Ferdynand Goetel. Świadek Katynia

fot. arch.Wybitny pisarz i dziennikarz, kiedy Niemcy odkryli masowe mogiły polskich oficerów w Katyniu, postanowił tam pojechać. Sowieccy kolaboranci uznali to za „współpracę z hitlerowcami”. Po wojnie musiał uciekać z kraju, jego miejsce w życiu literackim zajęli prawdziwi kolaboranci.
+ film dokumentalny

 

Urodził się 15 maja 1890 r. w Suchej Beskidzkiej. W młodości był narciarzem i taternikiem, dlatego spoczywa na zakopiańskim Pęksowym Brzyzku. Podczas I wojny światowej zesłany w głąb Rosji. Po rewolcie bolszewickiej wcielony do Armii Czerwonej. Uciekł do Polski z żoną i córeczką – przez Persję, Indie i Anglię.
Zdobył sławę jako pisarz, wybrano go na prezesa polskiego PEN Clubu i Związku Zawodowego Literatów Polskich.
W roku 1939 współpracował z prezydentem Stefanem Starzyńskim. W czasie okupacji redagował podziemne pismo „Nurt”.
Wyjechał do Katynia za zgodą Delegatury Rządu RP na Kraj. To, co zobaczył, wystarczyło na całe życie. Postanowił dać świadectwo zbrodni.

„Radio sowieckie iskruje wiadomość, że Niemcy natrafili na wykopaliska, które tłumaczą jako groby Polaków! Cyniczne szyderstwo miało się sprawdzić. Katyń i wszyscy w nim pochowani mieli być wyłączeni z biegu historycznych dochodzeń”…

Sowieci „wyrazili oburzenie” polskimi pytaniami o Katyń i zerwali stosunki z Polską. Stalin utworzył własny „rząd polski”, administrujący w imieniu Sowietów niesuwerenną Polską do 1989 roku. Zbrodnia katyńska i kłamstwo katyńskie splotły się ze zniewoleniem Polski.

Po wojnie Goetel, oskarżony o kolaborację z Niemcami, ukrył się w krakowskim klasztorze. Przez Czechy, Niemcy i Włochy wyjechał do Londynu.

Świadectwo o Katyniu uważał za życiową misję. Władze Polski sowieckiej postanowiły wymazać go z pamięci. Jego książki usunięto z bibliotek i zmielono. Obowiązywał ścisły zapis cenzorski nawet na jego nazwisko. Tak było aż do czerwca 1989 roku!

Piotr Szubarczyk

http://www.naszdziennik.pl/

***

Piotr Lisiewicz

Taternik na stromej ścieżce

Twórca polskiej literatury tatrzańskiej, o którym z uznaniem pisał Gilbert Keith Chesterton, a noblista John Galsworthy był autorem wstępu do jego książki. Ferdynand Goetel ścigany był przez komunistów listem gończym. Ponieważ nie udało się go złapać, wszystkie egzemplarze jego książek usunięto z bibliotek.

Jesienią 1945 r. John Menten, obywatel holenderski z Karlsbadu, postanowił przekroczyć granicę polsko-czeską. Porucznik bezpieki przejrzał papiery obcokrajowca i po obejrzeniu zdjęcia, spojrzał na niego ironicznie. – To pan Holender?

Twarz Johna Mentena mogła być mu znana zarówno z czasów jego przedwojennej popularności, jak i… z listów gończych rozwieszonych na ulicach. – Holender! – usłyszał ostrą odpowiedź. – To fajno! Ta niech pan wyrywa! – stwierdził ubek ze śmiechem. „Myślę, że gdybym nie trafił na lwowiaka, inaczej wówczas potoczyłyby się moje losy” – zapisał Ferdynand Goetel. List gończy za pisarzem wystawił prokurator Roman Martini. Prowadził on śledztwo w sprawie zbrodni katyńskiej. Goetel był jednym z najbardziej niewygodnych dla Sowietów jej świadków. Prokurator Martini nie wiedział jeszcze, że sam za kilka miesięcy zginie – rzekomo z rąk kochanki.

Tymczasem obywatel Menten po przekroczeniu granicy patrzył na okolicę z niedowierzaniem: „I oto jadę przez Czechy, krainę z bajki. Domki, sztachety, altany, ogródki czyste, schludne, kolorowe…”. To był inny świat dla kogoś, kto spędził pięć lat w okupowanej Warszawie.

Jasne oczy dziewczyn z Podhala

Tatry początku XX wieku. W góralskich chatach spotkać można Piłsudskiego i Lenina. A na niedostępne szczyty wspinają się pierwsi taternicy, z narażeniem życia zdobywający nietknięte ludzką stopą miejsca.

Nim na szczyt zdążył,
noc go zaszła w ścianie.
Spojrzał w koło: ni stopnia, ni krawędzi…
Zrąb krzesany. Gdzie stanął,
noc przepędzi.
Owinął się w pół liną, zacisnął ubranie.

Ferdynand Goetel, autor tych słów, był jednym z pierwszych taterników i twórców tatrzańskiej literatury. Ale i jednym z kronikarzy świata Piłsudskiego i Lenina, czyli tego, co działo się w zakopiańskich knajpach, pensjonatach i góralskich chatach.

Ferdek – jak mówili o nim górale – syn kelnera i krawcowej, w Tatry wyruszył po raz pierwszy jako nastolatek: „Na drogę dostałem od matki dziesięć koron i dobrze wyekwipowany plecak. […] Marsz lotną ścieżką do Zawoi i pierwsza noc spędzona przy ognisku w starym borze na Markowych Szczawinach, był to jak gdyby pierwszy uścisk krzepkiej góralskiej dłoni, jak pierwsze spojrzenie jasnych oczu dziewczyny z Podhala”.

Jak pisał, Tatry z nieznaną nikomu wioską Zakopane, odkryte zostały przez polskich inteligentów w XIX wieku m.in. dzięki Stanisławowi Staszicowi, który prowadził tu badania geologiczne. Niemałe znaczenie miały dla ich awansu idee pozytywistyczne – uznanie wagi rozwoju biedniejszych regionów Polski. W opowieściach Goetla pojawiają się nazwiska tych, którzy wpłynęli na klimat Zakopanego: Tytusa Chałubińskiego, Stanisława Witkiewicza, Kazimierza Tetmajera, Jana Kasprowicza, Mieczysława Karłowicza, Ignacego Kraszewskiego, Adama Asnyka, Wincentego Pola.

W końcu Franciszek Nowicki, autor „Sonetów Tatrzańskich”, nazwał Tatry „Ołtarzami Wolności”. Zafascynowani Tatrami artyści ciągnęli za sobą innych: „Nie było w Polsce miejsca, gdzie nie wałęsałoby się tak wielu „amatorów świeżego powietrza” i darmozjadów. […] Jedni udawali taterników, choć bywało, że przez Zawrat chadzali na czworakach. Drudzy obnosili się z wiecznie nienapisanymi lub nienamalowanymi arcydziełami. […] Niezwykłym ubiorem, obyczajem nieraz zabawnym, a zawsze bezczelnym, przypominali statystów, bez których straciłoby na wyrzie wielkie widowisko u podnóża Giewontu”.

Z czasem Zakopane stało się ośrodkiem niepodległościowej myśli, a „Piłsudski uczynił z Podhala szeroką bazę dla swych strzeleckich oddziałów”.

Goetel od Piłsudskiego usłyszał w Zakopanem, że „nie będzie wolności bez miecza”. Zderzenie przyjezdnych z dumnymi (zbójeckie legendy!) góralami zaowocowało czymś w polskiej historii niepowtarzalnym: „Na uboczach Bystrego, Kasprusi, Skibówek i Krzeptówek powstało pierwsze w Polsce i jedynie prawdziwe zbratanie się inteligencji polskiej z ludem. Przyjaźń księdza Stolarczyka i Sabały z Chałubińskim, zawarta na zasadach równych, nie była tylko epizodem”. W Tatrach bywała postępowa inteligencja, poznał tu rodzinę Marii Skłodowskiej-Curie i młodego Józefa Becka. „Nigdy nie dano do zrozumienia, że bądź co bądź byłem biednym tylko chłopakiem, synem krawcowej” – pisał.

Przyszły pisarz znalazł się wśród tych, którzy, gdy chodzi o taternickie osiągnięcia, nie ograniczali się do przechwałek. Należał do pierwszych taterników. Pisał: „Jest coś osobliwego w stosunku taternika do gór. Zdobywając i oznaczając nieznane szlaki, udostępnia je innym. Stąd pewien zawód po odbytej wyprawie. Trudno się przecież oprzeć myśli, że oto odebraliśmy przyrodzie coś, co przez wieki było jej wyłączną własnością”.

Jedna ze wspinaczek zakończyła się śmiercią towarzysza wyprawy, a sam Goetel został ranny. W wierszu „Śmierć taternika” czytamy:

Milcząc. Requiem śpiewał wicher
w chmurach,
Chwilą śnieżyste odsłaniając granie
Ostatni raz… Na Wieczne Pożegnanie.”

Syn kelnera z Suchej i „Nonszalancki Paw”

Ferdynand Goetel urodził się w 1989 r. w Suchej Beskidzkiej. Ojciec Walenty Goetel był potomkiem osadników niemieckich, którzy przybyli do Polski, by pracować w kopalniach soli w Wieliczce i Bochni. Wykonywał m.in. zawód kolejarza i kelnera. Matka była krawcową.

O ojca, który zmarł, gdy syn miał sześć lat, Ferdynand pytał znajomych w wieku dojrzałym. „Czy pamiętam twego ojca? Ależ tak… znali go wszyscy młodzicy szwendający się tropem Młodej Polski, od Krakowa po Zakopane. Waluś, kelner w Suchej, dorównywał nam, a nieraz bił nas inteligencją i oczytaniem” – usłyszał od Adolfa Nowaczyńskiego, dramaturga i felietonisty.

Dorastał w Krakowie, zaś w jego napisanych pod koniec życia wspomnieniach zatytułowanych „Patrząc wstecz” pojawiają się wrażenia z premiery nowej sztuki Wyspiańskiego „Wesele”, pogrzebu Matejki, wspomnienia weteranów powstania styczniowego i zabawy na „zielonym rogaliku Plant”.

Po śmierci ojca wraz z matką zamieszkali u wuja Ferdynanda Turlińskiego na Basztowej. „Turliński był postacią barwną odnotowaną w pismach Przybyszewskiego, Boya-Żeleńskiego i innych” – wspominał. Turliński, znany krakowski restaurator, był właścicielem kawiarni „Pon Nonchalant” („Nonszalacki Paw”). Według Przybyszewskiego autorem tej nazwy był Wyspiański, który zaczerpnął ją z wiersza Maeterlincka. Na parterze przesiadywali tu poeci Młodej Polski, zaś na pierwszym piętrze można było spotkać Adama Asnyka, który jadł obiad i popijał ćwiartkę wina. Do stołu zapraszał młodego Ferdynanda.

Naprzeciwko kawiarni mieścił się Teatr im. Słowackiego. Po obejrzeniu sztuki Zapolskiej „Tamten” młody Goetel śpiewał:

Kto mi powie, że Moskale
Są to bracia dla Lechitów,
Temu pierwszy w łeb wypalę
Pod klasztorem Karmelitów

Chodził do szkoły przy Małym Rynku, koło kościoła św. Barbary: „W Barbarce, bo tak nazywano naszą szkołę, zżyłem się z biednymi, prostymi chłopakami, co, sądzę, miało wpływ na mój późniejszy stosunek do ludzi”. W krakowskich wspomnieniach powraca też Mądrzykowski, pirotechnik produkujący race.

Element wychowawczo stracony

Polskość dominowała w cesarskim Krakowie na każdym kroku. Nawet w armii cesarsko-królewskiej usłyszeć można było komendę: „Marschieren, Direktion: ta czarna krowa na kopcu”. Klimat tamtych czasów oddaje wspomnienie burzliwych manifestacji z 1 i 3 maja w „Patrząc wstecz”: „U tych sztandary czerwone, u tamtych biało-czerwone. […] Ci śpiewali »krew naszą długo leją katy«, tamci »jeszcze nie zginęła«. »Towarzysze« zaczynali uroczystość od wiecu, »obywatele« od nabożeństwa. Jedni i drudzy dążyli pod pomnik Mickiewicza, przez obie strony anektowanego. […] Dołączyć chytrze do pochodu socjałów i rozbić go, oto częsty manewr patriotów; pomieszać szyki »reakcji« to rewanż socjalistów. Rozdźwięk ten malał, im silniej hasło walki o niepodległość ogarniało obóz socjalistyczny. Nadszedł wreszcie dzień, gdy radni i związkowcy spod znaku PPS pomaszerowali również w pochodzie trzeciomajowym”.
W 1900 r. Goetel zaczął naukę w najstarszym krakowskim gimnazjum św. Anny. Jego sytuację pogorszyło jednak bankructwo Turlińskich, którzy wyjechali do Lwowa. Zdarzało się, że brakowało im pieniędzy na obiad.

W biednej kamienicy poznał krakowskich łobuzów: „Pedagodzy i »sfery wychowawcze« uważały tę zgraję za element »stracony«. Dziś […] dwu jest prokuratorami, jeden kustoszem muzeum, jeden wybitnym leśnikiem, jeden profesorem szkoły akademickiej, jeden poważnym handlowcem… no i jeden jest literatem. Jak na biedną kamieniczkę krakowską – niezły plon” – wspominał w 1934 r. O klimacie, który to spowodował, pisał tak: „Bieda, z której wyrośli, nauczyła ich prostoty i przestawania na małym, bruk uliczny, wzgórza i lasy wpoiły im w krew wolność, stare i szlachetne mury Krakowa – umiłowanie tego, co wyrasta ponad codzienność”.

Za szkołą wówczas nie przepadał: „Od wczesnych lat uchodziłem za chłopca krnąbrnego. Niekiedy dodawano: »bezczelny«”. Konflikty skończyły się wyrzuceniem ze szkoły. Powód? „Rzuciłem kamykiem w stronę któregoś z mych kolegów. Przypadek chciał, że kamyk ugodził w ramię dyżurującego na boisku profesora”.

Nocnik na głowie Agenora

Kłopoty edukacyjne dały Goetlowi okazję poznania Lwowa. Tamtejszy klimat różnił się od krakowskiego. Pisał: „Młodzież była tu gorąca, skłonna do zwady, żartu i piosenki, nie tak może obkuta jak krakowska, lecz jutra ciekawsza”. Zamieszkał u Turlejskich. Wuj wydał mu się we Lwowie „nieco zdetronizowany, skoro karmił teraz i poił nie Młodą Polskę, a zamożnych mieszczuchów Lwowa”. Przeżył tu nieszczęśliwą miłość, został też sekretarzem tajnej socjalistycznej organizacji młodzieżowej. Z bardziej widowiskowych form jej działalności zapamiętał „pochody, gdzie trzeba bicie szyb, utarczki z policją… nawet, o zgrozo, wtłoczenie figurze Agenora Gołuchowskiego nocnika na głowę” (pechowy polityk spoglądający na młodzież z wysokości pomnika był zwolennikiem współpracy Polaków z cesarstwem).

Swą działalnością zasłużył na ocenę z zachowania: „obyczaje naganne”. W czwartej klasie dostał też dwóję z greki. W efekcie wyleciał z kolejnej szkoły i trafił do Cesarsko-Królewskiej Szkoły Kadetów. Tu czekały go ciężkie szkolenia wojskowe, ale i dopisek na jednej ze szkolnych prac: „Proszę uważać! Z pana będzie jeszcze pisarz!”. Kariera oficera nie była jednak marzeniem Goetla. Mimo namów, odmówił zdawania do szkoły sztabowej. Z braku innych możliwości musiał wracać do Krakowa.

W Cracovii i w cyganerii

„Polubiłem tajne wyprawy na wódeczkę, ponętę uganiania się za piłką w barwach Cracovii czy honor solisty barytona w chórze szkolnym” – wspominał te czasy. Trafił tu od razu w objęcia krakowskiej cyganerii. Jak pisał, były to „żywe, najżywsze może, lata Krakowa od czasu Wiosny Ludów i Rzeczpospolitej Krakowskiej. Z placu schodziła już co prawda Młoda Polska, lecz miejsce jej zajęły »wolne dusze« występujące, każda na swą rękę, do walki z konwencją”.

Edukacja w tych warunkach odpowiadała mu zdecydowanie bardziej. Na spotkaniach PPS słuchał Piłsudskiego i Daszyńskiego, chodził na kursy Uniwersytetu Ludowego. Jak pisał „Wolny Duch” nie potrzebował urzędowej legitymacji. Wszak Ignacy Daszyński, wódz krakowskiego ludu, nie uważał za stosowne wyjaśniać, z jakiego uniwersytetu i za co go wylano. W końcu ukończył „szkołę realną”.
W jednym z wierszy tego czasu napisze:

W ogromie marzeń i porywów duszy
W szaleństwie burzy co nam pierś rozrywa
Będą i gromy, które przebrzmią w głuszy.
Lecz jest też iskra, która świat poruszy,
Jest pozór mocy, jak i moc prawdziwa.

Bomba piwa w wiedeńskim areszcie

Po maturze wuj Turliński zdecydował o wysłaniu Goetla do Wiednia, gdzie miał studiować architekturę. Na kwaterze mieszkał razem z Rafałem Malczewskim, synem słynnego malarza Jacka Malczewskiego. Jak wspomina Goetel, wiedeńskie obyczaje uczelniane były na wskroś liberalne: „Surowe prawa stosowane dziś w szkołach wyższych, za tamtych czasów były tak jak nieznane. […] Do poszczególnych egzaminów można było przystępować aż do znudzenia profesora, który koniec końców machał ręką i stawiał notę »dostatecznie«”.

Student cieszył się w Wiedniu prestiżem, a zwracano się do niego per „Herr Doktor”. Jak wspominał Goetel „Nie obeszło się, rzecz prosta, i bez burd. […] Gdy zapobiegliwy chuligan osiągnął rekord pieniężnej kary, a nie chciał jej zapłacić, powinien ją odsiedzieć”. W końcu jeden z przyjaciół gnębiony przez nachodzących go policjantów zdecydował się pójść do aresztu na dwa tygodnie. Wrócił po… trzech dniach. Objaśnił:

„Skazany na areszt administracyjny ma prawo posyłać po obiad na miasto i ponadto ma prawo do jednej bomby piwa. Ile razy można posłać po jedno piwo prawodawca już nie napisał. Więc rozumiecie, posiedziawszy trochę, puściłem w ruch wszystkich policjantów. Za przyniesienie piwa otrzymywał każdy też po jednej bombie. Kiedy przyszedł na dyżur komisarz, posterunek był pijany. Komisarz przekreślił całą listę mych przewinień”.

Od 1912 r. mieszkał w Warszawie, a więc w zaborze rosyjskim. „Jak w Krakowie uznałem się za artystę zapuściwszy długie włosy i zarzuciwszy pelerynę, tak teraz mieniłem się literatem i chciałem niewypróbowanym piórem podbić nieznaną mi Warszawę” – pisał o swoich planach. Początki nie były łatwe. Żył biednie, niepewny, czy wobec finansowych niepowodzeń nie będzie musiał zajmować się czymś innym i „nie przypadnie mu los filistra”.

Warszawskije żuliki jadą do Taszkientu

Pociąg z Warszawy wjechał na stację w Smoleńsku. W wagonach słychać było więzienną piosenkę: „To są momenta, co się pamięta”. Pod pociąg podeszło paru miejscowych. „Sukinsyny! Germańskie szpiony!” – posypały się wyzwiska.

W odpowiedzi z drzwi sąsiedniego wagonu wychylił się „obywatel Prawda”, bo tak nazywał się jeden z więźniów. Zdziwieni miejscowi zamilkli, słysząc jak „recytuje istny poemat okropnych wyzwisk z biegłością moskiewskiego opryszka”. „Niet” – usłyszeli po chwili pasażerowie. „Eto nie szpiony. Eto budut warszawskije żuliki”.

Z „warszawskimi żulikami” podróżował Ferdynand Goetel. „Wraz z pierwszym strzałem armatnim w roku 1914, młodość nasza znikła nam z oczu, jak sen” – napisze o wybuchu wojny. W jej przeddzień dwukrotnie próbował przedostać się do Galicji, by dołączyć do Legionów Piłsudskiego. Nie udało się: „Dojeżdżamy do Ząbkowic. Tu pociąg witają żandarmi rosyjscy. Nikt nie pojedzie dalej”.

W efekcie władze skazały go na zsyłkę. Razem z zesłańcami politycznymi podróżowali kryminalni. Był wśród nich więzień, który deklarował, że z podróży na Wschód jest zadowolony: „Jedyna teraz okazja zmienić skórę raz na zawsze. Co innego pokazać się w Warszawie po Mokotowie, a co innego po powrocie z takiej Wiatki” (ówczesna nazwa miejscowości na Syberii). Był też niejaki Grzybowski, złodziej kolejowy. Ten deklarował: „Ręka to mało. Psychologia, szanowny panie. O, widzi pan, kiedym pana zabawiał historyjką o tym kuferku, com go sprzątnął sprzed nosa rabinowi, przeniosłem panu zegarek z kamizelki do lewej kieszeni marynarki”.

Wieść, że jadą do Taszkientu, zesłańcy przyjęli dobrze: „jeśli Taszkient, to i ciepło”. Sensacją po ostatniej przesiadce był maszynista Polak. „Nas tu mieszka cała kupa. Od długich już lat. Mamy własną szkółkę, biblioteczkę, salę zebrań. Wszystko kolejarze. W Taszkiencie zastaniecie parę tysięcy Polaków” – usłyszeli.
Na miejscu przyjęto ich życzliwie. „Ukazał się w Turkiestańskich Izwiestiach” obszerny artykuł zapowiadający, że oto miasto skorzysta teraz z dobrych polskich fachowców, a także ludzi inteligentnych, gdyż jeden z przybyszów jest nawet literatem” – wspominał Goetel. W jednym z wierszy napisze:

Z wyżyn Gissaru złotymi blaski jara
W drgającą dal wtopiona jak w podnóże
A szczytny grzbiet oparłszy na lazurze
Przyzywa mnie wieczorna stepu mara.

Ale w Taszkiencie czekało ich mniej egzotyki, a więcej polskiej… parafiańszczyzny w miejscowym Domu Polskim. Gdy przyszło Boże Narodzenie, wszyscy, w tym kryminalni, ze wzruszeniem śpiewali kolędy. Tylko gdy jeden z nich, niejaki Osiecki, ze szczególnym zapałem zaśpiewał „Pójdźmy wszyscy do stajenki”, wywołało to ogólną wesołość, bo „oczy starego koniokrada błyszczały przyziemnym bardzo blaskiem”.
W Taszkiencie Goetel ożenił się z Jadwigą Madalińską, prawnuczką gen. Madalińskiego, jednego z dowódców insurekcji kościuszkowskiej. Napisze: „Przybłęda rodem z Galicji, radykał i eks-cygan, nie trafiłbym do przekonania turkiestańskiej panience z dobrego domu, gdyby nie szczególne okoliczności chwili”.

Nie mając nic do roboty Goetel zgłosił się do biura budowy dróg. Okazało się, że w tamtejszych warunkach jego czysto teoretyczna wiedza ze studiów architektury awansowała go do roli wysokiej klasy fachowca. Trafił do obozu w Dżunusz Kała na osuszonych dopiero bagnach. Praca w tym niezdrowym miejscu była dla niego, jak pisał „miejscem najcięższej próby”: „Po matach szałasów łaziły pająki korsarze na przemian ze skorpionami”.

W taszkienckiej radzie robotników i żołnierzy

Do Polaków dochodziły informacje o abdykacji cara i rewolucji. 3 maja 1917 r. zwołany został zjazd Polaków z Turkiestanu. Spontanicznie uchwalił on rezolucję wzywającą do powrotu.
Ale wkrótce w Taszkiencie „nieznany nikomu marynarz zwołał wiec […]. Pierwszy zjazd rad robotników i żołnierzy powołał do życia radę komisaryczną Turkiestańskiej Socjalistycznej Republiki. Przewodniczącym jej został bolszewik polski nazwiskiem Figielski, zaś jednym z zastępców stary pepeesowiec, mechanik Piaskowski”.

Figielski nie miał związków z Polonią, ale Piaskowski tak. Postanowił wykorzystać je do wpłynięcia na Polaków i zwołał ich na kolejne zebranie. Padł podczas niego niespodziewany wniosek Goetla, by wobec nowej sytuacji powołać w Taszkiencie… PPS Frakcję Rewolucyjną. Był to podstęp, bo „nikt przecież na sali nie wiedział, że Frakcja za główne zadanie głosiła zbrojną walkę o niepodległość Polski, zaś przywódcą był Komendant Piłsudski”.

Goetla spontanicznie obwołano jej prezesem. Po chwili Piaskowski poinformował oszołomionego pisarza, że został tym samym automatycznie członkiem… taszkienckiej rady robotników i żołnierzy.
Ten niespodziewany bieg wypadków miał dla Goetla pozytywne skutki – chronił przed aresztowaniem.

Obserwowanie rewolucji z bliska było wrażeniem coraz czarniejszym. Jedno z najcięższych doświadczeń opisał tak: „W pół drogi między Troickiem a Taszkientem ujrzałem pewnego dnia całą rodzinę tubylców koczującą pod przydrożnym kurhanem. […] Wydłubali sobie norę w glinie kurhanu, rozłożyli przed nim trzcinową matę i siedzieli bądź leżeli na niej, bliscy śmierci. […] Tuż obok rozsiadł się w sporym budynku powiatowy komitet komunistyczny. Na drzewach upiął transparenty […] „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!”. Raz lub dwa razy w tygodniu jeździłem z Troicka do Taszkientu. Tragicznej rodziny nie mogłem przeoczyć i za pierwszym razem obdarowałem ich posiadanymi pieniędzmi. Po tygodniu jedna z głodujących – mała dziewczynka – leżała martwa. Wszedłem wówczas do biura komunistów i zastałem w nim dwu wypasionych rosyjskich drabów”.

Decyzję o ucieczce podjął w 1919 r. W książce „Przez płonący Wschód” wspominał: „Dla wielu zostaje tam, za plecami, cała historia życia, cała młodość, spędzona w pełnem piękna i szerokiej swobody otoczeniu”. Uciekał, podobnie jak inni, bo „wszystko to zagrzebała, zniszczyła i odsunęła w niepamięć potworna nawała rewolucyjna. Posępne echa krwawych wydarzeń, zmora gwałtu i uścisku, okropność śmierci i strachu przed śmiercią”. Związek Sowiecki pożegnał go żądaniem łapówki „tysiaczi rubliej z czełowieka” za przekroczenie granicy. Wraz z żoną i córeczką uciekli przez Persję, Indie i Anglię.

Zlizywać kurz z butów Wasilewskiej

Po powrocie do kraju wybuchł talent literacki Goetla. Po ciężkich doświadczeniach zesłania poczuł się twórcą w pełni dojrzałym. Popularność przyniosła mu wydana w 1922 r. książka „Przez płonący Wschód”, zawierająca wspomnienia z Azji. Tematyka ta przewijać się będzie w kolejnych książkach: „Kar Chat” (1922), „Ludzkość” (1925), „Z dnia na dzień” (1926) oraz opowiadaniach z tomu „Pątnik Karapeta” (1923). W 1927 r. ukazały się jego obyczajowe opowiadania zatytułowane „Humoreski”.
Goetel był też dziennikarzem. W latach 1922–1925 zajmował stanowisko redaktora naczelnego „Przeglądu Sportowego”, a później „Kuriera Porannego”. Był też autorem scenariuszy do filmów „Z dnia na dzień”, „Dziesięciu z Pawiaka”, „Janko Muzykant”, „Pan Tadeusz”, „Ułani, ułani”. A także dwóch sztuk dramatycznych wystawianych we Lwowie: „Samuel Zborowski” i „Król Nikodem”.

Stał się jednym z najpopularniejszych polskich pisarzy na Zachodzie. Jego utwory przetłumaczono na kilkanaście języków. Do anglojęzycznego wydania książki „Z dnia na dzień” przedmowę napisał noblista John Galsworthy. Gilbert K. Chesterton poświęcił książce artykuł, w którym nazwał Goetla „pierwszym pisarzem, który racjonalnie opisał, co znaczy być i czuć się literatem”.

Jego twórczość została doceniona – w latach 1926–1933 pełnił funkcję prezesa polskiego oddziału Pen Clubu, a pomiędzy 1933 a 1939 r. prezesa Związku Zawodowego Literatów Polskich. W 1935 r. został wyróżniony prestiżowym członkostwem w Polskiej Akademii Literatury.

W 1936 r. zaatakował w prasie Wandę Wasilewską. Na łamach redagowanego przez siebie „Płomyka” wychwalała ona ustrój sowiecki, kołchozy i propagowała komunizm. „Proszę pamiętać, panie prezesie, że przyjdzie czas, gdy pan będzie zlizywać kurz z moich butów” – odpowiedziała mu.

Faszyzm ratunkiem dla Polski

W 1938 r. Goetel wydał książkę, którą w 1945 r. nazwie „największym życiowym błędem”, zaś w 1965 r. „z pewnością błędną”, choć „z pewnością pisaną cum bona fide” (z dobrą wiarą). Dziejów książki „Pod znakiem faszyzmu” trudno nie uznać za niecodzienne. Potępili ją zgodnie recenzenci prasy narodowej, katolickiej, liberalnej i socjalistycznej. Potępił też hitlerowski okupant, umieszczając na pierwszej, wydanej już we wrześniu 1939 r., liście książek zakazanych.

Książka Goetla wskazywała faszyzm (a raczej to, co za faszyzm uznawał autor) za jedyną drogę do… ocalenia Polski, która znalazła się pomiędzy agresywnymi dyktatorami Stalinem a Hitlerem. Goetel pisał proroczo: „Od czasu do czasu wybucha posępne przypuszczenie, co by to było, gdyby tych dwu porozumiało się nad naszymi głowami, a »zachód« nie zechciał nam pomóc”.

Porównując postawę dwóch bywalców Zakopanego Witkacego i Goetla, Aleksander Wójtowicz w piśmie „Akcent” z 2002 r. stwierdza: „pesymistycznej rezygnacji Witkacego […] przeciwstawił Goetel sprzeciw aktywny, którego głównym założeniem było niedopuszczenie do powtórzenia się rosyjskiego scenariusza w Polsce”.

W momencie pisania książki ofiary faszyzmu były stosunkowo nieliczne. Jak zauważa Maciej Urbanowski, autor wstępu do współczesnego wydania książki, „Goetel, który pisał, że »nie kończąca się liczba ofiar reżimu ma się w Rosji Sowieckiej jak 100 000 :1, jeżeli chodzi o Niemcy i bodajże milion do jednego w stosunku do Włoch«, w momencie pisania tych słów – przed wojną – miał w dużej mierze rację”.
To model włoski Goetel uważał za najlepszy: „faszyzm właśnie w tym kraju […] jest najbardziej stanowczym zaprzeczeniem komunizmu […] przy czym czujki demokratyczne nie mogły wyłapać żadnych niemal objawów poniżenia człowieka”.

Międzynarodowe sojusze uważał za niezdolne do przeciwstawienia się nadchodzącej tragedii. Układy, w które wierzyli polscy politycy, oceniał proroczo jako „pozbawione wszelkiego głębszego znaczenia i trwałości”. Pokazywał też, że Polska nie była zdolna do przeciwstawienia się zbrodniom na Polakach w Związku Sowieckim.

W książce znalazło się wiele tez nieprawdziwych i budzących sprzeciw. Należała do nich z pewnością ta możliwej… samowystarczalności Polski. Była też wśród nich teza o potrzebie emigracji z Polski części Żydów. „Ilość Żydów w Polsce jest przerażająca i stanowi współczynnik naszej słabości” – stwierdzał. Jednocześnie przeciwstawiał się teoriom rasistowskim, stwierdzając, iż „są pomiędzy nimi i dobrzy Polacy. Trudno mi dostrzec różnicę pomiędzy zasługą krwi, poniesioną w walkach o Polskę przez Polaków żydowskiego i aryjskiego pochodzenia”. Było to wówczas stanowisko dużej części polskich elit. Jak pisze Urbanowski „rozdział o Żydach – jako jedyny – pisarz drukował nie w »Pionie«, ale w »Polityce« redagowanej przez Jerzego Giedroycia i można się zastanawiać, czy nie było to jakimś wyrazem poparcia dla stanowiska Goetla ze strony redaktora pisma”.

Jak definiował głoszoną przez siebie ideę Goetel? Pisał: „faszyzm jest przede wszystkim postawą psychiczną, napięciem woli, wzmożeniem aktywności, uzdolnieniem wewnętrznym do ofiar i wysiłków, jednym słowem tym, co nazywamy heroicznym stosunkiem do życia”.

Profesor Wiesław Paweł Szymański, w książce „Cena prawdy” (1996) pisał o motywacjach pisarza: „Brał Goetel z tak przez siebie widzianego faszyzmu to, co właściwie nie tyle, że z faszyzmem niewiele miało wspólnego, lecz było w jakimś sensie jego ahistoryczną idealizacją”. Zaś w książce „Spojrzeć na Eurydykę” (2003) Jacek Trznadel zauważał: „spostrzegamy jednocześnie idealizm i łatwowierność pisarza, a jednocześnie wiele znakomitych analiz i zatrzymujących uwagę spostrzeżeń”.

Ze Starzyńskim w Simonie i Steckim

W kawiarni w bombardowanej Warszawie siedziało dwóch mężczyzn. Pierwszym z nich był włoski dyplomata, drugim Goetel.

„– To miasto żyje wbrew wszystkiemu, co można uchwycić i przewidzieć, A człowiek traci głowę i robi to samo, co inni. Przepraszam pana, zjadłszy przed chwilą ten wspaniały kotlet w restauracji, popełniliśmy przestępstwo? – pytał zaniepokojony Włoch.

– Tak, ściśle rzecz biorąc, karane śmiercią.
– A ta kobieta, co tu sprzedaje kiełbasę, też zasługuje na śmierć?
– Niezawodnie!
– A żyje i sprzedaje.
– Bywa, że i pod plakatem niemieckim, przewidującym za to karę śmierci”.

Wspomnienia z wojennej stolicy zebrał Goetel w książce „Czasy wojny”. Jak pisze we wstępie do nich Krzysztof Polechoński „Goetel zasługuje na miano kronikarza wojennej Warszawy”. Mamy więc opis bohaterskiej obrony stolicy, gdy „każda ulica miasta, każdy plac, każde większe podwórko miało swój cmentarzyk obrońców”. Jest wspomnienie bomby, która zniszczyła mieszkanie Goetla w czasie, gdy szczęśliwie przeniósł się do siedziby Pen Clubu.

Pojawia się niepowtarzalne wspomnienie spotkań Goetla, mianowanego kierownikiem sekcji propagandy Obywatelskiego Komitetu Pomocy Ludności Warszawy, z kierującym obroną miasta prezydentem Stefanem Starzyńskim. Starzyński wieczorami wpadał do… słynnej restauracji Simon i Stecki. „Nie lubił wtedy mówić o wypadkach dnia. – Dajcie mi spokój – odpowiadał, uśmiechając się – ja już od tego ochrypłem”. Jak pisze Wojciech Jerzy Muszyński, Goetel pisał dla Starzyńskiego radiowe przemówienia.
Są opisy bohaterskiej postawy warszawiaków, która narastała po masowej egzekucji w Wawrze 26 grudnia 1939 r. „Spisek kamienic, ulic i kawiarń warszawskich obejmował wszystkie stany. Działał bez regulaminów, rozkazów i zarządzeń i bez żadnej egzekutywy. Należał do niej i dziedzic wysadzony z roli, inteligent, fabrykant i kupiec, robotnik, tramwajarz i sprzedawca papierosów. Knajak i dziewka. Solidarność warszawiaków w decydujących chwilach była osłupiająca” – notował Goetel.

Tragedię warszawskiego getta pisarz wspominał tak: „Nie było z pewnością bardziej cynicznego szyderstwa z dzielności armii niemieckiej i jej „rycerskich” tradycji niż owe samoloty, które dzień po dniu odbywały swoje mordercze i bezkarne ćwiczenia nad gettem”.

W końcu Goetel trafił na Pawiak. Otrzymał tam propozycję: „Byłby pan raz na zawsze zabezpieczony przed tego rodzaju niespodziankami, gdyby pan zechciał podpisać zgłoszenie na volkslistę. Rodzina pana jest pochodzenia niemieckiego.

– Tak, pochodzi przypuszczalnie z Nadrenii czy Alzacji. Ojciec mój po niemiecku już nie mówił. Dziadek, o ile wiem, też nie.

– Jednakże – gestapowiec miał widocznie sporo informacji w tym zakresie – paru ludzi tutejszych o nazwisku tym samym co pan zapisało się na volksdeutschów.

– Proszę pana – przypatruję mu się uważnie, chcąc odgadnąć, czy mam do czynienia z Niemcem, czy z volksdeutschem – jest pewna różnica, gdy listę podpisuje zwykły człowiek, a gdy podpisuje pisarz polski o pewnym nazwisku, który mimo obcego pochodzenia zdobył sobie w tym kraju duże stanowisko i zaufanie ludzi. Przepraszam pana, pan jest reichsdeutsch, czy też… – Reichsdeutsch! – wrzasnął, nie pozwalając mi skończyć.

– W takim razie myślę, że pan mnie zrozumie. Wstał i ostentacyjnie podał mi rękę”.

W latach 1943–1944 Goetel redagował wspólnie z Wilamem Horzycą tajne pismo „Nurt”, będące organem organizacji Obóz Polski Walczącej, skupiającej piłsudczyków.

Katyń na własne oczy

W 1943 r. Goetla odwiedził radca niemieckiego Propaganda-Amt’u dr Grundman. W tekście „Na własne oczy” Goetel wspominał: „Grundman oświadczył mi […], iż w lasach opodal Smoleńska odkryto zbiorowe mogiły wielu tysięcy oficerów polskich […]. Władze niemieckie pragną uczynić wszystko, aby sprawę wyświetlić. W tym celu ma być wysłana na miejsce delegacja, złożona z przedstawicieli polskiego społeczeństwa”.

O opinię na temat wyjazdu zapytał Delegaturę Rządu na Kraj. Z AK otrzymał odpowiedź, że sprzeciwu nie ma, ale „sprawa traktowana jest raczej bagatelnie”. Wspomnienia z Katynia należą do najbardziej wstrząsających: „A oto zwłoki generała Bohatyrowicza – słyszę, przystanąwszy nad postacią, leżącą na uboczu. Nie mogę dłuższy czas oderwać od niej wzroku, gdyż więzi mnie wstążka Virtuti na krawędzi płaszcza… […] Bohatyrowicz… Bohatyrowicz… skąd znam to nazwisko? Ach! prawda! To z powieści Orzeszkowej „Nad Niemnem”. […] Proszę profesora, aby odjął wstążkę Virtuti, gdyż chcę ją zabrać ze sobą do Warszawy. Biorę jeszcze szlifę leżącego obok generała Smorawińskiego, parę guzików z Orłem Polskim i garść ziemi z grobu”.

Jak opisywał, po powrocie musiał „stoczyć całą walkę, by sprawę narzucić Czerwonemu Krzyżowi. W pierwszych dniach nie chciano jeszcze uwierzyć, iż zbrodnia jest dziełem bolszewików”.

Lasami ku Bawarii

Opuszczając zgliszcza Warszawy, pisarz rozpoczął poszukiwanie rodziny. Po kilku dniach odnalazł ją w Ożarowie, gdzie „nocując od piwnicy do piwnicy na zapleczu wojska niemieckiego wydostała się z matni”. Wyruszyli do Krakowa.

Władze PRL świadka Katynia ogłosiły wkrótce kolaborantem, a prokurator wydał za nim wspomniany list gończy. Jak pisze Wojciech Jerzy Muszyński, „tylko dzięki przypadkowi uniknął aresztowania, gdy do jego mieszkania wtargnęli ubowcy prowadzeni przez Adama Ważyka, który znał pisarza i miał go rozpoznać. Korzystając z pomocy proboszcza kościoła Mariackiego, ks. Ferdynanda Machaja, ukrył się w klasztorze, gdzie przebywał przez rok. Nie mogąc schwytać pisarza, komuniści zaproponowali jego rodzinie układ: oskarżenie Goetla o kolaborację miałoby zostać odwołane, mógłby on też […] istnieć w życiu literackim, a w zamian za to miałby jedynie ogłosić, że zbrodnia w Katyniu została dokonana przez Niemców. Ale Goetel nie miał zamiaru zawierać z okupantem żadnych kompromisów”.

Jego przerzut na Zachód na papierach rzekomego Holendra Johna Mentena zorganizowało Podziemie. Wspominał: „Gdy u schyłku r. 1945 opuściłem Polskę zieloną granicą i brnąłem poprzez las ku Bawarii, sięgnąłem myślą wstecz i przypomniałem sobie, jak w 1921 r. przybyłem do Kraju okólną drogą przez pół kuli ziemskiej, aby zaczynać życie od podstaw, mając już trzydzieści lat. To, co zdobyłem w ciągu 20 lat, stanowisko, dobrobyt, sławę i nawet przywiązanie i przyjaźń ludzi – zostawiałem teraz za sobą. Nie miałem złudzeń, że odbuduję kiedykolwiek dom, który się zawalił nad moją już posiwiałą głową. Pretensji do losu nie zgłaszałem […] Tak zachowują się synowie narodu zawiedzionego wielokrotnie, a nie tylko jeden raz”.
W Drugim Korpusie we Włoszech, do którego trafił, czekała go niemiła niespodzianka. Od oficera „Dwójki” usłyszał: „na panu ciążą ciężkie zarzuty kolaboracji z Niemcami”. Zażądał śledztwa, przedstawił świadków, w końcu napisał list do gen. Andersa. Specjalna komisja oczyściła go z zarzutów i został oficerem prasowym Drugiego Korpusu.

Wycofać Goetla z bibliotek

Władze PRL skazały go na całkowity niebyt – nie tylko zabraniały go drukować, ale wycofały wszystkie jego książki z bibliotek.

Publikował m.in. w londyńskich „Wiadomościach” i paryskiej „Kulturze”. Słynne było poczucie humoru
Goetla i jego złośliwość wobec Melchiora Wańkowicza. Na pytanie w ankiecie „Wiadomości”, kim chciałby być, gdyby nie był pisarzem, odpisał, że chciałby być Melchiorem Wańkowiczem.

W jednym ze swych ważniejszych artykułów „Wschód Europy” („Wiadomości” 1948, nr 13/14) Goetel ostro polemizował z zachodnimi politykami, którzy państwa za żelazną kurtyną nazywali wschodnimi, sugerując, że to „część naszego kontynentu, która uległa azjatyckim wpływom”. W ten sposób umniejszali wagę faktu pozostawienia tamtych narodów w rękach Sowietów.

„Ochrzczono mnie w katolickim kościele i wystawiono mi łacińską metrykę” – pisał Goetel. „Pojęcie swe o pięknie kształtowałem na renesansowych i barokowych kościołach krakowskich, w wędrówkach po kraju patrzyłem na greckie kolumny polskich dworków”. Pierwsza sztuka obejrzana w teatrze była o Kościuszce, drugą był dramat Henryka Ibsena. „Kornela, Moliera, Victora Hugo czytywałem w oryginale. Goethego, Schillera również”. Zachodnie były jego codzienne zajęcia: „Grałem w angielską piłkę nożną, jeździłem na norweskich nartach, zdobywałem dziewicze ściany Tatr, biorąc za wzór pierwszych zdobywców Matterhornu”. I idee: „W walce o niepodległość Polski brałem udział, uważając, że Polska i Wolność to jedno”. Konstatował z sarkazmem: „Musiałem się dopiero doczekać siwych włosów, aby usłyszeć, że ojczyzna moja zaliczona jest do Wschodu Europy”.

O współczesnym świecie pisał w paryskiej „Kulturze” (1948/13): „nie udało się też niczym wypełnić pustki wewnętrznej, jaką zieją nowoczesne zbiorowiska ludzkie. Wyzwolone z uczuć prostych i najbliższych człowiekowi obowiązków, od przyrody odgrodzone, uwikłane w mechanizm cywilizacji, którego sekretów nie rozumieją, skazane na zajęcia podyktowane jakąś anonimową, „ogólną” potrzebą, pozbawione wyboru własnego trybu życia, zziajane i znużone, ograniczone do najciaśniejszego horyzontu pragnień i myśli […]. Nigdy człowiek tak piorunująco nie kurczył się i nie upadał […]. I nigdy tak naiwnie nie oddał się w niewolę fikcji”.

Co robić w tej sytuacji? „Jakkolwiek więc trudny jest nawrót wstecz, uczynić to trzeba, zrzucając z serca bezmierną pychę budowniczych świata […]. Jeśli odwagi tej zabraknie, lepiej przyznać, że rola Zachodu jest skończona”.

Jego teksty znalazły się w powojennych książkach „Patrząc wstecz” i „Czasy wojny”. Wydał też powieść „Nie warto być małym” oraz tom opowiadań wojennych „Kapitan Łuna”.

Powrót do Zakopanego

W końcówce życia chorował na jaskrę, ale mimo to regularnie dyktował teksty do emigracyjnej prasy. W ostatnich pisał o tym, jak zmieniał się świat oraz idee za jego życia: „Wiele hipotez, doktryn i haseł, które w młodości mojej uchodziły za rewolucyjne, zostało obalonych. […] Socjalizm zdegenerował się w komunizmie lub stał się siłą statyczną, powie ktoś: reakcyjną […]. Feminizm, jeden z czołowych swego czasu postulatów tak zwanego postępu, zdobył rzec można wszystko, co kiedyś głosił, lecz równouprawnienie kobiety z mężczyzną nie wyzwoliło jej z kręgu jej płci. […] Film z jego fantastycznymi jak sądziliśmy, możliwościami artystycznymi, stał się ordynarną rozrywką, a pożeniony z radiem w telewizji, potwornym narzędziem ogłupiania ludzi […]. Od wznowionych przez barona de Coubertin olimpiad […] przebiegł proces ujawniający fałsz tego, co w utartym pojęciu nazywamy popularyzacją zdrowej idei”.
Ale młodość wracała też w najprostszych wspomnieniach z Krakowa: „Omawiano w londyńskiej kawiarni rakietę księżycową złożoną z kilku członów. Jeden ze starych krakowiaków zauważył: – Wielkie rzeczy! Nasz Mądrzykowski znał się na tym siedemdziesiąt lat temu”.

W jednej sprawie sytuacja z młodości wróciła naprawdę. „Dziś, u schyłku życia, znalazłem się więc tam, gdzie byłem za młodu i znowu dążeniem mym głównym jest przywrócenie Polsce niepodległości” – pisał Goetel.

Zmarł w 1960 r. w Londynie. W czerwcu 1989 r. na konferencji prasowej zebrał się zarząd polskiego Pen Clubu. Konferencji przewodniczyli jego prezes Juliusz Żuławski i Stefan Kisielewski. Oświadczenia złożyli Marian Ruth-Buczkowski, Wacław Korabiewicz, Kazimierz Truchanowski, Jerzy Zagórski i Władysław Bartoszewski. Stwierdzili oni „bezpodstawność zarzutów wobec osoby i działalności Ferdynanda Goetla”. Zażądali też „aby jego postać i dzieło przywrócone zostały społeczeństwu”. W ostatnich latach wydawnictwo „Arcana” wznowiło pięć książek pisarza.

13 grudnia 2003 r. prochy Ferdynanda Goetla sprowadzone zostały na zakopiański cmentarz na Pęksowym Brzysku. Odwiedzających cmentarz wita napis:

Ojczyzna to ziemia i groby
Narody tracąc pamięć, tracą życie
Zakopane pamięta

Nowe Państwo: Numer 21/2007 

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii 20-lecie międzywojenne, Czasy zaborów, Eseje, Historia, II wojna światowa, Lata PRL, Teatr TV, film i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Ferdynand Goetel. Świadek Katynia

  1. emka pisze:

    Wyklęty za prawdę o Katyniu
    Mija 128 lat od urodzin Ferdynanda Goetla, polskiego pisarza, publicysty oraz działacza politycznego, który wiosną 1943 r. uczestniczył w badaniu dołów śmierci polskich oficerów w Lesie Katyńskim.
    WIĘCEJ:
    https://katyn.ipn.gov.pl/kat/polecamy/5941,Ferdynand-Goetel-wyklety-za-prawde-o-Katyniu.html

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.