Polskie wiersze na Wielki Post i Wielkanoc

Jerzy Nowosielski koscioł Dominikanów Warszawa-SłużewCo u nas? Jak to u nas. Lepiej być nie może
Bóg upadł. Lecz w ogóle u nas nie najgorzej
Żyjemy świetnie, bo jeszcze żyjemy
I nie zginęło nam nic oprócz kraju
Trochę go ludzie po nocach szukają
Bóg upadł. Lecz w ogóle zwyczajnie się dzieje

 

Ernest Bryll

Co u nas? Jak to u nas. Lepiej być nie może
Bóg upadł. Lecz w ogóle u nas nie najgorzej
Żyjemy świetnie, bo jeszcze żyjemy
I nie zginęło nam nic oprócz kraju
Trochę go ludzie po nocach szukają
Bóg upadł. Lecz w ogóle zwyczajnie się dzieje
Jakeśmy tu zwyczajni, że się zawsze działo
Każdy dowcipny pędzi i do gardła leje
Jak ci opowiem strasznie się uśmiejesz
To co się działo gdzieś się zapodziało.
Dzień zwyczajny. Bóg upadł. Więc nic się nie stało

 

Wielkanocne porządki

Wielkanocne porządki trzeba zaczynać
Od piwnicy ponoć. Dawno nie byliśmy
A tam może prawdziwa przyczyna:
-Pucujemy dom a nie jest czysty…

Piwnice – po wierzchu. Bo nikt nie wymaga
W naszym mieście żeby głębiej coś pamiętać
Chociaż na zasypanych piętrach stoją fundamenta
Warszawy. O tym gdzie idą korzenie
Kanałów – lepiej nie myśleć. Myślenie
Jak zmora może się ziścić

Więc, skończyliśmy czyścić
Najpłytsze piwnice
Nie grożą niczym

No, może zawstydzeniem za to zagracenie:
Coś kupiliśmy kiedyś pono w dobrej cenie
Było zdrowo i miło a jakoś przegniło
Ale mówiąc szczerze aż trudno uwierzyć
Jak łatwo się sczyściło

Najpierw to co piwniczne i suterenowe
Potem łóżkowe, powszednie, kuchenne
Są też wypucowane miejsca niecodzienne
Jak na przykład sumienie – sumiennie

Gorzej z przemienieniem. Kto się zmienił?
Choć użyliśmy środków najmodniejszych
Do zabicia smrodu – smród się nie umniejszył

Wielkanocne porządki znowu nie gotowe
Kto da radę zaczynać od nowa?
kwiecień 2011

 

Wiersz o przedwielkanocy

Wymyj żono okna na Wielkanoc
Obejrzymy dokładniej to samo
W innych domach za czystymi szybami
Siedzą ludzie dokładnie tak sami

Takie same jajka malowali
Taką samą szynkę wystali
I tak samo nie pytają co dalej
Bo się dosyć złego napytali

Chrzan nas piecze. To płaczemy. Oni
Także płaczą nad swoim chrzanem
Może chociaż pokiwamy do nich
No i po co. Wszystko takie same

Wszystko skryte. Choć wszystko widać
I usłyszysz zza cienkiej ściany
Nie zobaczysz kto jest krzyżowany
A kto głupio na mękę go wydał

Wymyj żono okna. Popatrzymy
W swoje twarze – z mieszkania w mieszkanie
Może chrzanem się zadławimy
Zapłaczemy o zmartwychwstanie
Wielkanoc ’87

 

Dwa Wiersze na Niedzielę Palmową

A to czemu…

A to czemu? Kiedyśmy wyszli
Jak się godzi z feretronem, psalmami
To anieli z nieba nie przyszli
Sobie – jesteśmy sami
Cichym światłem pulsuje ziemia
I pieśń wysoko idzie
Ale siły tam wrócić nie masz
Bo jakoś jesteśmy bez skrzydeł
Może lecieć do serca przestrzeni?
Ale to by raczej nie wyszło
Bo jesteśmy strasznie obciążeni
Dekoracją złocistą

 

Kuszenie

Po śladach Jego szedł Zły. Przeinaczał
Ślad delikatnie. Wcale nie zacierał
Pogłębiał raczej
Aby nie uwierał
Nawet kamyk gdy ruszymy tym śladem
Niech idą lekko, kwieciście gromady
Niech drogę miękkiej pieśni porosną lewady
Może trochę trujące
Lecz wydmy gorące
Na których Boży ślad był odciśnięty
Trudne są, żmudne
Znak już rozmazany
A może wcale ten znak nie był dany
A może wcale nie tam droga święta
Bo dokąd?
Na wędrówki ludziom są oddane
Proste ścieżki
Omińmy pustynie przeklęte
A nawet jeśli. Po co się w nie nurzać?
Ślady pewno zasypały burze
Zresztą On był na chwilę w pustyni lecz wrócił
I trzeba szukać Go w kwiecistych krajach
I w lepszą stronę drogę odwrócić
-A może nie wędrujmy. Tu się zostaje
Śpi i śni…
Ciemny obłok uniósł się nad nami,
Niby baśń, że idziemy wciąż Jego śladami
(Wedle Cyryllonasa, IV, V wiek)

 

Trzy wiersze na Poniedziałek

29 marca 2010

Wielu już umie chodzić po jeziorze?

Wielu już umie chodzić po jeziorze starym
I nie ma tajemnicy dla nich Genezaret
Żadnej głębi niestety
A więc piruety
Wyczyniają
I opadają
I skaczą w niebo potrójnym łamańcem
Jezioro stwardniało. Więc powszechne tańce
Nie zostawią na fali najmniejszego znaku
Jest plastikowo. Tak w sam raz dla ludu
A ludzie nieszczęśliwi. Ciągle pragną cudu
Chcą iść po nieznanej głębinie
I wierzyć
Tonąć
I krzyczeć
Jako Piotr – że ginie
Jeśli nie ma głębiny
Każdy jest nijaki
A chciałby być inny
Swoim imieniem nazwany
Kiedy mu rękę podano
Więc czekają na znaki

 

Rozmowa w branży

– znaleźli ponoć na dnie Genezaret
( Jezioro w Galilei) – jakąś łódkę starą
Stępkę stwardniałą. Parę desek. Mało
Żeby to nas poruszało
Mówią – nauczał stąd a przed nim cały ląd
Zapchany, jeden właził na głowę drugiego
Żeby się szybciej uczyć nauczania Jego..
A jak niżej ktoś łeb miał spłaszczony?
Widać słuchał z niedobrej strony
Wiadomość o łodzi wielce jest niepewna
Kupić nie kupić to drewno?
A jak deski prawdziwe? A jak echo szczere?
I pobożni turyści pojmą po co przyszli
Można zrobić świetny interes

 

Za stołem w gospodzie w E.

Zostań z nami
Dopiero teraz
Nie jesteśmy sami
Wino się otwiera
Do smaku zapomnianego
I chleb do tego
Właśnie siły nabiera
Zostań z nami
Bo jesteśmy spłakani
I ty zmęczony – przyznaj
Resztka opuchlizny
Na twojej twarzy sklęsła
Opijemy zwycięstwa
Skończył się krwawy zamęt
Zostań z nami
Bo sami
Nie umiemy już być ze sobą
Próbujemy – ale się nie składa
Kłamiemy sobie co dzień
Daj nam wiarę Panie
Aby zdrada
Nie zatruła wina w gospodzie

 

Wiersz na Wtorek

Relacja świadka

…mieszkałem przy tej górze i mieszkam do teraz
Mówił coś, błogosławił – lecz jak się otwiera
Okiennice to skrzypią. Stare, oberwane
Zawiasy
Załamane skrzydła biją o ścianę
Od jeziora wiatr huczy
Mówią, On nauczał
Z tego miejsca
Nie byłem
Zapodziałem klucza
No i nie mogłem zostawić obejścia
Ale zebrałem coś po tym kazaniu
Kosze chleba. Ułomki wprawdzie – ale dobre
Dla kurnika. A resztki ryb podjadły sobie
Koty i nawet perliczki, mój Panie…

 

Cztery wiersze Środę

Opis fresku z Padwy

Judasz całuje Mistrza tak żarliwie
Że nie do oderwania
Usta do ust
Prawdziwie fałszywie
I tak zostanie
Będzie zasłaniał
Swym ciemnym ukochaniem
Oślinionego
Zanim zabójcy dopadną swego
Wybije godzina wydania

 

 

Ten żołnierz, co w Ogrójcu…

Ten żołnierz co w Ogrójcu miał odcięte ucho
I przylepione cudem – nie był zbyt szczęśliwy
Niby słyszał a jednak jak trzeba nie słuchał
Z lewej strony świat martwy. Z prawej nagle żywy
Uczciwie mówiąc trudno żyć wspomnieniem
Chwili – między odcieniem oraz przylepieniem
Od prawej strony świat jest rozszczepiony
Na głos ciemny i jasny
Otworzony
Do rdzenia duszy, trawy i kamienia
Z lewego ucha
Ziemia przemilczenia
Głos tak zatarty jak pieniądz fałszywy
Brzęczy nieżywy
O ucho nasze przywrócone cudem
O łbie mój rozpęknięty naprawdę, obłudę…
Chełm kark uciska
Az ślina idzie z pyska
Jakie słyszenie odzyskam?

 

Kto Jej…

Kto Jej powiedział: Syna porwali
I jak powiedział? Bo jak opowiedzieć
Niejasno było, wszyscy się pospali
Uczeń pocałował, a obcy związali
Piotr walczył, odciął ucho żołnierzowi mieczem
Ale On ranę uleczył…
Kto opowiadał matce te wieści? – Niepewny
Czy zawiadamia się krewnych?
Ale ukradkiem – Matkę…
Może ten żołdak. Straszne czuł swędzenie
W przyrośniętym uchu. Więc ciemne zdarzenie
Objaśniał jak umiał gładko
Pocierając łeb krwawą szmatką
A ona z tej ciemnej wiedzy
Tak chciała się czegoś wywiedzieć
Była cisza. Może taka jak wtedy
Kiedy odszedł zwiastowania Anioł
A kłopoty ziemskie spadły na nią
Jak spadają dalej lawinami
Na matki dzieci porwanych
One, biedne przybiegają z płaczem do Niej
Proszą: Niechaj będzie wyjaśnione
Dlaczego? Gdzie dziecko zabrali?
Matko Boska – co będzie dalej?

 

Sędziowie

Sędziowie, co skazują Boga są w porządku
Wyrok śmierci jest bardzo wedle prawa – prawy
Nie sądzili – wieczności co nie ma początku
A tego, co nie wiedział gdzie koniec zabawy
W człowieka.
Człowieczeństwo jest ograniczone
Tak jak i limit cudów. Można martwych z grobu
Powracać – ale najpierw niechaj dadzą słowo
Że po krótkim urlopie zawrócą z ciemności
Nie wolno jednak by nieśmiertelnością
Władał Bóg narodzony. Tak może rozkazać
Tylko Przedwieczny. Jeśli wedle prawa
Chce mieć prawa człowieka – więc się doczeka
Wyroku. Czysta rozprawa

 

Wielki Czwartek

Gruchnęła nowina:- Bóg nam obmywa nogi
Do czysta, aż wejdziemy w niebiańską szczęśliwość-
Więc każdy biegiem zbierał się do drogi
A po drodze trochę ruszał krzywo
Ostatni raz w błota – a z wielką ochotą
Ostatni raz pazury wyłażą ze skóry
Żółte zęby z gęby. I jeden drugiego
Naznaczył krwią dla upojenia swego
Nic się nie ukryje – lecz On wszystko zmyje
A którzy umyci, – pójdą w inne życie
Gdy tam staniemy miło będzie wspomnieć
Jak się tarzaliśmy w błocie nieprzytomnie
I że
Pazury
Wciąż mamy pod skórą.

 

Wiersze na Wielki Piątek

Krzyż jak waga

Krzyż jak waga. Jeżeli belka się przechyli
Na lewo – to zapadnie nasz świat w jednej chwili
W ciemności
Bez oddechu
Bo jest bez radości
My, ubabrani w grzechu
Patrzymy
Skrwawiony
Bóg trzyma ciężar. Gorzko się modlimy
Ale ukradkiem pewni, że jest przytwierdzony
Pewnym, głębokim gwoździem do jego rąk sinych
Do wykręconych dłoni
Choć przez ciało nagie
Idzie pęknięcie bólu
On chyba utrzyma
Zczerniały
Połamany
Wagi równowagę

 

Jezus do naga odarty

Bóg od tego cierpienia

Cyprian Kamil Norwid - Chrystus

Cyprian Kamil Norwid – Chrystus

Niepodobny do bożego stworzenia

Plecy jak połamane
Rana zakrywa ranę
Twarz nieboska – jak sina ziemia

Trzeba Go odziać na obrazach naszych
W srebrne sukienki.
Bo straszy

W pieśni o Bożej męce
Ale tylko rzewne i miękkie

– Rany Boskie – Zakryjcie to Ciało
Żeby tak po ludzku nie śmierdziało

Jezus do krzyża przybity

Ach Chryste z niebios wychylony
Co podtrzymujesz nasze domy
I nasze życie takie krzywe
Bolą cię krzyże

Taki ugięty od wiecznego
Do śmiertelnego? Nawet Bóg
Ledwo wytrzyma. Gdyby mógł
Odgiąłby się od krzyża swego

Ale nie może. Bo ma dłonie
Przybite tam gdzie my żyjemy
I chce od złego nas zasłonić
A my nie wiemy? Czy też chcemy?

A Rany Boskie? Kto je widzi?
Dla naszych oczu to nie rana

Tylko asfaltu łza wylana
W pęknięciu co przez miasto idzie

Jezus po raz trzeci upada

Co u nas? Jak to u nas. Lepiej być nie może
Bóg upadł. Lecz w ogóle u nas nie najgorzej
Żyjemy świetnie, bo jeszcze żyjemy
I nie zginęło nam nic oprócz kraju
Trochę go ludzie po nocach szukają
Bóg upadł. Lecz w ogóle zwyczajnie się dzieje
Jakeśmy tu zwyczajni, że się zawsze działo
Każdy dowcipny pędzi i do gardła leje
Jak ci opowiem strasznie się uśmiejesz
To co się działo gdzieś się zapodziało.
Dzień zwyczajny. Bóg upadł. Więc nic się nie stało

Jezus złożony do grobu

Wczoraj był w moim życiu znowu gorzki piątek

Jerzy Nowosielski Złożenie do grobu

Sucho i czarno. Nagle Go spotkałem
I jak to bywa zawsze, nie poznałem
Choć miał na dłoniach krwawych blizn zaczątek
Ani Mu było potrzebne gadanie
Gdzie się świniłem, śliniłem, dławiłem
„Obudź się ” szepnął. Nagle się zbudziłem.
„Jeśli chcesz, Bryllu, jutro będzie Zmartwychwstanie”

 

 

 

Dwa wiersze na Wielką Sobotę

Twarz

Twarz w błysku – Manoppello. Między zmartwychwstaniem
A stężeniem śmierci. Oczy rozszerzone
Jakby nie wiedział co się stało, stanie
Gdy wieczność jest wrócona
Wciąż nie rozumiem tego. Był doczesny
A co wiedział odwiecznie?
Ale jest bolesna
Skrzywienie ust. Spuchnięcie
Sińce , świeże rany
Jest też zgrubienie. Nos jego złamany
Uderzeniem pięści
Nic nie jest wrócone
Do twarzy przed męką
Nie ustawiono
Nosa – by było piękniej
A jednak inaczej
Widzimy twarz Jego, Tak, boli, bolało
Poraniona, pobita
Ale nie zostało
Kropli krwi. Więc obmyta
Gdy zmartwychwstała?
Ale trwa opuchlizna. I też nie zamknięta
Jest ani jedna blizna. Czy tak się pokazał
Magdalenie, tak w Emaus
Jak ujrzymy Jego?
Wierzę w błysk z Manoppello. Chyba zrozumiałem
Że w tej mgle światła nie ma kamiennego
Dotknięcia śmierci. Ani zmarszczki gniewnej
Czy grymasu konania. Patrzę, jestem pewny
Wrócił Mu uśmiech cały

 

Ktoś

Ktoś przybiegł kiedyś zadyszany z Emaus
Pamiętają jak to było: z hukiem drzwi otworzył
Krzycząc – On był z nami
I poczuł że nie ma
Nic tu do powiedzenia
Przed drzwiami, przed chwilą
Rozumiał światło wszechświata całego
A oni – Bredzisz, czyżby tylko tyle
I czemu w karczmie i przy brudnym stole
Co tam jedliście, i co miał na myśli
Mówisz – tylko chleb kruszył i rozlewał wino?
Kto przybiegł kiedyś z Emaus wue jak inna
Jest mowa jego co widział słyszenie
Inne, tych co słuchają. Nie ma uwierzenia
Niby jak. Przygnał z gospody i szepce
W dzikim języku, nic nie wynika
Gada nie gada, może wcale nie chce
Powiedzieć mądrze, co było w Emaus?
Wołał i płakał – Nie ma zrozumienia
Może to jego wina. Zapluł się zadyszał
Posłaniec z Emaus. I nikt nie słyszy
Jak wali serce twoje
Różnie pójdzie życie
Jedni uwierzą, czasem nie, lub skrycie
Uwierzą

 

Spirituals 

Leżę w łóżku jak w oliwnym ogrodzie
I udaję że śpię
Bo co robić
Ci co przejdą tę noc – będą zdrowi
A goryczy
I tak nie dosłodzę

On za ścianą cieńszą niż listek
O coś prosi
A Bóg wie kogo?
Głos przenosi
Rura pod podłogą
Jak złe pnącze
Ściśle

Czego pukasz. Czego marudzisz
I na lepsze chcesz mnie przeinaczyć
Że zdrzemnąłem tylko
Ty mnie budzisz
I jak uczniom twardy sen przebaczasz

Ja udaję że śpię – całym ciałem
Ale sobą wszystko słyszałem
Drzwi trzasnęły.
Po ciebie przyszli
co oglądasz się
Jeszcze myślisz
Że się spóźnię tylko – bo zaspałem?

Płaczesz Panie – a ja jem śniadanie
Bo zgłodniałem od kolacji ostatniej
Jeśli chleb kamieniem ustanie
To przegryzę
Mój pysk się nie zatnie

Teraz skromnie
Na brudnym balkonie
Wypatruję z betonowej wieży
Jak prowadzą ciebie żołnierze
Ty odwracasz się
Coś wołasz do mnie

Jeszcze wierzysz we mnie
Jeszcze wierzysz?
21.03.87

 

Wiersz na Wielką Niedzielę

Oni-my

Że, z grobów wstał pod słońce – widzieli promienie
Przechodzące jak gwoździe przez otwarte rany
A też jaśniejszą plamę – gdzie bok rozerwany
I w tej plamie się tłukło serca umęczenie

Zmartwychwstał nam pod światło. Widzimy go ciemnym
Niby zwróconym do nas lecz bardzo tajemnym
Wyciągał ręce, wołał … Lecz czy do nas krzyczał
Jest między nami jako – morze – cisza

Kto pierwszy stopę położył na morzu
Albo kto pierwszy zapłakał w pokorze
Tego nikt znać nie może
Ale szli po fali
Do Niego. Tak się bali, wołali, zdradzali

 

* * *

Jan Styka Rezurekcja 1901

Bóg odrzucił ten kamień jakby nic nie ważył
I wstał tak lekko z grobu,
że na twarzach straży
Nie było widać lęku i zdumienia
Może nie zobaczyli nawet,
że się świat odmienia

Bóg zmartwychwstał,
odwalił groby naszych domów
Gdzie tak już dobrze we śnie dusznym było
I nie przepuścił tej nocy nikomu
Spod ciepłych pierzyn wywlekał nas siłą

Bóg zmartwychwstał,
odwalił groby naszych domów
Byśmy stanęli. Na światło spojrzeli
Byśmy wołaniem wielkim odetchnęli

Bóg odrzucił ten kamień

z tomu „Golgota Jasnogórska”, 2001

 

Nad jeziorem

Po Zmartwychwstaniu Panie, poszliśmy na Twoje wezwanie
Do Galilei. Naprawdę nie było w nas wiele nadziei

Wszyscy nad Genezaret sławnym jeziorze starym
Bezradnie przycupnęli

Czy chcieliśmy być razem? Nikt nie rozpalił od razu
Nawet ogniska. To wszystko
A też najprostszej potrawy
Nikt nie miał na to spotkanie

Dlaczego? Czy wielkie sprawy
Umarły przed Zmartwychwstaniem
I nic się nowego nie stanie?

Bo co jest z Jego ciałem
Zmartwychwstał? Czy tak się zdawało
Śmierć z życiem się poplątała?

Samotni. Milczeli. Siedzieli

A On szedł radośnie. Bardzo Ludzki i Wieczny
Niósł smaczną rybę – żeby na spotkaniu
Radować się wspólną pieśnią i ryby smakowaniem
Bo wrócił do nas, do swoich. Wołał – Obudźcie się wreszcie
Upieczcie na ogniu rybę. Jestem. Nie gapcie się na mnie
Bez myśli bez wspomnienia w strachu niezrozumienia
Nie lękajcie się. Cieszcie.

Kwiecień 2011

 

Anna Nagórska

Moja Kalwaria

Czas się cofnął. Czas stanął.
Wieków nie było wca
Ciasne, strome uliczki Jeruzalem.
Myśl jest gwoździem, włócznią, raną.
Czas się cofnął. Czas stanął.
Trwa tamta śmierci parada.
Sanhedryn. Gawiedź. Żołnierze.
Krzyżem leżę.
Czołga się wielkopiątkowa noc blada.
Trwa tamta śmierci parada.
Mgła. – Chusta Weroniki.
Złe ciernie kwitną biało.
Są rzeczy, których nie podzielę z nikim.
Wyrzut sumienia się skrada –
Męko! Zmartwychwstania chwało!
Cierń zdolen zakwitnąć biało!

 

Święta, które krajobraz…

Święta, które krajobraz najmocniej wyraża.
Woda się pojednała z ocieploną ziemią.
Najgroźniejsze przeczucia w krypcie czaszki
drzemią
Kwiaty, co strzegły Grobu –
stoją na ołtarzach.
Tragiczna myśl się stała dziwnie śpiewana,
łatwa,
niesie ją prostopadle w obłoki skowronek.
Srogie zmierzchły zimowe legły zwyciężone.
W rozwartym niebie świeci Bożej Łaski
Paschał.
Zieleń mchów, traw jest znowu bogobojnie
świeża
ewangelię rozgłasza sasanka, zawilec –
Ludzie na winowajców spoglądają milej –
Są cierpienia tak wzniosłe, że ich dźwignąć
nie żal.

 

Konstanty Ćwierk

Palmowa niedziela

O, nigdy jeszcze słońcem wyzłocona,
co wczesną wiosną wzeszło na błękity,
że ludzkość, patrząc w niebo rozmodlona,
czuje w swych sercach nieziemskie zachwyty,
nie byłaś strojna w wielkie dziejów słowa
jak ty, najbliższa niedzielo palmowa.

Wiosna się budzi… W narodów świątynie
poprzez szeroko otwarte wierzeje
Wolność, dostojna Pani wchodzi ninie…
A nim dzień drugi słońcem rozednieje,
polskie się dusze w szczęściu rozanielą
twoim zwycięstwem, palmowa niedzielo.

Hosanna! – Krzykniem. Zwycięstwo jest z nami!
Nim dzienny będzie słońca bieg skończony,
z pieśnią na ustach, a w ręku z palmami
Zwalimy słupy graniczne, kordony.
W historii będzie twych godzin wymowa
mieć złote zgłoski, niedzielo palmowa.

 

Stanisław Korab-Brzozowski

Ostatnia Wieczerza

Płonie siedmioramienny świecznik. Tajemnicza
Spełnień godzina przyszła: ostatnia wieczerza.
Konieczność przeznaczonej chwili strach odmierza
I nagli nieruchomą stałością oblicza.

Mistrz zasie w duchu ucznie swe wszystkie oblicza,
I łamie chleb sytości dla pożądań zwierza:
– „Oto jest ciało moje nowego przymierza” –
I spożyli chleb przaśny. „O sytość zwodnicza”!

O kłamstwo! o nikczemne okruchy pszeniczne!
Gdzie jesteś pierworodne jagnię liturgiczne?
A mistrz tymczasem kielich podawał im wina:

„Pijcie, to jest krew moja za świata zbawienie”.
I pili! Judasz tylko ujrzał wypełnienie
I wyszedł – za nim w tropy Przenajświętsza Wina.

 

Maria Rutkowska-Kurcjuszowa

Spowiedź wielkanocna

Na me oczy zmęczone od nocy niespanych,
Na oczy krwią nabiegłe i ogniem palące
Mrok za oknem położy swe dłonie kojące,
Wśród filarów wyniosłych z granitu ciosanych.

Przyjmie mnie chłodna cisza i cień wnęk kamiennych,
Światła podobne kwiatom zsuną się z witraży,
Błądzić będę w milczeniu sama wśród ołtarzy
Nagle chcąc się odnaleźć w zaciszu tajemnym.

Aż upadnę znużona pod którymś filarem,
Nie wiedząc, czy mam klęknąć, czy lec ciężkim ciałem
I zasnąć już niebaczna, że w sercu omdlałym,
Zatraciłam niezłomną, wielką moją wiarę.

Cisza schyli się ku mnie i pełna litości
Dźwignie mnie w swych ramionach i rozbudzi szeptem.
Przez powieki ospałe, na poły przymknięte
Ujrzę siebie w łachmanach i kurzu szarości.

I naraz lęk mnie zdejmie nad własnym mym ciałem
Tak wyda mi się nędzne i takie zniszczone:
Czyż to moje te stopy sine, poranione?
Czy moje są to ręce czarne i obrzmiałe?

Wzniosę te ręce w górę i napotkam słońce,
Płynące nad mą głową strumieniem szerokim,
Złotą smugą płynące kędyś z górnych okien…
Wzniosę ręce i wstanę w światło ciepłem drżące.

Gdzieś od stropu opadną miękko ciche tony,
Jak łzy, których zabrakło chorym moim oczom.
Aż pieśń w górze rozegra się bólem i mocą,
Iść w niej będę jak nędzarz głodny i spragniony.

Ktoś będzie na mnie czekać. W złotych pyłów rojach,
Jak w mgle, nie dojrzę twarzy – to nieważne wcale.
Ktoś na mnie będzie czekał, sam, w konfesjonale:
Ktoś mi obcy? Czy brat mój? Czy może myśl moja…

Spowiadam Ci się, Boże, z mych i cudzych grzechów,
Bo wszystko mamy wspólne, i dusze i ciała,
I ta dola okrutna tak nas tu związała,
Że pierś mą trud przygniata wspólnego oddechu.

Spowiadam Ci się, Boże, co masz zstąpić we mnie,
Ciało me, strzęp człowieczy zamienić w człowieka.
Ran mych, ani kalectwa nie będę oblekać,
Musisz zstąpić aż do dna, w cierpień moich ciemnię.

Chciałeś ze mnie uczynić olbrzyma – mocarza,
Chciałeś by od ciężaru okrzepła mi siła,
Ale ja w twardej próbie padłam, nie zdzierżyłam.
Boję się, że śmierć rychła mej duszy zagraża.

Chciałeś bólem mi rozpiąć orle mocne skrzydła,
Łzą dać czystość źródlaną, obmyć nimi serce,
Lecz ja tylko myślałam o mej poniewierce,
Jak ptak wątły, szarpiący się darmo w swych sidłach.

Zaplątana w sieć nieszczęść, pozrywałam węzła,
Po których piąć się mogłam wyżej, ciągle wyżej.
Spadłam na dno bezwolna i w nędzy poniżeń,
W słabości i lichocie mej własnej ugrzęzłam.

Stałam się jak płaz brzydki, pełzający nisko,
Pełen jadu i małych kłujących zazdrości.
Zazdrościłam wciąż chleba… I tego żeś gościł
Jeszcze w sercach niektórych, zabrawszy mi wszystko.

Czasem kradłam. A czasem wydawałam siostry
Oprawcom, by w mych oczach aż do krwi je bili.
Gdy los-szatan swą łaską ku mnie się nachylił,
Ja biłam w szale władzy, pośród przekleństw ostrych.

Cień podłości tak bardzo twarz moją oszpecił,
Że ci co podłość mieli za swoje narzędzie,
Czynili jej honory, ufając, że będzie
Moją śmiercią, od której nic mnie nie uleczy.

Ja zaś, jak handlarz-bankrut handlowałam wszystkim,
Byle zdobyć choć jeszcze łaskawości gorsze,
Niepomna, że gdy uśmiech służalczy roznoszę,
To, co zań mi dano, nie było już zyskiem.

Stałam się bardzo sprytna, bardzo zabiegliwa,
Znałam wszystkie sposoby, torujące drogi.
A próżność we mnie rosła, jak aktor ubogi.
Sukcesem w tanim cyrku czułam się szczęśliwa.

Byłam tchórzem. Gdy innym przyjść miałam z pomocą,
Łgałam sobie, w roztropność pozując milczenie.
Uczyłam się w mym sercu zabijać wzruszenie,
Byle mi snu twardego nie skłóciło nocą.

I wyschło we mnie serce, zimne miałam usta,
I myślałam, że starczy własnej ciężkiej doli,
Żebym była prawdziwa w tej męczeńskiej roli,
W trudnej roli dramatu, lalka śmieszna, pusta.

Byłam jak cymbał brzmiący, patetyczna zgłoska:
Wołałam, że tu cierpię za nich, za miliony,
Lecz pośród sióstr mych biednych, głodnych i spragnionych
Zapomniałam, że to jest i Ludzkość i Polska.

Był we mnie jeden ogień i dałam mu gorzeć:
Żar strasznej nienawiści wobec mych tyranów,
Nim – duszy mej szlachetnej siła nieskalaną
Zamieniłam w zwierzęcy instynkt małych stworzeń.

Boże! Czyś za to kazał żyć mi w takim wstydzie,
Na przekór nienawiści rozbudziwszy zmysły?
Żyłam w długiej ascezie, aż więzy jej prysły,
Chciałam dotyku ręki, której nienawidzę…

Dzień każdy był jak czara śmiertelnej goryczy,
Piłam ją bez oporu w leniwym nałogu,
Drżąc ze wstrętu, kochałam się w brudnym barłogu,
Nie pragnąc już niczego, nie tęskniąc za niczym.

A ileś Ty był we mnie, jeśli Ciebie miałam,
To wiary mej niezłomnej nie umiałam dzielić
I patrzyłam jak inni w swej nędzy ginęli,
Moja wina, żem była za słaba, za mała.

Wstanę. A ktoś mi poda suknie nowe, czyste,
Albo ja sama wezmę i zrzucę łachmany.
Rzucę je precz ze wszami i brudem zebranym
I będę już iść w odrzwia, słonecznie świetliste.

W progu ktoś mnie pożegna znakiem Rozgrzeszenia,
Krzyżem – znakiem Miłości i męki odbytej.
Organy będą jeszcze modlić się pod szczytem
Swą pieśnią wielkanocną, pieśnią Odrodzenia.

Za progiem będzie wiosna: świeża zieleń trawy,
I pierwsze drobne kwiaty białe i różowe
I niebo wyzłocone, przejasne, kwietniowe
Liście, z pąków trysłe w słońcu bez obawy.

Stanę tam w zachwyceniu, żem przecie dojrzała
Wszystko, co dotąd było zakryte mgła ciemną.
I uwierzę, że oto Cud stał się i ze mną
I krzyknę memu słońcu, żem zmartwychpowstała.

Neubrandenburg, wiosna 1944

 

Karol Wojtyła

Wigilia wielkanocna 1966

Jest taka Noc, gdy czuwając przy Twoim grobie, najbardziej
jesteśmy Kościołem
Jest to noc walki, jaką toczy w nas rozpacz z nadzieją:
Ta walka wciąż się nakłada na wszystkie walki dziejów,
Napełnia je wszystkie w głąb
(wszystkie one – czy tracą swój sens? Czy go wtedy właśnie zyskują?)

Tej Nocy obrzęd ziemi dosięga swego początku.
Tysiąc lat jest jak jedna Noc: Noc czuwania przy Twoim grobie.

 

Wojciech Wencel

Wiersze na Wielki Tydzień

 

 

Leszek Długosz

Alleluja

W czas powrotu przylaszczek
W zawierusze zawilców, złocieni
Blask gdy wstaje z ziemi
W Świętą Twoją Wielkanoc
Ponad tymi grobami
Nad padołem nietrwałym
Wznieś chorągiew Twoją Panie
Utwierdź wiarę w nas
Że i oni powstaną?

Męką Twoją odkupieni
Swoją własną oczyszczeni
Wrócą w światłość
– Odzyskają serc własność
W rezurekcji czas
– Gdy się ziemia z niebem jedna
Że i oni , tej chwili – dusza z ciałem
Będą jedno

W czas powrotu przylaszczek
W zawierusze zawilców , złocieni
Blask gdy wstaje z ziemi
– Póki się odmierza czas
Nad padołem nietrwałym
Twej chorągwi purpura
– Znak chwały
Ze zwycięską swą mocą
Niech łopoce
Triumfuje
Alleluja
2011

 

Wielkanoc w górach

Topnieją śniegi jak gorzkie żale
I żale w końcu w niwecz spłyną
Wszystkie
Nie, nie ma przerwy
Jakiejś przestrzeni neutralnej

– M i ę d z y –

Pomiędzy życiem i śmiercią
Nie ma nawet blizny
– Natychmiast
Momentalnie
Jeszcze spod zwałów śniegu
Przez marcowe okopy
Armia krokusów
Jak ongiś w Alpach wojsko Hannibala
Na tegoroczny podbój rusza
Na strzępach zimy
Kolejna wiosna
Rozdział następny pisze

Bóg Zmartwychwstały na Polanie
– Bladziuchny, słaby jeszcze
ale uśmiechnięty
(Po takich przejściach, po takiej męce
Znów w hostii kruchej wzniesiony wysoko
Błogosławi
– Czasom i chwili
I ludziom przynależnym chwili
I obłokom

 

Lucjan Rydel

Pascha

Był wieczór Paschy; w milczeniu głębokim
Siedli napoju pożywać i jadła –
Wieczernik szarym napełniał się mrokiem;

Półjasność zmierzchu, mglista i wybladła
Na stół białymi zasłany rańtuchy
I na ich twarze łagodnie się kładła.

I cisza była; a w tej ciszy głuchej,
Przez kratę okna powiew coraz rzadszy
Gnał z pól zielonych wiośniane podmuchy.

Pośród rybitwów tych ubogich siadłszy
Chleb w obie ręce wziął i kielich wina.
I zadumany w twarze uczniów patrzy.

A w tych źrenicach Człowieczego Syna
Mistycznych brzasków grała jasność złota
i myśl ogromna jakaś – i jedyna….

Z ich oczu – serca patrzała prostota;
Pierwsi pić mieli z Kielicha Miłości,
Pierwsi pożywać mieli Chleb Żywota

Iż byli, jako ptaki leśne – prości.

 

Zbigniew Herbert

Domysły na temat Barabasza

Co stało się z Barabaszem? Pytałem nikt nie wie
Spuszczony z łańcucha wyszedł na białą ulicę
mógł skręcić w prawo iść naprzód skręcić w lewo
zakręcić się w kółko zapiać radośnie jak kogut
On Imperator własnych rąk i głowy
On Wielkorządca własnego oddechu

Pytam bo w pewien sposób brałem udział w sprawie
Zwabiony tłumem przed pałacem Piłata krzyczałem
tak jak inni uwolnij Barabasza Barabasza
Wołali wszyscy gdybym ja jeden milczał
stałoby się dokładnie tak jak się stać miało

A Barabasz być może wrócił do swej bandy
W górach zabija szybko rabuje rzetelnie
Albo założył warsztat garncarski
I ręce skalane zbrodnią
czyści w glinie stworzenia
Jest nosiwodą poganiaczem mułów lichwiarzem
właścicielem statków- na jednym z nich żeglował Paweł do Koryntian
lub – czego nie można wykluczyć –
stał się cenionym szpiclem na żołdzie Rzymian

Patrzcie i podziwiajcie zawrotną grę losu
o możliwości potencje o uśmiechy fortuny

A Nazareńczyk
został sam
bez alternatywy
ze stromą
ścieżką
krwi

 

Rozmyślenia Pana Cogito o odkupieniu

Nie powinien przysyłać syna

zbyt wielu widziało
przebite dłonie syna
jego zwykłą skórę

zapisane to było
aby nas pojednać
najgorszym pojednaniem

zbyt wiele nozdrzy
chłonęło z lubością
zapach jego strachu

nie wolno schodzić
nisko
bratać się krwią

nie powinien przysyłać syna
lepiej było królować
w barokowym pałacu z marmurowych chmur

na tronie przerażenia
z berłem śmierci

 

Cyprian Kamil Norwid

Krzyż i dziecko

– Ojcze mój! Twa łódź
Wprost na most płynie –
Maszt uderzy!…wróć…
Lub wszystko zginie.

Patrz! Jaki tam krzyż,
Krzyż niebezpieczny –
Maszt się niesie w zwyż,
Most mu poprzeczny –

– Synku! Trwogi zbądź:
To znak – zbawienia;
Płyńmy! Bądź co bądź –
Patrz, jak? Się zmienia…

Oto – wszerz i wzwyż
Wszystko – toż samo.

– Gdzie się podział krzyż?

– Stał się nam bramą.

 

Krzysztof Kamil Baczyński

Nim zamilkną dzwony

ten dzień, co niósł na sobie przez trumny i ruchy
złożenie w grobie ciałem, a wstawanie duchem

Jeszcze dzisiaj biją dzwony
płacz żałosny płacz strwożony
męka Pańska coraz bliżej
oczy Syna coraz wyżej
wypatrują Ojca.

Jeszcze dzisiaj dzwony płaczą
z żalem gorzkim i rozpaczą
wkrótce siądą do wieczerzy
jeden nie zmówi pacierzy
tylko zdradzi.

Jeszcze dzisiaj mówią dzwony
jak zostanie upodlony
Bóg w ciele człowieka
jaka kaźń i śmierć Go czeka
nim duchem powstanie.

Jutro zamilkną już dzwony
świat zostanie pogrążony
w głuchej ciszy i żałobie
staną warty przy grobie
i wnet zasną.

Znów obudzą ich dzwony
śpiew radosny śpiew natchniony
odkupieniem win śmiertelnych
zatrzaśnięciem wrót piekielnych
powrotem do Ojca.

Nim zamilkną
coraz ciszej biją dzwony
coraz słabiej biją
ludzkie serca.

 

Wielkanoc

Sklepienie – chwila – a niebo rozsadzi,
jest jak pierś w górach coraz szersza, niosąc
strumień biały, rzucony jak ogień z powały,
który jest słońca promieniem i głosem,
a w nim gołębie krążą znacząc ślady lotu
i jak pył w świetle cichym zmieniają się w złoto.

Takich świątyń gotyku jest w powietrzu wtedy
jak lśniących bąków, które krążą z bliska,
unoszących spalone wiekami szkielety
i spokojnych, wyniosłych jak nieba kołyska
na ziemi, gdzie pielgrzymem jest na placach ludnych
każde drzewo, a świętym każdy człowiek smutny.

Ten czas jak w chwilę grozy przemieni się? Znacząc
coś ponad ludzkie zgliszcza i twarze, co w głodzie
mają pozór stłuczonych kryształów i płaczą,
i jeszcze płaszcz gwardyjski z fantazją uniosą,
i jeszcze łzy kryształem, a krew nazwą rosą,
i jeszcze wznios ą ramię i nazwą kościoły,
choć im się zdają jakby z róż na poły
z krzyżami budowane. O ty kraju! w tobie
ja znam za wiele oczu, które się dopalą,
nim w nich ogień poznają, gdy proch stoczy w grobie,
i zbyt wiele znam świątyń, które się rozwalą,
nim im świętość przydadzą jak koronę królom.
O ty kraju! ja jestem bólem twoim bólem
i krwią krwi twojej białej – pszenicy łanowej,
i krwi twej purpurowej, co jest w twojej mowie.
Więc znów ten czas powraca, a co z nim co? gdy ziemia
huczy w nim na kształt miecza i na kształt płomienia
jak z michałowych mieczów liść spadły jak z drzewa,
który na ziemię lecąc – pali, nie ogrzewa,
i wygania raz drugi, jak wtedy, z bram raju.
Tak nam przemienia ziemię i serca w tym kraju,
w którym wszystko zmienione na popiół – wytrzyma
i będzie jak czuwanie skutego olbrzyma,
i będzie, gdy zawoła czas i znów dorosną
nowe w czerwień jak zieleń drzewo każde wiosną.
Więc zawirują kształty najczystszych przeznaczeń,
które staną się światłem, chociaż są rozpaczą,
które wzniosą się z trwogi, bo w trwodze się staną
jedną z tych pięciu – odkupienia raną,
jedną z tych pięciu – co głowami płaczą,
jedną z tych pięciu – tą w serce zadaną.

I kto jest człowiek tylko i cierpiał w tej ziemi,
będzie skuty z jej śmiercią i jej przebudzeniem,
i choćby w niej umierał jak nędzarz – to zbudzi
po cierpieniu, w powstaniu powstawanie ludzi
i sam jak człowiek wzejdzie, i sam krew przebaczy,
bo wie, co znaczy skonać i cierpieć co znaczy.
I niech się święci w świetle wirowanie pyłu,
i niech się święci ten dzień, co jest miłość,
ten dzień, co niósł na sobie przez trumny i ruchy
złożenie w grobie ciałem, a wstawanie duchem.
marzec 1942

 

Chrystus

Przejść długim płaczem zapomnianych ścieżek
przez puste, krwawe wydmy słów i szorstkich spotkań
spłynąć wykwitem płatków zmiodnialych na wiosnę
jak cisza biała, gęsta, miękką wonią słodka.
Przejść… gromnicami drzew odprawić święta,
krzyżami wonnych dni zasadzić puste drogi,
O łukach nieba, brudnych przechodniach pamiętać,
być przyjacielem smutnych i najcichszym bogiem.
I siać niepokój sumień w oczy – brudne szyby
na pośmiewisko i na kłamstwa wieków.
Przez drogi cierpkie, dalekie i gorzkie
po coś tu do nas przyszedł, boże czy człowieku?
I w końcu
kłamstwem rozcięli przymknięte powieki,
pękł kobalt nieba szorstkim poszumem błyskawic,
niebo spłynęło szybkim w horyzont odbiegłem
kroplami sinymi mleka ciszę zadławić.
Zastygła wolno krew na zwiędłych kartach księgi,
przechodzą bose nogi w pyle, jak co dzień
i kiedy konasz co dnia na krzyżach przydrożnych,
minę cię nieobaczny, zmęczony przechodzień.

 

 

Leopold Staff

Męka

Pusto… Czemu nie przyszedł, kto strudzon i pragnie?
Ułomków z pięciu chlebów już sprzątnięte kosze…
Tknięty bezwładem odszedł… wziął na bary nosze…
Czy dziś Pascha?… Oddalcie to płaczące jagnię…

Pożywajcie… To moja krew, a to moje ciało…
O, nie móc, znużonemu, umrzeć w ciszy!… Prochu
Bezsilny!… O, konanie wśród wrzasków motłochu!…
Kur zapiał… Jak głos rani… Gdzie Piotr?… Czasu mało…

Przebaczam winy łotrom i wszetecznej dziewce…
Patrz! Zbiry lśniące ostrza wtykają na drzewce…
Więc już?… Jam gotów… Wiedźcie mnie: Pobladłeś, Janie?

Matko… Otrzyj mi czoło… Ściszcie zgrai krzyki…
Uczniu mój… rozsypujesz w ucieczce srebrniki…
Trzeba… A moc wytrwania słabnie… Ojcze…, Panie…

 

Tajemnica chleba i wina

I

Stałem na polnej drodze koło Męki Bożej:
Jedna ręka odbita od nagiego ciała,
Nad tłumem, co się w lęku u stóp krzyża korzy,
Groźnie na rdzawym gwoździu w powietrzu się chwiała.

I pieśń, która rzuciwszy na świat klątwę, trwoży
Bezlitosnymi sądy i zemstą tchnie cała,
Płynęła z beznadziejną krwią zachodniej zorzy,
Z której, jak z krwawej chusty, śmierć patrzyła biało.

O, nie takim Cię, Mistrzu, kocham i czczę Ciebie,
Coś nie niższy miłością niż słońce na niebie:
Świeci, wszystkim, nikogo gniewnie nie przeklina.

Pszeniczne, złote łany i słodkie winnice
Piękniej mi objawiają Twoje tajemnice
W darach życia, w postaci Twej chleba i wina.

II

Nie! Nie do sprawiedliwych, co na śmierć cię żeną,
Lecz do cię przebaczenia Mistrz przyszedł, o, łotrze,
Któremu usta Jego, konając, najsłodsze
Słowo rzekły miłości, spłaconej krwi ceną.

Nie do bogatych pychą zimnej cnoty, jeno
Do ciebie, nierządnico, której nikt nie otrze
Dziś łez, jak włosy twoje, od pajęczyn wiotsze,
Otarły Jego blade stopy, Magdaleno.

Pogardzonych ukochał ten święty wyrzutek,
Co nie znał złych ni winnych, jeno serca smutek
I łzy, którymi każda zakwita godzina.

I marzył wśród Wieczerzy Ostatniej Rozpaczy,
By, nie mogąc łez zleczyć, choćby ten prostaczy,
Najprostszy pozostawić dar chleba i wina.

III

W domu pogardzonegoś wieczerzał celnika,
Od nieczystej niewiasty wodę piłeś z dzbanka,
Nierządnicyś odpuścił grzechy i kochanka,
A łotrwiś dał słowo, które raj odmyka.

Łotr, nierządnica, celnik i Samarytanka
To najcudniejsze róże Twojego kwietnika,
Grona winnicy, kędyś zrównał robotnika
Ostatniego z tym, który pracował od ranka.

O, bo Ty wiesz, że głębsza niż wina i cnota
Jest tajnia duszy ludzkiej i serca tęsknota,
Ku której z dalaś przyszedł jak dobra nowina.

I że serc prawdę, miłość, tylko miłość rodzi,
Jak słońce z ziemi prochu i próchna wywodzi
Najcudniejszy, radosny dar chleba i wina.
1901

 

***

Jak Ciebie, Panie mój, gwoździe do krzyża,
Tak mnie do Ciebie miłość ma przybiła
I nie oderwie mnie już żadna siła
Od Twojej mocy, co – słaba! – omdlewa.

Jakaż mi strona: czy prawa, czy lewa
U boku Twego? Nie wiem, byle miła
Dusza ma Tobie, Męczenniku była,
Co jeno łaski Twojej się spodziewa.

Nie wzniosłem, jako ów z Arymatei
Człowiek, ciężkiego krzyża na Twej drodze,
By Twe podzięki odebrać najsłodsze.

Ale nie tracę, o, Panie, nadziei
I grzeszne serce me nie żyje w trwodze,
Boś z lewej strony dojrzał serce w łotrze.

 

Julian Tuwim

Chrystusie…

Jeszcze się kiedyś rozsmucę,
Jeszcze do Ciebie powrócę,
Chrystusie…

Jeszcze tak strasznie zapłaczę,
Że przez łzy Ciebie zobaczę,
Chrystusie…

I taką wielką żałobą,
Będę sie żalił przed tobą,
Chrystusie…

Że duch mój przed Tobą klęknie
I wtedy serce mi pęknie,
Chrystusie…

 

Jan Lechoń

Spowiedź wielkanocna

Czyż nie cud to, czyś jeszcze nie zdał sobie sprawy.
Że to Bóg ciebie wybrał, że On cię ocalił.
Żeś jak tylu nie zginał na murach Warszawy,
Nie rozszarpał cię granat i mur nie przywalił?

Żeś później nie utonął we krwi polskiej rzece,
Żeś nie szedł przez Europę o zebranym chlebie
ł że cię ominęły Oświęcimia piece.
Choć tylu w nich zginęło? I lepszych od ciebie.

Żeś własnymi rękami dzieci swych nie chował,
Że ciała ci moskiewskie nie szarpały kleszcze?
Jak to? I za to wszystko Bogu-ś nie dziękował?
Jakże musisz weń wierzyć, że Go prosisz jeszcze!

 

Wielkanoc

Droga, wierzba sadzona wśród zielonej łąki,
Na której pierwsze jaskry żółcieją i mlecze.
Pośród wierzb po kamieniach wąska struga ciecze,
A pod niebem wysoko śpiewają skowronki.

Wśród tej łąki wilgotnej od porannej rosy,
Droga, którą co święto szli ludzie ze śpiewką,
Idzie sobie Pan Jezus, wpółnagi i bosy
Z wielkanocną w przebitej dłoni chorągiewką.

Naprzeciw idzie chłopka. Ma kosy złociste,
Łowicka jej spódniczka i piękna zapaska.
Poznała Zbawiciela z świętego obrazka,
Upadła na kolana i krzyknęła: „Chryste!”.

Bije głową o ziemię z serdeczną rozpaczą,
A Chrystus się pochylił nad klęczącym ciałem
I rzeknie: „Powiedz ludziom, niech więcej nie płaczą,
Dwa dni leżałem w grobie. I dziś zmartwychwstałem.

 

Bolesław Leśmian

W czas zmartwychwstania

W czas zmartwychwstania Boża moc
Trafi na opór nagłych zdarzeń.
Nie wszystko stanie się w tę noc
Według niebieskich wyobrażeń.

Są takie gardła, których zew
Umilkł w mogile – bezpowrotnie.
Jest taka krew – przelana krew.
Której nie przelał nikt – dwukrotnie.

Jest takie próchno, co już dość
Zaznało zgrozy w swym konaniu!
Jest taka dumna w ziemi kość,
Co się sprzeciwi – zmartwychwstaniu!

I cóż, że surma w niebie gra.
By nowym bytem – świat odurzyć?
Nie każdy śmiech się zbudzić da!
Nie każda łza się da powtórzyć!

 

Jan Kasprowicz

Przeprosiny Boga

Żyli dwaj staruszkowie
W ogromnej zażyłości
Z staruszkiem Panem Bogiem
Prostym jak oni prości.

Chodzili z Nim na „jednego”
Do Pietra czy do Jakuba,
Nigdy się nie zachwiała
Przyjazna z Nim rachuba.

Przyjaźń to była szczera,
przyjaźń to nie na żarty:
Gwarzyli z sobą jak mogli,
Grywali z sobą w karty.

Aż tu jednego razu
Oblazła ich wielka trwoga:
Wmówił w nich jakiś ceper,
Że obrazili Boga.

Że go pospolitują,
Że miejsce jego jest w tumie,
Nie w zwykłej chłopskiej chałupie,
Nie w zwykłym chłopskim rozumie.

I widać wszelką miał słuszność
Mądrala edukowany,
Bo nagle im się wydało,
Że Bóg opuścił ich ściany.

I odtąd mieli ci starcy
Żywot już całkiem zatruty,
I chęć ich wzięła ogromna
Jakiejś ogromnej pokuty.

„Ja się ukorzę w ten sposób,
Że pójdę, na początek,
Myć nogi dwunastu dziadom
We Wielki Czwartek czy Piątek”.

„A ja – oświadczył drugi –
W ten sposób grzech swój okupię,
Że będę jak święty Szymon
Lat siedem stał na słupie”.

Tak idąc, tak się kajając,
Tak chłoszcząc swe niecne wady
Wcale się nie spostrzegli,
Że ktoś – ciap! ciap! – w ich ślady.

Usiedli na burcie rowu,
Straszliwie utrudzeni,
A obok nich usiadł ktoś trzeci
W jaworu chłodnej cieni.

„Cóż to się z wami dzieje?”
Zapyta wędrowiec nieznany.
„Szukamy Pana Boga,
Opuścił nasze ściany”.

„Ja sobie rachuję – rzekł jeden –
Że przecież Go odnajdziemy,
Choć rzucił naszą chałupę
Nic nie mówięcy, niemy”.

„Zaś moja kalkulacja –
Tak drugi się wątpić ośmieli –
Że chyba nie ma go wcale,
Nie znajdzie się do niedzieli”.

Poklepał ich po ramieniu
I tak im od razu powie:
„Po co się włóczyć po świecie,
Wracajmy, staruszkowie!

Zajrzymy sobie po drodze
Do Pietra lub pana Jakuba,
A potem zagramy w karty,
To będzie najlepsza rachuba”.

„Dyć to nasz Pan Bóg, o, raty!
O, przepraszamy Cię mile
Za głupią myśl naszą, że mógłbyś
Rzucić nas choćby na chwilę”.

 

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

Zmartwychwstały

Spokojność senna i milczenie
w srebrnej melodii księżycowej
na nieskończone szły przestrzenie,
ciche na wzgórzach snując cienie
i zatapiając się w parowy.

Wysoko kędyś po gór zboczy
księżyc złociste słał mgławice
płynąc w otęczy mgieł przezroczej
i po odległej mórz roztoczy
wiódł tęskne, lśniące swe źrenice.

Świat w nocnym chylił się omdleniu
w zadumy sennej głuche tonie
i tylko kwiaty w zwiewnym tchnieniu
błyszczącym w nieba zamyśleniu
dalekim gwiazdom słały wonie.

I była cisza i pustkowie
dokoła grobu w ścianie skalnej;
posnęli twardym snem stróżowie,
wziąwszy swe tarcze za wezgłowie,
z grot dzirytów błyszczał stalny.

Wtem wieko z głazu wstecz opadło
i na księżyca światło białe
z twarzą śmiertelnie wyszedł zbladłą
Chrystus owity w prześcieradło
i o grobową wsparł się skałę.

I jakby odchodziły owe
moce, co Go zbudziły w grobie,
pochylił z wolna na pierś głowę
i siadł na wieko grobowcowe,
czoło swe kryjąc w dłonie obie.

Na jego barki i na włosy
padała jasność złotą smugą
i kilka kropel świetlnej rosy
rzucały nań naskalne wrzosy…
siedział i patrzał w pustkę długo.

Na ciemnym niebie gwiazdy zbladły
a skraj się wschodu już zabiela,
On jeszcze siedział w sen zapadły
i na zroszoną ziemię padły
dwie gorzkie łzy Odkupiciela.

 

Maria Konopnicka

Dzielenie się święconym jajkiem

Zadzwoniły już dzwony,
dzień nastał wesoły.
Pod święconym pieczywem
uginają się stoły.

Leży jajko święcone
malowane farbami –
kto też dzisiaj tym jajkiem
będzie dzielił się z nami?

A więc ojciec i matka –
oni pierwsi najpewniej,
potem bracia i siostry,
i sąsiedzi i krewni,

Potem – nie wiem kto dalej,
a odgadnąć to sztuka
może jakiś gość z drogi
do drzwi chaty zapuka.

Może dziadziuś zgrzybiały,
co się modli w kościele?
To się także tym jajkiem
z biednym dziadkiem podzielę.

 

Stanisław Grochowiak

Pieśń wielkanocna

W górze stały chmury
W dole lasy czarne
Kiedy szły do grobu
Trzy posępne Marie

A gdy Marie przyszły
Anioł im powiedział
Chrystus Pan zmartwychwstał
Białą chmurą wzleciał

A dokąd Aniele?
Ja nie wiem o Mario
Wzlatując pogasił
Strażnikom latarnie

I poszedł i zginął
Więc chodzi wśród ludzi
A może się schował
Na dnie pustej studni

A może u wilków
A może u saren
Może w gołębniku
W miasteczku Nazaret

Więc poszły trzy Marie
Śpiewały pokornie
Chodziły szukały
Pana nie znalazły

Chrystus Pan szedł drogą
Nie bał się nikogo
Napotkał Piłata
Zaśmiał się wesoło

Napotkał Annasza
Napotkał Kajfasza
Wielkich Panów ziemi
Śmiechem swym przestrasza

Chodziły trzy Marie
Śpiewały pokornie
Chodziły szukały
Pana nie znalazły

Bo on raz za świerkiem
A raz w lisiej dziupli
A raz z chmurki zerknie
A raz znów ze studni

Pomóżcie nam ludzie
Pana Boga szukać
Wiązkę przebiśniegów
Wdzięcznym sercem mu dać!

Niech choć cieniem błyśnie
Niech zaśpiewa pięknie
Albo niech przyleci
Zgłodniałym wróbelkiem
1957

 

Święty Szymon Słupnik 

Powołał go Pan
Na słup
Na słupie miał dom
I grób

A ludzie chłopaka na szafot przywiedli,
Unieśli mu głowę w muskularnej pętli.
Powołał go Pan na stryk.

Powołał go Pan,
By trwał.
By śpiewał mu pieśń
I piał.

A ludzie dziewczynę wśród przekleństw gwałcili
I włosy jej ścieli, i ręce spalili.
Powołał ją Pan
Na gnój.

Powołał go Pan
Na słup
Na słupie miał dom
I grób.

A ludzie mych wierszy słuchając powstają
I wilki wychodzą żerująca zgrają…
Powołał mnie Pan
Na bunt.

 

ks. Jan Twardowski

Wielkanocny pacierz

Nie umiem być srebrnym aniołem –
Ni gorejącym krzakiem –
Tyle Zmartwychwstań już przeszło-
A serce mam byle jakie.

Tyle procesji z dzwonami –
Tyle już alleluja –
A moja świętość dziurawa
Na ćwiartce włoska się buja.

Wiatr gra mi na kościach mych psalmy –
Jak na koślawej fujarce –
Żeby choć papież spojrzał
Na mnie – przez białe swe palce.

Żeby choć Matka Boska
Przez chmur zabite wciąż deski –
Uśmiech mi Swój zesłała
Jak ptaszka we mgle niebieskiej.

I wiem, gdy łzę swoją trzymam
Jak złoty kamyk z procy –
Zrozumie mnie mały Baranek
Z najcichszej Wielkiej Nocy.

Pyszczek położy na ręku –
Sumienia wywróci podszewkę –
Serca mojego ocali

 

Baranku Wielkanocny 

Baranku Wielkanocny coś wybiegł z rozpaczy
z paskudnego kąta
z tego co po ludzku się nie udało
prawda, że trzeba stać się bezradnym
by nie logiczne się stało

Baranku Wielkanocny coś wybiegł czysty
z popiołu
prawda, że trzeba dostać pałą
by wierzyć znowu

 

jakże

jakże się teraz nie bać –
nie trwożyć –
z tylu ranami naraz
na krzyż Cię złożyć –
Matka Boska się śniła
płakała
jak we mszy świętej
krew Twą oddzielić od ciała
z powrotem piątek
słońce umiera
nie widać
Jeśli Jest miłość przestań się martwić
i śmierć się przyda

 

Nie zląkł się

Tylko święty Jan umarł w domu na posłaniu
z poduszką pod głową owinięty w śpiwór
jeden nie zląkł się krzyża, jeden stał pod krzyżem
pozostali ze strachu w Wielki Piątek zbiegli

kto ucieka od Krzyża – krzyż większy dostanie

 

****

Zwyczajny
Nie od święta
właśnie na co dzień
taki co przychodzi w czwartek po środzie
nie martwi się że kiepska pogoda
spokojny że nic się nie stało
bo mleko wykipiało
nie myśli z lękiem
że małe zawsze za wielkie
tłumaczy że ktoś zmęczony
bo serce ma z każdej strony
wie że ktoś zgrzeszył po drodze
a łza mu kapie po brodzie
w kuchni
w przedpokoju
w ogrodzie
mój Bóg zwyczajny na co dzień

 

Konstanty Ildefons Gałczyński

Pieśń paschalna

Nie Kalwaria, nie Golgota,
ale chmura szczerozłota
i wiatr skory;

nie noc i cierń, ale słońce
i blaski się wplatające
w kędziory.

Na tej szczerozłotej chmurze
fruniesz – zwycięski – ku górze,
„Sprawca zachwytów”;

lśni marszczona wiatrem szata,
a z szaty na Polskę spada
woń hiacyntów.

Za te cuda oczywiste
jakże ja Cię uczczę, Chryste?
Wierszem chyba.

Lecz patrząc na Twoją chwałę,
stanąłem i oniemiałem,
jak ryba.

Bo trudno ziemskim inkaustem
sprawy opisać przepastne:
wiatr i złoto –

chyba tylko oczy zadrzeć,
zasłuchać się i zapatrzeć
w szum odlotu.

Spójrzcie: nad Wieżą Mariacką!
Spójrzcie: już mały jak cacko
leci.

Wirują złociste koła.
Zieleń gra. Purpura woła.
RESURREXIT.
1948

 

Wielkanoc mojej córki

Dzwony i hiacynty,
pisanek wzór święty,
cały świat w blaskach i szumie;

przyleciały ptaki,
udały się babki –
ależ cóż z tego ona rozumie?

Kira, moja mała córeczka,
Kira, moja smagła córeczka.

Dzwony za daleko,
hiacynty za wysoko,
babki jeszcze jej nie wolno jadać;

o ptaku na drzewie,
o ziemi, o niebie
mogę tylko jej, jak umiem, opowiadać…

Kira, moja mała córeczka,
Kira, moja smagła córeczka.

Brzdąc o niczym nie wie,
„Njam – njam” mówi ledwie
i na nóżkach paluszki liczy.

Toć niecały roczek!
Wózek, soczek, smoczek
to jej świat jest złoty, tajemniczy.

Kira, moja mała córeczka,
Kira, moja smagła córeczka.

Dzwony biją stare:
„Mateusz” i „Marek”,
dzwony strojne, strojniejsze niż lira;

w kadzidłach, w muzykach,
w szkłach, w modlitewnikach
światło dźwięczy, a w domu śpi Kira.

Kira, moja mała córeczka,
Kira, moja smagła córeczka.

Boże zmartwychwstały,
udziel nam swej chwały,
wszystkim święto daj w hiacyntach, w dzwonach,

żeby wszystkie dzieci
na tym groźnym świecie
mogły w rączki klaskać tak jak ona –

Kira, moja mała córeczka,
Kira, moja smagła córeczka

 

Wielkanoc Jana Sebastiana Bacha

Rodzina wyjechała do Hagen. Sam zostałem w tym ogromnym domu.Po galeriach krokami dudnię.
Bardzo śmieszą mnie te złocenia i te pelikany rzeźbione jak od niechcenia, i te chmury mknące na południe.

Ja bardzo lubię chmury.I światła pochmurne.
Jak fortece. Jak moje fugi poczwórne.

Cóż to za rozkosz błądzić przez pokoje z Panią Muzyką we dwoje!
Jak las jesienny świece w lichtarzach czerwone.
A dzisiaj jest Wielkanoc. Dzwon rozmawia z dzwonem.
O, wesołe jest serce moje!

W starych szufladach są stare listy,a w książkach zasuszone kwiaty;
jak to miło plądrować wśród starych papierów…
O, świąteczne godziny pełne złotych szmerów! o, natchnienia jak kolumny złote! o, kantaty!

Ubrany w zielony aksamit brodzę, błądzę tymi pokojami i po galeriach i schodach;
o, jeszcze tyle do wieczora godzin, żeby mruczeć, żeby nucić, żeby chodzić,
żeby płynąć jak zaczarowana woda!

Ciemne jak noc portrety witają mnie w salach, jeszcze bardziej ciemniejąc, kiedy się oddalam.
To śmieszne,że niektórzy nazwali mnie mistrzem, mówią,że w mych kantatach zamknąłem niebiosa.
Szkoda, że tu nie wszyscy znacie mego kosa,
ach jak ten kos śpiewa, jakże ten ptak gwiżdże, jemu wiele zawdzięczam. No i wielkim chmurom.
I wielkim rzekom.I piersiom twoim, Naturo.

Spójrzcie na te niebieskie hiacynty, na te krzesła z czarnego drzewa,
na te wszystkie złocone sprzęty, na tę klatkę z papugami, która śpiewa,
na te obłoki jak srebrne okręty, które wiatr południowy podwiewa.
Tak. Spójrzcie. To moje mieszkanie. Też wspomnienie po Janie Sebastianie.

Mówią, że jestem stary. Jak rzeka. Że czas coraz bardziej z rąk mi ucieka.
To prawda, że mi wiele godzin przepadło. Ale to nic. Do diabła!
Ja gram na mocnych strunach i są jeszcze kantaty moje, do pioruna!
Nie czas mnie, ale ja go wziąłem na kowadło.

Zaraz przyjdzie rodzina i zacznie się uczta. Córy moje, nim siądą, przejrzą się do lustra.
I chmara gości ściągnie. I nastąpi taniec. Podjedzą sobie setnie i podpiją dobrze.
I pasterz z gobelinu też huknie na kobzie. A potem wieczór przyjdzie.
I zniknę w altanie.

Bo lepsza od mych skrzypiec, gdym grywał w Weimarze,
niźli perły , o których dla mej żony marzę,
niż sonaty mych synów, niż wszystkie marzenia –
taka chwila wielkiego , wielkiego wytchnienia,
właśnie teraz, gdy widzę przez altany szparę
rzecz niezwykłą, zawrotną, szaloną nadmiarem:
WIOSENNE,GWIAŹDZISTE NIEBO.

 

Dzieci na Wielkanoc

Dzieci na Wielkanoc są inne niż zazwyczaj,
W dzieciach na Wielkanoc jest moc tajemnicza,
Dzieci na Wielkanoc
Wstają bardzo rano
I pytają: – Dlaczego dzwony tak głośno krzyczą?

Dzieci na Wielkanoc mają czerwone usta,
Czerwonymi ustami plotą różne głupstwa:
Czy strażak śpi na wieży,
Czy słońce to jest księżyc
I dlaczego hiacynty zaglądają w lustra.

Ty dzieciom na Wielkanoc odpuść wszystkie winy:
Że rozlały atrament, że zbiły słoiki –
Gdy tak smacznie śpią nocą,
Nie dziw, że we dnie psocą,
Że wciąż w ruchu są, jak małe listeczki brzeziny.

Ty także byłeś mały. To historia dawna,
Powiadasz. Ja rozumiem – dzisiaj nosisz krawat,
Parasol i notesik,
Ale gdyś jest wśród dzieci,
Czy nie jesteś znów dzieckiem, powiedz, czy nieprawda?

Widzisz, ten świat jest wciąż niedoskonały:
Jednym ciągle zbyt groźny, innym wciąż zbyt mały –
Ale wiedz: ciemne drogi,
Troski, trudy i trwogi –
Że dzieci, zawsze dzieci w nim opromieniały.

I jeszcze jedno cierpkie słówko jegomości
Podrzucę na odchodnym, z sympatii, z miłości:
Że gdy dzieciom, mój panie,
Zechcesz kropnąć kazanie,
Zaczynaj od kazania do własnych słabości.

 

Wielkanoc Gastropaty

Jajek nie można,
szynki nie można,
takoż nie można
szaszłyka z rożna.

Indyk – katafalk,
kura – agonia,
piwo – gaffa,
morderstwo – koniak.

Mięso cięlęce
ani pół deka,
chrzanik – noc w męce,
chyba do lekarstw.

Sosy – satyra,
kabul – testament,
zupy – cholera,
zamęt i lament.

Kawa – dyspepsja,
wizje niedobre,
rum – epilepsja,
cygaro – obłęd.

Ani fistaszków,
ani pistacji,
wszystko prowadzi
do prostracji.

Torciki – zgaga,
mazurki – zgaga,
mazurek szkodzi,
tort nie pomaga.
Pytam lekarza: – Co?

A na to lekarz: – Gdybyś był bladszy,
niech pan spokojnie w niebo popatrzy.

 

Wielkanocna spowiedź Kiciusia

Biedny Kiciuś z POS-em w klapie od miasta do miasta się pętał
aż tu nagle podeszły Wielkanocne Święta,
więc biedny Kiciuś, że był pobożny, jako co roku
poszedł się spowiadać do Bezpartyjnego Bloku,
a tam stał konfesjonał i dla grzeszników z pięć ławek,
a w konfesjonale siedział ze strasznym okiem ojciec Sławek.
Biedny Kiciuś w te słowa: – Ojcze polityczny,
przyszedłem tutaj na spowiedź z moich grzechów rozlicznych
Portretu Becka nie ma w mym domu, o Gdyni raz miałem myśli nieskromne
i z pewną posłanką z opozycji zgrzeszyłem, ile razy, nie pomnę
Tudzież muszę się przyznać, że mój wujek nie należy do „Strzelca”
a ciocia Liza dostała róży w kolanie akurat kiedy witali Goebbelsa
Denerwują mnie poza tym różne paniusie SPOK
i to, że w naszym mieście ciągle orkiestra gra,
a ja spać nie mogę i nieraz mam łzy czerwone,
gdy na mglistą Polskę patrzę mym okiem zamglonem.
Również pytam, czemu „Polskie Radio” nie wprowadza telewizji, pytam tak w ogóle
bo np. każdej chwili chciałbym widzieć, co robi nasz konsul w Stambule
Co do Ubezpieczeń Socjalnych, też mam zastrzeżenia lekkie
i na koniec nie rozumiem, jak to jest z tym „Szarym Człowiekien”
Atoli mimo wszystko kocham Polskę niegorzej niż S. Wyspiański,
cóż, kiedy forsy nie mam nawet na pół czarnej w „Ziemiańskiej”,
więc rozgrzesz ojcze, i daj mi posadę choćby lichego referenciny,
iżbym na Wielkanoc miał ze trzy jajka i 20 deka cielęciny.
– A Idea? – krzyknie Sławek – Nie ma posad dla hipokryty!
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Biedny Kiciuś zbladł, zadrżał i odszedł jak zmyty.
1935

 

Halina Poświatowska

Wielkopostna legenda

dwa tysiące lat temu
urodziła panna w Galilei
niemowlę

dziecko było bezbrzeżnie nagie
a ona nie miała nic
oprócz miłości

i tak rosło
ogrzewane oddechem
aż dorosło
do nienawiści

i przybili go do drzewa ludzie
a ona patrzyła

potem – mówią – że wstąpiła w niebo
ale równie dobrze mogła wstąpić w ból
tak był głęboki

 

Marian Ośniałowski

Zmartwychwstanie

„Tu go nie ma, tu go nie, tylko jego odzienie.”

(staropolski Anonim)

Trzy Maryje do grobu szły.
Jak bursztynowe mgły.

Śniegu było mało, ziemia się czerniła.
Nad rudą czeluścią grobu Marie się schyliły.

Nisko się schyliły,
śpiewnie się dziwiły:

„Tu go nie ma, tu go nie,
tylko jego odzienie”.

Maria Jakubowa
i Kleofasowa.
Maryja z Magdali.

Zmartwychwstaniem purpurowo
horyzont się palił.

Jak obłoki bursztynowe trzy,
Święte Marie ku zorzom szły.

 

Jadwiga Zgliszewska

***
Donośne bicie dzwonów
wzywa na rezurekcję

pójdźmy więc tam czym prędzej
na uroczystą procesję
i na dziękczynienie
ze zmartwychwstania Chrystusa

niech radują się dusze –
Alleluja!

a potem
w domach
dzieląc się jajkiem święconym
oddajmy sobie serca

wtedy
na obrusy lśniące bielą
sfruną anioły z niebios
nadstawią uszy baranki
pokraśnieją pisanki
zaszumi owies zielony
uśmiechną się bazie w wazonie
a wielkanocne stroiki
zapłoną gorącym podziwem
dla cudu tego
że Jezus Chrystus
zmartwychwstał
dla każdego

 

Zmartwychwstanie

… rozkołysało oziminę
i triumfalne sztandary

rozzłociło kaczeńce
jak koronę zwycięstwa

rozdzwoniło skowronki
i serca na rezurekcję

rozbłękitniło niebo
nad głowami niedowiarków

otwierając szeroko Bramę Zbawienia
przez cud Wielkiej Nocy

 

Roman Brandstaetter

Wyznanie Szymona z Cyreny

Nie z własnej woli dźwigałem Twój krzyż,
Panie.

Kazali.

Wracałem z pola do domu
Po ciężkiej pracy
I byłem zmęczony.

Gdy szedłem u podnóża Golgoty,
I Ciebie,
Padającego pod ciężarem krzyża.
Chciałem Cię ominąć
– Nie lubię takiego widowiska –
Ale centurion chwycił mnie za ramię
I krzyknął:
„Ponieś ten krzyż!”

Cóż miałem robić?

Musiałem.

Kazali.

 

Apostrofa do świętej Weroniki

Weroniko, która nigdy nie istniałaś,
Ale powinnaś istnieć,
Weroniko, ocierająca chustą
Skrwawione czoło Pana,
Patronko wszystkiego,
Co nie było,
Ale co powinno być,
Co się nie stało,
Ale co powinno się stać,
Ucieleśnij się w naszych dziejach,
Służebna niewiasto,
Miłosierna wyobraźni ludzka,
Ocierająca chustą
Czoło samotnego Boga

 

Hymn o Całunie Turyńskim

Jak zgłębić tajemnicę tego Całunu,
Tajemnicę ciosu
Zadanego kijem
Przez policzki
Na odlew,
Tajemnicę złamanego nosa,
Tajemnicę krwi stężałej w kątach warg,
Włosów wyrwanych z brody,
Rozciętej brwi,
Przebitych rąk i nóg,
I boku,
Jak zgłębić ten dramat utrwalony na płótnie,
Na tkaninie
Zwiniętej i porzuconej w pośpiechu
Na ziemi…

Czyje ręce Ciebie utkały,
Na jakich krosnach Ciebie utkały,
Na jakim targu Ciebie sprzedano,
I jaki kupiec Cię sprzedał,
I ile denarów zażądał za Ciebie,
Tkanino wieczności,
Pośmiertna szato Boga?

 

Ukrzyżowanie

A On śpiewał:

„O, córki jerozolimskie, córki świątyni,
Która stała się domem bankowym i ołtarzem kłamstwa
Nie płaczcie nade mną,
Śniade niewiasty jerozolimskie,
Ale płaczcie nad sobą i nad waszymi synami.
Przyjdzie dzień, gdy będziecie błogosławić
Wszelką niepłodność
I chwalić pustkę waszego owocu,
I posuchę waszych piersi.
I będziecie modlić się do gór i do pagórków
O łaskę śmierci pod pękającymi skałami.
Skoro cierpi figowiec zielony,
Figowiec kwitnący,
Jak bardzo cierpieć będzie figowiec uschnięty,
Figowiec żałości?”

 

Stabat Mater

O Matko Boga, o Matko stojąca
Może w tym miejscu, gdzie ja teraz stoję,
Wpatrzona w żółte ciało swego Syna,
W owoc żywota i świętą gromnicę
Na krzyż przybitą. Z wolna wosk topnieje
I coraz mniejszy staje się płomyczek,
Pełga jak motyl i złożywszy skrzydła
Jak do modlitwy gaśnie wśród ciemności,
Które Bóg dobył jak szpadę z jaszczura
Z samego środka słonecznego dnia.

O, zakryj oczy i nie patrz na dramat,
Kowalu siedmiu mieczów, które Matka
W sercu poczuła, gdy Jej Syn, zdążając
Jak błyskawica po piorunochronie
Krzyża, wstąpił w sad oliwny
Raju i wszystkim ludziom udowodnił,
Że Bóg potrafi jak człowiek umierać.

 

Getsemani

Gdy smutna stała się Jego dusza aż do śmierci,
Odszedł na rzut kamieniem i padł na oblicze
Swoje jak na oblicze światła.

Apostołowie odgrodzili się od Niego
Ścianą snu.
O czym śnić mogą ludzie
W tłoczni krwi i potu? O czym?
Może liczyli we śnie
Chleby spadające na Galileę
I ryby wzlatujące do nieba?

Stojąc na rzut kamienia
Pomiędzy ludźmi i Bogiem,
Modlił się:
„Ojcze, boję się ludzkim strachem
I smucę się ludzkim smutkiem.
Błagają Cię o to moje spękane wargi,
Tę godzinę krzyża,
Ale nie według mojej,
Ale Twojej woli.
Błaga Cię o to moje zmęczone i słabe ciało,
Błagają Cię o to moje spękane wargi,
Błagają Cię o to moje spuchnięte nogi.
Ale chociaż Cię błagam,
Nie wysłuchaj modlitwy mojego ciała,
Nie wysłuchaj modlitwy moich ust,
Nie wysłuchaj modlitwy moich rąk,
Nie wysłuchaj modlitwy moich nóg,
Nie wysłuchaj modlitwy mojego krwawego potu.
Albowiem nie może być zaprzeczony płacz psalmów
I nie może być zaprzeczony język proroków,
I nie może być zaprzeczone istnienie człowieka,
Brata moich cierpień i zabójcy mojej krwi,
Dlatego niech nadejdzie godzina krzyża
I niech się stanie Twoja wola,
Albowiem ona jest moją wolą,
Boże,
Obleczony w moje drżące i spocone ciało”.

Tak modlił się,
A oni, chociaż słyszeli Jego słowa,
Nic nie rozumieli. Nie chcąc wrócić
Do rzeczywistości, leżeli bez ruchu
Na dnie snu
I udawali, że nawet nie słyszą
Szelestu anioła, który pełzał
Pomiędzy ich ciałami,
Jak ulicami wyludnionego miasta.

 

Takie było Twoje ukrzyżowanie, Boże

Takie było Twoje ukrzyżowanie, Boże,
Chociaż na pewno odbyło się ono inaczej,
Niż ja to opisałem niezdarnym piórem.
Jak trudno opisać Twoją śmierć, Boże. Jak trudno.
Nie jestem Adamem od Świętego Wiktora.
Ale to jeszcze nie wszystko. Jest między
Nami sprawa, którą muszę ujawnić,
Aby ujawnione zostały wszystkie przyczyny
Twojego męczeństwa. Brak wśród nich
Mojego grzechu. Grzechu nie popełnionego.
Chociaż nie byłem pięciopalcą dłonią sługi Annasza,
Chociaż nie narzuciłem na Twoje ramiona
Szkarłatnego płaszcza, a w ręce Twoje
Nie wetknąłem bambusowej trzciny,
Chociaż nie byłem wśród gawiedzi,
Która domagała się Twojej śmierci –
Ale moja nieobecność była tylko pozorna.
Urodziłem się dwa tysiące lat później.
Gdybym żył za Twoich czasów, w Jerozolimie,
Na pewno bym wołał:
„Krew Jego na nas i na syny nasze!”
I krzyczał:
„Zstąp z krzyża!”
A potem wróciłbym, Boże, do domu,
do domu mojej beznadziejności,
Dźwigając na ramionach Twoją wełnianą szatę,
Której jakość badałem palcami.
Ta możliwość grzechu męczy mnie i upokarza.
Albowiem dobrze znam siebie.
Nie odważyłbym się krzyczeć w Twojej obronie
Ani głośno sprzeciwiać się wyrokowi.
Jestem małym człowiekiem, po trochu tchórzem,
Po trochu egoistą, po trochu drwiącym łotrem,
Który woli żyć wśród cielców, przeżuwających pustynię,
Niż umrzeć za samotną prawdę.

Dlatego przebacz mi tę moją bolesną świadomość,
Dlatego przebacz mi tę gorzką możliwość,
Tę jeszcze jedną przyczynę Twojej śmierci,
Tę przyczynę, o której Ewangeliści zapomnieli,
Tę przyczynę, o której Ewangeliści nie piszą,
Tę przyczynę, o której Ewangeliści milczą.

Przebacz mi, Boże, grzech nie popełniony.

 

Leokadia Ogrodnik

Wielkanoc obozowa

Za jedno jajko pracowałam
przez cały dzień w polu
aż plecy nie umiały się wyprostować
a zmęczone dłonie
nie chciały otworzyć drzwi

Serce biło coraz szybciej
jakby oczekujące
spełnienia skrywanych marzeń

Jak podzielić
moją zapłatę za pracę
aby każdy dostał równy kawałek
białka i żółtka

Słońce patrzyło mi w oczy
przeglądało się w kroplach potu
kiedy chwiałam się nad swym cierpieniem

To słońce
przypomina ogromne jajko
jeszcze rozgrzane ciepłem ptaka

Przebyło całe niebo
by we mnie zasnąć zmęczone
Syberia

 

Ocaleni

Nadeszła Wielkanoc
zima nie ustępowała
nie było pączków na gałązce

Nie było kościoła
nie było dzwonów
tylko drzewa wzywałyna rezurekcję

Nie było święconego
nie było stołu
nie było komu bronić i osłaniać
przed chłodem deszczem obcością

Siedzieliśmy skurczeni
zmarznięci chorzy

Milczenie nie oznaczało ciszy

Nagle
zabrzmiał głos matki
radosny głęboki

– Chrystus zmartwychwstał
Alleluja Alleluja
Pan nas wybrał
i swoją mocą
zaprasza na śniadanie wspomnień

Modlitwa jest dla wszystkich

Nie rozumiałam rozmiłowania
tego nasycenia miłością
nienazwanego i wielkiego
pochodzącego od Boga

Jego Rany
każdy z nas widział inaczej
inaczej ich dotykał

Nasz cierpienie trwało
w boku Zbawiciela
niewinne lecz pokonane

Na obiad –
liść kapusty płynął
w szarej wodnistej zupie

W oknie
trzepotały promienie
słońce rozjaśniło barak

Nadeszło zmartwychwstanie
w nas samych

1940

 

Jan Wenzel

Wielki Piątek

ucz się umierania
póki czas
próba generalna
w Wielki Piątek
ucz się umierania
będzie jak znalazł
gdy przyjdzie pora

* * *

Pośród kolczastych drutów zawiści
Pośród ostrych cierni nieufności
Smagany zimnym biczem plotek
Szarpany wrogością brutalnie
W krzyżowym ogniu intryg
Wśród kłód rzucanych podstępnie
Rósł kwiat. To kwiat miłości.
Nie pozwólcie nikomu go zdeptać.

 

Leszek Wójcik

Wielki Piątek inaczej

Układasz między ciastami
kamienie drogi krzyżowej
rozbijasz pisanki cierniową koroną
wsuwasz ból biczowania
między różowe plastry szynki

Sztuczne satelity przesłoniły niebo
a Ty wciąż ze swoim krzyżem
z drewna zamiast z plastiku
z zakazami i nakazami
jak w kodeksie drogowym

Wielki Piątek jest zupełnie niepotrzebny
staroświecki jak zbroja w muzeum
niemodny jak zeszłoroczna sukienka
nie mogłeś zmartwychwstać bez męki?
przegłosowalibyśmy w referendum
zniesienie tajemnic bolesnych w różańcu
i tolerancję dla moralnych inaczej

Natrętnie wciskasz ubóstwo i cierpienie
jakbyś zapomniał o Wielkim Piątku
przed pałacem Piłata
demokratycznie wybrano Barabasza

 

Zofia Szydzik

Włóczęga na wieczerzy

wielkiego majątku nie mam,
tak się złożyło…

myślę…
co mogę ofiarować Ci na skromny
stół życia?…
proszę – ostatni, mały łyk szczęścia,
nie wiele go było,
szkoda – zatem nie wiele zostało…

kosz problemów nie rozwiązanych
jest do podziału…
Ty masz swoje, zatem z kim dzielić
ten dopust?…nie wiesz…
i ja nie wiem, więc dźwigam go dalej!

dziękczyniąc za ostatnią wieczerzę
w wieczerniku,
chociaż Ty ofiarowałeś nam po wsze czasy,
dar chleba i wina,
ja mogę ofiarować tylko siebie – prawdziwą,

z jasną i ciemną stroną, moje znoje i lęki,
i paranoje moje.

 

* * * ( w drodze krzyżowej )

w drodze krzyżowej
podążam wciąż za Tobą
i chociaż krzyż twój potężny
tracę Ciebie z oczu
błądząc
w ciemnościach wątpliwości
o nie – jestem słabsza
bardziej niż wczoraj
pełznę
niczym płaz pod ciężarem
własnych myśli
o nie – potykam się
i upadam…
każdego dnia

Tyś jest – jak mocarz
ciągnący za sobą
wielkie drzewo swej męki
ja – kruchy człowiek
taszczący zaledwie worek
własnych niedoskonałości
i ułomności
moja droga na Golgotę
Twojej nierówna
a zdaje się – nie mieć końca…

przystaję
przy każdej stacji
by zebrać ciężkie krople
Twego potu – odkupujące ziemię
czyniąc tym samym
w mej duszy wiosnę

 

Lusia Ogińska

Zmartwychwstanie

W zamkniętym grobie kamiennym
ciało na lnianym całunie?
Cisza, godziny niepewne
-świat czeka w smutnej zadumie.

Pytania, jak suche kwiaty,
czekają tchu, odpowiedzi,
modlitwa leci w zaświaty
– W kamiennym grobie Bóg leży!

Brzask szary, niebo jaśnieje,
w grocie światło wybucha,
wszystko wokół ciemnieje
– drgnęło serce Jezusa!

Śpiew wibrujący jak pocisk,
gołębich skrzydeł trzepoty,
zawisła gwiazda zaranna:
– Hosanna! Hosanna! Hosanna!

Światła jest coraz więcej,
chwieją się, krzyczą Rzymianie,
grób pęka, drży – grób się trzęsie.
Wolno odsuwa się kamień.

Cisza, cisza narasta
Cisza tak przeźroczysta.
Postać pojawia się jasna!
Jezus Chrystus Zmartwychwstał!

———————–

O dobry Boże! O Panie!
Prawdę tak trudno zrozumieć!
Cierpienie i Zmartwychwstanie
spisane jest na? całunie!

 

Lech Galicki

Wrota

Wielki Post 2012

Klawisze uderzają jak westchnienie w struny życia
Wejdź w nasz świat natchniony
A jeżeli a jeżeli
Oddamy tobie wszystko
Marzenia spełnione pejzaże nastroje zamglone nutami
Otwierają się wrota
Anioły śpiewają na powitanie
Głośniej i głośniej
Nagle cisza
Tam świetlista Istota czeka
Ballada o życiu
Ballada o śmierci której nie ma
A wy nie wierzyliście mi
Ponad chmurami chwieją się wichrowe doliny
Spokojne i jasne
Kocham życie w wieczności i królestwie co nie z tego świata
Błękitem zniewala
Mnie szarego człowieka
Pieśń ma jak prośba i nadzieja
Podśpiewuję sobie dla radosnej chwili
Boże dziękuję za słuch bo mogę cieszyć się dźwiękami
Jakże odgadnąć tajemnicę Twego królestwa
W nutach z ziemi wydobytych
Tam gdzie me ciało
Przy mnie Istota skrzydlata z ręką na sercu
I nie jestem odrzucony
Nawet gdyby pamięć o mnie zaginęła
Kobzy niebieskie grają
Ku pokrzepieniu serca zaspanego
Jakże nie chwalić niebiańskiej muzyki
Gdy tylko ona budzi i ożywia
Lęk zabiera ode mnie
I wrota otwiera
A mówili żem sam

 

Sza

Wielki Post 2012

Czemu trzymasz mnie tak mocno dźwięku
Lecę ponad ziemią opleciony kluczem wiolinowym
A powoli drży majestat mojej duszy

Czemu trzymasz mnie tak mocno siło wiatru
Azali ja jestem ty azali ja jestem ty
I słyszę ciebie

Dedury i demole podskakują na pięcioliniach
Rozedrganych jak szaleństwo

Płynę na grzbiecie fali niczym pływak wprawny
Kocham ciemne wody i głębie przeczyste
Załamują się grzbiety wzburzenia niewolniczo zgięte
Grzmoty biją to głośniej to ciszej a przenikliwie
Oto uderza piorun ostatni

Oto ja samotny
Oto ja struchlały
Oto ja markotny
I ja obolały
Nie jestem jeszcze gotowy
A już szukają dla mnie alei
Kopią dla mnie grób ziemisty
Ukryłem się
Za goździkami jak krew czerwonymi
I pachnącymi
Ukryłem się za wieńcem
I szarfami białymi
Skrzypki ciszy brzmią jak zaklęte świerszcze
Sza

 

A serce me zasypia

Wielki Post 2012

Czy jestem tylko tchnieniem
Czy jestem też muzyki drganiem
To ja który wędruję drogą prostą przez zielone pola
Czuję zapach soków wiosennych
Lecę ponad oliwnym gajem
Smakuję pyłki kwiatów

Uderzają dzwony wśród błękitnego morza
Prowadzą zagubionego sługę do Pana
Nie boję się mych strachów i szeptów wężowych
Idę po wzburzonej toni i spokojnym bezkresie
Wkładam ufnie me dłonie w chmur kłęby

Miłość mnie prowadzi jak obłok czy ogień
Już wiem że dojdę gdyż jestem
Śniłem o Tobie w modlitwie
I krople krwi czerwonej rosiły moją wolność
A krzyż uginał się pod ciężarem Ofiary
Taki jest znak mego miejsca na ziemi
Która została w oddali

Do widzenia siostry i bracia
Wy tak daleko i tak blisko
Nie zapominajcie o mnie
Bo jakże mnie poznacie
Gdy wejdziecie w świat natchniony
Marzenia spełnione pejzaże zamglone nutami

Kiedy trzymasz mnie za rękę przyjacielu
A serce me zasypia
Nie ma nic droższego na tej ziemi
Nie wiesz nawet że stoisz przed sobą samym
Gdyż czas to ułuda

 

Obraz ukryty

Ojcze nasz
Który jesteś w niebie
A my na Ziemi spoglądamy ku Tobie
Stworzeni na podobieństwo Twoje
Frapuje nas owa tajemnica niezmiernie

– Bo jakże tak? – pytamy

Czy boską posturę nam przydałeś?
Czy Twój profil szlachetny?
Przenikliwość oczu błękitnych, które widzą wszystko?
A może potęgę ciała przeogromną?
I mądrość niezmierzoną?

– Boże, jakże tak? –pytamy
Gdy niemoc nas ogarnia
Szukając zafrasowani w nas Twego obrazu
I opuszczamy głowy zawstydzeni
Widząc niedoskonałość pytań naszych
Gdy czujemy w serc opoce
Skrzące się gwiazdy
Wiary, Nadziei i Miłości

A to właśnie Ty – Panie
Przeto my, tu na Ziemi spoglądamy ku Tobie

 

W oczy Twoje patrzę Panie

Składam dłonie na skrzyżowaniu dróg
Uderzam w bębny puste
Piszczałkom przeznaczam tchnienie
Potrząsam skarg grzechotkami
Smyczki za dolinami ciemnymi
Przeciągają jak konwoje serc zaspanych

Nagle jak szept szum skrzydeł
A słowa całkiem nie moje
I śpiew nie mój
Jesteś – drży krągła nuta
Jedna druga trzecia
I spada na ziemię
Jak puch śnieg manna ziarno
Jesteś – mówią
Żyjesz

Kropla sączy się za kroplą
Nad domem moim
Raczy pastwiska zielone
Co wzrastają i pokornieją
Bo dzwon rozkołysał polną rosę
I wzywa mnie na rozmowę z Panem
I wychwalam Go

Już nie jestem jak pustynne ziarno piachu
Czy samotny plusk w oceanie
Czy wędrowiec zagubiony
Patrzę w oczy Pana nawet gdy niebo chmurne

Zaduma przychodzi do mnie i miłość stęskniona
gdy Go nie widzę kołyszę się jak dziecko porzucone
I szukam a Ty Panie pochylony nad szczytami gór i chleba okruchem
Czuwasz by miłość przenikała nawet groty odstępne i zagubione
I zmurszałe krzyże na skrzyżowaniach dróg

 

a słowo stanie się czyste

Jezusie Chrystusie
Synu Boży
Synu Człowieczy
Nauczycielu dobry
I przewodniku Czysty po drogach prostych
Ty prawdziwie umęczony
Na Krzyżu śmierci Twojej i zbawienia naszego
I prawdziwie zmartwychwstały
Taka jest nasza wiara
Pokrzepienie serc naszych
I wskrzeszenie sensu naszego życia
Wybacz zatem tym
Którzy wczoraj dzisiaj i jutro
Szukali szukają i szukać będą
W Twej ofierze sensacji lichej
Zaś pisząc zapalczywie o Twym wstaniu z martwych
Dopatrywali się dopatrują się i dopatrywać się będą
W cudzie najwyższym ludzkich szalbierstw
Ku własnej żądzy posępnej na zdobycie popularności taniej
I rządu dusz oddanych pokrętnej sprawie
Bo zagubienie jest ich miarą
I drogi powikłane
Ty jesteś mi
Miłosierny
I niewątpliwie im wybaczysz
Gdy tylko w ich piórach wyschnie atrament pychy
A słowo stanie się czyste

 

Andrzej Dyczewski

Droga do krzyża

Męka moja w uścisku mokrej dłoni
w zapiętej kurtce w butach – wchodziłem.
W oddali widziałem szczyt,
a moje nogi grzęzły w zaspach śniegu.
Była tylko jedna droga w jedną stronę,
z radością spojrzałem na krzyż.
W mym oku błysk, rozkojarzenie,
że to już niedługo – już niedaleko.
Ja powróciłem tą samą drogą,
a Ty będąc tam wysoko na szczycie,
patrzyłeś na mnie małego,
pytając dokąd idę.

 

Droga krzyżowa

Jestem, przyszedłem, zobaczyłem.
Jak krzyż leżę w kościele na posadce,
Ze świec ułożony – płonę.
Oświetlone stacje, światłem świec ministrantów
trzymam głęboko we wnętrzu – nie puszczę.
Czystą łzą spływa opuchlizna z mych oczu,
z mych nóg i rąk ze mnie całego.
Ja widzę Tyś jest tu,
Ty Cierpisz miłością.
Oderwałem się na chwilę,
Od szarości mego dnia,
przychodząc, przeżywając, zwyciężając.

 

Ryszard Kapuściński

Cierpienie i wina

Tylko okryci zgrzebnym płótnem
potrafią przyjąć w siebie
cierpienie drugiego
podzielić jego ból

odziani w oporny opancerz ego
przeczuwając że rozlegnie się jęk –
zawczasu głuchniemy
że ujrzymy ranę i krew –
zawczasu ślepniemy
mówimy sobie:
ścieżka Golgoty jest wąska
nie zmieści dwoje ludzi
każdy musi iść sam

mówią:
unikaj cierpiącego
chocby niechcący
wbije w ciebie cierń –
poczucie winy

 

Wacław Buryła

***

stanąłem
w środku Wielkiego Piątku
odsłoniłem krzyż
wszystko zostało jak dawniej
nie zrozumiałem
nic
* * *
nie umiemy uwierzyć
w Ciebie
dlatego nawet siebie
traktujemy z niedowierzaniem
i ciągniemy życie
jak kulę u nogi
* * *
uciekamy od Ciebie
jakbyś był naszym największym wrogiem
wykłócamy się o wymyślone prawa
sprawdzamy Twoją miłość litanią spraw do załatwienia
obwiniamy o wojny obozy koncentracyjne i niesprawiedliwość
chcemy żebyś nakarmił wszystkich głodnych
na odczepnego dajemy Ci kilka pacierzy
na Golgocie ciągle stoi krzyż
a my
nie potrafimy uwierzyć

 

Konfesjonał

to nie o grzechy
Bóg pyta
On ciągle pyta
o miłość

 

Janusz Pasierb

Ogrójec

już objawiłem im Boga
w blasku i mocy
jeszcze objawię im człowieka
dzisiejszej nocy

ujrzą obojętność oliwek
nieruchomość świateł i cieni
doświadczą ile można nabrać sił
leżąc z twarzą przytuloną do ziemi

dam im posłuchać milczenia Boga
gdy się Go woła
zobaczą zimny blask kielicha
w ręku anioła

objawię im ostatnią prawdę
najwstydliwszą z tajemnic człowieka
nie umie być sam póki żyje
i gdy umiera

trzy razy obudzę śpiących
sercem bijącym o żebra
człowiek wzywający człowieka
żebrak

 

Droga krzyżowa

nic dziwnego
że co chwilę upada

nie ma chwili
żeby nas nie dźwigał

czasem ktoś się rozpłacze
jest wtedy jeszcze ciężej

chustą twarz obetrze
patrzy ze zgrozą w odbicie

czasem krzyż podeprze
jest mniej samotny w męce

raptem zakrzyknie obok
zagłuszy na chwilę pulsowanie krwi

obok podobne krzyże
umiera między innymi

pomiędzy dobrym i złym
jak każdy z nas rozpięty

 

Popielec

Pamiętaj że proch
popiół umarłej rośliny
popiół z palmy zielonej
popiół z chwały szumiącej
że proch
popiół z książki
popiół z miasta
popiół ze świata
pamiętaj człowiecze
popiół z ciała
popiół z mózgu
popiół z uśmiechu
pamiętaj
jeśliś uczniem Jezusa
który przyniósł na ziemię
ogień pamiętaj
musisz się spalić

 

Józef Baka

Popielec

Dziś rano w dzień popielcowy
Na włosy siwej mej głowy
Gdy kapłan sypał popioły
Martwemu prawie na poły,
Rzekł nie słowa lecz pioruny
Przypominając do truny:
„Pomni człecze, że twe plemię
Z ziemi wzięte pójdzie w ziemię.
Umrzesz, umrzesz i już się nie wrócisz,
Proch, proch jesteś i w proch się obrócisz.”

Czy dawno człek się urodził?
Czy dawno na paskach chodził?
Gdy wspomnę na młode lata,
Tak ich bliska zda się data,
Żem co w samym życia kwiecie
Zdrów, wesół bujał po świecie
Od rana aż do wieczora,
Przysiągłbym, że było wczora.
Rzekłbym, dwudziesty rok dnieje,
Kopę lat metryka pieje.
– O lata! jak przemijacie!
Ptaków pędem przewyższacie!

Co tylko siły nastały,
Jużci człowiek i zgrzybiały.
Ledwo z pieluch uwalniają,
Wkrótce całun zaścielają.
Dziś stolarz kolebkę knuje,
Jutro na trunę hebluje.
Umrzesz, umrzesz i już się nie wrócisz
Proch, proch jesteś i w proch się obrócisz
– O lata, jak przemijacie !
Pędem ptaków przewyższacie…

 

Jacek Kaczmarski

Kara Barabasza

(za M. Bułhakowem)

W karczmie z widokiem na Golgotę
Możesz się dzisiaj napić z łotrem
Leje się wino krwawe, złote,
Stoły i pyski świecą mokre.
Ten ścisk to zysk dla gospodarza,
Wieść się po mieście szerzy chyża,
Że można ujrzeć tu zbrodniarza,
Co właśnie wyłgał się od krzyża.

Żyjemy! Dobra nasza!
Co z życia chcesz, za życia bierz!
Pijmy za Barabasza!
Barabasz pije też!

Pije, lecz mowy nie odzyskał,
Jeszcze nie pojął, że ocalał.
Dłoń, która kubek wina ściska –
Jakby ściskała łeb bretnala
Stopy pod stołem plącze w tańcu
Szaleńca, co o drogę pyta:
Każda z nich stopą jest – skazańca,
A wolna! Żywa! Nieprzebita!

Żyjemy! Dobra nasza!
Co z życia chcesz, za życia bierz!
Pijmy za Barabasza!
Barabasz pije też!

Piją mieszczanie i żebracy,
Żołdacy odstawili włócznie
I piją też po ciężkiej pracy,
Bawi się całe miasto hucznie.
Namiestnik dał dowody łaski!
Bez łaski – czymże byłby żywot?
Toasty, śpiewy i oklaski
– Jest na tym świecie sprawiedliwość!

Żyjemy! Dobra nasza!
Co z życia chcesz, za życia bierz!
Pijmy za Barabasza!
Barabasz pije też!

Ryknął Barabasz śmiechem wreszcie,
Ręce szeroko rozkrzyżował –
I poszła nowa wieść po mieście:
– Żyje! Żartuje, bestia zdrowa!
Słychać w pałacu, co się święci,
Próżno się Piłat usnąć stara,
Bezładnie tańczą mu w pamięci
Słowa – polityka, tłum i wiara…

Żyjemy! Dobra nasza!
Co z życia chcesz, za życia bierz!
Pijmy za Barabasza!
Barabasz pije też!

W karczmie z widokiem na Golgotę
Blask świtu po skorupach skacze,
Gospodarz przegnał precz hołotę
I liczy zysk. Barabasz płacze.

Żyjemy! Dobra nasza!
Co z życia chcesz, za życia bierz!
Pijmy za Barabasza!
Barabasz człowiek też!
22.3.1989

 

Maria Wąchal-Soroczyńska

Krzyż

Kto powiedział, że krzyże wymyślono po to,
Aby pod ich ciężarem ugięła się ziemia
Skoro Bóg pod nim upadł,
Widocznie tak trzeba.
Gdzie jest krzyż, jest i miłość.
Innej prawdy nie ma.

Kto powiedział, że krzyże wymyślono po to,
Aby stały się znakiem bólu i cierpienia?
Skoro Chrystus zmartwychwstał,
Spłynęła nadzieja.
Krzyż tylko chwilę boli.
Innej prawdy nie ma.

 

Golgota

Jerzy Nowosielski Warszawa Służew u Dominikanów

Jęk gromu przeszył góry i doliny.
W świetle piorunów otwarte niebiosa.
Tam oto kona Boga Syn jedyny.
Pod krwawym drzewem Mater Dolorosa.

Z krzyża ku Matce zwisa głowa święta.
Czarnym całunem mrok okrywa ziemię.
Na Wzgórzu Czaszki właśnie się dopełnia
Cud miłosierdzia i świata zbawienie.

Nad białą skałą wieczór gwiazdy budzi.
Maria wciąż klęczy rozpaczą zraniona.
Jej Syn choć martwy, to jeszcze do ludzi
Wyciąga z krzyża skrwawione ramiona.

Po Jeruzalem wiatr zawodzi smętnie
Pieśń, co zrodzona z męki przed wiekami.
Serce tak boli, że omal nie pęknie.
Wizja Golgoty trwa pod powiekami.

 

Szymon Babuchowski

Popielec

Tyle popiołu w tym kościele
gdzie tylko spojrzysz
– proch się ściele
płyną nawami przyszli zmarli
co jeszcze dzisiaj się wydarli
śmierci – spod kosy kół czy raka
choć mieli szansę się załapać
jeszcze są żywi jeszcze idą
ich blade widma ciągle widać
kości przykryte makijażem
peruki szczęki tatuaże
garnitur mięśni suknia skóry –
śpiewają ziemskich prochów
chóry
i płynie pył z ich ust otwartych
i tłum się wzbija na proch starty
pod szczyt kostnicy sufit nieba
martwy czy żywy – z nimi
śpiewasz
z prochu powstałeś – jeszcze
trochę –
nim się obrócisz będziesz
prochem
nim coś z istnieniem zdołasz
zrobić
pif-paf – pył proch –
i już po tobie
popiół imieniem jest człowieka
nawróć się – uwierz –
kochaj – czekaj –

 

Leszek Długosz

Na procesje wielkanocną

Niech popłynie w czas wiosenny
Z serc skruszonych
Wielkanocny śpiew radosny
Że się stało znów tej nocy
Z martwych powstał Pan
– Głaz odwalił


– O świtaniu pusty grób zastali…
W Jerozolimie tam
Alleluja – Hallelujah

I My, wszelkich czasów plemię
Goście równo na tej Ziemi
Którzyśmy Mu zawierzyli
Od dnia tego
Po kres dni, co nam tu zbiegną
Z sercem czystym i skruszonym
Podążajmy z Nim jednako
Bo obiecał nam wieczności Pan
Że wywiedzie z mroków nocy
Z władzy śmierci wyrwie nas
Alleluja – Hallelujah

Więc śpiewajmy na pamiątkę
Owej w Jeruzalem chwili
I na chwałę dzisiejszego dnia
Niechaj będzie wywyższony
Spośród wszystkich rozgłoszony
Spiżem dzwonów
Liściem palmy
Dymem wonnym opasany
Rezurekcji świętej czas…
– Pokonana w nim moc śmierci
– Radość niechaj śpiewa w nas
Alleluja – Hallelujah

 

Alleluja

W czas powrotu przylaszczek
W zawierusze zawilców, złocieni
Blask gdy wstaje z ziemi
W Świętą Twoją Wielkanoc
Ponad tymi grobami
Nad padołem nietrwałym
Wznieś chorągiew Twoją Panie
Utwierdź wiarę w nas
Że i oni powstaną…

Męką Twoją odkupieni
Swoją własną oczyszczeni
Wrócą w światłość
– Odzyskają serc własność

W rezurekcji czas
– Gdy się ziemia z niebem jedna
Że i oni, tej chwili – dusza z ciałem
Będą jedno

W czas powrotu przylaszczek
W zawierusze zawilców, złocieni
Blask gdy wstaje z ziemi
– Póki się odmierza czas
Nad padołem nietrwałym
Twej chorągwi purpura
– Znak chwały
Ze zwycięską swą mocą
Niech łopoce
Triumfuje
Alleluja

Źródła:
http://bryll.pl/
http://www.niedziela.pl/
Wiersze religijne, Poznań – Warszawa 1983
http://ewangelia-w-poezji.pl/
http://www.opoka.org.pl/
http://www.goldenline.pl/
http://lusiaoginska.pl/

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności, Wiersze i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

20 odpowiedzi na „Polskie wiersze na Wielki Post i Wielkanoc

  1. Melusińska pisze:

    Dziękuję za umieszczenie pięknych utworów polskich poetów. Jeśli można, to dorzucę jeszcze jeden wiersz Lechonia, który w odróżnieniu od Pana Ildefonsa o spowiedzi napisał bardzo poważnie:

    Spowiedź wielkanocna

    Czyż nie cud to, czyś jeszcze nie zdał sobie sprawy.
    Że to Bóg ciebie wybrał, że On cię ocalił.
    Żeś jak tylu nie zginał na murach Warszawy,
    Nie rozszarpał cię granat i mur nie przywalił?

    Żeś później nie utonął we krwi polskiej rzece,
    Żeś nie szedł przez Europę o zebranym chlebie
    ł że cię ominęły Oświęcimia piece.
    Choć tylu w nich zginęło? I lepszych od ciebie.

    Żeś własnymi rękami dzieci swych nie chował,
    Że ciała ci moskiewskie nie szarpały kleszcze`?
    Jak to? I za to wszystko Bogu-ś nie dziękował?
    Jakże musisz weń wierzyć, że Go prosisz jeszcze!

  2. Anna pisze:

    Spójrz, popatrz … POLSKO moja …… ileż jest mocy i piękna w wiosennym ZMARTWYCHWSTANIU….
    Podnieś głowę do góry… spójrz w błękit … omiń wzrokiem chmury….
    z a u f a j P A N U …. zaufaj PANU !

  3. Wk.bardzo pisze:

    Bóg upadł w nas i nic się nie stało ?
    Nocą przy kieliszku wielu go szukało .
    Jest nas coraz mniej, właśnie ?
    Ten stracił pracę wierny Bogu ten odwagę ale praca została
    Dlaczego tylko ja i lustro zostało ?
    Odwaga w lustrze taka wielka, bezpieczna.
    Pan Bóg na nas zerka
    Wolimy kredyty i lusterka a pan Bóg ?
    On nic nie może on tylko zerka.
    Bawmy się więc Polacy pan Bóg pracy nie daje
    Alkohol kupimy sami władza da lusterka.
    Pod wpływem pięknego wiersza pana Brylla dopisałem swoją interpretację proszę o wyrozumiałość.

    • Majka S. pisze:

      Kto powiedział, że krzyże wymyślono po to,
      Aby pod ich ciężarem ugięła się ziemia
      Skoro Bóg pod nim upadł,
      Widocznie tak trzeba.
      Gdzie jest krzyż, jest i miłość.
      Innej prawdy nie ma.

      Kto powiedział, że krzyże wymyślono po to,
      Aby stały się znakiem bólu i cierpienia?
      Skoro Chrystus zmartwychwstał,
      Spłynęła nadzieja.
      Krzyż tylko chwilę boli.
      Innej prawdy nie ma.

  4. montorio pisze:

    Kazimierz Przerwa-Tetmajer
    Zmartwychwstały

    Spokojność senna i milczenie
    w srebrnej melodii księżycowej
    na nieskończone szły przestrzenie,
    ciche na wzgórzach snując cienie
    i zatapiając się w parowy.

    Wysoko kędyś po gór zboczy
    księżyc złociste słał mgławice
    płynąc w otęczy mgieł przezroczej
    i po odległej mórz roztoczy
    wiódł tęskne, lśniące swe źrenice.

    Świat w nocnym chylił się omdleniu
    w zadumy sennej głuche tonie
    i tylko kwiaty w zwiewnym tchnieniu
    błyszczącym w nieba zamyśleniu
    dalekim gwiazdom słały wonie.

    I była cisza i pustkowie
    dokoła grobu w ścianie skalnej;
    posnęli twardym snem stróżowie,
    wziąwszy swe tarcze za wezgłowie,
    z grot dzirytów błyszczał stalny.

    Wtem wieko z głazu wstecz opadło
    i na księżyca światło białe
    z twarzą śmiertelnie wyszedł zbladłą
    Chrystus owity w prześcieradło
    i o grobową wsparł się skałę.

    I jakby odchodziły owe
    moce, co Go zbudziły w grobie,
    pochylił z wolna na pierś głowę
    i siadł na wieko grobowcowe,
    czoło swe kryjąc w dłonie obie.

    Na jego barki i na włosy
    padała jasność złotą smugą
    i kilka kropel świetlnej rosy
    rzucały nań naskalne wrzosy…
    siedział i patrzał w pustkę długo.

    Na ciemnym niebie gwiazdy zbladły
    a skraj się wschodu już zabiela,
    On jeszcze siedział w sen zapadły
    i na zroszoną ziemię padły
    dwie gorzkie łzy Odkupiciela.

  5. Bet pisze:

    Ernest Bryll

    * * *

    Bóg odrzucił ten kamień jakby nic nie ważył
    I wstał tak lekko z grobu,
    że na twarzach straży
    Nie było widać lęku i zdumienia
    Może nie zobaczyli nawet,
    że się świat odmienia

    Bóg zmartwychwstał,
    odwalił groby naszych domów
    Gdzie tak już dobrze we śnie dusznym było
    I nie przepuścił tej nocy nikomu
    Spod ciepłych pierzyn wywlekał nas siłą

    Bóg zmartwychwstał,
    odwalił groby naszych domów
    Byśmy stanęli. Na światło spojrzeli
    Byśmy wołaniem wielkim odetchnęli

    Bóg odrzucił ten kamień

    z tomu „Golgota Jasnogórska”, 2001

  6. Jastrzębiec pisze:

    Podnieśmy Matkę zapłakaną z kolan !
    Niech wstaną wioski, miasta, ulice !
    Święto się zbliża, święto Polan !
    Zmartwychwstania nam życzę.

    To na Święta, dla Was, moich Przyjaciół Polaków.

  7. yuhma pisze:

    Kartka wielkanocna z 1906 roku:

  8. Majka S. pisze:

    Piękne i niezwykłe przesłanie. I jeszcze ten Wawel w tle…

  9. Miło czytać takie wiersze. Pozwolę sobie dołączyć moje, z tomiku podarowanego osobiście, Janowi Pawłowi II, w Jego ostatniej wizycie w kraju ojczystym. Wybrałem te, tyczące Wielkanocy.

    Betlejem

    Mieścina Betlejem i to niebo czyste,
    I przyszedłeś do nas, Panie Jezu Chryste.
    Zszedłeś z niebios, anieli za Tobą schodzili,
    By naprawić ludzi, by ci nie błądzili.
    Stajenka uboga, żłóbek z sianem tylko,
    Błogosławionaś, najjaśniejsza chwilko.
    W której przyszedłeś, Panie Boże Święty,
    By wskazać nam drogę, jak minąć zakręty.
    Mieścina Betlejem i to niebo czyste,
    Czekaliśmy wszyscy Panie Jezu Chryste.
    Byś nas wiódł ze sobą i sobą ochraniał,
    Złe myśli z głów odjął i od nas przeganiał.
    Stajenka uboga, żłóbek tylko z sianem,
    A wokół Ciebie, konik, krówka z baranem.
    I trzej królowie, mira, kadzidło i złoto,
    Lecz wszystko skromne, a to właśnie po to.
    By pokazać, jak ważna w życiu jest pokora,
    Że kiedy jej nie ma, to dusza jest chora.
    Ale ty jesteś, jako lek, Panie Boże Święty,
    Ty nam wskażesz drogę, jak minąć zakręty.
    By iść drogą szarą, ale do tej niebieskiej,
    Móc usiąść przy Tobie na łące królewskiej.
    By podziwiać kolory, mieć samą radość,
    Popatrzeć na Ciebie Panie, choćby przez ciekawość.
    I iść tam przed siebie, aleją świętą, jasną,
    Warto o tym myśleć, nim oczy nie zgasną.

    Radość zmartwychwstania

    Świtem bladym zaszczyciłeś nas Panie obecnością,
    Szliśmy za Tobą, my wierni z wdzięcznością.
    Żeś nas nie opuścił, że do nas przybyłeś świtem,
    I pokryło się niebo, przepięknym błękitem.
    I dzwony rozległy się hen w około,
    Zrobiło się raźniej i w duszy wesoło.
    I teraz nam lepiej, wsparcie mamy w Tobie
    Jezu, w najświętszej Twojej osobie.
    Tyś nam Panem, więc króluj nad nami,
    A my pod Tobą, my Twoi poddani.
    Tyś w domu Bożym, my zaś na tym świecie,
    Tobie ufamy, boś Ty Boże dziecię.
    Tyś przecierpiał za nas męki i katusze,
    Dźwigałeś krzyż na ramionach, a nam dałeś duszę.
    Zmartwychwstałeś tym rankiem, my czekaliśmy Panie,
    Koło Twego domu staliśmy, tak na powitanie.
    I wyszedłeś ku nam, poszliśmy za Tobą Panie,
    Dookoła Twego domu, tak na przywitanie.
    A temu towarzyszyły huki i radość,
    Że wreszcie jesteś i stało się nareszcie zadość,
    Zadość uczyniłeś nam swą obecnością,
    Obdarzaj nas troską i wieczną miłością.

    Święcenie

    Koszyczek z wikliny, w nim serweta biała,
    I dar do święcenia, Tobie Jezu chwała.
    Dajesz nam możliwość, zasiąść
    do Twego stołu,
    I spożywać z Tobą wieczerzę pospołu.
    Koszyczek z wikliny w nim kurczątko z waty,
    Symbol nowego życia, tak jak i przed laty.
    I to jajko święte, pięknie malowane,
    To są święta Wielkanocne, przez nas tak lubiane.
    W koszyczku z wikliny, chleb, malowanki,
    Przybrane borówkami, przepiękne kraszanki.
    To symbol Twojego przyjścia do nas Panie,
    I jakże przepiękne Ciebie powitanie.
    Powitanie, choć przecież zawsze jesteś z nami,
    Od morza po góry i między górami.
    I ten koszyczek, a w nim strawa cała,
    Tobie Jezu, za to wszystko chwała.

    Przemijanie

    Czasu przemijanie i z nim rozstawanie,
    I ta niemoc człowieka, który na śmierć czeka.
    Wszystko to razem Twoją wolą Panie,
    Przyjdzie zmartwychwstanie, świata naprawianie,
    Wolą Twoją Panie.
    Myśmy są sługami i jedni i drudzy,
    Cierpimy tak, jak cierpią ci słudzy.
    Ale przyjdzie kiedyś, za sprawą Twoją Panie,
    Wielkie i gruntowne świata naprawianie.
    Gdzie policzysz wszystko, całe nasze życie,
    Komu przyjdzie ciemność, nawet i o świcie.
    A komu światło w Tą ciemną noc,
    Komu zgryzota, komu wrażeń moc.
    Myślisz, trzeba tak postępować,
    By niczego później… później nie żałować.
    Ale jak to zrobić, kiedy pokus wiele,
    We środę, czwartek, piątek i nawet w niedzielę.
    Bo stworzyłeś tego, który nam doradza,
    Ale również tego, który w tym przeszkadza,
    I dałeś nam możliwość kierowania życiem.
    I później takim, albo innym byciem.
    Nim przyjdzie rozliczenie, za te wszystkie winy,
    Dlaczego już teraz niekiedy cierpimy –
    Pytamy, błądzimy.

  10. Johannes Weyer pisze:

    Bardzo ladne wiersze, komentarze pelne wspolczucia. W tych dniach i nie tylko w tych dniach zyczeniem moim jest wspolczucie i solidarnosc dla tych co przed bombami , przed gwaltem , przed glodem swoje rodzinne strony opuszczaja i szukaja pomocy .

    Spokojnych swiat.

    22.03.2016 Johannes

  11. Teresa T. pisze:

    Piękna polska poezja na Wielki Post i nie tylko, czytajmy ją słowem, muzyką wśród bliskich i w samotności, to nasze bogactwo, dzielmy się tą skarbnicą narodową z dumą.

  12. Medardo pisze:

    W wierszu ks. Twardowskiego opuszczona jest ostatnia linijka ostatniej strofy. Jest: „Pyszczek położy na ręku –
    sumienia wywróci podszewkę –
    serca mego ocali”
    Powinno byc:
    „Pyszczek położy na ręku –
    sumienia wywróci podszewkę –
    serca mego ocali
    czerwoną chorągiewkę”

  13. Medardo pisze:

    Chodzi o wiersz „Pacierz Wielkanocny”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.