Zygmunt Kaczkowski, agent „Heubauer”

Sławomir Cenckiewicz

O niedoszłym wieszczu narodowym w rocznicę Powstania Styczniowego. Gdyby nie konfidencjonalna współpraca z austriackim zaborcą i osąd II Rzeczypospolitej Kaczkowski byłby dziś patronem ulic, skwerów, szkół i katedr literatury.

 

Fałszywki, nieznaczące i nikomu nieszkodzące donosy, pomówienia, szukanie agentów wśród osób niewinnych i zasłużonych dla sprawy polskiej. Tłumaczenie kontaktów z policją polityczną potrzebą uzyskania paszportu, powoływanie się na Boga i werdykt historii. To repertuar „argumentów” stosowanych do udowodnienia własnej niewinności nie tylko przez byłych współpracowników SB, ale również przez zdekonspirowanych agentów już w XIX wieku. Jednym z nich był agent wywiadu austriackiego, polski działacz polityczny, poeta i powieściopisarz konkurujący o palmę pierwszeństwa z Henrykiem Sienkiewiczem – Zygmunt Kaczkowski (1825–1896), współpracownik o pseudonimie „Heubauer”.

KANDYDAT NA WIESZCZA

Gdyby nie konfidencjonalna współpraca z austriackim zaborcą i jednoznaczny osąd II Rzeczypospolitej Kaczkowski byłby dziś patronem ulic, skwerów, szkół i katedr literatury. Niewiele brakowało, by tak się stało. Jego oficjalna biografia przypomina żywoty naszych bohaterów, którzy z upadkiem Rzeczypospolitej nigdy się nie pogodzili i szukali okazji, by Polska powróciła na mapę Europy. Kaczkowski dorastał w majątku Aleksandra Fredry w Cisnej. Już od lat szkolnych, spędzonych we Lwowie i Przemyślu, był zaangażowany w działalność niepodległościową. W wieku 14 lat po raz pierwszy trafił do więzienia. Później była szkoła w Tarnowie i studia we Lwowie i Wiedniu. W 1846 r. brał udział w powstaniu krakowskim, za które rok później skazano go na karę śmierci. W oczekiwaniu na wyrok doczekał wiosny ludów i wyszedł na wolność. Zaczął publikować. Wielki rozgłos zyskał dzięki opowiadaniom i powieściom historycznym, w których koncentrował się na epoce nowożytnej. „Genezą powieści historycznych Kaczkowskiego jest miłość tradycji, przywiązanie do przeszłości narodowej” – pisał prof. Ignacy Chrzanowski. Istotnie, m.in. w Staroście Hołobuckim (1856 r.), Grobie Nieczui (1858 r.), Żydowskich (1872 r.) i Tece Nieczui (1883 r.) Kaczkowski piętnował polskie warcholstwo, upadek obyczajów, materializm, nieodpowiedzialne powstańcze uniesienia oraz… zdradę narodową. Współpracował z Karolem Szajnochą i Wincentym Polem. Był konserwatystą. Jako redaktor lwowskiego „Głosu” współpracował z księciem Adamem Sapiehą. W 1861 r. znów dotknęły go represje. Został aresztowany przez Austriaków pod zarzutem zdrady stanu i skazany na pięć lat więzienia. Ułaskawił go cesarz w grudniu 1862 r.

DEKONSPIRACJA

Kaczkowski był przeciwny powstaniu styczniowemu. Uważał jednak, że skoro już wybuchło, należy je wspierać z zewnątrz finansowo i dyplomatycznie. Już w tym czasie pojawiły się opinie, że Kaczkowski jest na podwójnej służbie. Polscy konspiratorzy ze Lwowa zaczęli go śledzić. Okazało się, że kandydat na narodowego wieszcza odwiedza nocami szefa policji Aleksandra Hammera. Skonfrontowany ze spiskowcami Kaczkowski zdołał się wytłumaczyć: owszem, odwiedza policję poza godzinami urzędowania, ale tylko po to, by otrzymać paszport, bo przecież on, patriota skazany w przeszłości na śmierć, nie może liczyć na łaskawość austriackiego zaborcy. Kaczkowski wyjechał do Wiednia, gdzie założył coś w rodzaju biura dyplomatycznego. W listopadzie 1863 r. polscy spiskowcy we Lwowie uzyskali kolejny, tym razem o wiele poważniejszy dowód na zdradę Kaczkowskiego. Od zaprzyjaźnionego urzędnika pocztowego otrzymali do wglądu dwie depesze adresowane do centrali wywiadowczej w Wiedniu. W jednej z nich namiestnik galicyjski Mensdorff informował ministra policji, że ważny i usłużny rządowi austriackiemu agent udaje się właśnie do Wiednia, gdzie osobiście przekaże memoriał, za który otrzymał zapłatę. Do listu dołączono karteczkę z zaszyfrowanym nazwiskiem agenta. Dzięki sprawności polskiej siatki konspiracyjnej w zaborze austriackim zdobyto klucz do zaszyfrowanej informacji i odczytano, że agentem tym jest Zygmunt Kaczkowski. W styczniu 1864 r. Sąd Obywatelski we Lwowie, tajna ekspozytura powstańczego Rządu Narodowego, uznał pisarza za winnego zdrady i skazał go na banicję. Rząd Narodowy potwierdził ten wyrok: „Pozostawiamy sumieniu polskiemu wszystkich, którzy łotra tego sądzili, niech ono ich strofuje o to, że szpiega i zdrajcę Ojczyzny i to w czasie jej straszliwych zapasów z wrogami tylko na wygnanie z kraju osądzili. Na takich łotrów i z tej sfery społecznej kara śmierci jest za mała”.

DZIKA LUSTRACJA

W książce Rewolucyjne sądy i wyroki poświęconej „niesłusznej krzywdzie” Kaczkowski pisał: „We Lwowie już dnia 15 grudnia rozpuszczano wieść głośną, jakobym jakąś niesłychaną zdradę popełnił. Zarazem rozniesiono agitację przeciw mnie pomiędzy wszystkie warstwy ludności, która się jak zaraza przyjęła. Po domach prywatnych, po kawiarniach, po miejscach publicznych, po rogach ulic i rynków, gromadzili się ludzie grupami, udzielając sobie z przerażeniem tej strasznej wieści. Co zdradził? Kogo zdradził? Jakie są skutki tej zdrady?”. Kaczkowski domagał się jawnego sądu i konfrontacji dowodów. W wystąpieniach i odwołaniach kwestionował tak autentyczność przejętych depesz, jak i sposób porozumiewania się komórek wywiadowczych z centralą w Wiedniu. „Jak powszechnie wiadomo – kpił Kaczkowski – mniemasz wypadków, ażeby się ich tajemnice zdarzały. Gdyby przejmowanie depesz rządowych było tak łatwem, żeby je można za pomocą przekupstwa urządzać, to nie byłoby żadnych tajemnic pomiędzy rządami, bo każdy rząd poświęciłby chętnie miliony za przejmowanie depesz swoich sąsiadów”. Podawał także w wątpliwość wiarygodność współpracownika polskiej konspiracji na poczcie, sugerując, że za pieniądze taki „urzędniczek” może świadczyć przeciw każdemu. Twierdził też, że autentyczność dokumentów „nie była dowiedzioną i sąd nie powinien był jej przyjmować za wiarygodną”. Poza tym pisarz uznał, że gdyby nawet przyjąć, iż dokumenty są prawdziwe, to ich treść i tak nie odnosi się do jego osoby. Na koniec stwierdził, że „gdyby nawet autentyczność ich była dowiedzioną, nie okazywały żadnego czynu, któryby był widocznym i sprawie publicznej szkodliwym”.

REHABILITACJA

Sądu jawnego Kaczkowski się nie doczekał. Wyjechał do Paryża i zaskarżył wyrok do Rządu Narodowego. „Pomnijcie na to – pisał – że nigdy niewinność nie może być potępioną bezkarnie! Wierzę w uczciwość ludzi i opiekę Boga nad nimi: jeżeli sprawiedliwości nie znajdę u Rządu Narodowego, jeżeli mi jej nie odda otrzeźwiona z potwarczych uprzedzeń opinia narodu, to pewnie mi ją wymierzy historia, do której imieniem moim i zasługami należę”. Był na tyle przekonujący, że 29 lutego 1864 r. Rząd Narodowy wydał dekret kasacyjny. Kaczkowskiego przeprosił nawet były komisarz naczelny Rządu Narodowego, który go wcześniej oskarżał: „Oto, wybacz mi, Szanowny Panie! Wyrzuć z serca żal i gorycze, jakiemi ono przepełnione musi być. A jeśli w życiu przebiegać będziesz myślą przeszłe chwile cierpienia Twojego, pamiętaj, w jakim czasie byliśmy i jak miłość sprawy i obawa o jej powodzenie musiały nas robić drażliwymi i podejrzliwymi”. Później bronił go także wybitny historyk lwowski Ksawery Liske, który mówił o „naciąganych” i „błahych dowodach” zdrady. Kaczkowski triumfował. Pisał później: „Wątpię też bardzo, ażeby ktokolwiek mógł jeszcze jaką okoliczność przytoczyć, która by przeciw mnie mogła przemówić”. W powieści Teka Nieczui z 1888 r. piętnował zdradę i agenturę. Włożył w usta Niemcewicza słowa pasujące jak ulał do niego samego: „Nie denuncjuje się zabłąkanych obywateli przed krajem, aby bezpotrzebnie niepokoić powszechność i odrywać ją od pracy spokojnej, kiedy jest rzeczą pewną, że jej żadne nie grozi niebezpieczeństwo – a tem mniej jeszcze wolno jest kraj denuncjować przed obcym rządem jedynie tylko dlatego, ażeby tchórzów i frantów zgromadzić około siebie w kraju i stworzyć frakcję, na której czele można na polityczne targowisko wyjechać i tam się przedstawić z pokorną prośbą o nominację na zagranicznego żandarma we własnej ojczyźnie”. W 1896 r. Kaczkowski umierał otoczony chwałą, tylko niektórych nie zdołał przekonać o swojej niewinności. Mógł zatem wyznać na łożu śmierci: „nie mam ani jednej łzy bratniej, ani jednego grosza nieuczciwie zarobionego, a wreszcie ani jednej kropli krwi ludzkiej na mojem sumieniu”. Na cmentarzu Montmorency w Paryżu mowę pogrzebową wygłosił Józef Korzeniowski. Na nagrobku wyryto: „Całe życie walczył piórem za Ojczyznę”.

WIEDEŃSKA KWERENDA

Po upadku Austro−Węgier dr Eugeniusz Barwiński wyruszył na kwerendę archiwalną do Wiednia. Wpadły mu w ręce akta konfidentów austriackiej policji, a wśród nich opasła teczka agenta o pseudonimie „Heubauer” i 230 stron jego raportów. „Heubauerem” był Zygmunt Kaczkowski – agent wywiadu austriackiego, który w latach 1863–1871 składał sążniste i szczegółowe donosy, za które otrzymywał niemałe pieniądze. Okazało się, że to właśnie Kaczkowski był opisywany w przejętych przez powstańców depeszach i później z oficerami prowadzącymi ustalał swą linię obrony. „Donosi tam, co tylko mógł się dowiedzieć o działaniach powstańczych na emigracji, łączności przywódców ruchu z krajem, sytuacji międzynarodowej” – pisał historyk. Barwiński stanął przed dylematem podobnym do tych, które mają dziś historycy badający akta IPN. Zastanawiał się, czy odkrycie wydać drukiem. Tak o tym pisał: „Długo zastanawiałem się nad tem, czy rezultaty mego przykrego odkrycia podać do publicznej wiadomości, czy też przemilczeć, pozwolić by pozostały w zapomnieniu. Dlatego walczyłem z sobą, lecz w końcu przecież przyszedłem do przekonania, że wyjawić to należy, by prawdzie stało się zadość, by na szlachetnych jego oskarżycielach, którzy krew swą i życie składali na ołtarzu Ojczyzny, nie ciążył zarzut, że działali lekkomyślnie, że może dali się unieść zaślepieniu partyjnemu, że niewinnego poświęcili, skazując go niesłusznie, nie rozważywszy rzeczy dokładnie, że zmarnowali utalentowanego człowieka”.

W 1920 r. ukazała się książka Barwińskiego Zygmunt Kaczkowski w świetle prawdy (1863–1871). Z tajnych aktów b. austryackiego ministerstwa policyi. Wolna Polska wymazała Kaczkowskiego z kanonu literatury narodowej. Odwaga historyka i prawda zwyciężyły kłamstwo i obłudę fikcyjnych bohaterów.

Agent Heubauer. Dzisiejsza polska lustracja to powtórka z XIX wieku,„Wprost”, 25 II 2008 [ w:] S. Cenckiewicz, Śladami bezpieki i partii. Studia. Źródła. Publicystyka, Łomianki 2009, Wydawnictwo LTW, s. 649-654.

 

Uwaga od autora po latach: proszę nie interpretować powyższego tekstu wyłącznie w schematycznych i bieżących kategoriach w rodzaju: agenci tajnych służb państw zaborczych to zawsze „realiści” i przeciwnicy narodowych powstań, w tym Powstania Styczniowego. Dzieje Powstania Styczniowego bodaj najlepiej dowodzą, że rozmaite agentury i międzynarodowe siły dążące do całkowitego pogrążenia sprawy polskiej obecne były po obu stronach powstańczej barykady. Ta straszliwa klęska narodowa ma wielu ojców i… przynajmniej kilka znaczących europejskich stolic.

http://wpolityce.pl/artykuly/44852

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii 20-lecie międzywojenne, Czasy zaborów, Eseje, Historia, Sylwetki i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Zygmunt Kaczkowski, agent „Heubauer”

  1. Nie został skazany na wygnanie lecz na karę śmierci, lecz wyrok ten został wstrzymany przez depeszę z Warszawy – pisał o tym naczelnik Lwowa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.