Poeta powstaniec

Jolanta Sawińska, Maria Klara Bohomolec

Mieczysław Romanowski – poeta, prawnik, uczestnik konspiracji galicyjskiej i powstania styczniowego. Urodził się 12 IV 1833 w Żukowie na Pokuciu. Jego ojciec, Emeryk, dzierżawił ten majątek od swych krewnych Dzieduszyckich.

Brat Mieczysława, Emeryk junior, gospodarował w pobliskim Żukocinie, drugi brat Konstanty w Piotrkowie nad Dniestrem, a siostra Józefa Skwarczyńska w Kośmierzynie – wszystko to Pokucie. Jeden z braci został księdzem – był wikarym w Złoczowie i we Lwowie, a w końcu proboszczem w podelwowskim Janowie.

Edukację rozpoczął od nauki domowej w wieku 7 lat. Do trzeciej klasy normalnej uczęszczał już jednak do szkoły w Kołomyi, a potem do gimnazjum w Stanisławowie.

W 1848 piętnastoletni Romanowski uciekł ze szkoły, by przyłączyć się do powstania na Węgrzech. Jednak tuż przed granicą został dogoniony przez nauczyciela i odesłany do domu.

Maturę musiał zdawać we Lwowie w 1853 roku. W tym samym roku rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Lwowskim jako stypendysta Zakładu Ossolińskich (co zobowiązywało go do kilku godzin pracy dziennie w Zakładzie). W tym samym czasie zaczął drukować swoje młodzieńcze wiersze w lwowskich czasopismach.

Mieczysław Gwalbert  Pawlikowski (1834-1903) – w czasie powstania styczniowego członek Komitetu Miejskiego we Lwowie, zastępca komisarza Rządu Narodowego w Galicji Wschodniej, w latach 1864?1865 więziony przez Austriaków w Ołomuńcu. Działał w ruchu liberalno-demokratycznym w Galicji. Współzałożyciel Towarzystwa Narodowo-Literackiego (1867) i dziennika ?Kraj? (1869), wiceprezes Krakowskiego Towarzystwa Rolniczego (1879?1883).

We Lwowie należał do grona zapaleńców, którzy stawiali sobie za cel budzenie narodu do życia. Przewodniczył im Mieczysław Pawlikowski. U Pawlikowskiego poeta zapoznał się z Kornelem Ujejskim, a praca w słynnej bibliotece pozwoliła mu również zawrzeć znajomości z Karolem Szajnochą. Miał także kontakty z Władysławem Syrokomlą i Teofilem T. Jeżem.

W 1857 Romanowski po raz pierwszy zakochał się. Niestety, bez wzajemności. Owocem miłosnej udręki był najpiękniejszy i najsłynniejszy z jego poematów Dziewczę z Sącza.

Lata 1858-1859 wyznaczają nowy etap rozwoju talentu Romanowskiego, w którym poeta wciąż jeszcze poszukuje własnej formy, ale też coraz bardziej zbliża się ku tematyce patriotycznej. Charakterystyczny dla tego okresu jest natchniony wiersz

Kiedyż?

Nam dzisiaj tak w duszach, jak kiedy się wiosna
Z zimowej wyrywa niemocy:
To smutek i żałość, to zorza radosna,
To rozpacz, jak wicher północy.

Ach, kiedyż za ciebie w bój skoczym spragnieni,
O! Polsko, ty matko miłości?
I kiedyż przy huku dział, trzasku płomieni
Podniesieni okrzyki wolności?

I kiedyż uczynim, swobodni oracze,
Lemiesze z pałaszy skrwawionych?
Ach! kiedyż na ziemi już nikt nie zapłacze,
Prócz rosy pól naszych zielonych!

W roku 1859 Romanowski porzucił Lwów i udał się na wieś , aby pomóc choremu ojcu w gospodarstwie. W trosce o marniejące zdrowie poety rodzice szybko odesłali go jednak do miasta. W 1860 podjął pracę jako skryptor w bibliotece Zakładu Ossolińskich.

W tym samym roku sukcesy Garibaldiego w walce o wyzwolenie i zjednoczenie Włoch rozbudziły nadzieje Polaków. Z całej Polski podążali do Italii ochotnicy. Na skutek donosu nie doszło do wyprawy lwowskich garybaldczyków, ale wrzenie patriotyczne nie opadło. Do Lwowa napływały wieści z Królestwa o radykalizujących się nastrojach wśród młodzieży.

W 1861 roku na wieść o wydarzeniach lutowych w Warszawie Romanowski pisze wiersz

Jeniec Polak

Czas wyleczyć nasze rany,
Bo już szydzą z nas szatany,
A rozpaczy móc Ty znasz,
Boże nasz!

Panie! chylim Ci się w skrusze,
Wielbim krwią;
Ty pocieszysz sług Twych dusze
Zorzą Twą!

Kornie gniemy w proch kolano,
Bądź pochwalon krwią rozlaną!
Wnet mściciele z krwi tej wstaną,
A Ty grom nam w ręce dasz,
Boże nasz!

Artur Grottger „Plac Zamkowy” – obraz miasta po rozpędzeniu demonstracji lutowych. 27 lutego 1861 roku w czasie manifestacji na Krakowskim Przedmieściu w starciu z wojskiem rosyjskim zostali zabici: Filip Adamkiewicz ? czeladnik krawiecki, Michał Arcichiewicz ? uczeń Gimnazjum Realnego, Karol Brendel ? robotnik, Marceli Paweł Karczewski ? ziemianin, Zdzisław Rutkowski ? ziemianin. W ich pogrzebie 2 marca uczestniczyli przedstawiciele wszystkich cechów, stanów społecznych i wyznań. Przybyły delegacje z Galicji i Poznańskiego. Do konduktu pogrzebowego przyłączyli się przedstawiciele Żydów, rabini Dow Ber Meisels i Izaak Kramsztyk w otoczeniu chórów synagogalnych. Ciała 5 poległych złożono w zbiorowej mogile na Powązkach. Krzyż postawiony na grobie wkrótce usunęły władze rosyjskie.

Poeta coraz bardziej poświęcał się sprawie polskiej. W 1862 roku przystąpił do lwowskiej grupy Czerwonych, tzw. Ławy Lwowskiej, przygotowującej powstanie w Galicji Wschodniej. Napisał wtedy

Hymn polski

Ojczyźnie naszej, Polsce, bądźmy wierni,
Pokąd tchu w łonie!
Stójmy wytrwale, gdy wieńce nam z cierni
Kładą na skronie!
Nieszczęścia i klęski niech miłość połamie!
Czy dźwiga nas dola, czy chytrze nam skłamie,
Ojczyźnie tej życie, krew nasza i ramię
I chwała w zgonie!

Tu nam w kolebce dał Bóg światło dzienne,
Tu: żywot w znoju.
Konając, głowy tu pochylim senne
W chatach lub w boju.
Tu bracia mrą od ciosów tyrana,
i świadczą, że ta nam od Boga wybrana
Ojczyzna ? ta Polska, codziennie kąpana
W łez i krwi zdroju.

Tu groby ojców sława opromienia,
Ta śpią ich kości.
Tu nam się dobić po dniach utrapienia
Świętej wolności.
Tu przetrwać nam klęski i szarpać kajdany,
Tu rodzą nas Sawy. Pułascy, Rejtany
I ?hetman w sukmanie”, co kochał sukmany
Tu żyć w miłości

O! Święta, patrzaj: w twoją krew czerwoną
Maczamy dłonie!
Pokąd ty w grobie, potąd żadne łono
Szczęściem nie spłonie.
Niech ostrzy wróg miecze, niech w ludach duch stygnie
Synowska dłoń ciebie z przepaści podźwignie
I będzie Bóg poczczon, a szatan się wzdrygnie
I car w koronie.

Stójmyż gotowi, jak straż czuwająca,
Bo nikt nie powie,
W który dzień trąba zawezwie nas grzmiąca
Matce nieść zdrowie!
A wonczas, jak piorun, co kruszy i pali,
W bój lećmy zwyciężać z nadzieją na stali,
Lub gińmy szlachetni, jak ojce konali
Polski synowie!

Pod koniec roku należał już do ścisłego kierownictwa organizacji, choć w listach do domu zatajał jej istnienie i swój w niej udział.

U nas we Lwowie cicho, spokojnie. Niemcy wprawdzie szukają tego, czego nie zgubili, tj. konspiracyj jakichś, znaleźć ich atoli nie mogą, bo ich nie ma, a bicz z piasku ukręcić trudno – pisał uspokajająco w liście do rodziców z 26 listopada 1862 roku. „Niech też tam Państwo nie wierzą nikomu stawiającemu jakieś termina powstania. Ludzie głębszej myśli i dobrej woli wiedzą, że taka rzecz w naszej prowincji jest niepodobną, i oprą się jej całymi siłami…”

Lwowska Ława Główna podporządkowana była Radzie Naczelnej Galicyjskiej, która miała swą siedzibę w Krakowie i była ekspozyturą Komitetu Centralnego na całą Galicję. To z Krakowa przesyłane były wszelkie dyrektywy dotyczące działalności Czerwonych w zaborze austriackim.

U schyłku 1862 roku Rada Naczelna Galicyjska uznała, że należy wstrzymać się od wszelkich działań prowadzących do wybuchu zbrojnego powstania, gdyż Galicja nie jest jeszcze do niego przygotowana i nakazała zająć stanowisko wyczekujące. Jednak 22 stycznia 1863 roku, wobec rozwoju wypadków w Warszawie, wydała polecenie, aby – w razie wybuchu powstania w Królestwie – natychmiast wysłać ludzi za kordon, do walki.

Sprzeczne decyzje spowodowały czasowy zamęt w kierowniczych władzach organizacji. Romanowski, zdezorientowany i zaskoczony chwiejnością decyzji, udał się do Krakowa do kierownictwa Rady, gdzie miał ponoć oświadczyć, że rozkazu nie usłucha i wstrzymuje wymarsz ochotników do czasu ostatecznego wyjaśnienia sytuacji.

Jeszcze przez jakiś czas, kiedy informacje o powstaniu krążące wśród spiskowców były niepewne i niezbyt jasne, poeta starał się nie podejmować zdecydowanych kroków. Był jednym z tych, którzy nie wierzyli, że powstanie jest już faktem.

W poniedziałek rano [26 stycznia] przybiegł Romanowski i zaręczał najuroczyściej, że te doniesienia gazet fałszywe, że to tylko opór jednostek, nie powstanie! ? skrzętnie odnotowuje w swoim dzienniczku tę uwagę poety zaprzyjaźniona z nim Zofia Romanowiczówna.

29 stycznia, w czwartek, Romanowski napisał uspokajający list do rodziców:

Najdrożsi Rodzice Dobrodziejstwo! (…) Lękając się, aby ktoś Rodzicom nie zawiózł jakiej nędznej plotki o mnie, że zrobiłem jakieś szaleństwo przedwcześnie, donoszę, żem tu we Lwowie, że urzęduję w Bibliotece dalej i bardzo trzeźwo zapatruję się na wszystkie wypadki i ich możliwe skutki, że zatem jak człowiek trzeźwo zapatrujący się na rzeczy, niezdolen jestem do żadnego przedwczesnego szaleństwa. Niech zatem najdrożsi Rodzice nie wierzą żadnym plotkom o mnie i niech będą pewni, że nadto mam rozsądku i nim się kierować będę…

Dwa dni później podjął decyzję o wyruszeniu do powstania. Napisał wówczas jeden ze swoich ostatnich wierszy – skierowany do narzeczonej, Modesty Krasnopolskiej.

Na rozstanie

Aniołeczko! Dziewczę moje,
Na rozstanie rączkę daj
Grają trąbki, czas na boje
Za rodzinny kraj!

Za was, róże! za rodziny
W bój za naród z pól i z chat!
Ach! dalekim tej godziny
Łzami długich lat.

Podaj rączkę, na mym czole
Święty znak mi krzyża złóż.
Liczne ptactwo, lecim w pole
Iluż wróci z burz?

Wiele mogił śmierć otworzy,
Sercom zada wiele ran
Głowy zliczył anioł boży,
Bojem rządzi Pan.

Módl się za nas, lilio biała!
Bogu poleć serca żal;
Tyś powstańca pokochała
Pobłogosław stal!

W liście z 1 lutego 1863 zawiadamia o swej decyzji brata:

Kochany Emeryku! W Koronie powstanie! Ruszamy w pochód. Przygotuj na to Rodziców. Błogosław mi wraz z Twą kochaną żoną i módlcie się za mnie. Idziemy pełnić naszą powinność!

Była to jedna z najtrudniejszych decyzji w życiu poety, mimo że duchowo przygotowywał się do tej chwili od wielu lat. Splot okoliczności sprawił, że w momencie wybuchu powstania jego sprawy osobiste i zawodowe zaczęły układać się wyjątkowo pomyślnie. A poza tym, zaangażowany w działalność spiskową w Galicji, miał świadomość tego, że przygotowania do powstania nie są jeszcze w pełni zakończone. Jednak znajdował się w entuzjastycznym nastroju.

Zofia Romanowiczówna, lwowska kronikarka tamtych dni pisze, że pierwsza wyprawa wyznaczona została na poniedziałkową noc z 1 na 2 lutego. Dowódcą jednego z oddziałów miał być Mieczysław Romanowski.

Przybiegł w niedzielę po obiedzie na chwilę z pożegnaniem – był uroczysty, rozpromieniony, a zarazem rzewny. Ukląkł przed mamą, a pobłogosławiony wstał z oczyma pełnymi łez…

W sztambuchu Zofii Romanowiczówny napisał wtedy:

Idziemy z wiarą w Boga, w naszą broń i w dobrą sprawę. Wy, siostry, pamiętajcie o nas i módlcie się za nami. Na odchodnym, dnia 1 lutego 1863 roku.

Cała trzydziestoosobowa grupa składająca się przeważnie z młodzieży rzemieślniczej i gimnazjalnej, dowodzona przez Romanowskiego, wyruszyła ze Lwowa wieczorem, 1 lutego. Kierowali się do wsi Artasowo, nieopodal Żółkwi, gdzie mieli przetrwać noc, a rankiem następnego dnia udać się w stronę granicy. W lasach pod Cieszanowem formował się wtedy oddział Leona Czechowskiego, w skład którego mieli wejść. Ten pierwszy powstańczy epizod trwał bardzo krótko. Oddział Romanowskiego został w Artasowie otoczony i pod eskortą policji jeszcze tej samej nocy powrócił do Lwowa, do cel więziennych karmelitańskiego klasztoru.

Niemal natychmiast, parę godzin po niefortunnym aresztowaniu, rodzina i przyjaciele rozpoczęli starania o uwolnienie poety. Pierwsi interweniowali Romanowscy – brat poety Teodozy i kuzyn Erazm. Dosyć szybko zaangażowane zostały wpływowe osobistości – Aleksander Dzieduszycki i ks. Leon Sapieha. Sam Romanowski zwrócił się o pomoc do komisarza policji we Lwowie – Ferdynanda Meiningera, swego dawnego kolegi z gimnazjum stanisławowskiego. Meininger utrzymywał później, że to właśnie jego interwencja przyczyniła się do wcześniejszego zwolnienia poety z więzienia. Jednak relacje współczesnych nie potwierdzają tej wersji, gdyż prawie w tym samym czasie, co Romanowski, mury karmelitańskiego klasztoru opuścili także pozostali uczestnicy wyprawy.

We Lwowie tymczasem wrzało. Codziennie z miasta wychodzili młodzi mężczyźni, żegnani przez rodziny i przyjaciół. Wychodzili pojedynczo lub w niewielkich grupach, starając się niepostrzeżenie przedostać do oddziałów powstańczych. Romanowski pozostał w mieście tylko kilka dni. Odwiedził znajomych, wysłuchał najświeższych relacji z pola walki i podjął decyzję o ponownej wyprawie.

Około 15 marca wyjechał ze Lwowa w kierunku Kołomyi i Żukowa, aby pożegnać rodziców i rodzeństwo. Parę dni później był już w Medyce u Mieczysława Pawlikowskiego, w którego domu powstał swego rodzaju punkt etapowy dla organizujących się oddziałów udających się w stronę granicy, w okolice Cieszanowa. Poprzez Cieszanów wysyłano z Galicji do Królestwa broń, amunicję, środki opatrunkowe oraz ochotników do walk.

Marcin Borelowski „Lelewel” (1829-1863) – z zawodu rzemieślnik-blacharz, majster studniarski. Uczestnik wystąpień niepodległościowych w Krakowie w latach 1846 i 1848, po upadku Wiosny Ludów członek ugrupowań konspiracyjnych. Programowo związany z organicznikami, od 1862 roku znalazł się w stronnictwie czerwonych przygotowującyh ogólnonarodowe powstanie. Zajmował się organizowaniem policji narodowej i gromadzeniem broni. Współorganizował patriotyczne manifestacje w Warszawie w latach 1861-1862. W czasie powstania styczniowego dowódca oddziałów partyzanckich i naczelnik wojenny guberni lubelskiej i podlaskiego, dosłużył się stopnia pułkownika. Poległ w bitwie na Sowiej Górze pod Batorzem (woj, lubelskie) 6 września 1863.

Pod koniec marca pojawił się w Medyce Marcin ?Lelewel? Borelowski, jeden z najzdolniejszych i najsprytniejszych dowódców powstańczych.

Po klęsce pod Krasnobrodem i rozproszeniu oddziału stanął ze sztabem w domu Pawlikowskich i niestrudzenie szukał ochotników, aby sformować nowy pułk i znów wyruszyć do walki. Romanowski został jego adiutantem, kwatermistrzem i audytorem tworzącego się oddziału.

Miejscem spotkań medyckich konspiratorów była oficyna dworska stojąca nieco na uboczu, w cieniu potężnych lip. Tam omawiano najistotniejsze sprawy, dopracowywano szczegóły i mobilizowano siły w tych trudnych i niespokojnych dniach.

Czasem spiskowcy wychodzili poza zabudowania dworskie i w szerszym gronie spotykali się na skraju parku.

Druh najserdeczniejszy gospodarza, Mieczysław Romanowski, wynosił siodła pod wielkie topole na końcu parku. Tam siadali na nich z dowódcą i tam się do nich schodzili i zjeżdżali wieczorem ludzie ze stron różnych na rozmowy poufne, pod płaszczem nieraz mając broń, a w sercu życie na ofiarę – pisał we wspomnieniach Mieczysław Pawlikowski.

Romanowski pomagał Borelowskiemu w organizowaniu oddziału. Kilkakrotnie z jego polecenia jeździł do Lwowa. Na początku kwietnia dołączył do oddziału, który grupował się w lasach, w okolicy Rudy Różanieckiej. Tam, w gościnnym domu Brunickich, spędzili pierwszy dzień świąt wielkanocnych, przypadający wtedy 5 kwietnia.

Nie wiemy, w jakiej atmosferze mijały te święta, ale sądząc z relacji późniejszych, młodzi konspiratorzy mający w perspektywie przekroczenie granicy i udział w walce tryskali optymizmem i chęcią działania.

Kiedy ponad miesiąc później do obozu powstańczego nad Tanwią dotarła Zofia Romanowiczówna, również jej udzieliła się atmosfera wielkiej przygody i entuzjazmu, jaka panowała jeszcze w oddziałach, pomimo klęsk, jakie mieli już za sobą, i śmierci towarzyszy broni.

We środę [13 maja] pojechałyśmy do Rudy Różanieckiej, własności barona J. Brunickiego, żeby się stamtąd dostać do obozu. – pisze Romanowiczówna w pamiętniku – „Całkiem nowy, a napełniający serdeczną pociechą był dla mnie widok tego dworu. Na dziedzińcu kilkanaście bryczek i wózków, i dużo koni. W pokojach, i w ogrodzie pełno młodych ludzi, oraz starszych mężczyzn i kobiet. Zajeżdżają tam całkiem nieznani, żeby się przeprawić lub pożegnać swoich. Wszystkich podejmują gościnnie ?od Boga aż do wroga/ Jest tam miejsce dla każdego”, jak mówi poeta. Poznałam zacnego hrabię Augusta Łosia – ogromnie czynny i poczciwy, oddany sprawie.

We czwartek [14 maja] rano pojechaliśmy do obozu… Chłopcy nasi kochani, wszyscy w ubiorze pół żołnierskim (kompletnych mundurów nie było!); Z bronią w ręku, z twarzą jasną, ustawieni w szeregi, albo rozsypani na trawniku nad brzegiem rzeki, a wszyscy tak widocznie szczęśliwi, robili wrażenie, że już są wolni i niepodlegli na tej drogiej ziemi…

Mieczysław Romanowski jako powstaniec

Oddział „Lelewela” przekroczył granicę 8 kwietnia w okolicy Tarnogrodu. Kierowali się w stronę Borowca, gdzie przeszli Tanew i rozbili pierwszy obóz na niewielkim wzniesieniu między Tanwią a Studzienicą. Pozostali tam kilka dni, przechodząc intensywne szkolenie wojskowe.

Przez te pierwsze dni było względnie spokojnie. Niepokojący sygnał o zbliżaniu się nieprzyjaciela pojawił się dopiero około 16 kwietnia. Od strony Janowa Lubelskiego nadchodził oddział majora Sternberga.

„Lelewel”, oceniwszy położenie swojego oddziału jako dogodne i bezpieczne, postanowił bitwę przyjąć. Rozdzielił powstańców na trzy kompanie strzeleckie, które ustawione w tyralierę oczekiwały nadejścia wroga. Na lewym skrzydle dowodził Romanowski.

Sternberg także rozdzielił swoich żołnierzy. Zaatakował od południa. Równocześnie część jego oddziału starała się obejść obóz od zachodu, aby odciąć powstańców od granicy. Walka trwała kilka godzin. O zmroku „Lelewel” zarządził odwrót, bojąc się zamieszania, tym niebezpieczniejszego, iż zdarzały się już momenty, w których dochodziło do walki wręcz. Bitwa pozostała nierozstrzygnięta.

Rozkaz dowódcy nie dotarł tam, gdzie walczył na czele swoich ludzi Romanowski. Wiadomość o zakończeniu bitwy poeta otrzymał zbyt późno i nie zdołał już przyłączyć się do wycofującego się oddziału „Lelewela”. W ciemnościach utracił z nim kontakt.

Powstańcy postanowili przenocować na leśnej polanie, w pobliżu miejsca bitwy, a rano ruszyć w stronę granicy. Tam zamierzali znaleźć przewodnika, który pomógłby im dotrzeć do oddziału „Lelewela”.

O świcie ruszyli w stronę granicy i koło południa dotarli w okolice miejscowości Rebizanty. Kilku ochotników wyszło w teren, by znaleźć przewodników i dowiedzieć się, co słychać w najbliższym otoczeniu, a pozostała część grupy przesiedziała prawie cały dzień ukryta w ostępach leśnych. Romanowski ciężko chory i osłabiony starał się organizować jakoś życie w ich tymczasowym obozie i podtrzymywać na duchu współtowarzyszy.

Wieczorem pojawił się przewodnik, który zgodził się doprowadzić ich do oddziału. Deszczową i zimną nocą, bagnistymi ścieżkami przebijali się w stronę Józefowa. O świcie, po kilku godzinach ciężkiego marszu, dotarli do obozu Borelowskiego. Był tam już komisarz cywilny na województwo lubelskie, Gustaw Wasilewski, który przywiózł do obozu dyspozycję od Rządu Narodowego, aby powstańcy pozostali na tym terenie aż do przybycia z Galicji dużego oddziału dowodzonego przez generała Antoniego Jeziorańskiego, z którym partyzanci „Lelewela” mieli się połączyć. Jednak nie mogli tkwić w jednym miejscu, gdyż zewsząd dochodziły do nich wieści o wojskach nieprzyjacielskich będących gdzieś w pobliżu.

Odpocząwszy, „Lelewel” podjął decyzję o wyruszeniu w okolice miejscowości Osuchy. Znów czekał ich marsz przez podmokłe i bagniste połacie puszczy. Nie na długo rozbili obóz nieopodal leśnego osiedla Kozaki, liczącego wówczas zaledwie trzy chaty. Codziennością stały się zmiany miejsca postoju i wyczerpujące marsze przez mokradła i rozlewiska. Pogoda w tamte kwietniowe dni nie sprzyjała powstańcom. Było deszczowo i chłodno. Czasem padał śnieg. Nocami temperatura spadała poniżej zera.

Informacje o ruchach wojsk nieprzyjacielskich pod Tarnogrodem zmusiły Lelewela do powrotu pod Józefów. Oddział rozlokował się na niewielkim wzniesieniu tuż za bagnami, które niedawno z takim trudem przebyli. Przed nimi ciągnął się las aż do Józefowa. Byli około 3 km od osady. Rozstawili ubezpieczenia i zorganizowali obóz, aby odpocząć, wysuszyć przy ognisku przemoknięte ubrania i zjeść trochę ciepłej strawy.

Od strony Tomaszowa Lubelskiego zbliżała się tymczasem kolumna wojsk dowodzonych przez majora Ogolina, a od strony Zamościa oddział podpułkownika Tołmaczewa. Połączyli siły pod Józefowem. W skład tak zorganizowanej grupy wchodził teraz szwadron dragonów, cztery roty piechoty dysponujące dwoma działami i sotnia Kozaków. Otoczyli powstańców i około piątej po południu ruszyli do ataku. Powstańcy, którzy nie zostali w porę ostrzeżeni (ubezpieczający ich młody powstaniec zasnął na posterunku), w panice próbowali zająć stanowiska i powstrzymać atakującego nieprzyjaciela.

„Lelewel” szybko zorientował się, że wobec dużej przewagi wojsk nieprzyjacielskich i zamieszania spowodowanego zaskoczeniem nie zdoła stawić skutecznego oporu. Postanowił zrezygnować z walki. Wycofujący się oddział miało osłaniać kilkudziesięciu ochotników. Odcięci od głównego oddziału znaleźli się na odkrytym terenie bagiennym. W grupie tej pozostał Romanowski. Tam podczas walki dosięgła go śmierć. Trafiony w pierś i czoło zginął na miejscu.

Lwowscy przyjaciele poety byli wstrząśnięci. Zofia Romanowiczówna zanotowała w pamiętniku:

Jeszcze we wtorek [28 kwietnia] powiedziano nam, że zginął – nasz Romanowski! Nie chciałam wierzyć...

Mieczysław Pawlikowski w liście do żony napisał:

Bolesną wczoraj otrzymałem wiadomość ? o śmierci Romanowskiego. Ty wiesz, jak bolesną. To było dziecko moje, mój syn, mojej pracy, mojego wpływu, mojej miłości ? ducha mego. Ty wiesz jak mnie serce boli… W znakomitego urósł człowieka i zabito go…

W zapiskach matki pozostała notatka:

Dnia 24 kwietnia wpół do szóstej wieczorem poległ syn mój kochany, Mieczysław, pod Józefowem.

Pomnik na domniemanym grobie Romanowskiego i jego towarzyszy

Rodzinie poety nie udało się ustalić, gdzie został pochowany. Zgodnie z tradycją grób Romanowskiego znajduje się na cmentarzu w Józefowie Biłgorajskim. Inna wersja mówi o mogile w lesie, nieopodal miejsca, gdzie zginął. I ta wersja wydaje się najbardziej prawdopodobna. Przypuszczalnie, z polecenia rosyjskich władz wojskowych, pochowany został bezimiennie we wspólnej mogile, razem z tymi, którzy polegli wraz z nim w bitwie józefowskiej.

Spełniło się to, co sam sobie rok wcześniej przepowiedział:

Jeśli polegnę, niechaj mi w nagrodę
Za was nie kładą pamięci kamienia;
Ziemią niech piersi przysypią mi młode,
Mój kurhan niech mi trawa ozielenia,
A gdy majowy deszcz ten kurhan zrosi,
Niech nad nim ptak się, jak duch mój, unosi!…

http://histmag.org/

http://stanislawow.net/

http://literaturaminionychepok.ubf.pl/

 

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Czasy zaborów, Historia, Wiersze i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Poeta powstaniec

  1. Helena Milanowska - Górzyńska pisze:

    Mam 87 lat i do dziś tj.06.03.2018r. pamiętam i recytuję go wszystkim bliskim przepiękny wiersz Mieczysława Romanowskiego p.t. Savannah.Czytając wszystkie inne wiersze Romanowskiego zalewam się łzami. Takich poetów już dziś nie ma. Twórczości tej nie da się ubrać w żadne słowa. Serce moje napełnia tęsknota. Czytam te wiersze w każdej wolnej chwili i przekazuję ich moc swoim bliskim. A wiersz p.t. Sannah przesłałam listem poleconym na ręce Ambasadora Stanów Zjednoczonych z okazji 230- tej rocznicy śmierci Gen. Kaźmierza Pułaskiego – 11 grudnia 2017 roku.

  2. Helena Milanowska - Górzyńska pisze:

    Zalecam wszystkim Polakom, czytanie wierszy Mieczysława Romanowskiego. Może dopiero wtedy potrafiliby zrozumieć – co znaczy wolność i jak należy ją chronić, aby nigdy, przenigdy jej nie utracić. To największe dobro dla każdego narodu. Jest to moje motto dla moich rodaków.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.