Wacław Zbyszewski

waclaw_zbyszewski40 lat przed 1989 rokiem wymyślił plan transformacji ustrojowej komunizmu w demokrację. Zamiast Okrągłego Stołu proponował bombardowanie sowieckich kolei oraz Moskwy. Postulował, by nie udawać, że kocha się Rosjan i ich sposób myślenia. Przeciwnie – wzorowana na denazyfikacji dezynfekcja powinna sięgnąć do samych podstaw.

 

Piotr Lisiewicz

Ścieżki kota

40 lat przed 1989 r. były polski dyplomata wymyślił plan transformacji ustrojowej komunizmu w demokrację. Zamiast Okrągłego Stołu proponował bombardowanie sowieckich kolei oraz Moskwy. Zburzenie centrali terroru powinno spowodować, że „połowa strachu ubędzie”. Autor planu doradzał, by rosyjską ludność „traktować dobrze”. Zamiast grubej kreski „pozwolić na załatwienie wewnętrznych porachunków z krwawą tyranią”. Postulował jednak, by nie udawać, że kocha się Rosjan i ich sposób myślenia. Przeciwnie – wzorowana na denazyfikacji dezynfekcja powinna „sięgnąć do samych podstaw rosyjskiej »kultury«, rosyjskiej »religii«”. By raz na zawsze zlikwidować wielkie więzienie, jakim od wieków był ten kraj.

„Mieszkał w Paryżu w studenckim hoteliku, jadł byle co, byle jak, potrafił chodzić oberwany, w przedpotopowym kapeluszu, po jakim poznawało się przez lata polskich emigrantów, był potencjalnym kloszardem i jeśli nim nie został, to chyba z poczucia godności i z lojalności wobec bliskich” – tak wspominała Wacława Zbyszewskiego w paryskiej „Kulturze” z września 1985 r. emigracyjna publicystka Stefania Kossowska.

Mało kto w owym kloszardzie poznałby przedwojennego dyplomatę, najmłodszego pracownika polskiego MSZ, przez którego zachodni korespondenci zabiegali o rozmowę z Piłsudskim i któremu zgodnie wróżono wielką karierę. To właśnie jego słowa „Tu mówi Londyn” słyszeli podczas wojny obywatele okupowanego kraju.

Niepodobny do nikogo

Należał z pewnością do najbardziej oryginalnych polskich publicystów XX w. „Był niepodobny do nikogo, rozpoznawalny od pierwszego zdania” – pisała o nim Kossowska. Przy biurku „miał przed sobą stos luźnych kartek, zapełniał je bez chwili namysłu, pisał szybko jak pod dyktando, odrzucał zapisane kartki na lewo i pisał dalej. Gdy skończył, zbierał kartki i nie rzuciwszy na nie okiem, oddawał maszynistce”.

Metodę zmuszania Zbyszewskiego do napisania artykułu wypracował w przedwojennym „Buncie Młodych” Jerzy Giedroyć. Wymagało ono „zwabienia do redakcji i zamknięcia na klucz. On dobijał się wtedy do drzwi, krzyczał, protestował, ale po pewnym czasie zapadała cisza. Gdzieś po godzinie słychać było pukanie do drzwi i głos Zbyszewskiego, który domagał się, aby goniec redakcyjny przyniósł mu z baru porcję bigosu. Znaczyło to, że artykuł jest gotów” – wspominał w „Autobiografii na cztery ręce”. Giedroyć twierdził, że nigdy nie widział człowieka o tak wielkiej zdolności pisania.

Na czym polegał niepowtarzalny styl Zbyszewskiego? „Podjęty temat traktował raczej jako punkt wyjścia, by pisać o wszystkim, co mu przychodziło do głowy, co go w tej chwili interesowało. […] Pisał błyskotliwie, zabawnie, z przekorną skłonnością do zaskakiwania, swobodnie, stylem towarzyskiej rozmowy, do której wplata się anegdoty, obce słowa, nieoczekiwane skojarzenia” – pisała Kossowska.

Przeciwnicy podejrzewali go o zmyślanie faktów. Według Kossowskiej „miał nieograniczone zaufanie do swej pamięci, która była kopalnią nie zawsze dokładnych wiadomości i nieraz prowadziła go na manowce, sprzeczności czy fantazji”. Gdy jako ostatnia redaktorka „Wiadomości” odnajdywała jakiś jego błąd, odpowiadał: „Jakie to ma znaczenie?! Moje biedne dziecko, czy myślisz, że jakiś czytelnik to zauważy?”. I godził się bez sprzeciwu, by poprawić „Meksyk” na „Peru” albo tysiącom dodać lub odjąć ileś zer.

Ryk Trockiego z balkonu opery

Wacław Alfred Zbyszewski urodził się 2 maja w 1903 r. w rodzinnym majątku we Frantówce na ukraińskiej Humańszczyźnie. Jak pisała Kossowska, czekał go los dziedzica wielkiej fortuny. W 1915 r. ojciec Zbyszewskiego zdecydował, że przeniosą się do Kijowa, by synowie mogli pójść do tamtejszych szkół. Bratem Wacława był Karol Zbyszewski, felietonista o montypythonowskim poczuciu humoru, o którym pisałem niegdyś w „NGP”. Zamieszkali wraz z liczną rodziną i służbą w 12-pokojowym mieszkaniu. Wkrótce ojciec dokupił w Kijowie jeszcze jeden majątek i kilka kamienic.

Wśród wspomnień z dzieciństwa zachował przemówienie Trockiego, które wygłosił on z balkonu kijowskiej opery. Wspominał w „Gawędach o ludziach i czasach przedwojennych”: „Wysunął się na czoło balkonu Trocki. Był omotany po uszy wielką szubą, a na głowie miał papachę znowuż po uszy. Widać było tylko jego cwikier i czarną bródkę”. Głos Trockiego był fantastycznie donośny w epoce, kiedy nie było megafonów: „Zaczął ryczeć tak, jak chyba nikt inny na świecie nie ryczał, nawet Hitler. Był to mówca przerażający, ale nadzwyczajny”.

Nie mniej od formy porażała treść: „Wołał on przez pół godziny czy dłużej, że trzeba mordować wszystkich burżujów, kapitalistów, wrogów klasowych, wrogów ludu i że lepiej zabić tysiąc niewinnych niż wypuścić jednego żywego kontrrewolucjonistę”.

Zakup majątków i kamienic nie okazał się dla Zbyszewskich trafioną inwestycją. W czasie rewolucji „spalono ich dwory i folwarki na Humańszczyźnie, skonfiskowano bankowe konta, splądrowano okazałą kamienicę w Kijowie” – pisał Stanisław Sławomir Nicieja w londyńskim „Pulsie” (2/1991).

Każdy z członków rodziny Zbyszewskich uciekał do Polski oddzielnie. 16-letni Wacław znalazł się w dziwacznej grupie, która podróżowała przy użyciu dwóch bydlęcych wagonów. Za łapówkę przyczepiano je do przejeżdżających pociągów. „Wyjechałem z Kijowa w końcu listopada 1919 r. […] było nas razem około 20 osób, w tym głównie ludzie starsi” – wspominał.

Bywało, że czekali po kilka dni na jakiejś stacyjce. „Przypadkowy pociąg stawał z braku węgla i wówczas szliśmy do lasu, by narąbać drzew, aby było paliwo dla dojechania do następnej stacji” – pisał. Po wielu tygodniach nielegalne wagony dotarły do granicy rumuńskiej. „Znaleźliśmy się na ziemi obiecanej” – wspominał.

W Warszawie skończył Gimnazjum im. Staszica, w którym zdał „celująco” maturę.

Foch i malaria

Uniwersytet Jagielloński odwiedził marszałek Foch, zwycięski wódz Ententy. Szykowano dla niego doktorat honoris causa. Studenci postanowili przygotować mu przywitanie. Zbyszewski, który na studia przeniósł się z Warszawy do Krakowa, wspominał: „Zebrało się nas kilku, może z dziesięciu studentów, ultrafrankofilów, mówiących doskonale po francusku, i postanowiliśmy uczcić Focha staropolskim, a w każdym razie starym krakowskim zwyczajem, mianowicie wnosząc go na naszych barach na pierwsze piętro”.

Problem polegał na tym, że marszałek na miejsce zajechał w towarzystwie generałów. „Wszyscy mieli białe, puszyste wąsy, można nawet powiedzieć wąsiska, także białe czupryny, wszyscy mieli pokaźną tuszę […] Przez chwilę byliśmy przerażeni, bo nie mieliśmy pojęcia, który z tych wojaków był Fochem” – opisywał wrażenia Zbyszewski. Swoją rolę charakteryzował następująco: „Mnie przypadło w udziale nosić na moim prawym ramieniu część ciała marszałka, którą grzecznie określa się terminem »cztery litery«. Część ta była obfita, wielka i bardzo ciężka”.

W Krakowie szukał sposobów zarobienia pieniędzy. „Pracowałem w Banku Hipotecznym w Krakowie. Nie miałem grosza przy duszy, więc musiałem jakoś zarabiać na życie” – wspominał. Studiował prawo i ekonomię. Studenci prawa stanowili w artystycznym Krakowie oddzielną kategorię. Po wojnie we wspomnieniu ówczesnej znajomości z Józefem Czapskim napisze: „Grzeczność krakowska nakazywała być uprzejmym i kurtuazyjnym wobec malarzy: przecie Matejko i Wyspiański przyczynili się do sławy wawelskiego grodu […] Ale prawników, przy całej kurtuazji, obowiązywała pewna rezerwa, pewien dystans wobec »malarii«.

Piłsudski bez dobudówek

Jako student trafił do redakcji stańczykowskiego „Czasu”. „»Czas« jeszcze wówczas był uważany za odpowiednik angielskiego »Timesa« i z jego opinią liczono się sto razy więcej niż z opinią »Ikaca«, a cóż dopiero kiełkujących wówczas »czerwonaków«” – pisał.

Początkiem jego głośnej kariery stała się relacja z odczytu Piłsudskiego. „Wybór dwudziestoletniego studenta na sprawozdawcę z odczytu najwybitniejszego żyjącego Polaka wywołał w Krakowie wielką sensację” – wspominał. Linia polityczna „Czasu” była wówczas dość skomplikowana. Stańczycy i „Czas” popierali wcześniej Piłsudskiego, uznając, iż Rosja jest największym wrogiem Polski. Ale potem konflikt Sikorski –Piłsudski postawił konserwatystów w bardzo trudnym położeniu. Bo „Sikorski oraz bardzo wielu z dowódców armii austriackiej – generałowie Szeptycki i Stanisław Haller, Rozwadowski i tak dalej – należeli do odwiecznych przyjaciół »Czasu« jako konserwatyści z urodzenia”.

20-letni student swą relację z odczytu Marszałka zakończył słowami: „Pierwsze czterolecie Odrodzonej Polski pozostanie na zawsze cokołem jego – Piłsudskiego – pomnika. Tego cokołu nie należy szpecić dobudówkami, które by nie miały historycznej miary minionej przeszłości”.

Relacja, a w szczególności ostatnie jej zdanie, wywołały sensację. Wspominał: „Profesor Kot mi zaraz nazajutrz powiedział, że jego najbliższy przyjaciel, ówczesny minister wojny generał Sikorski, był żywo zainteresowany tym artykułem. W samej redakcji »Czasu« gratulowano mi dziennikarskiego sukcesu i w nagrodę zostałem wysłany do Genewy na sesję Ligi Narodów”. W Genewie Stanisław Stroński spytał go: „Czy to ojciec pana napisał te artykuły w »Czasie« o Piłsudskim?”.

Czy Piłsudski zostanie King of Poland?

Mając 22 lata, został w 1926 r. najmłodszym w Polsce urzędnikiem MSZ. Trafił do Wydziału Prasowego i Referatu Korespondentów Zagranicznych. Paweł Wroński w artykule o Zbyszewskim w „Gazecie Wyborczej” w 2001 r. pisał: „To on w Polskiej Agencji Telegraficznej powstrzymał wysłanie depeszy rządu Witosa, który ogłaszał Piłsudskiego bandytą wyjętym spod prawa”.

To do Zbyszewskiego dobijali się zachodni korespondenci, którzy chcieli porozmawiać z Piłsudskim po zamachu majowym. Wyróżniał się wśród nich niejaki Floyd, korespondent „New York Timesa”, który powtarzał w kółko: „Przyleciałem tutaj specjalnie wynajętym samolotem z Aten, by się dowiedzieć jednej tylko rzeczy, czy Marszałek Piłsudski zamierza się ogłosić królem Polski?”.

W końcu korespondenci zdołali przy jego pomocy dotrzeć do przechodzącego korytarzem Marszałka. Zbyszewski wspominał: „oparł się na swojej wielkiej szabli, wbił swoim zwyczajem wzrok w ziemię i patrząc na korespondentów, rzekł jakby do mnie: »Co ja mam im powiedzieć?Nie mam im nic do powiedzenia. Ja zmęczony, ja zmęczony. Moje córeczki na mnie czekają«. Urwał, zasalutował i pomaszerował żywym, wcale nie zmęczonym krokiem do drzwi wejściowych”.

Korespondenci rzucili się do Zbyszewskiego, by przetłumaczył im słowa Piłsudskiego na francuski, niemiecki i angielski. W końcu uspokoili się, tylko wspomniany Floyd pytał zawiedziony: „Słowem nie wspomniał, że zamierza siebie proklamować King of Poland?”.

Funkcjonowanie polityków w mediach mocno odbiegało od dzisiejszych realiów. Zbyszewski pisał pod koniec życia: „Dzisiaj toniemy pod Niagarami elokwencji wszystkich polityków i politykierów”. Tymczasem Piłsudski „w ciągu ostatnich pięciu lat swojego życia wyrzekł publicznie tylko kilka słów na Błoniach krakowskich, przyjmując defiladę kawalerii w 250. rocznicę wiktorii wiedeńskiej”.

Pakunki pseudodyplomatyczne

Pierwszy raz do sowieckiej Rosji młody dyplomata Zbyszewski pojechał w 1926 r. Do jego zadań należał przewóz „pakunków pseudodyplomatycznych”. Owe tajne przesyłki zawierały głównie szynkę, masło, kiełbasę i mąkę. Przywitały go „chmary rosyjskich policjantów, żandarmów, tajniaków i komisarzy”. Jeden z tajniaków błagał: „Panoczku, czyby panoczek nie mógł pomóc mi wydostać się z tego piekła?”. „Uważasz mnie za kretyna i myślisz, że dam się nabrać na tak jawną prowokację” – pomyślał.

Wszędzie rzucała się w oczy straszna bieda. „Nigdy mi nie przyszło do głowy, że ta wszawa, barbarzyńska nędza może stać się potęgą militarną, która zagraża całemu światu” – zapisał. Tuż przed wyjazdem zaczepiła go Cyganka. „Zagranicu pajediesz, sczastliw budiesz” – krzyczała za nim. „Rzeczywiście, wyjeżdżałem z Moskwy z uczuciem wielkiej ulgi” – zapamiętał.

Kolejna podróż w 1933 r. pozwoliła mu ocenić postępy we wprowadzaniu najdoskonalszego z ustrojów. Spotkanie Cyganki nie było już możliwe, bo za propozycje wróżb „byłaby z miejsca uwięziona i wysłana do łagru na Kamczatkę”. „Teraz każdy uciekał od cudzoziemca, którego natychmiast poznawano, jak od zapowietrzonego” – odnotował.

Wszędzie rzucał się w oczy straszliwy głód. „Widziałem dantejskie sceny w całej Syberii i Rosji Europejskiej, ale i w Moskwie nie było lepiej” – zapamiętał. Zwiedził Kreml, wewnątrz którego panowała absolutna pustka: „nigdzie samochodu, nigdzie cienia ludzkiego, poza stójkowymi żandarmami przed każdymi drzwiami, żadnych napisów, żadnych okien otwartych, żadnych odgłosów”.

W Leningradzie przeżył scenę, którą zapamiętać miał na całe życie. Było nią spotkanie z miejscowymi Polakami, wychodzącymi z kościoła: „Nie widziałem nigdy w życiu tak strasznej nędzy, tak wygłodzonych ciał, tak ziemistych cer, tylu kalek, tak strasznych łachmanów. Gdym wychodził z kościoła, obskoczyły mnie przerażające staruszki, starcy i wszyscy błagali o jałmużnę, wydzierając sobie każdą monetę czy papierek, które wydobyłem z kieszeni. W mgnieniu oka rozdałem wszystko, co miałem przy sobie, a tłum tych czarownic i tych obłąkanych głodomorów wzrastał z każdą chwilą, ich ryk stawał się coraz bardziej charkotliwy”. Patrząc na rodaków, zrozumiał, jaki los czekałby jego samego, gdyby nie uciekł niegdyś do Polski.

Jako dyplomata pracował m.in. w Tokio, Nowym Jorku i Paryżu. Rozmawiał z Churchillem, de Gaulle’em i Rooseveltem. Ale w 1933 r. odszedł z dyplomacji. Profesor Andrzej Garlicki we wstępie do „Gawęd” pisze, że minister Józef Beck, który w MSZ zastąpił Augusta Zalewskiego, obsadził dyplomację swoimi ludźmi i ofiarą tego padł Zbyszewski. Z kolei Jerzy Giedroyć w „Autobiografii na cztery ręce” wspomina, że na placówce w Tokio Zbyszewski wyrazić miał się drastycznie o prowadzeniu się żony ambasadora brytyjskiego, co oprotestowali Anglicy.

Zbyszewski nie szczędził w swych tekstach pochwał Piłsudskiemu, ale i ostrych słów piłsudczykom. Przyjaźnił się z poetami ze „Skamandra”. Krytykując endecję, doceniał zasługi Dmowskiego dla sprawy niepodległości i zachodnich granic Polski. Jednocześnie pisał, w czym się z endekami nie zgadza: „Nie godzę się z teorią, że Niemcy są dla nas groźniejsi niż Rosjanie, pogląd, że Piastowie byli więksi od Jagiellonów uważam za absurd, antysemityzm – za obłęd, a idealizowanie Polaków – za grube nieporozumienie”.

Londyński dreszcz erotyzmu

Wiosną 1939 r. przyjechał do Londynu jako korespondent wileńskiego „Słowa”. Tu zastał go wybuch wojny. „Słowo” przestało istnieć, więc znalazł pracę w polskiej sekcji BBC. „To on rozpoczynał audycje polskie słowami: »Tu mówi Londyn«. I każdy, kto przeżył wojnę, pamięta jego charakterystyczny głos” – pisał prof. Andrzej Garlicki. Opis wojennego Londynu, który opublikował w „Wiadomościach” z 1 maja 1949 r., należy do najbardziej nietypowych wojennych relacji. Zbyszewski zwraca uwagę, że przez całe dwa i pół roku – od czerwca 1941 do końca 1943 r. – w Londynie panował spokój, nie było żadnych nalotów.

Londyn stał się wówczas „miastem kobiet i wojskowych na urlopie”: „Nie wróciły po blitzu tłumy wyewakuowanych starców, nie wróciły kłótliwe, podstarzałe megiery, których wzrok zgorszony normalnie nadaje ton miastu; nie wróciły dzieci; nie wrócili bogacze, którzy przytłaczają ludek swym wyniosłym kołtuństwem”.

Gdy chodzi o kobiety, to „moda była ładna, wdzięczna: króciutkie suknie, gołe głowy, włosy rozpuszczone aż na ramiona”. W efekcie „olbrzymi dreszcz erotyzmu przeciągnął przez purytańską stolicę”, a „zielone trawniki Hyde Parku zamieniały się w nocy w rozległy materac”. Polacy odnajdywali się w tym niespotykanym klimacie: „Anglizowaliśmy się szybko. Znikły szabliska, które nasi oficerowie przywieźli jeszcze z Francji, już się nie widziało na Regent Street rodaków całujących się z dubeltówki, angielski battle-dress zastąpił wężyki z Polski”.

Realizacja utopii była możliwa, bo sprzyjały jej niekonwencjonalne stosunki społeczne: „Ulica była młoda. Była też wolna, wesoła. Nigdzie się nie słyszało narzekań na brak pieniędzy, na kłopoty, obaw o przyszłość. Państwo płaciło wszystkim. Dostarczało ubrań, mieszkań, butów, biletów do kina”. Uznawał, że ten absolutnie nietypowy moment historii, która minęła, godny jest literackiej relacji: „Lata zawieszenia broni między dwiema bitwami nadają się jako tło do wielkiej powieści, jakiejś nowej »Wojny i pokoju«”.

Gdy w 1940 r. po klęsce Francji rząd polski przeniósł się do Londynu, Zbyszewski został pracownikiem Ministerstwa Informacji, kierowanego przez Strońskiego. „Wykorzystywał swoje londyńskie kontakty dla polskiej propagandy, nagrywał radiowe przemówienia Sikorskiego do Polaków w okupowanym kraju” – pisze Garlicki.

Wino piję w domu, bo taniej wypada

Wojna i sowiecka okupacja przecięły karierę Zbyszewskiego, który, rzecz jasna, wykluczał powrót do PRL. Ale w pewnej części zrezygnował z niej także sam. Kossowska pisała: „Uciekał przed wszystkim, co wymagało decyzji i pociągało obowiązki – bał się zdecydować o tym, czym miał być, bał się ożenić, osiąść, mieć dom, wydać książkę”.

Pracował w „Głosie Ameryki” w Monachium, skąd przeniósł się do swojego ulubionego Paryża, by zamieszkać w studenckim hoteliku. Pisał do londyńskich „Wiadomości” i paryskiej „Kultury”, współpracował z „Wolną Europą”. Nie były to zajęcia przesadnie dochodowe.

„Od szeregu lat jadam stale tylko w moim lokalnym Self-Servicei’e, w Selfie, jak mówią Francuzi, nie dlatego, bym przepadał za tą jadłodajnią, ani żebym wielce gustował w jej kuchni, ale po prostu ze względów oszczędnościowych; w Selfie, pod warunkiem, by nigdy nie brać mięsa, serów, deserów, wina (trzeba pić je tylko w domu, bo to taniej wypada), można dotąd zjeść obiad czy kolację, według naszej terminologii, za 10 fr.” – wyjaśniał w „Wiadomościach” z 29 lutego 1976 r.

Mimo skromnego życia, arystokratyczne podejście do świata było zdaniem Kossowskiej „naturalną częścią jego osoby, niemal cechą fizyczną”. Jak pisała, Zbyszewski wierzył, że „w układzie świata istnieje, dzięki swemu urodzeniu, klasa lepszego gatunku. Przekonanie to nie budziło
w nim nieżyczliwości wobec tych, którzy nie urodzili się z hrabiów”. Zakon ten miał swoje reguły: „Używanie zdrobniałego oznaczało w ustach Wacia oczywistą przynależność wymienionych do ekskluzywnego klubu. Nawet nie wypadało pytać, o kogo chodzi, gdy padały imiona – Cesia, Józio, Miś, Edzio…”.

Czy mamy go spalić?

O redaktorze „Wiadomości” Mieczysławie Grydzewskim pisał, że to „jedyny serio redaktor naszej emigracji”. Gdy chodzi o „Kulturę”, najlepiej wspominał jej spontaniczne początki: „Bałaganiarski Laffitte, trochę kulig szlachecki, trochę »Jama Michalikowa« miał dużo więcej uroku, choć mniej komfortu niż późniejszy pałac »Kultury« w tymże Laffitcie, już bardziej Anty-Pałac Stalinowskiej Kultury, ale równie pewny, że tylko jego szlaki mogą zbawić Polskę, Ukrainę i Ludzkość, otworzyć wrota do szczęśliwej epoki Prawdziwego Marxizmu”.

Jak pisał, Grydzewski nigdy nie odrzucił żadnego jego artykułu. Spierali się raczej zabawnie. W „Wiadomościach” z 3 czerwca 1956 r. znajdujemy nietypową polemikę. Zbyszewski pisze: „Znając pedanterię redaktora »Wiadomości« nie wątpię, że z radością powita ważne i ważkie sprostowanie – na worku wełny (»Woolsack«) siedzi przewodniczący Izby Lordów, czyli Lord Kanclerz, nie Speaker Izby Gmin. Przypuszczam, że sam redaktor już dojrzał swe przerażające przeoczenie, które deklasuje »Wiadomości« i w ogóle całą Polskę”.

Za to z Giedroyciem, prowadzącym swoją politykę, często się kłócił. „W środowisku paryskiej »Kultury« Zbyszewski był outsiderem. Nigdy nie był w stanie sformułować programu pozytywnego, za to niesłychanie błyskotliwie potrafił wykazać, jak wszyscy się mylili” – pisał Paweł Wroński. Powodem konfliktów były m.in. wspomniane plany podboju Moskwy.

Tadeusz Nowakowski z Wolnej Europy bronił prawa Zbyszewskiego do własnych, kontrowersyjnych, sądów w tekście „Czy mamy go spalić?”: „Ja bym, Wysoka Izbo Tortur, żadnego kota, który własnymi próbuje chadzać bezdrożami, za burtę emigracji, arki Noego, nie wyrzucał”. Juliusz Sakowski, popierając postulat, by nie palić Zbyszewskiego, dodawał jednak: „ale od czasu do czasu przypiekać na wolnym ogniu nie zawadzi. Zwłaszcza że może się to okazać z pożytkiem dla delikwenta”.

Znając komunizm, Zbyszewski doceniał znaczenie twórczości Józefa Mackiewicza. Pisał: „Zawsze uważałem, że z pisarzy, którzy żyli po roku 1900, czyli po roku, w którym nastąpiło pierwsze rozdanie literackiej Nagrody Nobla […] tylko czterem Polakom taka nagroda się należała: mianowicie Sienkiewiczowi i Reymontowi, którzy ją dostali, oraz Prusowi i Wyspiańskiemu, którzy nigdy nie byli do niej wysunięci”. I dodawał, z perspektywy emigracyjnej: „Gdyby do tej krótkiej listy czterech laureatów można było dodać piąte nazwisko, to uważam, że tylko Józef Mackiewicz mógłby do tej roli pretendować”.

Rosyjskie więzienie

W „Gawędach” Zbyszewski wspominał dowcip dyplomaty wypowiedziany podczas manifestacji 1-majowej w Moskwie. Powiedział on sowieckiemu komisarzowi: „Ależ wasze konie są chude! Od razu widać, że karmicie je tylko »Prawdą« i »Izwiestiami«”.

W przeciwieństwie zarówno do Giedroycia, jak i Mackiewicza, Zbyszewski łączył antykomunizm z antyrosyjskością. Pisał o sobie: „Rosjanie określają takich ludzi jak ja jako »zapalniki«, to znaczy tyle co »renegat«”. Polemizując z Czapskim, tłumaczył w „Wiadomościach” z 15 maja 1949 r.: „We mnie słowo »Rosja« – wszystko jedno jaka, carska, republikańska, bolszewicka – budzi tylko wstręt, odrazę, pogardę bardziej niż nienawiść; obojętne jest mi zupełnie czy istnieje, jak istnieje. Bóg stworzył Rosję na to, by była jednym wielkim naturalnym więzieniem, olbrzymim łagrem – i żadne zmiany wewnętrzne nie mogą tego wyroku Bożego odwrócić. Nie ma »dobrych« Rosjan, bo w tym kraju nie ma ludzi – są tylko »raby«, niewolnicy”.

Dowodził, że nie istnieje coś takiego, jak rosyjska kultura czy rosyjska religia. „Cóż z tego, że ktoś nauczy się na pamięć Błoka czy Tiutczewa, jeśli w chwilę potem będzie smagał knutem, rozpruwał czaszki czy płaszczył się ohydnie przed tyranem?” – pytał. Krytykował prawosławie: „Popi ciągle błagają Boga, by przyjął »raba swojego« – swego niewolnika. Modlitwa ta jest bezbożna kacerska, bo właśnie cała teologia chrześcijańska jest oparta na założeniu wolnej woli, a więc wolnego człowieka”.

Gomułka, czyli szmata

„Dotychczas większość Polaków w kraju uważała Gomułkę za w gruncie rzeczy dość poczciwego bałwana. Teraz ta poczciwość wyszła na jaw i na Gomułkę pozostaje już tylko jedno określenie: szmata” – pisał Zbyszewski w 1968 r. po inwazji na Czechosłowację.

Artykuł „Tragedia Czechosłowacji” należał do najważniejszych opublikowanych przez niego w „Wiadomościach”. Zbyszewski uważał, że sprawa ta „jak ponura błyskawica, rozświetla cały nieboskłon naszej epoki, wszystkie wstydliwe i dramatyczne zakamarki naszych sumień”.

Odnosił się do całości wydarzeń z 1968 r., w tym antysemickiej kampanii. Pytał: „W czym może najzagorzalszemu antysemicie przeszkadzać istnienie państwa żydowskiego? Jakie mamy zobowiązania wobec Arabów? Dlaczego nie mamy się cieszyć z realizacji aspiracji naszych ex-współobywateli, dlaczego nie mamy im życzyć, by mogli żyć w warunkach, dających im maximum możliwości pełni życia narodowego?”. To, co wyprawiały wobec Żydów komunistyczne władze, oceniał jasno: „Szaleństwo, nie mówiąc o ohydzie moralnej tego stanowiska wobec ludzi, którzy cudem uszli z życiem, którzy noszą żałobę po milionach najbliższych”.

Za koszmar uważał też udział polskich żołnierzy w inwazji na Czechosłowację: „Póki Gomułka i jego reżym pozostają u władzy, ani jeden Czech, ani jeden Słowak nie może mieć do Polski cienia zaufania, cienia szacunku”.

Inwazję tę oceniał jako rozprawę

z tymi, co chcieli komunizm reformować. „Dubczek był najautentyczniejszym komunistą, i najautentyczniejszym rusofilem, był synem komunisty, wychował się w Sowietach, mówi po rosyjsku jak Rosjanin” – pisał. Ale „Sowiety dobierają na swych lejtnantów ludzi bez czci i wiary, bo łatwiej trzymają ich w łapie, bo nie bez kozery podejrzewają, że każdy inteligentny i porządny człowiek musi mieszkańców Kremla nienawidzić”. Tymczasem Dubczek rozumował „jak ideowy komunista, który starał się ratować komunizm”.

Zbyszewski zauważał, iż Dubczek popełnił błąd, zanadto się spiesząc. Bo w komunistycznym obozie rządził sklerotyk Breżniew i zdziecinniali starcy Gomułka i Ulbricht, którzy nie mogli go zrozumieć. Wczuwał się w rolę przywódców Kremla, zgadując przyszłe scenariusze: „Rozumna polityka zagraniczna Rosji Sowieckiej powinna by stale dążyć do zastąpienia satelitów blokiem państw neutralnych, których neutralność byłaby gwarantowana, to znaczy w praktyce kontrolowana, i przez Rosję, i przez Zjednoczoną Zachodnią Europę, i zatwierdzona przez Amerykę”. Bo „nawet NKWD nie może sobie na dłuższą metę poradzić ze zwartą klasą robotniczą i managerską. Można wszystkich aresztować, ale wówczas wszystko staje, a państwo współczesne nie może jednego dnia istnieć bez nowoczesnej produkcji przemysłowej”.

Francuska erotomania i megalomania

Był znawcą francuskiej sceny politycznej. W artykule „Sukcesja de Gaulle’a” („Wiadomości”, 20 października 1968 r.) pisał: „De Gaulle nie zrezygnuje ze swej linii: »Albo Amerykanie i Europejczycy uznają mnie za pierwszego mocarza Europy, albo będę im na złość robił neutrała, lub nawet quasi poplecznika Rosji, aż uznają me pretensje!«. Nikt tych pretensji nie uzna, bo są nierealne”.

Porównując charakter Polaka i Francuza, stwierdzał: „Polacy w ogóle wydają mi się mniej erotomańscy od Francuzów, a jeżeli są, to mniej się nad tym rozwodzą, mniej rozmyślają, a ich wyrzuty sumienia, jeśli w ogóle istnieją, są dużo słabsze. Nasz katolicyzm, jeżeli chodzi o teologię, sprowadza się do głębokiej, dziecinnej i mocniejszej od granitu wiary w nieograniczone miłosierdzie Boskie, i na tym koniec”.

Czuł się konserwatystą, jednak zaznaczał, że z powodu komunizmu konserwatyści „stracili wszelką rację bytu, bo w Polsce nie ma czego mkonserwować”. Co do kierunku, w którym zmierza świat, był pesymistą: „Co będzie, gdy będzie nas na tym globie 10 mld, gdy przeciętna długość życia wzrośnie do stu lat? Może chemia uratuje nas od braku surowców i braku żywności? Ale czy w tym globowym przytułku dla starców warto będzie żyć? Bez radości, bez nadziei, bez celu? Osobiście sądzę, że nie. Z nudów – jeżeli nie ze strachu, ludność wysadzi glob ziemski, popełni zbiorowe samobójstwo” – pisał.

Wszyscy jesteśmy z Don Kiszota

Do najbardziej wzruszających tekstów Zbyszewskiego należał ten zatytułowany „Ludzkość żegna swojego przyjaciela – konia” w „Wiadomościach” z 13 czerwca 1976 r. Powodem jego napisania stała się prasowa notka, z której wynikało, że we Francji jest już tylko 245 tys. koni, podczas gdy w 1914 r. było ich 5 mln.

„To był wielki dzień w historii globu i ludzkości, kiedy człowiek oswoił konia” – pisał, przypominając jego tryumfy: „Koń – to była wolność, możność ucieczki, możność podróży, wojażu, walki także: nie darmo przez tyle stuleci konnica uchodziła za królową wojsk, nie darmo przedstawiamy zawsze zwycięskich wodzów na koniu”.

Opowiadał, jak jeden z nuncjuszów papieskich dziwił się, że Polska jest krajem, w którym każdy ma konia. „My, Polacy, jesteśmy w duszy romantykami, wszyscy jesteśmy z Don Kiszota” – komentował. Bo „nawet ci z nas, którzy się uważają za realistów, za pozytywistów, za ludzi trzeźwych, chwilami się roztkliwiamy, rozmarzamy. I to nie tylko nad sobą, co jest u nas nagminne. Także czasem nad innymi. Nawet nad tym biednym koniem, który był naszym towarzyszem broni i znoju przez tysiące lat”.

Zniknięcie konia to szczególna strata właśnie dla Polaków: „Kawaleria była dla Polski tym, czym marynarka dla Anglii. Bez floty Anglia stała się własnym cieniem. Bez husarii i jej roli, Polska drugi raz utraciła niepodległość”.

Ale tracenie przez człowieka więzi ze zwierzętami to także utrata kontaktu z naszymi korzeniami: „czymś, czego sami nie stworzyliśmy, z czymś, co rosło, żyło, umierało bez naszej woli i naszego współudziału, co miało jakieś swoje »ja«”.

Jakie będą tego skutki? „Czy świat, w którym tylko człowiek będzie istotą żyjącą, jest na długie okresy do pomyślenia? Czy raptem w naszym oceanie betonu, stali, »computerów«, statystyk, chemikaliów, atomów, elektryczności, słowem, w tym sztucznym świecie stworzonym przez człowieka, nie poczujemy się nagle straszliwie samotni?” – pytał Zbyszewski.

I odpowiadał: „Tracimy przyjaciela, tracimy zwierzę, do którego można się przywiązać, do którego można tęsknić, z którym można dzielić życie, a czyż to nie są uczucia, które życiu nadają sens i wartość?”. A jeśli tak się stanie, to kto padnie tego ofiarą? „Czy oschłość naszych zlodowaciałych serc nie zastygnie w jeszcze większą obojętność dla naszych bliźnich? Czy na likwidacji konia, bo się nie opłaca, się skończy?” – niepokoił się.

Żadnej kariery nie zrobiłem

Miał poczucie, że zmarnował swoje życie. „Raczej z winy okoliczności niż własnej, ale zmarnowałem” – pisał. Nie było jednak po nim tego widać. „Bawiąc się jego towarzystwem, mało kto pod maską widział bardzo smutnego człowieka” – pisała Kossowska. Ale jedno potrafiło poprawić mu nastrój: „Rozjaśniał się tylko, gdy mówił o swej ukochanej R., którą w późnym wieku wziął pod swoją opiekę jako małą dziewczynkę, kształcił w najlepszych szkołach, uczył kultury, którą tak cenił, w końcu wydał za mąż i do końca życia otaczał wzruszającym uczuciem. Gdy pokazywał jej fotografie łagodniał, w jego oczach, w tonie głosu była czułość, gromadzona w ukryciu i nie wydawana przez całe życie i wdzięczność za szczęście pierwszy raz odpłacanej miłości”. Zmarł w 1984 r.
***
„Zaczynam lekturę »Wiadomości« od naszego Saint Simona” – pisał w liście do redakcji „Wiadomości” Jan Kott. Saint Simonowi poświęcił Zbyszewski szkic w „Wiadomościach” z 2 maja 1976 r. Stwierdzał, że jest u niego „jakaś autentyczność epoki, milieu, obyczajów, mentalności”. Pokazywał, jak pisarz niedoceniony za życia, po śmierci „ciągle idzie w górę. Jako psycholog. Jako malarz epoki. Ale nade wszystko jako stylista”. Czy Zbyszewski – kronikarz epoki, doczeka się docenienia swych zasług?

Nowe Państwo: 30/2008 

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii 20-lecie międzywojenne, Eseje, Historia, II wojna światowa, Lata PRL, Sylwetki i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Wacław Zbyszewski

  1. Majka S. pisze:

    Dziękuję Emko za ten wspaniały artykuł. Wacław Zbyszewski to człowiek o fascynującym umyśle i skomplikowanej biografii.

  2. Wk.bardzo pisze:

    Pogmatwana historia Polski doprowadziła do złamania wielu karier i do utraty wielu pokoleń. Tak mało o tym się pisze a tak wiele Polska na tym straciła.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.