Ja tylko jedno takie lato miałam w życiu…

pobrane (2)Wanda Zwinogrodzka

Ci, którzy pamiętają drugą połowę lat siedemdziesiątych, wiedzą, że Solidarność narodziła się niczym Feniks z popiołów. Nikt się jej nie spodziewał. Wydawała się cudem i tak naprawdę była cudem. Tyle że my, jego świadkowie, z upływem lat o tym zapomnieliśmy.

Płacimy za to wysoką cenę.

Z perspektywy historycznej, za biurkiem, łatwo układać łańcuchy przyczynowo-skutkowe prowadzące od powstania KOR u, poprzez wolne związki zawodowe i wizytę papieża do porozumień gdańskich. Na bieżąco jednak ta zależność nie była rozpoznawalna. W istocie bowiem jest tylko konstrukcją umysłową, hipotezą, zbudowaną a posteriori w celu wyjaśnienia biegu wydarzeń, kiedy one już się dokonały. Bynajmniej nie rozstrzyga o tym, że musiały się dokonać, chociaż za sprawą utartego nawyku skłonni jesteśmy dzisiaj tak myśleć.

Znużenie, bierność, egoizm

Dla osób zatroskanych o dobro kraju końcówka lat siedemdziesiątych była okresem bodaj jeszcze bardziej przygnębiającym niż ostatnie lata. Ówczesna rzeczywistość w filmach Barei wydaje się zabawna, w codziennym doświadczeniu jednak była potwornie uciążliwa, upokarzająca i przesycona rozpaczliwym brakiem nadziei. Nikt – łącznie z partyjnymi aparatczykami – nie wierzył w możliwość reformy panującego ustroju, który skutecznie produkował już tylko kolejne, coraz bardziej idiotyczne hasła propagandy sukcesu. Rojenia o rozpadzie sowieckiego imperium uważano za polityczne fantazje, wypaczające prawidłową ocenę sytuacji.

W tej atmosferze beznadziejności na porządku dziennym był oportunizm i żałosne dorobkiewiczostwo (dżinsy z Peweksu, polędwica spod lady), prywata i eskapizm. Wśród młodzieży najpowszechniejszym marzeniem była emigracja albo przynajmniej zarobkowy wyjazd na Zachód. „Nastrojami powszechnymi dziś w społeczeństwie polskim są cyniczne znużenie, bierność, niechęć do poświęceń, egoizm, strachliwa małoduszność” – głosiło w 1976 r. oświadczenie Polskiego Porozumienia Niepodległościowego, jednej z pierwszych struktur opozycyjnych.

Te struktury wydają się okazałe na kartach podręczników i wspomnień. Faktycznie były to środowiska wątłe i społecznie izolowane. Nie bez racji żartowano, że cała polska opozycja demokratyczna może się zmieścić na jednym przyjęciu w kilkupokojowym mieszkaniu. Jej zasięg oddziaływania był mizerny – książki drugiego obiegu drukowano w kilkuset egzemplarzach, „Biuletyn Informacyjny KOR” miał pięciotysięczny nakład. Poczynania dysydentów zyskiwały nieco większy rozgłos na falach Radia Wolna Europa. Liczbę jego ówczesnych słuchaczy szacuje się na 10–15 proc. dorosłych Polaków. Według dzisiejszych kryteriów opozycja była formacją niszową. Przeciętny zjadacz gierkowskiego chleba postrzegał ją jako garstkę straceńców pochłoniętych ambicją wykonania gestu sprzeciwu, który ma sens wyłącznie moralny, bo praktyczny – żaden.

Niemożliwa Solidarność

W tych okolicznościach działania opozycji bynajmniej nie zmierzały do powołania masowego ruchu obywatelskiego i też nijak nie pozwalały przewidzieć jego powstania. Zapowiedź przyszłych wydarzeń już prędzej dostrzec można było podczas wizyty Jana Pawła II w czerwcu 1979 r. w zdyscyplinowanym tłumie gromadzącym się na mszach papieskich oraz w nienagannej organizacji kościelnych służb porządkowych. I to jednak postrzegano wówczas raczej w kategoriach święta – uroczystości, która zawiesza reguły obowiązujące na co dzień, ale przecież ich nie likwiduje, po jej zakończeniu rzeczywistość powraca w stare koleiny. To myślenie wydawało się w pełni uprawnione, zważywszy, że Peerel w ciągu poprzednich dziesięcioleci zdołał dość skutecznie wytyczyć linię demarkacyjną między życiem politycznym a religijnym. Dodatkowo utrwalił ją konformizm lat 70., opisywany m.in. łatwością, z jaką Polacy łączyli kościelne śluby, pogrzeby i chrzciny z przynależnością do partii komunistycznej albo szli głosować na jej przywódców prosto z niedzielnej mszy.

W takim społeczeństwie, na domiar złego mocno zatomizowanym i pozbawionym samodzielnych organizacji, a tym samym: umiejętności ich tworzenia – Solidarność właściwie nie miała prawa zaistnieć. Przekraczała horyzont wyobraźni współczesnych, przeczyła ich doświadczeniu, rozpoznaniu sytuacji, prognozom. Jeszcze w marcu 1980 r. wezwania do bojkotu wyborów nie przyniosły żadnych zauważalnych rezultatów. W połowie lipca półgłosem opowiadano o strajkach w Lublinie, z lękiem oczekując represji władz.

Dwa miesiące później cały kraj ogarnięty był gorączkową aktywnością tworzenia zakładowych i międzyzakładowych komitetów założycielskich, zdobywania lokali, sprzętu biurowego czy papieru na komunikaty i anonse o zebraniach, dyskusjach, wykładach. Te siermiężne, czarno-białe afisze nieoczekiwanie pokryły mury miast, kalane dotychczas co najwyżej napisami w rodzaju: „Kocham Elę”.

Potęga nadziei

To było istne pospolite ruszenie ludzi dobrej woli, którzy teraz odnajdywali się dosłownie wszędzie: w fabrykach i na uczelniach, w szkołach i bibliotekach, w sklepach, przychodniach, teatrach, masarniach, na posterunkach milicji, stacjach kolejowych i komendach straży pożarnej. Byli zdeterminowani, bez reszty oddani wspólnej sprawie, gotowi o nią walczyć. Jak to możliwe, że wcześniej nie było ich widać? Cynizm, rezygnacja, kunktatorstwo nagle stały się wstydliwe, zostały wyparte, znamionowały obóz przeciwnika. Kraj przeistoczył się nie do poznania. Z dnia na dzień upadły hierarchie służbowe i bariery środowiskowe. Pojawiały się projekty naprawy własnej placówki, sektora gospodarczego i całej Rzeczypospolitej. Jak równy z równym dyskutowali salowa z ordynatorem, szofer z adiunktem, inżynier z dziennikarzem i ogrodnikiem. Słuchali się nawzajem, bo razem tworzyli Solidarność. Jej biało-czerwony znaczek w klapie budził porozumienie i życzliwość między ludźmi, którzy się nie znali, a spotykali w sytuacjach do niedawna konfliktowych: między ekspedientką a klientem, urzędnikiem a petentem. Na ulicach, w tramwajach i kolejkach spoglądano na siebie otwarcie i przyjaźnie. W poczuciu wspólnoty.

To był cud, skoro definiowany on jest jako „zdarzenie z różnych przyczyn nieposiadające wiarygodnego, naukowego wytłumaczenia”. Cud przeistoczenia świata pod wpływem wszechogarniającej nadziei. A w kategoriach bardziej racjonalnych: wielka lekcja ilustrująca, że rzeczywistość społeczna pozostaje zupełnie nieprzewidywalna.

Zapomnieliśmy o tej lekcji i w rezultacie pozwoliliśmy sobie odebrać wiarę, że wszystko może się zdarzyć – również to, co niewyobrażalne. O ile nadzieja zawładnie umysłami, a miłość przeobrazi serca.

I teraz, za karę, zamiast tworzyć śmiałe projekty, grzęźniemy w błocie codzienności, śledzimy sondaże, obliczamy szanse, powściągamy ambicje. Niepomni, że cuda się zdarzają.

Choć jeden z nich zdarzył się na naszych oczach.

30.08.2013 http://niezalezna.pl/45415

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności, Historia, III RP, Lata PRL, Po 1980 i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Ja tylko jedno takie lato miałam w życiu…

  1. antypowiec pisze:

    najwiekszym niewypalem byl TW Bolek walesa,zamachowiec na demokratyczne panstwo polskie 4 czerwca 1992 roku na „Nocnej zmianie” ktory wowczas dokonal puczu na I demokratyczny rzad premiera Jana Olszewskiego wespol z urzedujacym tuSSkiem kolaborantem i wychowankiem obcych panstw,co spowodowalo,ze dzis znow rzadza nami platni zdrajcy pacholki putina.osadzic zdrajce TW Bolka by swiat uslyszal o nim prawde jak oszukal kolegow zwiazkowcow ,narod polski , a tym samym Polske.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.