Odprowadzając Andrzeja Szczeklika

 

Andrzej Szczeklik  „Kore”

Książka pełna erudycyjnych nawiązań do literatury, filozofii, historii i malarstwa. Profesor pokazuje czytelnikowi największe osiągnięcia medycyny, historyczne i najnowsze. Zastanawia się jednocześnie nad istotą pracy medyka, sednem tej dziedziny nauki oraz szuka w niej… duszy.

Kore to po grecku dziewczyna. A także – źrenica. Grecy mówili, iż duszę, w postaci maleńkiej dziewczynki, zobaczyć można przez oka źrenicę. Skąd mogli wiedzieć, że źrenica to jedyne okienko z widokiem na mózg, na jego nerwy wzrokowe? A gdzie dziś podziała się dusza? Co mówi nam o niej medycyna? Czy w sobie też duszy wygląda?

 

I szuka jej w swoich odwiecznych światach – gdzieś między życiem a śmiercią, zdrowiem a chorobą, nauką a sztuką, a także – w miłości. Chodźmy więc na poszukiwanie razem z nią. Niech nas prowadzi. Przed nami wyprawa po duszę. Duszę medycyny.

 

Andrzej Szczeklik „Kore” /fragmenty/

Otwarte oczy. Sztuka wrażliwości

Szczegóły

W mieście Royal des Beaux Arts w Brukseli oglądać można obraz Pietera Brueghla Starszego Upadek Ikara. Obraz w tonacji zielonej. To rozświetlona zieleń morza, zbierającego odblaski słońca, które zachodzi za horyzontem. Na może patrzymy z łagodnego brzegu nad niewielką zatoczką. Na pierwszym planie idzie oracz za pługiem, niżej pastuch dogląda owiec, a nad samą wodą pochyla się rybak. Przez zatokę płynie w ciszy misterny trójmasztowiec. Tej ciszy nie zakłóca upadek Ikara. Blisko brzegu, między statkiem a rybakiem, widać już tylko sterczące nad powierzchnią nogi i wyciągniętą dłoń chłopca, który zapada się w głąb morza. W powietrzu unosi się kilka piór. Nikt się nie dziwi, nikt nie zwraca uwagi, nie reaguje. Chyba, ze kuropatwa co przycupnęła na gałęzi nad wodą za plecami rybaka, i wbiła swój nieruchomy wzrok w ginącego chłopca. Ta obojętność, brak zrozumienia, zdumiewa poetę:

(…) w „Ikarze” Brueghla jak wszystko spokojne
Odwraca się od nieszczęścia, może tylko rolnik
Usłyszał plusk i krzyk zapomniany,
Lecz dla niego nie był to wypadek ważny; słońce
Oświetlało , jak oświetlać winno, białe nogi znikające
W zielonej wodzie; a delikatny i kosztowny okręt,
Z którego na pewno widziano
Rzecz zdumiewająca, chłopca lecącego z nieba,
Musiał żeglować dalej i płynąć, gdzie trzeba.


Ikar nie ginie samotnie. Ginie wśród ludzi. Brueghel mistrzowsko wyraził prawdę o człowieku, o „fenomenie obojętności świata, należących do doświadczeń fundamentalnych”. Niech chcemy widzieć cierpienia, odwracamy się plecami do nieszczęścia. Ono zawsze przychodzi nie w porę. Przeszkadza. Drażni jak cierń, choć nie tkwi pod naszą skórą. Znajduje nas nieprzygotowanych.

I tylko lekarz, pielęgniarka i kapelan szpitalny wychodzą rano na jego spotkanie.

Muszą zachować wrażliwość, by nie stać się uczestnikami sceny przedstawionej przez Brueghla.

http://www.kapelania.pl/

****

O poszukiwaniu duszy

Rzadko dziś słyszy się słowo „dusza” wśród biologów czy lekarzy. Próżno go szukać w indeksach opasłych tomów psychiatrii, nawet psychologii, o medycynie wewnętrznej nie wspominając. Czasem w przypisach historycznych. Słowo, jakby pomne swej natury… wyparowało

„Dusza” zastąpiona została przez „ja” i „ja świadome”, „świadomość”. I z tą chwilą domena, pozostająca od początku we władaniu filozofów, zaczęła się przesuwać w stronę biologów i lekarzy.

Większość sądzi, że świadomość mieści się w mózgu. Czynione są już próby umiejscowienia jej w jego określonych strukturach. Tajemnica świadomości przyciąga najbłyskotliwsze umysły. Stanowi wyzwanie dla tych, którzy osiągnęli już szczyty w innych dziedzinach nauki, zwieńczone Nagrodą Nobla. I tak Francis Crick — współodkrywca struktury DNA — czy Gerard Edelman — odkrywca struktury immunoglobulin — porzucają swoje zainteresowania, które zawiodły ich tak wysoko, by cały swój czas poświęcić zrozumieniu „ja”.

Ale „ja” pozostaje nieprzeniknione, nieuchwytne, choć przecież pojawiają się nowe ciekawe próby jego ujęcia. Jedni, jak Christoph Koch, szukają świadomości w materii mózgu, w neurobiologii, drudzy, jak Douglas Hofstadter, odmawiają jej realności ontologicznej, uznając ją za iluzję, „miraż, mit” generowany przez złożoną maszynerię mózgu dostępną dopiero na najwyższym poziomie myśli i symboli. Do odosobnionych należy pogląd wielkiego brytyjskiego matematyka Rogera Penrose’a, iż próby te są przedwczesne, gdyż zrozumienie czynności mózgu musi poprzedzić rewolucja w fizyce, w pojmowaniu najgłębszych struktur świata.

Nawet najwięksi optymiści nie wyobrażają sobie przecież, by można było „ja” zobaczyć przy użyciu współczesnych, oszałamiających technik obrazowania mózgu. Mimo iż pokazują one, jak poszczególne skupiska szarych komórek zapalają się niby kolorowe wyspy na ciemnym oceanie mózgu, gdy rozwiązywać zaczynają zadania, gdy słyszą, liczą, słowem — gdy myślą.

Czy słuszne jest jednak zawężenie zjawisk duchowych do świadomości? Wszak na wzór promieni ultrafioletowych, „które są światłem nieposiadającym zgoła żadnej jasności”, liczne zjawiska duchowe „są pozbawione blasku świadomości”. Odkrycie nieświadomości przypisuje się niejednokrotnie Freudowi, a przecież na długo przed nim filozofowie, choćby Arystoteles czy Schopenhauer, odwoływali się do nieświadomych pragnień, Goethe i Schiller doszukiwali się źródeł twórczości literackiej w nieświadomym umyśle, lekarze zaś, w tym i polscy, poświęcali jej od połowy XIX wieku baczną uwagę i wcale liczne traktaty.

Freud uczynił jednak z niej centralną myśl swojego nauczania, a oryginalność jego polegała na stworzeniu koncepcji wypartej nieświadomości. Nieświadomość składa się z popędów i pragnień, których jaźń pozbywa się, spycha je w niepamięć, gdyż wchodzą w konflikt z rzeczywistością i powodują wyrzuty sumienia. Wyparte, stają się niedostępne poznaniu. Nieświadomość jest „radykalnie obojętna na rzeczywistość”, obca jej jest logika, zasady niesprzeczności i następstwa czasowego. Wyparcie dotyczy przede wszystkim przeżyć o zabarwieniu seksualnym z okresu wczesnego dzieciństwa.

Świadomą i rozumną część psychiki zwykliśmy nazywać ego, naszym „ja”, naszą „jaźnią”. Stanowi ona względnie cienką powierzchnię nad głębinami nieświadomości, które Freud nazwał „ono” lub id. Panuje między nimi napięcie, konflikt, „ono” ciśnie na „jaźń” — jakby od dołu — swoimi ślepymi popędami. Konflikt odsłania się w snach, przejęzyczeniach i zaburzeniach pamięci. „Własne »ja« doskonale kryje się przed własnym »ja«” — powiedział Nietzsche. Według tej sentencji pozostajemy sami dla siebie niepoznawalni, a naszym życiem władają nieopanowane siły, skryte pragnienia i namiętności. A przecież niejedno wiemy o sobie, czego nie możemy nikomu innemu powiedzieć. Zdajemy sobie sprawę, że ten ktoś, o kim milczymy, jest prawdziwy — to my nim jesteśmy. A portret, który odbija nam świat, jest w równym stopniu nami jak nasz obraz wewnętrzny, ten, o którym całe życie nie puszczamy pary z ust.

Pojęcie świadomości stwarza też „głęboki problem epistemologiczny i paradoks ewolucyjny”. Jeśli bowiem przyjąć, że czyni to znakomita większość naukowców, iż doświadczenia świadomości w całości pochodzą z obecnych i minionych zdarzeń, dostarczanych drogami neuronów, to każda składowa świadomości — a więc każdy kształt, kolor, dźwięk, myśl, pamięć, zamiar itp. — powstaje wyłącznie na tej drodze. A zatem, jeśli w mózgu nie zachodzi magiczne przekształcenie tych wszystkich informacji, to świadomość nie wnosi nic nowego do tego, co mózg już w sobie zawiera. Z tego paradoksu wybitny neurofizjolog oksfordzki, dyrektor Medical Research Council, profesor Colin Blakemore konkluduje, iż „świadomość nie mogła rozwinąć się na drodze ewolucji, przez dobór naturalny. Stanowi ona epifenomenon”.

Jeden z najsławniejszych amerykańskich neurologów Antonio Damasio sądzi, iż w mózgach naszych istnieje szczególny ośrodek. Nie jest on zbudowany z komórek, które przyjmują wrażenia z otaczającego nas świata, przekazywane przez zmysły. Tworzą go natomiast komórki, do których trafiają sygnały dochodzące z naszego wnętrza, nawet z najdalszych, najgłębszych regionów ciała.

Sygnały — przekazywane drogą nerwową lub przez krew, jak hormony. Na ich podstawie powstaje w centralnym ośrodku szczególna, ruchoma mapa ciała. Ośrodek, o którym mowa, to nasze „ja” uwięzione niejako w mózgu, jest obserwatorem wydarzeń rozgrywających się na scenach naszego wnętrza i odbiorcą uczuć, jakie im towarzyszą. Przepuszcza je przez filtry swojej pamięci, którą jest obdarzony. imgresTen widok wszakże czy nie jest nam skądś znany? Czy „ja”, ten widz o rozległej pamięci, zamknięty w nas, nie jest przypadkiem dziewczynką? Tą samą Kore, którą, jak wierzyli Grecy, zobaczyć można przez źrenicę oka? Ona słucha, co mamy jej do powiedzenia, czyta listy, które pisze do nas Antygona, i uśmiecha się, wodząc, jakie koło myśl nasza zatoczyła, szukając duszy po to, by w końcu do niej dotrzeć.

 

Recenzja 

Zupełnym przypadkiem zdarzyło mi się w stosunkowo krótkim czasie zapoznać z dwoma dziełami wybitnych lekarzy i myślicieli, powstałymi w odstępie ponadstuletnim. Władysław Biegański, autor „Myśli i aforyzmów o etyce lekarskiej”, pisał swoje rozważania w dobie, gdy potęga medycyny, choć wspomagana rewolucyjnymi jak na owe czasy osiągnięciami nauki w postaci pierwszych szczepionek czy promieni Roentgena, nadal tkwiła głównie w połączeniu wiedzy, intuicji i doświadczenia indywidualnego lekarza.

Andrzej Szczeklik, nie tylko praktyk, ale i naukowiec na skalę światową, formułuje swoje refleksje w czasach niepohamowanej eksplozji nauki i techniki, dającej medycynie nieznane dotąd możliwości. Współczesny lekarz może zeskanować od stóp do głów organizm chorego przy pomocy tomografu i rezonansu magnetycznego, wykrywając tkwiącą głęboko w ciele zmianę chorobową wielkości ziarnka pieprzu; może przez pobranie pojedynczej próbki krwi orzec, jakie geny uległy uszkodzeniu, a z tego wywnioskować prawdopodobny przebieg choroby i reakcję (lub jej brak) na dostępne leki; może załatać pięciocentymetrową dziurę w sercu, rozdzielić syjamskie bliźnięta, zastąpić „zużyty” lub utracony fragment ciała – nawet rękę, nawet twarz!- innym, pobranym od żywego lub zmarłego dawcy.

Ale czy wskutek tego zmienia się optyka jego spojrzenia na pacjenta? I jego rola w całym procesie diagnozowania i leczenia choroby? XXI-wieczny klinicysta, ze swobodą rozprawiający o sekwencjach DNA i tajnikach funkcjonowania mózgu, odpowiada na te pytania w taki oto sposób: „Praktyka lekarska to nie tylko racjonalny akt. Gdy słucham historii choroby, gdy badam, obserwuję, stawiam rozpoznanie, wdrażam leczenie, mam wrażenie, że poruszam się jak łoś wchodzący do kniei, którą nieźle zna: łowi zapachy, dźwięki, szuka śladów… Idzie tropem tych wrażeń, buduje z nich obraz, który pozwoli mu reagować najtrafniej.”.

A potem zauważa, w odniesieniu do przypadków najcięższych, czasem – zdawałoby się – beznadziejnych: „Nie ma tu standardu podręcznikowego, nie ma znaku STOP. Gdzie szukać tego znaku.  W doświadczeniu, ocenianym jako pamięć popełnianych błędów”; „Trzeba znaleźć czas na przebycie z chorym wspólnej drogi, wiodącej do odsłonięcia prawdy”; „Trzeba też słuchać. (…) Nie zagłuszać myśli chorego”. A niezależnie od powagi stanu, „o chorym pamiętać, myśleć, nosić go w sobie”. I tak powoli odsłania przed nami niezmienioną od tysięcy lat duszę medycyny, wyrażającą się kilku prostymi słowami: „Będę z tobą. Nie opuszczę cię. Nie zostaniesz sam”.

Trzeba lojalnie uprzedzić, że nie jest to lektura lekka i łatwa. Sporo w niej naukowych terminów, których objaśnienia czytelnik nie obznajomiony z medycyną będzie może potrzebował szukać w encyklopediach czy słownikach, mnóstwo odniesień do literatury, muzyki, malarstwa, cytatów z dzieł poetyckich i filozoficznych. Wiele ustępów trzeba czytać powoli, zastanawiając się nad ich wymową, analizując starannie wyłaniające się z nich myśli. Ale nagrodą za ten trud jest wielkie przeżycie ? i estetyczne, i emocjonalne ? i świadomość, że skoro takich wychowawców mają młodzi polscy lekarze, to może nawet w XXI wieku będziemy mogli liczyć na pomoc medycyny w pełni humanistycznej…

Andrzej Szczeklik, „Kore. O chorych, chorobach i poszukiwaniu duszy medycyny”, Znak, Kraków 2007, s.117.

http://www.biblionetka.pl/

 

Andrzej Szczeklik „Katharsis”


Fragment książki z rozdziału:

Wstążki. O uzdrowicielskiej mocy natury i sztuki 

W każdym zawodzie istnieją sytuacje esencjalne, które odsłaniają jego istotę. W medycynie jest to spotkanie dwóch ludzi. Chorego z lekarzem. Chorą może być na przykład góralka, która pierwszy raz położyła się w szpitalu, dopiero gdy stuknął jej ósmy krzyżyk. Ileż to rzeczy musi ją dziwić, nieraz śmieszyć, ilu się boi, jak tej choroby, z którą przyszła.

 

Kiedy indziej chory to ktoś widziany pospiesznie w poradni, kto dźwiga w sobie rozliczne, zniechęcające doświadczenia kontaktów z medycyną. Zmieniają się ludzie, zmienia sceneria – z pogotowia, poprzez przychodnię, gabinet lekarski po salę szpitalną – ale sytuacja pozostaje ta sama. Spotkanie dwóch ludzi: chorego z lekarzem.

Chory przychodzi ze swoim bólem, zgryzotą, cierpieniem, trwogą i woła o pomoc. To wołanie, oczywiście, rzadko jest dosłowne. Ma ono różne formy wyrazu. Może to być potok słów, ażeby zażegnać trwogę, albo skamieniałe rysy twarzy, za którymi kryje się nieufność do lekarza. I chory opowiada. Trzeba słuchać, wysłuchać opowieści. Od czasu do czasu pytaniem zapobiec utracie wątku, odsłonić ważki szczegół, uściślić chronologię. Dla opowiadającego – ta historia to rzecz pierwszorzędna. A słuchający niech pamięta, iż jedno z tych opowiadań stanie się jego własnym, któraś z tych chorób dotknie i lekarza. Czy ją wtedy rozpozna? Młody medyk, bez doświadczenia, podejrzewa u siebie, co rusz, jedno z rozlicznych schorzeń, o których słyszy. A doświadczony lekarz? Ma większe szanse na poprawną autodiagnozę, pod warunkiem, iż doświadczenie, ta „latarnia nad morskim wybrzeżem, do której człowiek w dzień pochmurny zmierza”, nie stało się dla niego „bawełną w uszach od ludzkiego jęku”.

Pierwszą rozmowę z chorym, zbieranie wiadomości o chorobie, wywiad lekarski nazywają medycy anamnezą. Tak nawiązują do Platona. A choć odcień platońskiej anamnezy był nieco inny, a jej sens głębszy, to przecież była ona najważniejszym i najoryginalniejszym sposobem poznania. Podobnie w sztuce lekarskiej – dla poznania choroby ma znaczenie pierwszorzędne.

U Platona stanowiła anamneza wiedzę pierwszą, która postrzeganie wyprzedza. A czyż nie jest tak w medycynie? Zanim lekarz zacznie „postrzegać” – zanim przystąpi do oględzin, opukiwania, osłuchiwania, słowem do tych wszystkich czynności, które nazywamy badaniem przedmiotowym – słucha opowieści z przeszłości. Umiejętnym słowem pomaga wydobyć na jaw wiedzę, która jest historią, przypomnieniem. Musi być przy tym ciekaw tej historii, tak aby chory czuł, że ktoś, może po raz pierwszy, interesuje się naprawdę jego biedą. Trzeba, aby mówił z chorym jednym językiem. Nierzadko rytm mowy, barwa głosu skierują jego uwagę na właściwe rozpoznanie. Zdania wyrzucane szybko, goniące jedno drugie, jakby przynaglane jeszcze przez wilgotne, ruchliwe dłonie, niepokój frazy, a nawet jej wzburzenie każą myśleć o nadczynności tarczycy. Ochrypły, niski głos, wydobywający się wolno z nabrzmiałej twarzy o odcieniu wosku, mówi o niedoczynności tego samego gruczołu. Wystarczy słuchać. I tylko czasem potrzebna jest pomoc osoby trzeciej…

Mój ojciec, lekarz, był przed wojną poproszony do podmiejskiej posiadłości księcia X, który zaniemógł. Książę siedział w wysokim fotelu, tuż za nim stał kamerdyner Jan. W trakcie zbierania wywiadu, pod koniec litanii zadawanych przez lekarza pytań, zjawia się zwykle ostatnie, o przebyte choroby, z kręgu tak zwanych wstydliwych. Pytanie padło. Zaległa cisza. Wreszcie książę skłonił lekko głowę do tyłu i spytał: „Janie, czy wtedy w Paryżu to było to?” – „Nic nie było, Wasza Wysokość” – padła odpowiedź. „Nie, nic nie było, Panie Doktorze” – odpowiedział książę.

I tak lekarz wchodzi w świat chorego, zawierający niekiedy treść intymną, zapomnianą lub ukrywaną przed otoczeniem, a nawet przed samym sobą. Ten świat, jak na przykład w schizofrenii, wypełniać mogą tajemnicze energie, siły dobre i złe, przenikać fale kierujące ludzkim postępowaniem. „Pod zwykłym obrazem świata kryje się inny”. Chory jest przekonany, iż odkrył istotę rzeczywistości, podczas gdy my – reszta – znamy tylko jego pozory. Jakże trudno do tego świata się przebić, przeniknąć go. Chyba że ma się szczęście.

Mój egzamin z psychiatrii… Profesor wprowadził mnie do przestronnej sali. „Proszę się zgłosić, jak zbierze kolega anamnezę” – powiedział i wyszedł, zamykając drzwi bez klamki. Przed zaryglowanym oknem, w szpitalnej piżamie w paski, nieruchomy niby posąg, stał prosto na jednej nodze mężczyzna. Drugą trzymał uniesioną, bez ruchu, zgiętą w kolanie. Był cały zapatrzony w dal, z oczyma mocno otwartymi, zastygły gdzieś w punkcie czasu. Nie reagował na nic. Na żadne słowo, na propozycję papieroska, na wyniki ostatnich rozgrywek ligowych, na nucone i gwizdane przeze mnie melodie, na miauczenie kota i szczekanie psa, które próbowałem udawać. Pozostał niewzruszony na prośby, iż od kilku jego słów zależy wynik mojego egzaminu. „Trudno – pomyślałem. – Miał rację stary Kant, otaczają nas Ding an sich, zjawiska nierozpoznawalne, rzeczy same w sobie”. Odwróciwszy się plecami do mojego słupnika, zacząłem machinalnie serwować piłeczki na stole pingpongowym, ustawionym w drugim rogu salki. Raz, dwa, raz, dwa – wybijały miarowo rytm celuloidowe kulki, skacząc z mojego pola na pole nieobecnego przeciwnika. Nagle – czy coś tąpnęło? Odwróciłem się. Uniesiona noga wróciła na ziemię. „Zagramy?” – usłyszałem. Był świetnym graczem. W trzecim secie zaproponował mi przejście na ty. Cóż za zdumiewające rzeczy później usłyszałem! Egzamin zdałem bez kłopotów.

Rytmiczny stukot piłeczki pingpongowej przebił ciszę, w której zamknął się chory. Nastąpiło otwarcie. Poszukiwanie kluczy, które otwierałyby wrota anamnezy, zaprzątało uwagę Greków. Anamneza była bowiem jedyną drogą dotarcia do nadrzędnego bytu, który odkrył Platon, do świata idei. Tak myśl grecka wracała do archaicznego mitu, do czasu przed narodzeniem, do illud tempus, kiedy człowiek oglądał idee. Trzeba było przypomnieć sobie ten czas, aby poznać prawdę i odnaleźć się w Bycie.

W medycynie przypomnienie nie sięga tak daleko. Zatrzymuje się na początku choroby. Choć próbuje dociec jej pierwszych objawów, porusza się po obszarze granicznym, penetruje świat inny, wcześniejszy, świat zdrowia, świat bez choroby. Ten proces jest utrudniony dziś, kiedy pęka wiele barier i sfera międzyludzkiego obcowania wyzwala się z wszelkich norm. Zmienia się ustawienie do drugiej osoby. „Po prostu nie wiadomo, czego można się spodziewać po Innym”. Odsłonić się więc trudniej, za dużo wokół niebezpiecznych niewiadomych. A przecież bez tego nie ma medycyny. Oczywiście, muszą być spełnione warunki podstawowe: lekarz nie może być sędzią chorego ani go potępiać, lecz starać się go zrozumieć, pomóc mu. Winien otworzyć się na tego, kto poddany jest szczególnemu ciśnieniu samotności. W trudnych sytuacjach lekarz sięgnie po najtajniejsze arkana swej sztuki, by nawiązać nić porozumienia, odkryć więzy łączące dwóch ludzi. Nagrodą – w chwilach szczególnych – niechby mu był trzepot wstążek na wietrze.

http://angelus.pl/

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności, Recenzje, Sylwetki, Wspomnienia i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.