O. Józef Joniec SP. Wspomnienie

phpThumbO. Józef Joniec [12.10.1959 – 10.04.2010]. Kapelan warszawskiej Rodziny Katyńskiej i szef Stowarzyszenia Parafiada im. św. Józefa Kalasancjusza, dbającego o wszechstronny rozwój dzieci i młodzieży, by dążyła do chrześcijańskich ideałów prawdy, dobra i piękna. Inicjator akcji sadzenia dębów przy szkołach, poświęconych imiennie zamordowanym w Katyniu z danej okolicy.

 

Kochał Parafiadę!

Wierzył głęboko w jej fundamentalne przesłanie – wychowania młodego pokolenia poprzez wiarę, kulturę i sport. Ufał, że promowanie idei parafiadowej, szerokie zaangażowanie i poświęcenie przyniosą konkretne efekty…I z tą swoją wiarą, wielkim entuzjazmem, pasją i zapałem nas zostawił, ale nie opuścił.

o. JoniecO. Józef Joniec urodził się 12 października 1959 r. w Laskowej k/Limanowej. Pierwszą profesję zakonną w Zakonie Pijarów złożył 16 sierpnia 1977 r. przyjmując za patrona św. Krzysztofa. W dniu 18 maja 1985 r., z rąk ks. bp. Władysława Miziołka przyjął święcenia kapłańskie. W bieżącym roku miał obchodzić jubileusz 25-lecia święceń. Po otrzymaniu święceń podjął posługę w Krakowie, Hebdowie i – od 1990 r. – w Warszawie, gdzie był w różnych okresach m.in. duszpasterzem, katechetą, wizytatorem katechetycznym, proboszczem Parafii, rektorem Kolegium, a nade wszystko inicjatorem, współzałożycielem, propagatorem i długoletnim prezesem Stowarzyszenia Parafiada im. św. Józefa Kalasancjusza.

Wykształcenie:

· magister teologii i filozofii (ukończył Instytut Teologiczny XX Misjonarzy i Wydział Filozoficzny Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie)

· W latach 1986-1991 studiował filologię klasyczną na Uniwersytetach Jagiellońskim i Warszawskim

· W latach 1981 – 1992 wyjeżdżał wielokrotnie na stypendia językowe do Austrii, Niemiec, Italii i Francji. Posługiwał się językiem łacińskim, włoskim, niemieckim i francuskim. >Więcej

O. Józef Joniec był organizatorem wspaniałej akcji „Katyń… ocalić od zapomnienia”, która polegała na posadzeniu 21 473 dębów na 70-lecie zbrodni katyńskiej. Patronat honorowy nad akcją pełnił Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej śp. Lech Kaczyński.

 

Wspomnienie

Byłam dyrektorem w szkole na Siekierkach w Warszawie (w latach 1990-97) i wtedy spotkałam się z księdzem Józefem Jońcem. Spotykałam się z nim bardzo często. Był w tym czasie proboszczem, uczył w mojej szkole religii, dzieci go kochały. Już wtedy wiedziałam, że jest pijarem i ma bardzo dużo inicjatyw.

Na początku postanowił założyć szkołę pijarów. Zaczęło się od kilku uczniów, którzy przebywali w salach katechetycznych. Teraz jest to wybudowana szkoła mająca dużą renomę.

Ale to ojcu Jońcowi nie wystarczało. Postanowił na Siekierkach urządzić parafialny klub sportowy. No i dzieci walczyły w rozgrywkach sportowych w całym kraju.

Ale jeszcze było mu mało. Parafiada – pomysł wspaniały. Połączenie religii, kultury i sportu. W pierwszej parafiadzie uczestniczyłam.

Ojciec Józef Joniec jakoś tam zorganizował namioty, trybuny. Kilkaset dzieci walczyło o różne nagrody sportowe, śpiewało i patrzyło na szczęśliwego ojca Jońca. Atmosfera jak na majówce. Najbardziej zadowolone były dzieci z Białorusi i Ukrainy. A w ogóle dzieci Go bardzo kochały, zwłaszcza te biedne, bo im pomagał.

Parafiada stała się imprezą, w której przez lata uczestniczyły tysiące dzieci. A ojciec Józef Joniec został dyrektorem tejże.

Był świetnym organizatorem, człowiekiem miłym i mądrym. I pięknie mówił.

Teraz opowiada Najwyższemu o problemach dzieci i o Sanktuarium Maryjnym na Siekierkach.

A ja w darze zostawiam mu wiersz:

Wspomagany przez Aniołów
Dostałeś się do
Królestwa Światłości.
A my płaczemy…

Mieczysława Lewicka

Warszawa, 4 maja 2010 r.

http://www.pijarzy.pl/

 

Rosjanie pilnowali wszystkiego 

W Smoleńsku nie mogliśmy wchodzić do lasu, nawet w wysokie trawy, które obok rosły. Co dziesięć metrów stał żołnierz rosyjski i pokazywał palcem, żeby się cofnąć.

Ze Stanisławem Jońcem, bratem śp. o. Józefa Jońca SP, prezesa Stowarzyszenia Parafiada, który zginął w katastrofie rządowego Tu-154M pod Smoleńskiem, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

W jaki sposób dowiedział się Pan o smierci Brata?

– Akurat pracowałem w polu, kiedy przyszedł syn i powiedział: „Rozbił się samolot, w którym wujek leciał”. Nie mogłem w to uwierzyć, dopiero w niedzielę, gdy jechaliśmy z rodziną do prowincjała Ojców Pijarów, doszło do mnie, co się stało. Nie widziałem się z bratem przed jego wylotem, ale dzwonił do mnie w czwartek, 8 kwietnia, i mówił, że spotkał go wielki zaszczyt, bo prezydent zaprosił go na pokład tego samolotu. Wiem, że brat był zadowolony z tego, że leci do Katynia. Było nas czworo rodzeństwa – dwóch braci i dwie siostry, z nim byłem szczególnie zżyty. Był bardzo dobrym bratem, takiego go zapamiętam.

Był Pan w niedzielę w Smoleńsku, by uczcić w tym miejscu pamięć Brata, z pewnością jednak bił się Pan również z myślami, jak mogło dojść do tej katastrofy.

– Nie byłem sam, leciałem z siostrą i dwoma siostrzeńcami. Wrażenie, jakie zrobiły na nas części samolotu, było piorunujące. Całego nie widzieliśmy, nawet części kabiny. Rosjanie pokazali nam jedynie bardzo małe jego urywki – podwozie i trochę blachy. Reszta przykryta była brezentem, jak kupa drzewa, bez żadnego zadaszenia. Wrak jest dodatkowo ogrodzony płotem z blachy, jak ogradza się budowy. Wpuszczono nas za to ogrodzenie główną bramą.

Poinformowano Państwa, dlaczego nie zostaną pokazane wszystkie części wraku?

– Nie. Nikt nam nic nie tłumaczył, a szczerze mówiąc, rodziny nawet o to nie pytały. To bowiem, co zobaczyliśmy, było i tak dla wszystkich wystarczająco szokujące, bo zrozumieliśmy, jak bardzo ten samolot był zmasakrowany. Każdy z nas mógł wyobrazić sobie, jak ta katastrofa mogła wyglądać.

Można było podejść do tych elementów samolotu?

– Niby nikt nie bronił, żeby chodzić wokół wraku, ale tak naprawdę nie było po co. Zobaczyliśmy więc tylko to, co Rosjanie nam chcieli pokazać.

Jakie wrażenie zrobiła na Panu brzoza, o którą samolot uderzył skrzydłem?

– Zobaczyłem, że ona jest strasznie nisko ścięta, może na wysokości pięciu metrów od ziemi. Zaskoczyło mnie jednak to, że czubki krzaków, które rosną niedaleko, są również równo poucinane, jakby ktoś ciął je kosą lub piłą. Aż niewyobrażalne, że samolot takich cieniutkich gałązek nie przygiął, złamał, tylko tak równo ściął. Pod wspomnianą brzozę jechaliśmy przez las autobusami pod rosyjską eskortą. Przez okna widzieliśmy w lesie wieńce i wojsko, wiadomo przecież, że samolot rozpadł się na dużym obszarze i że w tych miejscach leżały również fragmenty Tu-154M. Rosjanie jednak w ogóle nie zatrzymali się w tamtych miejscach i nie mogliśmy tam podejść. Byliśmy tylko tam, gdzie nas zawieziono.

Nie można było swobodnie chodzić po miejscu katastrofy?

– Nie. Teren katastrofy był ogrodzony i obstawiony rosyjskimi żołnierzami. Mieliśmy wrażenie, że wszystkiego pilnują. Wojskowi stali przy wraku i pilnowali, obstawili nawet tę brzozę, która znajduje się na terenie pozawojskowym. Nie można powiedzieć, że bronili dostępu do niej, ale chodzili koło niej, co powodowało, że nie mogliśmy poczuć się swobodnie. Mogliśmy jedynie chodzić bez problemu po placyku wokół kamienia, w miejscu, gdzie leżało ciało prezydenta, i po płytach, po których jeździły samochody, na których zwożono części rozbitego samolotu. Nie mogliśmy wchodzić do lasu, nawet w wysokie trawy, które obok rosły, bo co dziesięć metrów stał żołnierz rosyjski i pokazywał palcem, żeby tam nie wchodzić, cofnąć się. Zobaczyliśmy więc poza wrakiem teren, gdzie odbyło się nabożeństwo ekumeniczne i przemawiały panie prezydentowe Polski i Rosji. Wydaje mi się, że Rosjanie na nasz przyjazd wszystko w tym miejscu wysprzątali, bo nie było nawet znaku katastrofy. Wszystko było wyrównane, wygrabione, wokół kamienia, gdzie leżało ciało prezydenta, położono kostkę, a drzewa, które z pewnością były tu połamane, zostały wycięte. Ten placyk sprawia wrażenie, jak gdyby w tym miejscu nic się nie stało. Gdyby nie było wiadomo, że właśnie tutaj leżały fragmenty samolotu, nikt by nie odróżnił tego miejsca od innego.

Mógł Pan jednak zobaczyć, jak wygląda lotnisko, gdzie Tu-154M miał lądować.

– Teren jest zarośnięty, jedynie pas przy lotnisku jest wycięty, dalej wszystko zarośnięte. Trawy tam chyba nie wycinają. Nie ma tam świateł, widziałem dwie lampy na całym lotnisku. Teren robi wrażenie opuszczonego, jak w górach jakaś bacówka lub coś podobnego. W niedalekiej odległości od ściętej brzozy znajdują się na betonowych słupach lampy naprowadzające. Te słupy są stare, popękane, zarośnięte. W ogóle nie przypomina to lotniska i pasu do lądowania. Nie mogę zrozumieć, jak przygotowana była wizyta prezydencka w tym miejscu, kto dał pozwolenie do lądowania naszego samolotu w takim miejscu.

Nie odniósł Pan wrażenia, że te uroczystości były trochę na pokaz?

– Pobyt w tamtym miejscu nie był dla nas łatwy, wróciły bolesne wspomnienia z 10 kwietnia. Od razu przyszła myśl, czy oni od razu zginęli, czy nie, przecież był jakiś czas, w którym samolot się rozrywał. Czy mieli w ogóle świadomość, co się z nimi dzieje? Każdy oddzielnie musiał zmierzyć się z tymi pytaniami. Faktycznie odnosiło się jednak wrażenie, że nie rodziny były tu najważniejsze, ale obydwie prezydentowe i że to pod nie przygotowano tę uroczystość. Tam, gdzie udawały się rodziny, m.in. pod wrak samolotu, media nie były dopuszczane, jedynie mogły uczestniczyć w nabożeństwie ekumenicznym. Media interesował jednak chyba bardziej fakt, jakie wrażenie wywrą prezydentowe. Do nas dziennikarze nie mogli podejść, byli od nas odgrodzeni.

Czy podczas pielgrzymki padały pod adresem strony rosyjskiej jakieś pytania o śledztwo smoleńskie?

– Nie padło na ten temat ani jedno słowo. W ogóle tych przedstawicieli rosyjskich nie było wielu. Rodziny, które przybyły do Smoleńska, nikogo nie pytały o śledztwo, z nikim na ten temat nie rozmawiały, każdy rozmyślał o bliskich, których w tym miejscu stracił. Nawet kiedy czekaliśmy w Witebsku na drugi samolot, nikt nie podjął rozmowy na ten temat. Na pewno czujemy ulgę, że pojechaliśmy do Smoleńska. Gdybym mógł, pojechałbym tam jeszcze raz, ale po to, żeby móc tam spokojnie pochodzić, pomodlić się, nie trzymając się sztywnego programu, który nie pozwala na robienie tego, co się chce. Poza tym nie byliśmy tam za długo, dokładnie od godz. 10.00 do 13.30, może 14.00, nie mieliśmy więc dużo czasu.

Wspomniał Pan o przymusowym pobycie w Witebsku, kiedy z powodu usterki samolotu musieli Państwo pozostać do poniedziałku na Białorusi. Zaniepokoiła Pana ta sytuacja?

– Była dokładnie godz. 20.20 w niedzielę, kiedy siedzieliśmy już w samolocie, w zapiętych pasach, by wylecieć z powrotem do Warszawy. Piloci nie mogli jednak odpalić silników maszyny. Po około 20 minutach wiadomo już było, że nie odlecimy z Witebska. Poproszono nas o opuszczenie samolotu, a obsługa lotniska zaprosiła nas na kolację. Przyleciał po nas drugi samolot z Warszawy, byliśmy już po odprawie i podjeżdżaliśmy do niego autobusem, ale nie wjechaliśmy na lotnisko, bo nas zawrócono. Nie powiedziano nam, co się dokładnie stało, tylko że samolot jest zepsuty. Strona białoruska bardzo miło nas przyjęła. Zapewniła nam hotel, do którego zawieziono nas o godz. 2.00 w nocy. Rano w poniedziałek przyleciały do Witebska dwa kolejne samoloty, drugim wróciłem z rodziną do Warszawy.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20101012&typ=po&id=po01.txt

 

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności, Sylwetki, Wywiady i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „O. Józef Joniec SP. Wspomnienie

  1. Grazyna M pisze:

    Wiersz dla kochanego kuzyna. – Ks Józefa Jońca

    Tam gdzieś w otchłani z aniołami tańczysz.
    Gdzieś tam idziesz droga prowadząca do Niebios bram.
    Powiedz jak tam jest…..
    To niejeden łotr zacznie uczciwie żyć, by przy Bogu z Tobą
    być.
    Twoja śmierć tańczyła z Tobą nie raz.
    Ale do Tańca wzięła wszystkich Was, co w prawdzie żyć chcieliście.
    I naszych przodków Polaków pamięć uczciliście.
    Tam z przyjaciółmi jesteś u Niebios bram, i będziesz strzegł Nas….

    mgr Grażyna Michura

  2. Grazyna M pisze:

    Wiersz dla wszystkich co polegli przed laty i leżą w lasach Katyńskich i Tych co zginęli 2010r. w Katyniu.
    autorka wiersza; Grażyna Michura 18.04.2010r.r.

    Jest jakiś smutek i żal, są jakieś wspomnienia.
    Dlaczego człowiek tak może ranić drugie istnienia.
    Dlaczego dobro nie może mieszkać wśród Nas
    Na zawsze bez ograniczenia.

    Jest tyle pytań bez odpowiedzi.
    Jest tyle zdarzeń bez wyjaśnienia.
    Jest tylu ludzi bez nadziei.
    Dlaczego zło niesie takie zniszczenia.

    I choć czasami chronimy swe istnienia
    Jest ktoś kto zabiera nasze marzenia.
    Kochani co polegliście, tragicznie zginęliście
    Miejcie nad nami żyjącymi Polakami niezatarte wspomnienia.

    Grażyna Michura.

  3. G,M. pisze:

    Zycie to najcenniejszy dar naszego istnienia
    Miłość to energia szczęścia i ciepła
    Dlaczego nie potrafimy żyć i szanować się jako istoty rozumne.
    Trzeba wojny kosmitów by ludzie się zjednoczyli na ziemi
    Czy katastrofy ziemskiej.

    Może doczekamy czasów gdzie ludzkość zrozumie sens życia.- przemyślenia G.M.

  4. G,M. pisze:

    Czasami trzeba przebaczyć by zrozumieć sile zlej woli
    By pomóż innym się zmienić.
    Przebaczanie to najwyższy dar istnienia człowieka. Nie każdy potrafi przebaczyć.

  5. Anonim pisze:

    W rocznicę śmierci kochany Joziu prosze wspieraj mojego męża. Pomozcie mi w sprawach tu na ziemi kocham Was byliscie moimy wspanialymi aniolami tu na ziemi Ty i moj maz. Wspierajcie mnie w dazeniach do celu projektach i milosci bliznich.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.