy rybne oraz rozległe sady orzechowe i morelowe. Gospodarstwo szło w parze z opieką społeczną, zakładaniem ochronek i szkół, budowaniem kaplic i kształceniem na własny koszt zdolniejszych dzieci okolicznych, aż do wyższych studiów włącznie”.

Z gościną u regenta Węgier

Po opuszczeniu Koropca 18 września 1939 r. Stefan Badeni przekroczył szczęśliwie granicę węgierską. „Na Węgrzech, gdzie się schronił, nazwisko Badenich znaczyło tyle, co w Galicji. Toteż przy pomocy Stefana Horthy’ego, syna regenta, mógł przyjść z pomocą niejednemu Polakowi i uzyskać zwolnienie z więzień ludzi aresztowanych na rozkaz niemiecki” – wspominała Maria Czapska. Badeni od razu rozpoczął tu zabiegi na rzecz polskiej sprawy. „Wszędzie opowiadałem o zbrodniach niemieckich i bohaterstwie polskim. Czyniąc to z naciskiem, byłem w zgodzie z przepisami, które zabraniały propagandy szeptanej” – ironizował. Wśród tych, którym Badeniemu udało się pomóc, nie brakowało będących w znacznie gorszej od Polaków sytuacji Żydów.

Bywało, że zdenerwowany skalą zjawiska poseł Rzeszy podnosił głos, skarżył się, groził. Wtedy władze zamykały na pewien czas furtki prowadzące na Zachód. Ale dla Polaków nie było przeszkód nie do pokonania. Badeni wspominał dwóch znajomych, Jacka Dębickiego i Stanisława Guta – którzy, ukrywszy się pod wagonem, w ten sposób odbyli… przeszło 50-godzinną podróż do Stambułu.

Węgrzy opisywali swoje przejścia z Polakami anegdotą, jak to ujętego nareszcie Polaka dla pewności zawiązano silnie w worku, stawiając przy nim dwóch policjantów, a nazajutrz policjanci byli w worku, a Polak znikł.
W 1943 r. na Węgrzech zmarła jego ukochana żona Maria z Jabłonowskich. Jego dzieci wyjechały na Zachód, gdzie syn Jan walczyć miał jako pilot w bitwie o Anglię. – Ile szans zwycięstwa daje pan Anglikom obecnie? – pytali go ironicznie Węgrzy.
– 85 proc. tylko, bo 15 proc. trzeba odliczyć na możliwość, że Hitler jest Antychrystem – odpowiadał.

Na Węgrzech dowiedział się o zbrodni w Katyniu. W przeciwieństwie do niektórych Węgrów nie miał wątpliwości, że tym razem to nie ich sojusznicy są jej sprawcami. „Czy spłowiałe, bezsilne słowo »zbrodnia« nie pomniejsza grozy tego, co rozegrało się koło Smoleńska? (…) Najgorsze czyny mają swe oblicze, swój koloryt. Nad dołami Katynia unosił się duch Azji, duch mongolski, tak krwawy i okrutny, że już trudny do pojęcia!” – pisał.

W 1944 r. wojska „sojusznika” Hitlera wkroczyły do Budapesztu, podejrzewając Horthy’ego o konszachty z aliantami. „Rozpocząłem niemiłą czynność palenia papierów tzw. kompromitujących”
– notował. Wielu Polaków zaczęło się ukrywać. Sam nie zdecydował się na ten krok.
Wiedział, że go aresztują: „Ciążyła mi już ich czczość, ciążyło mi moje opowiadanie o Kraju, chełpienie się w salonach cudzym, dalekim bohaterstwem… Było logiczne, sprawiedliwe, że wypadnie czymś więcej zaświadczyć aniżeli tanimi słowami. Zrównanie z »tamtymi w Kraju« będzie zaszczytne. Czy – źle przygotowany dobrobytem całego życia – nie okażę się od nich gorszy?”.
Niemcy aresztowali go, gdy odwiedzał znajomego księdza. – Sind Sie Jude? – brzmiało pierwsze
pytanie niedoszkolonego w kwestiach antropologicznych gestapowca. Niemcy szybko ustalili, kto wpadł w ich ręce. W areszcie gestapowiec z papierem w ręku odczytał 20 nazwisk: 19 węgierskich i jego. Nie wiedział, czy nie oznacza to najgorszego…

Bierzcie wasze Klamotten

– Bierzcie wasze Klamotten, ale prędko! – usłyszał pewnego dnia w celi. Zapowiedź sędziego w czasie przesłuchania była zachęcająca: – Zapewne pojedzie pan do Mauthausen, jest to miejscowość ślicznie położona, powietrze tam bardzo zdrowe.
– Pan był wodzem polskim na Węgrzech! – zarzucił mu w obozie niemiecki sędzia. Odparł, że pomijając wszystko inne, urządzanie wodzostwa jest Polakom nieznane. Sędzia spytał więc, czy sprzyja Niemcom. Słysząc zaprzeczenie wybuchnął sztucznym oburzeniem. Na co Badeni spytał go ze spokojem, czy może on sprzyja Polakom. Sędzia pominął to milczeniem. Jak wspominała Czapska, papiery jego zachowane w archiwum obozowym wykazały dodatkowe obciążenie: „Ten Polak daje harde odpowiedzi (gibt freche Antworten)”.
Pożywienie, jakie otrzymywali więźniowie znane było hrabiemu z jego własnych pól. Jako chwast. „Wśród chwastów w zupie przeważała lebioda.

34 lata gniewałem się z nią, gdy z czystych w lipcu łanów ziemniaczanych w sierpniu wychylała się złośliwie” – pisał we „Wczoraj i przedwczoraj”. Stracił w obozie 30 kilogramów. – Ty co dzień jesteś młodszy – mówiono mu z owym „szubienicznym”, zbawczym humorem.
Jak pisał, jedną z ulubionych czynności Niemców było „»tarnen« – maskować, pokrywać fikcją, przyozdabiać w złudzenia. Skazanych posyłano na druty, by zabijać ich »w ucieczce«, wchodzącym do komory gazowej wciskano do ręki mydło i ręcznik”.
Chorych pozbywano się w pierwszej kolejności. Zabijano z nagromadzonych tysięcy co tydzień kilkuset. Zdawał sobie sprawę, że Niemcy przegrywają i dla takich jak on każdy dzień spóźnienia aliantów może oznaczać śmierć.
Nadzieję dawały bombardujące Niemcy z powietrza samoloty. „My tu na dole stłoczeni, sponiewierani niewolnicy, a nad nami wysoko wprawdzie, a jednak tak niepojęcie blisko, wśród Brytyjczyków – Polacy, inni niż my, wolni, weseli i zwycięscy. Bracia, nasi synowie” – wspominał towarzyszące tej sytuacji uczucie.

Póki co na miejscu działy się jednak rzeczy najkoszmarniejsze. Następstwem potwornego głodu było ludożerstwo. Z Polaków nikt w tę ostateczność nie popadł. Racji żywnościowych nie zwiększono, za to odebrano metalowe łyżki mogące posłużyć wbijaniu się w ciało trupa i rozdano drewniane.
Wytrwał. Pewnego dnia rozeszła się wieść, że komora gazowa uległa rozbiórce, pochłonąwszy w ostatnich dniach 1600 ofiar pośród chorych.
5 maja wjechały do obozu czołgi amerykańskie. „Zjawili się w naszym bloku żołnierze, wielcy, kościści chłopcy w hełmach, stanęli z przyrządami odkażającymi.
Lekarz amerykański miał orzec, że stan mój jest beznadziejny. Jeśli to była beznadziejność, była rozkoszna” – zapamiętał.

Martwił się, bo Krasiński źle oceniał Mickiewicza

„Siwy, łagodny olbrzym. Kiedy go ujrzałem po raz pierwszy, a było to w trzy lata po wojnie, uderzała mnie młodzieńczość jego sylwetki” – tak zapamiętał pierwsze powojenne spotkanie ze Stefanem Badenim pisarz Tadeusz Nowakowski, późniejszy bliski współpracownik Jana Pawła II.
Badeni jako polityczny emigrant osiadł w Dublinie, gdzie mógł być blisko syna pełniącego służbę w RAF-ie. Wreszcie zajął się tym, czym zdaniem przyjaciół powinien zajmować się przez całe życie
– historią. „Dzięki dobrej bibliotece uniwersytetu dublińskiego, a zwłaszcza fenomenalnej pamięci mógł odtworzyć i po swojemu oświetlić szereg epizodów dziejów nowożytnych” – pisała Czapska.
„Był historykiem ludzi, nie idei, nie ruchów społecznych” – pisał o nim Wacław Zbyszewski. Większość ze swych szkiców historycznych publikował w londyńskich „Wiadomościach”, których redaktor Mieczysław Grydzewski niezwykle go cenił. Pisał o francuskiej i austriackiej arystokracji, epoce napoleońskiej, potopie szwedzkim…
Czym różnił się od mu współczesnych? „Rezerwa, obiektywność, beznamiętność Badeniego nie pasowały do nowego rodzaju, o tonie apodyktycznym, o wnioskach z góry wyznaczonych i bezapelacyjnych” – pisał Zbyszewski. Jak podkreślał „w tym towarzystwie Badeni robił wrażenie mozartowskiego markiza czy chopinowskiego dandysa we fraku i cylindrze, zagubionego w podejrzanej karczmie, wśród zgrai brudasów, którzy uznali ryki za dyskusję”.
O tym jego obiektywizmie mówił także Tadeusz Nowakowski: „Martwił się więc każdym sądem niepowściągliwym. Na przykład o Mickiewiczu. »Żona wnuka Krasińskiego – pisał mi przed kilku laty z Dublina – pokazywała mi listy Zygmunta, listy nieprzeznaczone do druku, z uwagami o Adamie tak surowymi, że byłem zdumiony i zmartwiony. Bolesna to była lektura”.

Arystokratyczny rodowód pozwalał mu rozumieć więcej, bo jak pisał Zbyszewski „dyplomata i historyk nie może być prowincjonalny”. „Na wiele spraw spoglądał z lotu ptaka, a nie przez szparę w płocie swojskiego partykularza” – stwierdzał Nowakowski.
Ale jednocześnie Badeniemu pomagała jego odmienność od świata polityki: „miał szczególny dar oceniania i szkicowania monarchów i członków rodów panujących: politycy wnoszą pewien element pasji, karierowiczostwa, ambicji, który był Badeniemu obcy”.
Do tego miał fenomenalną pamięć. „Gdy mnie poznał już po wojnie w Londynie, wprowadził mnie w osłupienie, cytując mi z pamięci jakiś mój artykulik w „Czasie” z r. … 1925. O ile wiem, nie zmienił ani jednego słowa. Kiedy indziej w rozmowie z Terleckim zaserwował całą obsadę premierową »Wesela«, i to zarówno w Krakowie, jak i w parę miesięcy później we Lwowie: Terlecki miał w swych zbiorach afisze z tych premier, zajrzał, sprawdził, porównał: nawet nazwiska suflerów się zgadzały!” – wspominał Zbyszewski.
Według krytyka Juliusza Sakowskiego Badeni stworzył coś w rodzaju własnego gatunku literackiego: „rodzaj literacki gawędy historycznej, w której wszechstronna a nienarzutliwa erudycja szła w parze z wytwornym wdziękiem stylu.

Klimat sfery dziś już nieistniejącej

Jak wspominała Czapska, Badeni reprezentował „klimat sfery dziś już nieistniejącej, rozproszonej, wymarłej”. Jej cechą było dobre wychowanie rozumiane przede wszystkim jako „umiejętność uważnego słuchania, czego nabyć nie można, od czego nic nie zwalnia, nie może zwolnić”.
Czymś zaskakującym była – może odziedziczona od księdza Pawlickiego? – pogoda ducha, z jaką potrafił pisać o pobycie w obozie, nazywając go „przygodą”. Fryling pisał o niej: „Dobra wróżka, pochylona nad jego kołyską, ofiarowała mu dar widzenia piękna i dobra, które odnajduje nawet tam, gdzie chyba dokładna analiza mogła by wykryć ich ślad, niedostrzegalny dla zwykłego oka. (…) Jak różdżka magiczna wskazuje utajone pod pokładami ziemi źródła wody, tak Badeni za najgrubszymi chmurami przeczuwa i chce odkrywać istnienie słońca”.
Zmarł 16 sierpnia 1961 r. Testament swój zakończył słowami: „Wszystkim, którzy mi okazali choć najdrobniejszą życzliwość, a zwłaszcza tym, którzy mi ją okazali w Mauthausen, z głębi serca dziękuję”.

Nowe Państwo: Numer 10 (92)/2013

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii 20-lecie międzywojenne, Czasy zaborów, Historia, Lata PRL, Sylwetki i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.