Ernest Bryll na Dni Zaduszne

Witold Pruszkowski ZaduszkiCzy jest tłumacz języka żywych do umarłych
I umarłych do żywych – kiedy chcą pogardę
Albo miłość przekazać, albo ostrzeżenie?
Jest. Ale się zmienia
Wciąż nowsze przekłady
Nowi objaśniacze i nowe układy

 

Wiersze na Dni Zaduszne

Czy jest

Czy jest tłumacz języka żywych do umarłych
I umarłych do żywych – kiedy chcą pogardę
Albo miłość przekazać, albo ostrzeżenie?
Jest. Ale się zmienia
Wciąż nowsze przekłady
Nowi objaśniacze i nowe układy
Bo się układają żywi z umarłymi
– Jakby to było łatwiej gdyby się przytarły
Troszeczkę, nie do końca, słowa zbyt głęboko
Wycięte na grobach. Byłby milszy spokój
Gdyby się utarło, no, troszeczkę przymgliło
– Bo brak już siły zmarli. Brak nam siły
Musimy łagodniejszych wynająć tłumaczy
Znawców od znaczeń. Wtedy się zobaczymy
Czy gładko się składa umarłych wytrwanie
Z gadaniem powszednim
Prosimy – Przybiegnij
Aniele Śmierci. Bądź także Aniołem
Życia zwyczajnego. Siądź za naszym stołem
Tu też jak na cmentarzu. Posłuchaj wydarzeń
Ciemnych, codziennych. Potem je przekażesz
Na słowa wieczne teraz nieskuteczne
Dla naszych snów i marzeń
A też jedz. Zapijaj
Bo u nas jak zapijesz, język się wywija
A co tam zapiliśmy?
Lepiej i nie myśleć

31 października 2012

 

Borem, lasem

Nie dość, że borem – jeszcze muszą lasem
Wędrować ojcowie nasi
Nie dość, że na nich płaszcze nie blakują
To głód śmiertelny czują

On nie do zasypania – choć tłustym jedzeniem
Nie do ugaszenia, chociaż fundujemy
Światełko za światełkiem jak gorzałki kielich
Wszystko łykają w marszu
-Muszą tak, czy chcieli?

Bliziutko idą. Nagle nie wiadomo,
Czemu co chwila ktoś zbywa nam z domu
Było przy stole ciasno, aż trudno ruszyć łyżką
Byliśmy jak sklejeni. Teraz nam nie blisko

A najgorsze – W ucho nam terkocą
Jak to gdzieś za borem i lasem
Nasi idą przez zaprzeszłe czasy
Nocą

-Dosyć tego-
Z nienawiścią
Cieniom ojców gęby zatykamy
-Zamknijcie się. Dajcie pomyśleć…
Ale cienie muskularne. Z nami marniej

Nie dasz im rady. Nie zamkniesz ględzenia
Więc zmykamy w zdrady, otępienia

 

Dalej to

A nam, którzy niejedno zdradzili
Daj czas, Boże, byśmy tyle pożyli
Aż najem się po uszy wstydu

Dziś jak widać tego nie widać
W miłej stołówce naszej
Żeby siebie ktoś się przestraszył
I jedną łzą popił nagle
Co mu stanęło w gardle

Tu, choćbyś krwią się zakrztusił
Przeżuwamy. Nikt nic więcej nie musi

Więc nie muszę
Na moim talerzu
Dalej to śmierdząc leży

Więc uciekam na przyjęcia wytworne
Co śmierdziało – tutaj czeka – pokorne
Migam się, migam – Boże

Nie warto
I tak kiedyś podejdzie pod gardło.

 

***

U nas żyć nie umierać. Aby nie chorować
Bo ojczyzna na to niegotowa
Chociaż już przyjazna – trzeba przyznać
Zawsze dla tych, co ważni
Odważna Ojczyzna

Ale powolutku, może troszkę w smutku
I mniej ważni – bardzo poważnie
Zaczną udawać jak to gonią radość
Ja już niestety zbyt słabo
Ale reszta biegnie – do skutku

Taki kurz, aż zanikają
Ciągle dalej: Żyć, nie umierać!
A tym, co nie nadążają
Śmierć po życiu nie bardzo doskwiera
– Czy się boją? – Raczej się strachają
Sami siebie w tym, co dziś mają

Bo „jak się masz” to kłaniaj się życiu
Nie masz nic, to się trzymaj zdrowo
Tu się nie żyje chorobą
Bardzo złości każda chwilka słabości
Nie oglądąj się za samym sobą

 

Prasowanie

Uśmiechają się przez sen przyjaciele
Do mnie. Ja uśmiecham się do nich
To tak niewiele. Ale to nas obroni
Przed złym czasem, kiedy snu grymasy
Bardzo boleśnie ścinają twarze

Bo cierpimy, choć śnimy, co się nie wydarzy
A już się wydarzyło. Tak to jest, człowieku
Nie wyjdziesz na brzeg z ciemnej rzeki

Ale ta chwilka uśmiechu czasami
Jest jak pochylone drzewo nad wodami
Można ją złapać. Można się wdrapać
Po gałęziach na brzeg obudzenia
Uratowany. Mokry od spocenia
Cała pościel jest do wyrzucenia.

Niestety, jesteś średnio ubogi
Albo niedobogaty. Więc coś trzeba zrobić

Wrzucam do pralki zmięte pościelenie
Potem prasuję, długo i sumiennie
Wygładzam po zapomnienie

 

Na wyspy

Na wyspy Blasket zagnały mnie wspomnienia
Żebym widział.
Nie do uwierzenia: Po ciemnym niebie
Gdzie wszystkie wiatry sprzeczne
Lecą dusze umarłych we wieczność
Niby ptak
Tylko jak? Nawet ptak
W tym niebie-kim jest nie wie

Wołamy do nich, choć nic nie widać
Nie wiadomo, czy im się to przyda?
Nad burą wyspą niech ląd będzie bliski
Niebu- bo tego im trzeba

I zobaczymy dusze, ktore burzą niską
Przyciśnięte były aż do morza
Jak ulatują w przestworza

Strzepują z wody skrzydeł słone lotki
Kropla spadła. Jej smak taki słodki

Wedle Irlandzkiej legendy, wszystkie dusze przelatują nad wyspami Blasket

http://bryll.pl/category/wiersze/

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wiersze i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Ernest Bryll na Dni Zaduszne

  1. Wk.bardzo pisze:

    Tłumaczy nam nie trzeba bo żywi na świeczniku.
    Tam gdzie trafią są ich nieba.
    Te pana Boga, małe i wąskie.
    Te ich wielkie i szerokie niczym ich dusz morderstwa.

    Oni wiedzą, że co ich to tu na ziemi,
    Tej ziemi? Kto się ich wstydzi?
    Ich nieba, czy nasze ziemskie codzienne troski?
    Co ważne? Konta? Czy wymiar Boski ?

    Tłumaczy jest ich wielu ten wybrany ten z TV u ?
    Zwykli się gubią, jąkają bez celu i gdzie ta prawda?
    Boska? Być może ale rodzina na pasku ich nieba.
    Pasek bardziej realny ale MY nie chcemy do ich nieba.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.