„Cesarz” nie jest o moim dziadku

[Rzeczpospolita, 2.04.2010]

Jedyny żyjący potomek władcy Etiopii Hajle Sellasje I opowiada  Joannie Mieszko-Wiórkiewicz o swoim dziadku cesarzu oraz o Ryszardzie Kapuścińskim i jego „Cesarzu”.

 

Rz: Wasza wysokość, ta rozmowa oznacza rozdrapywanie ran…

Tylko proszę mnie nie pytać, czy czytałem „Cesarza”. Dziesiątki razy już mnie o to pytano. Tak, czytałem, i to w całości co najmniej dwukrotnie. Nie dlatego, że książka tak mi się podobała. To był mój obowiązek – i jako Etiopczyka, i jako świadka wydarzeń oraz jako wnuka cesarza. Książka ta nie tylko zniszczyła reputację cesarza i naszej rodziny, ale zatruła także współczesną historię Etiopii dla kilku przyszłych pokoleń. W Polsce chyba nikt sobie tego nie uświadamia, jak wielką propagandową robotę zrobił Kapuściński dla Sowietów i zamachowców z junty wojskowej, czyli Dergu z Mengistu Hajle Mariamem na czele. Przy czym, jak zaznaczał sam autor, chodziło o fikcję literacką, a nie reportaż. W wielu recenzjach podkreśla się jednak, że autor wynalazł nową formę – fikcyjny, czyli zmyślony reportaż polityczny. Czy to nie jest czysty Orwell? I za tę nową formę okrzyknięto autora wybitnym dziennikarzem. W jakich językach ukazała się ta książka i w ilumilionowych nakładach?

W samej Polsce jest przecież lekturą szkolną. Znajduje się także w kanonie lektur wielu szkół dziennikarstwa, w tym przede wszystkim w USA. Podobno przetłumaczono ją na 30 języków.

Lektura adeptów dziennikarstwa na świecie? I czego mają się oni nauczyć? Nie przypadkiem nie przetłumaczono jej ani na amharski, ani na żaden inny język Etiopii, chociaż ukazała się w momencie przejęcia władzy przez zamordystę Mengistu. Niby to fikcja, ale jeżeli szuka się książek o Etiopii lub o Hajle Selassje, to tytuł ten wyskakuje w wyszukiwarkach internetowych jako pierwsze źródło wiadomości. I to bez informacji, że jest to konfabulacja autora pochodzącego z sowieckiej zony, byłego stalinowca…

A na czym miałaby ta konfabulacja polegać?

Książka jest zakłamana już od pierwszych słów: „…Kiedyś byli ludźmi pałacu albo mieli tam prawo wstępu. Nie zostało ich wielu. Część zginęła rozstrzelana przez plutony egzekucyjne. Inni uciekli za granicę albo siedzą w więzieniu znajdującym się w lochach tego samego pałacu…” O kim on tu mówi? O jakich plutonach egzekucyjnych? Czy polski czytelnik, którego ojcowie i dziadkowie również stali naprzeciw podobnych plutonów egzekucyjnych – wspomnijmy choćby Katyń ? zdaje sobie sprawę podczas lektury tych słów, jaką sytuację opisuje Kapuściński?

Ale czytajmy dalej: „Etiopczycy są głęboko nieufni i nie chcieli uwierzyć w szczerość mojej intencji: miałem zamiar odnaleźć świat, który został zmieciony karabinami maszynowymi Czwartej Dywizji”. Rzeczywiście, reporter z komunistycznej Polski przebywający w strefie ściśle kontrolowanej przez wywiad sowiecki postanawia odnaleźć ostatnich ocalonych z czerwonej rewolucji. A zatem reporter szuka ofiar tej rewolucji i z ich pomocą chce wydrwić dwór i zdetronizowanego monarchę, który ten wielki zacofany kraj wyprowadzał właśnie, podobnie jak to było w przypadku cara Aleksandra, na spotkanie z nowoczesnym światem. Pusty śmiech musi ogarniać każdego, kto ma pojęcie o polityce i ówczesnej walce dwóch systemów. Cytuję dalej: „Te karabiny są zamontowane na amerykańskich jeepach, obok siedzenia kierowcy. Obsługują je strzelcy, których zawodem jest zabijanie”. Poruszający wyobraźnię obraz, te amerykańskie jeepy wyposażone w sowieckie karabiny, nieprawdaż? I autor, sugerując naiwnemu czytelnikowi „amerykańskość” tej rewolucji, taktownie nie wspomina, że zarówno kierowcy, jak i strzelcy mówili po hiszpańsku, bo przybyli z Kuby, a ich rozkazodawcy mówili po rosyjsku. Broń na sowieckiej licencji pochodziła z Polski, z Czechosłowacji i Węgier. Milicję organizowali towarzysze z NRD. Obecni byli także towarzysze ze służb bułgarskich. Przecież umiał te języki rozróżniać i musiał je na własne uszy tam słyszeć! Musiał widzieć sowieckie czołgi, samoloty i sprzęt wojskowy, ale napisał tylko o amerykańskich jeepach. Musiał spotykać rosyjskich i NRD-owskich specjalistów od kolektywizacji, nacjonalizacji fabryk, fachowców od organizacji życia partyjnego, redaktorów, rosyjskie i niemieckie towarzyszki pomagające młodym Etiopkom w zakładaniu organizacji kobiecych czy towarzyszy pomagających w zakładaniu obozów reedukacji politycznej….

Nie musiał. O takich ludziach mówi się, że są ślepi na lewe oko….

Ja mam swoją prywatną optykę człowieka, który u stóp cesarza raczkował i trzymając jego rękę, uczył się chodzić. Można i nawet należy posądzać mnie o brak obiektywizmu. Mam do tego prawo. Obiektywnie wypunktował marksistowską perspektywę „Cesarza” wybitny znawca Afryki, prof. John Ryle. Podkreślił on, że rzekomi informatorzy autora, rzekomo dworzanie z pałacu ukryci w książce pod inicjałami brzmią, jakby trafili na jej karty wprost z XVIII-powieści angielskiej. To nie jest styl, w jakim mówi się w Etiopii. Tylko nazwisko jednego z nich, rzecznika prasowego cesarza, zostało podane w całości, bo – jak pisze autor – tamten zdążył na czas wyzionąć ducha. Ten formalny zabieg, który tak się czytelnikom podoba, jest częścią ogólnej dezinformacji. Ma wzmocnić podawane przez autora werbalnie i niewerbalnie ogólne wrażenie, że dwór cesarski był siedliskiem ciemnoty i zacofania, a sam cesarz – półanalfabetą, który książek nie posiadał i ich nie lubił, a co za tym idzie – nie czytał. Bo monarchia to ciemnota i wstecznictwo, a marksizm to jest oświecenie i powszechny dostęp do wiedzy. Tymczasem prawda była zupełnie odwrotna, dziadek pisał i czytał biegle po amharsku, angielsku i francusku, a ostatnie zdjęcie cesarza z 1975 roku (od września 1974 r. był internowany przez juntę) to zdjęcie starca pochylonego nad wielkim inkunabułem zajmującym połowę stołu. Hajle Selassje do ostatniego dnia życia dzień rozpoczynał Biblią i mszą. Miał swoje ulubione strofy z Księgi Proroka Jeremiasza. Był mistykiem, uznawał nadrzędność woli bożej. Oczywiście, wtedy nie potrafiłem tego zrozumieć. Byłem dzieckiem w ostatnich latach jego panowania.

Jak na mistyka, to pański dziadek był politykiem jak najbardziej z tego świata. Rządził ponad 60 lat. Przeprowadził Etiopię ze średniowiecza do nowoczesności. Listę przedsięwzięć modernizacyjnych wyliczył w „Cesarzu” nawet Kapuściński.

Utopił ją jednak w ogólnych brunatnych barwach, w jakich namalował cesarza jako groteskowego satrapę rządzącego niepodzielnie na skorumpowanym i pełnym intryg dworze. Jest tam scena, gdzie Hajle Selassje rzekomo każe odczytywać na głos pierwszy tom swojej autobiografii. Tymczasem autobiografia ta w tłumaczeniu Edwarda Ullendorfa ukazała się już po jego śmierci. Ale to drobiazg w porównaniu z innymi kłamstwami.

Ale pamiętajmy, że autor był w tamtym czasie wierzącym marksistą, a marksiści z definicji nie lubią carów i cesarzy. No i ten jego marksizm praktycznie mu się sprawdzał…

Ja sam książkę czytałem na początku lat osiemdziesiątych wydaną przez Harcourt, Brace, Jovanovich ? lewicowe amerykańskie wydawnictwo – i było dla mnie dosyć oczywiste, dlaczego ukazała się ona właśnie tam oraz dlaczego musi ona dobrze zabrzmieć w uchu amerykańskiej lewicy. Mianowicie z tych samych powodów, z jakich została dobrze przyjęta w skomunizowanej Polsce. Chodzi o następujący przekaz: w nowoczesnym, zlaicyzowanym świecie nie może być miejsca dla monarchów, tym bardziej dla chrześcijańskich monarchów, a już szczególnie w Afryce, gdzie Sowieci walczyli o wpływy z Amerykanami.

Wizyta cesarza w Polsce w 1964 r. Obok Hajle Sellasje Przewodniczący Rady Państwa Edward Ochab. Etiopia była wówczas hołubiona w całym bloku wschodnim, więc jej władcę fetowano także w Polsce. Dziewczęta w strojach ludowych, kwiaty, uroczyste przemówienia, ordery. Na fali tej miłości powstał również reportaż dla młodzieży – „Z panem Biegankiem w Abisynii” Mariana Brandysa. Wychowałem się na tej książce, dlatego nigdy nie zapałem miłością do „Cesarza” Kapuścińskiego. Od początku wydał mi się sztuczny i zmyślony, jednak przez myśl mi nie przeszło, że słynny reporter kłamie na zlecenie sowieckich mocodawców. Identyczna sytuacja powtórzyła się z szachem Iranu. Sam pamiętam entuzjastyczne powitanie władcy na Okęciu, a potem – rewolucja i… oczywiście Kapuściński.

 

 

 

W Polsce niektórzy recenzenci utrzymywali, że książka ta ma być jedynie alegorią naszych lokalnych stosunków?

Podano to nawet na skrzydełku wydania, które mam. To ciekawe, bo nigdzie indziej tak nie jest odczytywana. Nic też nie wskazuje na to w samej treści. Wszystkie podane fakty, nieważne, jak dalece wykrzywione czy przerysowane, dotyczą etiopskiej rzeczywistości i historii, choć książka ta unika jakiegokolwiek kontekstu historycznego. Sposób przejęcia władzy przez Derg i zamordowanie uwięzionego cesarza, o czym autor nie wspomina, zadowalając się podaniem oficjalnego komunikatu prasowego o śmierci z powodu niewydolności krążenia, bardziej przypomina rzeczywistość rosyjską aniżeli polską. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że Kapuściński napisał „Cesarza” na określone zamówienie. Przecież w Etiopii przebywał także na polecenie swoich mocodawców w czasie, gdy całkowitą władzę przejął w 1976 roku pułkownik Mengistu Hajle Marjam, zwany Czarnym Stalinem, i do Etiopii z rozpędem wkroczyli Sowieci, oficerowie i instruktorzy kubańscy, służby bułgarskie i polskie oraz NRD-owskie, a nawet północnokoreańskie. Podobnie jak to było wcześniej w Angoli i Mozambiku, czyli w kluczowych dla Sowietów krajach Afryki. Jeżeli w Angoli i Mozambiku korespondent PAP Kapuściński pracował jako tłumacz i chłopak do wszystkiego, to może było tak i w Etiopii?

Do czego była potrzebna Moskwie Etiopia?

Historycznie są to kontakty jeszcze z czasów caratu. Szczególnie ze względu na Koptyjski Kościół Ortodoksyjny. Natomiast w czasach ekspansji wojującego bolszewizmu chodziło o zdobycie ważnego przyczółka kontrolującego Arabów i mającego silny wpływ na Afrykę. Etiopska stabilność i kontynuacja władzy stanowiły w Afryce określoną wartość. Sam cesarz cieszył się wielkim autorytetem. Tym gorzej dla niego. To się zdecydowanie wzmogło w końcówce lat 60., kiedy uniwersytety amerykańskie zostały zakażone marksizmem-leninizmem. Studiowali na nich młodzi Etiopczycy. Cesarz sam fundował im te studia. Sowieci próbowali podejść cesarza kilkakrotnie. W końcu Etiopia to było takie anachroniczne państwo… To należało zmienić. Cesarz chciał to robić ewolucyjnie, ale młodzi marksiści postanowili zrobić to według sprawdzonych metod. Udało się ostatecznie we wrześniu 1974 roku, kiedy etiopscy studenci i adepci akademii wojskowych, w tym świeżo upieczony marksista Mengistu, wrócili do kraju, przywożąc know-how lewicowej rewolucji. W 1973 r. miał miejsce pierwszy wielki kryzys paliwowy i okazało się, że z Etiopii można kontrolować płynące z Półwyspu Arabskiego tankowce. Strategicznie – idealna sprawa. Choć okazała się kosztowna. Rewolucja w Etiopii była ostatnim eksportem sowieckiej doktryny na Zachód. W maju 1977 r., wobec wojny z Somalią o prowincję Ogaden, Mengistu podpisał w Moskwie porozumienie o przyjaźni i współpracy, które praktycznie otworzyło Etiopię Rosjanom. Już w listopadzie 1977 r. przybyła do Etiopii via ZSRR tysiącosobowa ekipa pilotów i techników wojskowych. Do stycznia 1978 r. Sowieci przerzucili do Etiopii prawie 20 tysięcy żołnierzy kubańskich, większość bezpośrednio z Angoli. Oddziały kubańskie dowodzone przez sowieckich generałów szybko wyparły Somalijczyków z Ogadenu. Wówczas Mengistu zaatakował dążącą wcześniej z pomocą Moskwy do niepodległości Erytreę, potrzebny był bowiem dostęp do morza. Po co Sowietom niewielka Erytrea, skoro mogli dostać całą Etiopię razem z Erytreą, prawda? Kubańczycy w etiopskich mundurach strzelali do Erytrejczyków, których jeszcze rok wcześniej sami przeciw Etiopii szkolili.

Kapuściński powrócił do Etiopii w 1990 roku już po tym, gdy Gorbaczow zakręcił Mengistu kurek z pieniędzmi i temu nie pozostawało nic innego, jak spakować manatki…

Wielki autor zapragnął odwiedzić 36 aresztowanych członków leninowsko-marksistowskiej junty wojskowej, czyli Dergu. Oczywiście jej najgorliwsi członkowie zdążyli już zbiec. Gdyby miał inklinacje do rzetelnego dziennikarstwa, to powinien był wówczas zrewidować to, co napisał 23 lata wcześniej, tym bardziej że właśnie toczyło się śledztwo w sprawie zamordowania Hajle Selassje.

W 1987 roku wystawiono „Cesarza” w Royal Court Theater w Londynie. Na czołówkach wielu zachodnich dzienników opublikowano zdjęcia pikiet etiopskiej opozycji przed tym teatrem. W Polsce nie wspomniała o tym ani „Trybuna Ludu”, ani „Tygodnik Mazowsze”, choć w tym samym czasie także polska opozycja urządzała demonstracje na Zachodzie w obronie własnych narodowych interesów. Brakuje nam chyba poczucia solidarności…

Ja również uczestniczyłem w demonstracjach przeciwko tej sztuce na Sloane Square. Studiowałem w tym czasie w Londynie. Demonstracje odniosły pewien skutek, bo sam widziałem cały szereg osób, które zorientowawszy się, co jest grane, zawracały na pięcie przed teatrem, nie wchodząc do środka. Nawet producent był zaskoczony naszą determinacją. Wyszedł do nas, aby tłumaczyć, że to tylko sztuka, która nie odzwierciedla rzeczywistości. Niestety, ten właśnie kłamliwy i groteskowy obraz dworu Hajle Selassje zdominował na dziesięciolecia wyobrażenia o naszym kraju i jego najbardziej zasłużonym władcy.

Ponad milion Etiopczyków zginęło z głodu i wycieńczenia w czasach reżimu komunistycznego.

Jak wspomniałem, Etiopia jest prawie cztery razy większa od Polski i ma prawie 2,5 razy więcej ludności. Jednak jej elity muszą się odtworzyć. Etiopia musi siebie samą odnaleźć. W latach Czerwonego Terroru 1977 – 1978 r. wymordowano naszą elitę. Mam na myśli nie tylko członków rodziny królewskiej i dworu, bo to nastąpiło zaraz po przewrocie, lecz najaktywniejszą młodzież – studentów, którzy stawiali opór jaczejkom Dergu, a nawet 11 – 13-letnie dzieci. To jest wielka luka kulturowa. Wymordowano tych, którzy jako dojrzali inżynierowie i menedżerowie mogliby popchnąć ten kraj do przyszłości, a jako historycy, socjologowie, artyści, pisarze mogliby dać świadectwo temu, co było przedtem i co nastąpiło potem. Zamordowano naszą pamięć. To my sami powinniśmy opisać nasz kraj. Tymczasem robią to za nas inni i – jak wasz Kapuściński – zabijają naszą pamięć ponownie. Zastanawiałem się latami nad zadziwiająco bezkrytyczną recepcją tej książki na świecie. Niby fikcja, ale przecież uwierzono w każde słowo. Cesarski piesek sikał na buty dworzan, a sam cesarz zaczynał dzień od wysłuchiwania donosów. Jakie to ciekawe! Gdyby napisał, że piesek sikał tam, gdzie pieski zawsze sikają, a cesarz zaczynał dzień od modlitwy, to nikogo by nie zaciekawił. Ale przecież i wy w Polsce przeżywaliście podobne sytuacje, kiedy z sowieckiej inicjatywy tworzono książki i filmy pokazujące wasz kraj lub wasze autorytety w oszukańczy sposób. Nie doszły mnie słuchy, aby jakikolwiek krytyk literacki w Polsce napisał głębszą recenzję lub by ktokolwiek zaprotestował przeciwko bzdurom zawartym w tej książce.

Przykład Kapuścińskiego pokazuje, jak wielką krzywdę uczynili Polsce i światu oszalali krzyżowcy z antylustracyjnej krucjaty. W „Dzienniku” Teresy Bochwic znalazłem informację z 1992 roku, że wokół mówi się o współpracy Kapuścińskiego z wywiadem. Nigdy za jego życia ta informacja nie została podana do publicznej wiadomości, a i wówczas, gdy w końcu się ukazała, zdezawuowano ją i zaszantażowano każdego, kto śmiał kalać pamięć „Wielkiego Reportera”. Może i wielkiego, ale czy reportera? W efekcie Kapuściński, wg programów szkolnych, jest najwybitniejszym pisarzem polskim. Żaden inny pisarz nie jest wymieniany w programie nauczania języka polskiego tyle razy co on! A my nie mamy szansy popatrzeć temu uśmiechniętemu przemiłemu panu w oczy i spytać: „Wiedział Pan, że rewolucję w Etiopii robią Kubańczycy szkoleni przez Rosjan? Widział Pan rosyjską broń w rękach rewolucjonistów? Jeśli nie, to jaki z Pana reporter? Jeśli tak – to jaki z Pana reporter?”

 

 

Może dlatego, że Afryka była wówczas o wiele dalej od Polski, aniżeli jest dzisiaj. Może też dlatego, że Kapuściński był praktycznie jedynym, który nam tę Afrykę opisywał….

Ale jak opisywał? Nie tylko ja jeden zwróciłem na to uwagę. To, co wasz autor zaprezentował w „Cesarzu”, powtarza się w innych jego książkach o Afryce. Wszystko, co afrykańskie, jest dziwne, groteskowe, obce, straszne i śmieszne. To nie jest Afryka oglądana oczami osoby, która stara się coś zrozumieć. To Afryka opisywana przez czerwonego „bwanę”, który ogląda sobie tę egzotykę z wysokości lektyki umieszczonej na grzbiecie słonia ? pozycji, z jakiej oglądali Afrykę brytyjscy turyści sto lat temu. Tak jak z „Cesarza” czytelnik nie dowiaduje się, czym była i jest Etiopia, tak z innych książek czytelnik nie dowiaduje się niczego konstruktywnego o Afryce. Skąd zatem ta pełna zachwytu recepcja?

Pewnie stąd, skąd zawsze przychodzi pozytywny odbiór – gdy potwierdzamy wyrobione wcześniej sądy.

Na koniec jeszcze jedna kwestia, wcale niebagatelna. Patronuję od lat fundacji „Hajle Selassje dzieciom w potrzebie”, która m.in. sponsoruje studia młodym Etiopczykom z ubogich rodzin. Swoją książką Ryszard Kapuściński zarobił na świecie olbrzymią fortunę. Niestety, nie przyszło mu na myśl, aby choć drobny ułamek tej fortuny poświęcić na cel dobroczynny. Nie podarował etiopskim dzieciom ani centa.

Czy poznał pan Kapuścińskiego?

Osobiście nigdy. Pamiętam jednak, że wiele lat temu w jakimś wywiadzie zagadnięty przez amerykańskiego dziennikarza próbował się wobec mnie usprawiedliwiać, wyrażając nadzieję, że nie odebrałem „Cesarza” jako opisu rzeczywistości. Kiedy indziej zwrócono się do mnie z pytaniem, czy nie wziąłbym udziału w spotkaniu z Kapuścińskim w jakimś polskim klubie w Londynie. Jednak z nieznanych mi powodów nie sfinalizowano tego zaproszenia. Mam wielu polskich przyjaciół na Zachodzie, szczególnie w USA. Tym bardziej się cieszę, że miałem okazję po raz pierwszy podzielić się moimi odczuciami z Polakami w Polsce. Zbliża mnie do was jednak nie kłamliwa książka Kapuścińskiego, ale czczony przez was i przeze mnie obraz Czarnej Madonny z twarzą amharskiej piękności.

Książę Ermias Sahle-Selassje, ur. 14.06.1960 r. w Addis Abebie. Jedyny potomek najmłodszego syna cesarza Hajle Selassje, obecnie przewodniczący etiopskiej Rady Królewskiej. Szkoły kończył w Etiopii i Wielkiej Brytanii, studiował nauki społeczne i ekonomię na Uniwersytecie Kalifornijskim. W latach 1983 ? 1985 studiował w Fletcher School of Law and Diplomacy. Od lat aktywnie angażuje się w umacnianie demokracji w Afryce. Walczy o dobre imię oraz interesy Etiopii na świecie. Utrzymuje ścisłe kontakty z Kongresem USA oraz rządami wielu państw europejskich. Mieszka w USA.

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, Lata PRL, Recenzje, Sylwetki, Wywiady i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „„Cesarz” nie jest o moim dziadku

  1. demonica pisze:

    Spadkobiercom Kapuścińskiego powinno się czytać, codziennie od rana, ten wywiad.
    A zakłamane srebrniki (tantiemy) powinny być przekazywane do Etiopii.
    Z tego wywiadu wypływa stara prawda „szlachectwo obowiązuje”, to gryzie słomianych matołów lewackich, oni tego nie tylko nie czynią ale nawet nie potrafią zrozumieć.

    • yuhma pisze:

      Spadkobierców prawnych to bym zostawił w spokoju. Żona ma obowiązek walczyć o dobre imię męża. Natomiast chętnie bym posłuchał co mają do powiedzenia o tym wywiadzie spadkobiercy duchowi Kapuścińskiego i jego histeryczni obrońcy.

  2. Cesarz pisze:

    zostal wydany w 3o jezykach na calym swiecie bo byl komunistyczna propaganda?
    Sa granice smiesznosci, ktore niemniej jednak ktos tu przekracza.
    Gratuluje dobrego samopoczycia.

    • yuhma pisze:

      Cesarzu!
      No i co z tego? O komunistycznej infiltracji nie słyszałeś? Może spróbuj się odnieść się do zarzutów postawionych w wywiadzie. Czyżby kłamstwo powtórzone w 30 językach przestawało być kłamstwem?
      PS. Sprawdź, na ile języków przetłumaczono „Mein kampf”.

    • demonica pisze:

      Cysorzu, oklepane zwroty, jakbym słyszała w sklepie „w czym mogę pomóc”.
      Żeby odnieść się do zarzutów, trzeba posiadać choć trochę wiedzy. Choć trochę! Nie da się ukryć, że współpracował z SB.

    • statysta pisze:

      autor wpisu z 13 marca 2011 o 20:38 potwierdził, że paszkwil „Cesarz” został wydany („w 3o językach na całym świecie”), bo był komunistyczną propagandą; zastosowany przez autora ozdobnik – pytajnik połączony z po eSBecką semantyką zwrotu: „są granice śmieszności” i ‚okraszony’ (też po eSBeckimi) życzeniami: „dobrego samopoczucia” – przypomina tzw. ‚konferencje prasowe’, jakich ‚udzielał’/w jakich ‚udzielał się’/ tzw. ‚rzecznik prasowy’ jaruzelskiej wrony…

  3. s pisze:

    Wywiad ciekawy, ale niestety bezkrytyczny. Sprawa jest dyskusyyjna; dlaczego prowadzacy wywiad nie spytał o głód za czasów Hajle Sellasje czy rozpasanie pałacu, podczas gdy lud nie miał nawet na chleb? Być może Kapuściński faktycznie mocno wykręcił rzeczywistość w Cesarzu, ale nie oznacza to od razu ze Sellasje był dobrym władcom. Zawsze to samo, bronić swego ponad wszystko, czarno białą rzeczywistość – rewolucje rozkręcili socjaliści, tzn ze przed rewolucją na pewno nie było źle, a ludzie nie głodowali.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.