Ku pokrzepieniu serc

Marek Gajowniczek
Dość!
Prawo do bezprawia! Wolność zniewolona!
Zabójcy bezkarni! Ludność okradziona!
Czy to nasi stróże? Czy to nasi kaci?
Jak wytrzymać dłużej? Jak Polski nie stracić?

Żadne przykazanie nie jest przestrzegane!
Zagonili ludzi pod ostatnią ścianę.
Sąsiad pozabijał jedynych obrońców.
Chcą nas jeszcze wszystkich pohańbić na końcu.

Gdzie jest takie miasto dokad można uciec,
by się przeciwstawić draństwu, zbrodni , bucie?
Gdzie Konfederaci, gdy gnębią Unici?
Czemu podzieleni? Bezradni? Rozbici?

Północ oraz zachód tutaj Polski nie chce!
Koń apokalipsy z Wisły wodę chłepce.
Przy Kościele stoją starcy i kobiety.
Komuch się przystroił w nasze epolety!

Przestraszone dzieci. Młodzież stumaniona.
Kto ich do obrony wartości przekona,
gdy z nich uczyniono jedynie kiboli?
Zaboli Cię Polsko ten podział!… Zaboli!

Solidaryzm ludzki trzeba odbudować!
Poszukiwać prawych! Ojczyznę ratować!
Rękę dać podobnym! Wesprzeć się na sobie!
Nie dać się wciąż spychać! Nie mysleć o sobie!

To jest nasza ziemia! Nie odmieńców raj!
Tu nasz dom rodzinny! Nie przechodni kraj!
Chcemy żyć tu godnie! Z Bogiem! Po naszemu!
Złu czas – DOŚĆ! – powiedzieć! I WARA – obcemu!

 

Do rachunku krzywd

Dzieciom zapomnieć nie pozwolę!
KATYŃ
GIBRALTAR
SMOLEŃSK

Spychają znowu nas w niewolę!
KATYŃ
GIBRALTAR
SMOLEŃSK

Rosjanie, Unia i Angole!
KATYŃ
GIBRALTAR
SMOLEŃSK

Z układem „po okrągłym stole”?
KATYŃ
GIBRALTAR
SMOLEŃSK

Mordują w jednym kłamstwa dole!
KATYŃ
GIBRALTAR
SMOLEŃSK

Choć zakłamywać pragną wszystko
i z prawdy robić pośmiewisko,
gdzie Polska – przetargową kartą –
do rachunków dopisać warto
i DZISIEJSZĄ NASZĄ NIEDOLĘ

K A T Y Ń !

G I B R A L T A R !

S M O L E Ń S K !

 

Slajdy

Zaszczytny wybór. Losu dar.
Zestawcie pilotów komplecik.
Ostatni lot w ten Czarci Jar.
Znaczący nikt tam nie poleci.

A jeśli wyląduje cały?
To niemożliwe! Wierzysz w duchy?
Z Tutką już były pierepały.
Zbyt długie siedzą w tym paluchy,

Okęcie. Ranek. Samochody.
Cholera popatrz – to stażystki!
I ten tu się zaplątał młody?
Nasi jak idą, to ze wszystkim.

Widziałeś! Leci tylko jeden!
Będzie poprawka jak ich znam.
Oj, przewiduję wielką biedę!
Startuje już ten cały kram.

* * *

Hejka! Spojrzałeś na pogodę?
Tutka już dobra po remoncie?
Kto leci? – Protasiuk i młode.
Co robią te dwa typy w kącie?

Normalka. Widzisz, że są z firmy.
To po co udają idiotów?
Od rana jestem jakiś dziwny.
Wszyscy już są. Zezwalaj. Gotów?

* * *

Lecimy! Co tak zbladłeś Lechu?
Popatrz w dół jeszcze na Warszawę.
Przez chwilę brakło mi oddechu.
Przemyśliwałem pewną sprawę.

Dobrze, że Jarek jest przy mamie.
I chyba dobrze, że nie leci.
Możliwe jest, że ktoś tu kłamie.
Oj, zawsze mówię – Wy jak dzieci!

* * *

Mamusiu! Mamo! Tata leci!
– Leci do Rosji z prezydentem!
Popatrz czerwone coś tam świeci.
Czerwone??? (Myśli mam przeklęte).

Chodź do mnie córuś. Chodź do mamy.
Mamusia musi Cię przytulić…
Okno na razie zamykamy!
( Nie powiem o nich nic smarkuli).

* * *

Próba „Makbeta”. Mgła. Zarośla.
Trzy wiedźmy tańczą . Krew na włosach.
Pora by ktoś tu wydoroślał!
„Makbet się dowie o swych losach!”

„Jak żyję, jeszcze nie widziałam
dnia tak pięknego i tak złego”
On dziś poleciał. Ja zaspałam.
Stop! Przerwa panie! Dość mam tego!

Zostawcie swoje własne sprawy!
A skupcie całe się na wróżbie!
Widzicie mgłę… W niej dziwne sprawy…
Co tam upadło? – To podłużne…?

 

„Ojcze Nasz!…” – Bóg na pewno wysłucha!

Telewizje – strzeliste katedry
sięgające wieżami do nieba,
rosną wyżej i wyżej bez przerwy.
Ludzie pragną ich bardziej niż chleba.

Dziś platformy cyfrowe na niebie
rozpostarły srebrzyste swe skrzydła.
Dróg szukają codziennie do Ciebie.
Chcą by ludziom prostota obrzydła.

Sam Hollywood – snów Twoich stolica –
wielki ekran nad światem rozpina.
Każdy rząd telewidzów zachwyca.
Zbliża się ta ostatnia godzina!

Wielki show. Czas na stawkę najwyższą!
Nieśmiertelność lub Bramy Otchłani!
Sprawiedliwi sumienia swe czyszczą.
Oszukani – już znaczą się sami!

Wielki tłum się przy wejściach tratuje
pokazując zaszczyty – znamiona.
Piramidę dusz ludzkich buduje
program – demon, co umiał przekonać.

Czy potrafisz się jeszcze zatrzymać?
Czy ten pęd Cię ślepotą zagarnie?
Dzisiaj ten się tryumfem rozdyma,
co przed Bogiem niósł światła latarnię!

Świat się płaszczem iluzji otulił.
Pędzi gdzieś ku granicy istnienia.
Zmienił Tobie w „Wieczór Trzech Króli”
Narodzenie i Dzień Objawienia!

„Ojcze Nasz!…” – Twoja prośba wystarczy!
„Ojcze Nasz!…” – Bóg na pewno wysłucha!
Twój znak krzyża jest lepszy od tarczy!
Skóra kłamstwa jest cienka i krucha!

Wielki rząd, wielki show marionetek
i rachunki kłamstwem obrosłe,
razem z całym masońskim sekretem –
niszczą słowa modlitwy prostej:

„Ojcze Nasz!…” – Bóg na pewno wsłucha!

 

Bóg pomoże! Na pewno przetrwamy!

Wielka niechęć do kompromisu.
Za to zgoda na polowanie.
Czarny PiaR i brak POPiSu.
Ustalenia na nocnej zmianie.

Niesiołowski i Komorowski,
grupa Bochniarz, Kongres, Unici,
WSI, blok wałęsowski
i ci – „Zdrawstwuj” – stale ukryci.

Zmowa, wrogość i non stop wojna.
Śmiechy Niemców, wsparcie Brukseli.
Polska stała się niespokojna.
Gazetami zabijać chcieli.

Niesiołowski i Komorowski,
grupa Bochniarz, Kongres, Unici,
WSI, blok wałęsowski
i ci – „Zdrawstwuj” – stale ukryci.

„Pan Prezydent będzie gdzieś leciał!
Problem sam się wówczas rozwiąże”
Pan Obama bronić nas nie chciał –
nie rozumiał rosyjskich dążeń.

Czekał Smoleńsk. Stare lotnisko.
Termin wszystkim był dobrze znany.
Trzeba swoich oddzielić – to wszytko.
Deal wiedeński realizowany.

Przez przypadek ktoś nie poleciał.
Dożynanie się nie udało!
Ktoś filmował, porobił zdjęcia.
Wiesz już Polsko co Cię poszarpało.

Niesiołowski i Komorowski,
grupa Bochniarz, Kongres, Unici,
WSI, blok wałęsowski
i ci – „Zdrawstwuj” – stale ukryci.

Mają wszystko, lecz prawdy się boją.
Mają władzę, resorty siłowe.
Obce rządy za nimi też stoją.
Rozwiązania czekają gotowe.

Ludziom jeszcze modlitwa została.
Przekonanie – Że nigdy nie zginie!
Prawda, która wyzwolić nas miała
już wypływa i cała wypłynie.

Wszystko mija. Świat jest w kryzysie.
Idą wojny i wielkie zmiany.
Bądźmy mądrzy! – Sprawiedliwi dzisiaj.
Bóg pomoże! Na pewno przetrwamy!
21.01.2011

 

Marsz Pamięci

Dziesiątego na Starówce zawsze młodo.
Nikt nie zraża się niechęcią, niepogodą,
wyciszaniem, przekręcaniem i obstawą –
idzie tam, gdzie słychać głośne: -„Wstań Warszawo!”

Kiedy wszyscy razem z kolan powstajemy
otoczeni blaskiem krzyży i sztandarów –
nie ma takich przeciwności na tej Ziemi,
które przygiąć potrafiłyby nasz naród.

Potem śmiało – starą trasą – w Plac Zamkowy.
Tam gdzie kiedyś szpalerami stało ZOMO.
Dziś modlitwa w górę nam podnosi głowy,
a tajniaki swoich wołają na pomoc.

Tłum się wlewa na Krakowskie z pochodniami.
Nad zniczami obok krzyży – orły w górze
i Przedmieście się zapala migaczami.
Rzeka ludzi płynie dalej, szerzej, dłużej.

To jest marsz Tych przyzwoitych – Tych z pamięcią!
Spycha złych, co zapomnienie posiać chcieli.
Wbrew przeszkodom i szykanom i niechęciom –
będą znowu na Krakowskim Polskę mieli!

 

Poszukajmy się?

Poszukajmy się wśród ludzi.
Wsparcie dajmy przyzwoitym!
Zniechęconych czas obudzić!
Z obcej trzeba zejść orbity!

Przywrócić znaczenia słowom:
patriota, rodak, człowiek.
Przerwać kurację wstrząsową –
chorej Matce wrócić zdrowie!

Podać innym swe ramiona,
którzy czują – jak Ty czujesz.
Wahających się – przekonać!
Z nimi dom nasz odbudujesz.

Nasza skała twarda przecież!
Oprze każdej się powodzi.
Niech przestaną gdzieś po świecie
swego miejsca szukać młodzi.

Mamy wśród nas sprawiedliwych.
Mamy wielu solidarnych.
Popierajmy tych wrażliwych.
Mądrych. Twardych. Niesprzedajnych!

Polska to kraj dumnych ludzi!
Nienawykłych do uników.
Przestańmy się kłamstwem brudzić
pogardzanych polityków.

Nie jesteśmy tu w niewoli
choć tak myślą nuworysze.
Ja w mym sercu – chociaż boli –
polska nutę wciąż kołyszę.

Poszukajmy się wśród ludzi.
Wsparcie dajmy przyzwoitym.
Zniechęconych czas obudzić!
Z obcej trzeba zejść orbity!

 

10 kwietnia

Stało się
a może jednak nie
może spróbować zamknąć oczy
zasnąć i obudzić się po złym śnie

Stało się
jak obuchem w głowę
drży jeszcze ostatni akord
niedokończonej symfonii
w mglistym powietrzu dopala się
ostatni znicz

Stało się
tego filmu nie puści już nikt
w odwrotną stronę
wylądowali
na miejscu swego przeznaczenia

Stało się
tajemnicę zabrali ze sobą
do zatrzaśniętych trumien
czarna skrzynka czarna łubianka
dochowa milczenia niezawodnie
i milczeć będą drzewa
które to widziały

Stało się
trafiony odłamkiem uśpiony żubr
otwiera szeroko oczy ze zdumienia
ryk uwiązł mu w gardle
zbiera się do galopu
w swoją ostatnią szarżę
kwiecień 2010

 

Bieleje namiot?

Bieleje namiot na Krakowskim.
Zmaga się z wiatrem, deszczem, zimnem.
Napięty żagiel Wolnej Polski –
Dla PRL-u wrogiej! ? innej!

Solidny tą Solidarnością,
którą zachował Lech Kaczyński.
Wytrwały z wiarą i polskością
w morzu bałwanów i mord świńskich.

Bieleje wciaż naprzeciw burzy,
ataków straży, mediów gwałtu.
On marny koniec komuś wróży!
Temu, co zrobić piekło chciał tu!

15 kwietnia 2011

 

Dziesiątego

Dziesiątego chodzimy się modlić.
Do Katedry się ledwo wciskamy.
Potem już rozmodleni, pogodni –
Panu Bogu pieśń naszą śpiewamy.

Dziesiątego czekają oddziały,
Przyczajone na bocznych ulicach.
Ochraniacze i maski i pały.
Tu się nie chcą modlitwą zachwycać.

Ludzie niosą sztandary w pochodzie.
Transparenty, pochodnie, napisy.
Obok starszych – maszeruje młodzież.
Sunie tłum szerokością ulicy.

A kolumny pojazdów czekają.
Przyczajone jak tygrys do skoku.
Gotowości nie ukrywają.
Dla nich przemarsz jest solą w oku.

Ludzie idą z modlitwą na ustach.
Krzyczą za nich jedynie napisy.
Pan komisarz bąknął o złych gustach,
o rapotrach i o zagranicy.

Ma wytyczne na ile pozwolić
i pilnuje dokładnie bariery.
Dziesiątego komisarza boli,
że ten marsz go pozbawi kariery.

My idziemy i się spodziewamy.
Chłodnym wzrokiem mierzymy ich siły.
Z tego marszu się wypchnąć nie damy!
Oni czują, że zwyciężymy!

 

Panie Rotmistrzu! Larum grają!

Nikt nie wzlatywał tak wysoko
jak Ty Nasz Orle nad Orłami!
Inni poszczycić się nie mogą
tak wielkim Duchem niezłamanym.

Poszedłeś do samego piekła,
by piekłu gardłem wyrwać trzewia.
Dopadła Ciebie zemsta wściekła,
lecz potrafiłeś jej się nie bać!

Żołnierzy takich świat nie widział!
O takim męstwie nie słyszano!
Rotmistrzu! Masz do Świętych przydział!
Miejsce: Mokotów. Termin: Rano.

Już tam Hryckowian i Badecki
starannie wybierają kulę,
a prezydent – agent sowiecki
każe ją jeszcze zatruć bólem.

Trucizna ta i w nas została.
I poraziła pokolenia.
Zbrodnia przed karą się schowała
w naszych umysłach i sumieniach.

Panie Rotmistrzu! Larum grają!
Oślepła znowu Europa!
Nasi do dzisiaj ukrywają
gdzie Twoje serce kat zakopał.

Serca takiego – Pileckiego
Tak bardzo dzisiaj nam potrzeba.
I Ducha tak niepokornego,
żeby wymusił chociaż ? Przebacz!

 

Dlaczego?

By rosła?,
A ludziom żyło się?!
Myśl prosta –
Pokazać: – Nie jest źle!

Ale powiedz jak?
Gdy opadł ptak
I wszystko jest nie tak!

Pewni byliśmy jeszcze wczoraj,
I tak „do przodu” miało być.
Mówiliśmy: – Fora ze dwora! –
Dlaczego dzisiaj chce się wyć?

Spełnił się
Nasz wymarzony sen.
Kłopoty
Zostały gdzieś tam, hen.

Ale powiedz jak
Leżąc na wznak
Zasłonić taki wrak?

Pewni byliśmy jeszcze wczoraj,
I tak „do przodu” miało być.
Mówiliśmy: – Fora ze dwora! –
Dlaczego dzisiaj chce się wyć?

Czasu brak.
Ludzie z nas śmieją się!
Został wrak
I przerąbano grę.

Więc powiedz jak
Posiać tu mak,
Lub znaleźć jakiś hak?

Pewni byliśmy jeszcze wczoraj,
I tak „do przodu” miało być.
Mówiliśmy: – Fora ze dwora! –
Dlaczego dzisiaj chce się wyć?

 

Wygnanie z raju

Idzie naród w niewolę
krokiem równym, ochoczym.
Wizją o sutym stole
ktoś oślepił mu oczy.
Wyprowadził muzyką
złamanego flecika.
Zmamił go statystyką
i przekrętem w wynikach.

Idzie naród w niewolę –
dobrowolnie, ze śmiechem.
Idzie za swym idolem,
za mamoną i grzechem.
Zapomniane pradzieje,
porzucone ofiary –
wiatr historii rozwieje.
Skryją złości i swary.

Idzie naród leciutko.
Jego dzieci i młodzież.
Nie przyglądał się skutkom
i pogania w pochodzie
starych, którzy tyranię
dawnych lat pamiętają
i mają inne zdanie
i wciąż marsz opóźniają.

Mają umrzeć po drodze.
Nikt się o nich nie troszczy.
Są jak kula przy nodze.
Stek określeń najgorszych.
W tłum wmieszani kibole
wciąż im patrzą na usta.
Idzie naród w niewolę.
pozmieniały się gusta.

Już zawrócić nie mogą.
Za daleko już zaszli.
Kołują nad tą drogą
rozwydrzeni i straszni
pozbierani po świecie
bezlitośni handlarze.
a trzecie tysiąclecie
jest zwięczeniem ich marzeń
o ziemi obiecanej
po tym wielkim narodzie.
Przepięknej! Ukochanej! –
Przyszłym Rajskim Ogrodzie

 

Serce

Ludzie przyszli tysiącami
i stali w kolejce.
Nikt nie wołał. Przyszli sami.
Kazało im serce.

Mocno biło w Tym Narodzie,
wierzyło, kochało.
Kiedyś rzekł mu prosty złodziej:
Serce to za mało!

Ten przeżyje, ten zwycięży,
kto serca nie słucha!
Tylko głupek patrzy w księżyc!
Lis na ziemi szuka!

Namnożyło sie nam odtąd
wielu Wallenrodów,
co szli z prądem, nie pod prąd –
wybawców Narodu.

Wszystko spływa do Bałtyku –
taka już natura!
Serce utknęło w przełyku.
W piersi wielka dziura.

Dzisiaj trzeba się kierować
wyłącznie rozumem!
Ciągle wołam – Serce, prowadź!
Ja tak żyć nie umiem!

 

Lawa

Miliardowe ludzkie stada obstąpiły brzegi.
Lasy rąk i twarzy mrowie. Ściśnięte szeregi.
Opuścić chcą wszyscy nagle swoje rezerwaty.
Pchają się do Europy drugie, trzecie światy.

U nich wojny. U nich głód. Bezprawie i mordy.
Przelało się zło przez próg i oślepły hordy.
Nie ma dzisiaj takich barier. Nie ma takich granic,
by powstrzymać napór ludzi. Nie zawrócą za nic!

Diabelski zamysł zagłady opanował Ziemię.
Dzień po dniu śmierć żniwo zbiera. Ginie jakieś plemię.
Imperium się wycofuje i chroni najbliższych.
Młodzi, silni, oszaleli – przed szeregi wyszli.
Lubi diabeł młode pędy i ich świeżą krew.
Pożera ich całe spędy. Rośnie w ludziach gniew.

A zaczęło tę lawinę: „Dla wszystkich nie starczy!”
Ktoś niewinną zrobił minę. Ktoś wrócił na tarczy.
Trudny pieniądz. Wolny rynek i dziwne podziały.
Przekonanie, że ten świat jest dla ludzi za mały.

Kto zwycięży? Stara zgoda, czy Nowy Porządek?
Ten, kto diabłu rekę podał – zrobił już początek.
Ludzie oślepili, ogłuchli na wszelkie wołanie.
Miej w opiece sprawiedliwych Najjaśniejszy Panie!

 

Nie płacz Matko!

Krzyczysz Matko do obrazu, że jesteś bez winy!
Obraz tego nie potwierdzi, ani też nikt inny.
Żadnych pytań płótno nie ma i nie chce nic wiedzieć.
Tak je już wymalowali Twoi źli sąsiedzi.

Gdybyś żal swój wypłakała przed świętym obrazem,
może kościół by usłyszał wołanie tym razem,
bo Bóg przecież wszystko widział. Płakała Maryja.
Twoje listy, Twoje skargi Bruksela omija.

Wielcy świata, purpuraci, ważni urzędnicy –
jeszcze zamknąć Ciebie zechcą w najgłębszej ciemnicy
byś nie stała przed obrazem i tu nie płakała.
Może kiedyś, nie tym razem, rację bedziesz miała.

Twoje dzieci prawdę znają i będą pamiętać.
Nie proś Matko świat o litość. Galeria przeklęta.
Jeszcze Ojca przypomnimy i uczimy godnie,
chociaż ludzie tak masowo godzą się na zbrodnię.

My na ramię i na czoło znaku nie przyjmiemy.
i pokłonów przed straszydłem bić żadnych nie chcemy.
Nie płacz Matko do obrazu, bo nas też ból gniecie.
Ludzka władza szybko mija – Boska wszystkich zmiecie.


Malkontenci

Malkontenci, malkontenci
wątpliwości i niechęci
rozsiewają po kraju.
Wiecznie czegoś szukają,
ale świat dzięki takim się kręci!

Niepoprawni malkontenci –
bardzo trudno ich zachęcić.
Wiecznie tkwią na rozstaju.
Ciągle czegoś szukają,
ale świat dzięki takim się kręci!

Niezależni malkontenci
w swych postawach nieugięci.
Nie uwierzą przenigdy.
Rozwiązują Enigmy,
ale świat dzięki takim się kręci!

W kraju wiecznych malkontentów
spotkasz samych oponentów.
Będą za – nawet przeciw,
aż się wszystko rozleci –
zwłaszcza rządy komuchów i mętów.

W kraju wiecznych malkontentów
nie ma żadnych sentymentów
dla frajerów, partaczy,
dla tych którzy inaczej,
dla ich rzadów i parlamentów.

Solidarni malkontenci
tak potrafią świat nakręcić,
że padają kolosy,
wydłużają się nosy.
Malkontentom pieśń warto poświęcić!

 

Rozświetlone dęby

Trzeba żyć. Nie masz wyboru.
Wrosłeś już w tę Ziemię.
Niejedna burza horrorów
położy się cieniem
na Twój wymuszony byt.
Na Twoje wzrastanie.

Wielki Wschód i szkocki ryt
rozpoczęły taniec.
Wrosłeś jednak mocno w Ziemię.
Nikt Cię nie przesadzi!
Zdrowe Cię wydało plemię.
Nie możesz Go zdradzić.

Światło ciągle Ciebie karmi.
Rośniesz w stronę Nieba.
Nie potrafią Ciebie zmamić.
Potrafisz się nie bać!

Trzeba żyć. Nie masz wyboru –
nawet w trudnym czasie.
Na resztkach z pańskiego stołu
także przeżyć da się.

Tyś tu dębem, orlim gniazdem!
Nie kłaniasz się burzom.
Oni tutaj są przejazdem.
Niepogody wróżą.

Trzeba żyć. Ufać tej Ziemi.
Nikt Cię z niej nie ruszy!
Trzymasz się mocno korzeni
i masz piękno w duszy.

Starą pieśnią gra korona
o dawnych Polanach.
Obcy Ciebie nie przekona.
Nie zdoła Cię złamać.

Trzeba żyć i chronić młode
delikatne pędy,
by polską miały urodę
rozświetlone dęby.

 

Na krańcu wpływów oceanu

Na krańcu wpływów oceanu
żyje wspaniały Naród Panów.
W bujnej zieleni ma siedliska,
a wolność zawsze jest mu bliska.

Przyroda hojnie Naród darzy.
Chroniła Go od złych korsarzy,
od wschodnich ord, rzymskich legionów.
On sam nie groził też nikomu.

Bratał się dawno z sąsiadami,
ale się nie dał wpływom zmamić.
Gdy Wojciechowy przyjął chrzest –
Do dzisiaj Bogu wiernym jest!

Poprzez minione tysiąclecie
najlepsze tego ludu kwiecie
dzielnie broniło Europę.
Jej wrogów słano tu pokotem.

Złe moce Naród ten dzieliły,
ale znajdował zawsze siły,
by wracać znów w dorzecze Wisły
i odbudować Kraj Ojczysty.

Gdy w oczy zaglądała zguba,
to cała młodzież – Jego chluba,
żegnała się i szła Go bronić.
I każdy oręż trzymał w dłoni.

W żadne układy nikt nie wierzył!
Najlepszych w świecie ma rycerzy
stary, wspaniały Naród Panów,
na krańcu wpływów oceanu.

 

Fotografia

Leży nadal w zagajniku pod Smoleńskiem
fotografia dziewczynki maleńkiej.
Schowała się wystraszona w zaschłym błocie,
kiedy wybuch rwał poszycia w samolocie.

Przestraszyły ją komendy, ostre strzały.
I buciory, które długo jej szukały,
I przekleństwa i ten obcy twardy głos.
Obawiała się nieszczęsna o swój los.

Długo leży tam zastygła, nieruchoma.
Wciąż wsponina jak noszono ją w ramionach.
Jakim była wypieszczonym oczkiem w głowie.
Czy ją jeszcze ktoś przypomni dzisiaj sobie?

Marzy jej się, że ktoś jednak jej poszuka.
Że odnajdzie, włoży znowu do sztambucha.
Będzie często patrzył w oczy, może nawet łzę utoczy,
ukołysze, ciepłym słowem udobrucha.

Leży nadal w zagajniku pod Smoleńskiem…

 

Zuchwali

Na klasztor musieli uderzyć,
bo twierdzą uczynił go wróg,
lecz widząc swych polskich żołnierzy,
zuchwalstwo wybaczył im Bóg.

Gdzie rady nie dały Shermany
i innych spychano ze zboczy,
tam ułan daleki, nieznany
szedł na przód, choć krwią polską broczył.

Błogosław im Benedykcie,
za drogę otwartą na Rzym.
By nie być z sumieniem w konflikcie,
po mszy zaraz poszli jak w dym.

Po drodze ofiarę składali
z zabitych, z postrzałów i ran.
Gdy doszli odważni, wspaniali!
Zuchwalstwo wybaczył im Pan.

Czerwone maki na Monte Cassino…

 

Wróci jutro gra powszednia

Gala, marsze i orkiestry –
w zagajniku zbrodnia.
Błyski fleszy, wielki festyn
zwabiły przechodnia.

W brzozach, olchach i osikach
wiatr samotny hula.
Wypłynęła z brei ziemi
galowa koszula.

Rękaw w strzępach.
Jeden guzik, a na torsie dziura.
Tutaj rauty – tam udręka.
Wiatr samotny hula.

Są wielbieni prezydenci –
są też pognębięni.
Dla prawdy zabrako chęci.
Błyskotka się mieni.

Świat się patrzy na występy –
nie widzi cmentarza.
Ważny show i inne względy.
Nikt się nie obraża.

Pyta dziecko : – Czy mój tata
też był tak chroniony?
Helikopter w górze lata.
Zamknięte rejony.

Wielkie koszty. Wielka kasa
i stada goryli.
W zagajniku leży zbrodnia.
Słychać szum badyli.

To dla Ciebie trąbią media,
żebyś mógł zapomnieć.
Wróci jutro gra powszednia
i spory o zbrodnię.

 

O spokój duszy

Czołgi na Poznań! Działa na ludzi!
Ubecja we krwi łapy ubrudzi.
Kat już nie żyje, lecz system został.
Czołgi na ludzi! Działa na Poznań!

Kto tam tych karłów wypuścił z twierdzy?
Wrogowie ludu, bandy, mordercy –
po robotniczą sięgnęli władzę!
Czołgi na Poznań! Miasto rozsadzę!

Ręka Poznania będzie obcięta!
Kto się podniesie – niech zapamięta:
Władza ubecji jest nieśmiertelna!
Bandytów pod sąd! Wszystkich do pierdla!

Czerwone maki kwitły na szynach.
Naród się budził. Świt się zaczynał.
Karabin jeszcze zagra na moście.
O spokój duszy zabitych – proście!

 

Historio komuny!

Nakazem milczenia straszą nas psubraty.
Zakazany Smoleńsk! Zabroniony Katyń!
Zabronione wszelkie o zbrodni szemranie!
Rząd nakazał służbom wielkie lutowanie.

W ołowianych trumnach pragną zamknąć wszystko.
Wystawić na żarty i na pośmiewisko.
Zamknąć w psychiatryku, lub zakopać w dole.
Zabroniony Katyń! Zakazany Smoleńsk!

Świat popiera władzę i nasze elity.
Utajniono wszystkie zdjęcia z satelity.
Zwracać nasz samolot będą nam na raty.
Zakazany Smoleńsk! Zabroniony Katyń!

Pomnika nie będzie – wystarczy tablica.
Nie wolno zapalać zniczy na ulicach.
Nie mogą wywieszać plakatów kibole.
Zabroniony Katyń! Zakazany Smoleńsk!

Nie usłyszysz w radiu, nie przeczytasz w prasie.
Myślą, że o wszystkim już zapomnieć da się.
O tym, co przed rokiem, o tym co przed laty.
Zakazany Smoleńsk! Zabroniony Katyń!

Historio komuny! Stara prostytutko!
Nie licz, że w Narodzie pamięć mamy krótką!
Że czas przekreślimy na okrągłym stole.
Zaciąży ci Katyń! Rozwali cię Smoleńsk!

 

Jak?

To nie tolerancja!
To zgoda na mord!
Na podłość i niewolnictwo.
Jakaż to atrakcja
rozwydrzonych hord
każe tolerować wszystko?

To nie polityka!
To zwykłe krętactwo
złośliwych, naiwnych, głupich!
Gdy godność zgubiono
w ukłonach, unikach –
wolności nie uda się kupić!

Następne Monachium
waży banda tchórzy.
Przygięto matczyne plecy.
Mieli nie powrócić
z dalekiej podróży!
Nie róbcie tu z tego hecy!

Możecie udawać,
że nic się nie stało
i wmawiać ludziom ciemnotę,
lecz jeszcze was zbrodnia
dopadnie, zaboli.
Jak żyć z nią potraficie potem?

 

Optymistycznie

Przedziwne przypuszczenia krążą,
że sprawy same się rozwiążą –
zwłaszcza te mocno powiązane
i wszystkie karty, dawno zgrane
staną sie nagle atutami.
I ludzie zadziwią się sami,
że wszystko było takie proste
i hymny wielkie i wyniosłe
polecą w niebo dziękczynieniem,
a to, co wczoraj było cieniem
w uśmiechach słonecznych rozbłyśnie!
I cieszyć będą się w Ojczyźnie
dostatkiem, ciszą – normalnością.
Zapomną czasy, gdy ze złością
wypowiadano słowo „rząd”
i swoim wskazywano „won!”,
bo tu dla kogoś miejsca nie ma.
I zniknie „przymus” i „dylemat”,
a śmieszyć będzie „mniejsze zło”
i że się „trudną drogą szło”
do czasów zwykłych i normalnych,
a o tych dzisiejszych – fatalnych,
nazwanych kosztem transformacji
i ząbkowania demokracji –
niechetnie będą snuć wspomnienia.
Nasz świat, jak życie wciąż się zmienia!
Nic nie trwa wiecznie! Ziemskie rządy,
tendencje, wizje, mody, prądy –
przepłyną, jak ta w Wiśle woda,
a fala nowa, młoda, zdrowa –
jak Pan Bóg spojrzy na człowieka.
Tym, dziś radosnym, czas ucieka
o wiele szybciej, niż nam – trwałym.
Nikt nie jest takim doskonałym,
żeby na kłamstwie ład budować.
Nam starczy wiara. Boże! – prowadź!

 

Biuro Podróży

Po Nocnej Zmianie – Biuro Podróży
nie chce o kadrach rozmawiać dłużej.
Jedno zadanie – konkretna trasa
i niechaj wreszcie zamilknie prasa!

Biuro Podróży. W wejściu – „Zdrastwujtie!”
Szukać obsługi w nim nie próbujcie.
Wszystko pokażą dobrze w reklamie.
Odlot był jeden. Jedno zadanie.

Kto jest tu szefem? Kto architektem?
Może ten człowiek z dziwnym dialektem?
Jedno jest pewne – Była potrzeba!
I zamówienie – Trasa do Nieba!

Biuro Podróży – konkretny deal.
Najwyższa marka! Światowy styl!
Zysk jest wspaniały. Wielkie dochody!
Podział – nieznany. ( Były powody).

Niech długie potem piszą raporty.
Śledzą lotniska. Badają porty.
Szukają winnych i rezydentów
„Biura Podróży dla Prezydentów”.

Sam główny sprawca Wam wytłumaczy
dlaczego wszystko wyszło inaczej.
Umowa była! Powrotu nie ma!
Lokal zamknięty. Skończony temat.

 

Graj, moje serce

Na pewno jest tu zwyczajne życie,
zwyczajni ludzie, zwyczajny kraj,
lecz gdy mazurka gdzieś usłyszycie –
coś ściska w piersi. Graj serce! Graj!

O tę zwyczajność nie jest tak łatwo.
Być może nigdy nie było „naj”,
a zawsze był to pościg za tratwą.
Zagraj Chopina! – Mazurki graj!

Ktoś nazwał „Chopin” i ktoś „Etiuda”
miejsce pożegnań, gdzie słychać – bye!
Gdzie człowiek myśli – Wrócić się uda,
choć zapamiętał – to nie był raj.

I bywa ciche też to lotnisko,
a myśl się tłucze – Zapomnieć daj!
Jak to się mogło wydarzyć wszystko?
Czy człowiek doszedł już na sam skraj?

Grajcie mi teraz „Rewolucyjną”!
Jakiż po kwietniu będzie tu maj?
Skończcie parodię kondolencyjną!
Graj moje serce! Mazurka graj!

 

Te nasze sierpnie

Te polskie sierpnie
historię zdobią wdziękiem.
Są, jakbyś swą dziewczynę wziął za rękę
i poszedł z nią
na zbiórkę do Powstania.
Te nasze sierpnie – są tylko do kochania!

Nas pieśni sierpnia
za serca chwytają!
Na świecie nigdzie takich słów nie mają,
a my w plecakach
swych porozrywanych –
nosimy wciąż zwycięstwa zakochanych.

I ciągle palce
wznosimy do nieba.
I najsilniejszych umiemy się nie bać!
My solidarni –
nie do paktowania!
Nas nie uczono wrogom w pas się kłaniać!

Zwycięskie szarże,
dramatyczne boje.
Z tobą, mój sierpniu wrogów się nie boję!
Bo wiem, że Cud
nad Wisłą już się zdarzył!
W tych naszych sierpniach zawsze nam do twarzy.

I choćby nawet
przyszło drogo płacić –
ostatni los rzucimy niebogaci
na stos, na szaniec,
na ostatnią kartę.
Zagramy o to, co dla nas jest warte!

Te polskie sierpnie,
wszystko, co sie stało –
to nasza pieśń, co zawsze będzie chwałą!
I choćby ktoś
rachunek chciał wypisać –
my zapłacimy – jutro!… Może dzisiaj!

 

Wara!

Pożółknie dobytek wszystek.
Krótka o losach rozmowa.
Blask straci także ten listek,
który w sztambuchu tak chowasz.

Marzec i Radom i Sierpień,
Podziemie i Solidarność
i nawet wspomnienie cierpień –
przechodzą powoli w marność.

Lecz nie pluj na to hołoto!
I wara ci od mojego!
Twa ślina znów zmienia w złoto
Tę marność – w Coś Najdroższego!

I choćbyś pastwił się nad nią
obleśnym wiersza spojrzeniem.
Wartości Tej nie rozkradną,
bo bronią jej nasze cienie.

I Duchy ofiar złamanych
i przerażonych bez skrzydła.
Zwycięskich – Niepokonanych!
I czym są dla Nich straszydła?

Rozmiękłym, marnym nalotem.
Kożuchem piany na fali.
W niepamięć wracaj z powrotem!
Tu naród wciąż Boga chwali!

 

Bilans

Ona z Sierpnia nam została –
„kierownicza rola partii”,
a z nią zakaz, a z nią pała
w rękach nowej oligarchii.

Komuna ma się wspaniale
starości dobrej dożywa.
W orderowej chodzi chwale.
Mocnym głosem się odzywa.

Telewizja znowu kłamie.
Wydłużono nam czas pracy.
Został tylko ślad po bramie.
Nie chcą strajkować rodacy.

Wiedzą, że ich wykiwano –
choć wojsk ruskich u nas nie ma,
w Rosji ciała pozbierano.
Smoleńsk – jedyny dylemat!

Tym razem porozumienia
podpisano bez narodu.
Uzgodniono: „Nic nie zmieniać!”,
bo do zmian nie ma powodu.

Ona z Sierpnia nam została –
„kierownicza rola partii”!
Dla niej zaszczyt! Dla niej chwała!
Dla nas pochylone karki.

Strona Autora: https://marekgwwa.wordpress.com/

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia, Rzeczpospolita Obojga Narodów, Wiersze i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

11 odpowiedzi na „Ku pokrzepieniu serc

  1. demonica pisze:

    mocne i piękne !

  2. Edward Snopek pisze:

    Dziękuję za wspaniałe wiersze. Bardzo spodobał mi się – Dość ! – tak bardzo, że dodałem do niego melodię i zaśpiewałem.
    http://www.youtube.com/watch?v=joKKobpAHNs

    • yuhma pisze:

      Podesłalem linka autorowi. Oto jego opinia:
      „Nie mogę wyjść z podziwu.Ekspresja wykonawcy chwyta za gardło! Brawo! Brawo!
      Jestem pod wrażeniem! Wiersz nabrał ogromnego wyrazu! To niesamowite! Proszę poprosić Pana Edwarda o kontakt”.

    • marekgwwa pisze:

      Drogi Panie Edwardzie! Niesamowicie wzbogacił Pan tekst muzyką i przede wszystkim ekspresyjnym wykonaniem. Bardzo dziękuję. Zachęcam do dalszych prób i proszę o kontakt. Video-klip wzruszył mnie wyrazistym przekazem. Serdecznie pozdrawiam. Marek Gajowniczek

      • Edward Snopek pisze:

        Dziękuję za ocenę i przepraszam, że ja tak bez pozwolenia – sądziłem, że taki wiersz, nie powinien trafić do piwnicy – ale być nagłośnionym. Ten wiersz to moja dusza – jakby wyrwał Pan z niej boleść i przelał ją pięknymi słowy. Cieszę się, że dzięki – Hej Kto Polak – poznałem tak wielu wspaniałych ludzi, że nie jestem sam.

  3. Polak pisze:

    Wladyslaw Belza Co kochać

    Co masz kochać? pytasz dziecię,
    Co dla serca jest drogiego?
    Kochaj Boga, bo na świecie,
    Nic nie stało się bez Niego.

    Kochaj ojca, matkę twoją,
    Módl się za nich co dzień z rana,
    Bo przy tobie oni stoją,
    Niby straż od Boga dana.

    Do Ojczyzny, po rodzinie,
    Wzbudź najczystszy żar miłości:
    Toś się zrodził w tej krainie,
    I tu złożysz swoje kości.

    W czyim sercu miłość tleje,
    I nie toczy go zgnilizna,
    W tego duszy wciąż jaśnieje:
    Bóg, rodzina i ojczyzna!

  4. marekgwwa pisze:

    Hiob

    Choćby mi stary dom zabrali,
    zlicytowali resztkę roli –
    ja nadal będę Boga chwalił
    za to, że kościół obok stoi.

    Choćby mnie strasznie obciążali
    daniną, długiem, podatkami –
    ja nadal bedę Boga chwalił
    za to, że biedni nie są sami.

    Choćby straszono mnie nakazem
    potężnej, groźnej, obcej siły.
    Ja się nie boję! Wiem, że razem
    z Kościołem Polskę obronimy!

  5. marekgwwa pisze:

    Dziesiątego

    Dziesiątego chodzimy się modlić.
    Do Katedry się ledwo wciskamy.
    Potem już rozmodleni, pogodni –
    Panu Bogu pieśń naszą śpiewamy.

    Dziesiątego czekają oddziały,
    Przyczajone na bocznych ulicach.
    Ochraniacze i maski i pały.
    Tu się nie chcą modlitwą zachwycać.

    Ludzie niosą sztandary w pochodzie.
    Transparenty, pochodnie, napisy.
    Obok starszych – maszeruje młodzież.
    Sunie tłum szerokością ulicy.

    A kolumny pojazdów czekają.
    Przyczajone jak tygrys do skoku.
    Gotowości nie ukrywają.
    Dla nich przemarsz jest solą w oku.

    Ludzie idą z modlitwą na ustach.
    Krzyczą za nich jedynie napisy.
    Pan komisarz bąknął o złych gustach,
    o rapotrach i o zagranicy.

    Ma wytyczne na ile pozwolić
    i pilnuje dokładnie bariery.
    Dziesiątego komisarza boli,
    że ten marsz go pozbawi kariery.

    My idziemy i się spodziewamy.
    Chłodnym wzrokiem mierzymy ich siły.
    Z tego marszu się wypchnąć nie damy!
    Oni czują, że zwyciężymy!

  6. m pisze:

    Panie Rotmistrzu! Larum grają!

    Nikt nie wzlatywał tak wysoko
    jak Ty Nasz Orle nad Orłami!
    Inni poszczycić się nie mogą
    tak wielkim Duchem niezłamanym.

    Poszedłeś do samego piekła,
    by piekłu gardłem wyrwać trzewia.
    Dopadła Ciebie zemsta wściekła,
    lecz potrafiłeś jej się nie bać!

    Żołnierzy takich świat nie widział!
    O takim męstwie nie słyszano!
    Rotmistrzu! Masz do Świętych przydział!
    Miejsce: Mokotów. Termin: Rano.

    Już tam Hryckowian i Badecki
    starannie wybierają kulę,
    a prezydent – agent sowiecki
    każe ją jeszcze zatruć bólem.

    Trucizna ta i w nas została.
    I poraziła pokolenia.
    Zbrodnia przed karą się schowała
    w naszych umysłach i sumieniach.

    Panie Rotmistrzu! Larum grają!
    Oślepła znowu Europa!
    Nasi do dzisiaj ukrywają
    gdzie Twoje serce kat zakopał.

    Serca takiego – Pileckiego
    Tak bardzo dzisiaj nam potrzeba.
    I Ducha tak niepokornego,
    żeby wymusił chociaż – Przebacz!

  7. Edward Snopek pisze:

    Pan Marek Gajowniczek napisał wiele wspaniałych wierszy. To prawda, że wiele z nich jest bolesnych, ukazujących trzeźwą ocenę oblicza Polskiej ziemi i zamieszkałych na niej obywateli (piszę obywateli, bo nie każdy, co ma w dowodzie zapisane – narodowość Polska – na miano Polaka zasługuje – na ten przykład K. Wojewódzki, który świadomie w swoim programie TV, prowokował swoich gości do wkładania Polskiej flagi w gówno – takich przykładów jest wiele), ale i potrzebą obecnego czasu też jest – by tego typu wiersze się pojawiały – wiersze sprawiedliwe w swej ocenie, uczciwe, płynące z duszy – która krzyczy – Dość!
    Mam zamiar zaśpiewać i wyrecytować, jeszcze kilka wierszy Pana Marka – wierszy bardzo wartościowych.
    Edward Snopek

  8. Edward Snopek pisze:

    Marek Gajowniczek – Do rachunku krzywd
    http://www.youtube.com/watch?v=aQAj5JaFclI

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.