„Czerwone maki” Feliksa Konarskiego

Monte Cassino i „Czerwone maki” – pieśń opowiadająca o polskim zwycięstwie w wielkiej bitwie narodów – zrosły się w jedno. Zdobycie 18 maja 1944 roku klasztoru otworzyło aliantom drogę na Rzym, rozsławiając żołnierzy 2. Korpusu generała Andersa. O ich bohaterstwie opowiadają „Czerwone maki”, pieśń, której dwie pierwsze zwrotki proroczo powstały w dniu rozpoczęcia polskiego natarcia, w nocy z 17 na 18 maja.

strona [2] Piotr Lisiewicz, Stonka z „Albatrosa”

***

konarski_feliksAutor tekstu – Feliks Konarski (1907-12.09. 1991), pseudonim Ref-Ren, był żołnierzem, aktorem, reżyserem, twórcą licznych wierszy i piosenek. Z Armią gen. Andersa przeszedł cały szlak wojenny od Rosji, przez Środkowy Wschód i Włochy. Razem z grupą aktorów – m.in. żoną, Niną Oleńską, i Renatą Bogdańską – założył Czołówkę Rewiową Armii Polskiej na Wschodzie (zwaną też Teatrem Żołnierza lub Teatrem Ref-Rena), organizującą występy dla żołnierzy i ludności cywilnej.

Po wojnie Konarski wiedział, że dla takich jak on gorących patriotów nie ma miejsca w zniewolonej przez komunistów Polsce, więc został na emigracji – najpierw w Londynie, potem w Chicago. Prowadził nadal ożywioną działalność artystyczną i patriotyczną, gromadząc zwłaszcza wszelką dokumentację związaną z „Czerwonymi makami”. Konarski zmarł w 1991 r. w Chicago, został pochowany obok żony w kwaterze kombatantów polskich na cmentarzu Mary Hill w Chicago.

Niewielu rodaków w kraju wie, że na emigracji stworzył setki innych wierszy i kompozycji, sztuki teatralne, spektakle muzyczne. Odegrały one wielką rolę w konsolidacji rodaków na emigracji.

Jego stosunek do Polski sowieckiej był jednoznaczny i wyrażony w wielu utworach. Głosił przy każdej okazji prawo Polski do suwerennego bytu. Był dwukrotnie odznaczony Orderem Polonia Restituta przez Prezydenta RP na uchodźstwie i po śmierci w kraju. Nie dane mu było wrócić do Polski. Umarł w Chicago kilkanaście dni przed planowanym lotem do Warszawy.

Jednym z najpiękniejszych wierszy Feliksa Konarskiego był:

Katyń

Tej nocy zgładzono wolność
W katyńskim lesie…
Zdradzieckim strzałem w czaszkę
Pokwitowano Wrzesień…

Związano do tyłu ręce,
By w obecności kata,
Nie mogły się wznieść błagalnie
Do Boga i do świata.

Zakneblowano usta!
By w tej katyńskiej nocy
Nie mogły wołać o litość
Ni wezwać znikąd pomocy.

W podartym jenieckim płaszczu
Martwą do rowu zepchnięto
I zasypano ziemią
Krwią na wskroś przesiąkniętą.

By zmartwychwstać nie mogła,
Ni znaku dać o sobie
I na zawsze została
W leśnym katyńskim grobie.

Pod śmiertelnym całunem
Zwiędłych katyńskich liści,
By nikt się nie doszukał,
By nikt się nie domyślił.

Tej samotnej mogiły
Tych prochów i tych kości,
Świadectwa największej hańby
I największej podłości.

Tej nocy zgładzono prawdę
W katyńskim lesie,
Bo nawet wiatr, choć był świadkiem,
Po świecie jej nie rozniesie…

Bo tylko księżyc-niemowa,
Płynąc nad smutną mogiłą,
Mógłby zaświadczyć poświatą,
Jak to naprawdę było…

Bo tylko świt, który wstawał
Na kształt różowej pochodni,
Mógłby wyjawić światu
Sekret ponurej zbrodni.

Bo tylko drzewa nad grobem,
Stojące niby gromnice,
Mogłyby liści szelestem
wyszumieć tę tajemnicę.

Bo tylko ta ziemia milcząca,
Kryjąca jenieckie ciała,
Wyznać okrutną prawdę
Mogłaby, gdyby umiała.

Tej nocy sprawiedliwość
Zgładzono w katyńskim lesie,
Bo która to już wiosna,
Która zima i jesień,

Minęły od tego czasu,
Od owych chwil straszliwych,
A sprawiedliwość milczy,
Nie ma jej widać wśród żywych?

Widać we wspólnym grobie
Legła przeszyta kulami
Jak inni – z kneblem na ustach,
Z zawiązanymi oczami.

Bo jeśli jej nie zabrała,
Nie skryła katyńska gleba,
Gdy żywa – czemu nie woła,
Nie krzyczy o pomstę do nieba?

Czemu ? jeżeli istnieje,
Nie wstrząśnie sumieniem świata?
Czemu nie tropi, nie ściga,
Nie sądzi, nie karze kata?

Zgładzono sprawiedliwość,
Prawdę i wolność zgładzono
Zdradziecko w smoleńskim lesie
Pod obcej nocy osłoną…

Dziś jeno ptaki smutku
W lesie zawodzą żałośnie,
Jak gdyby pamiętały
O tej katyńskiej wiośnie.

Jak gdyby wypatrywały
Wśród leśnego poszycia
Śladów jenieckiej śmierci,
Oznak byłego życia.

Czy spod dębowych liści
Albo sosnowych igiełek
Nie błyśnie szlif oficerski
Lub zardzewiały orzełek.

Strzęp zielonego munduru,
Kartka z notesu wydarta
Albo baretka spłowiała,
Pleśnią katyńską przeżarta.

I tylko pamięć została
Po tej katyńskiej nocy.
Pamięć nie dała się zgładzić,
Nie chciała ulec przemocy.

I woła o sprawiedliwość,
I prawdę po świecie niesie.
Prawdę o jeńców tysiącach
Zgładzonych w katyńskim lesie.

***

„Historia Czerwonych maków” to wydana w 1961 r. w Londynie (nakładem autora) książka Feliksa Konarskiego. Opowiada, ona o tym jak powstała najsłynniejsza pieśń II wojny światowej i jakie były jej późniejsze losy – w Polsce i w świecie, zwłaszcza wszędzie tam, gdzie żyli Polacy. Dziś, w 61. rocznicę zdobycia Monte Cassino przez żołnierzy 2. Korpusu Polskiego, drukujemy obszerne fragmenty „Historii ‚Czerwonych maków'”.

Od autora
Napisałem w swoim życiu ponad dwa tysiące piosenek. Były wśród nich wesołe i sentymentalne, z sensem i bez sensu, dobre i złe, wartościowe i nijakie. Niektóre z dnia na dzień stawały się piosenkami popularnymi – inne przemijały bez echa… Jedna tylko potrafiła w tak szybkim czasie przełamać wszystkie istniejące na świecie bariery i granice i połączyć rozrzuconych po najdalszych zakątkach ziemi Polaków: piosenka „Czerwone maki na Monte Cassino”.

Dziś – po siedemnastu latach od chwili, gdy została po raz pierwszy zaśpiewana – nie ma chyba Polaka, który by nie znał, nie nucił lub nie słyszał „Czerwonych maków”. (…)
W świecie autorskim znane są wypadki, kiedy jedna udana piosenka potrafiła zabezpieczyć autora finansowo na całe jego dalsze życie. „Czerwone maki” nie dały mi tego zabezpieczenia – ale dały mi stokroć więcej. Spopularyzowały moje skromne imię – a same stały się „Rozmarynem” II wojny światowej.
Czy moja w tym zasługa?… Raczej nie. „Czerwone maki” są ściśle związane z bohaterskim czynem polskiego żołnierza, z jedną z najbardziej krwawych i romantycznych bitew przez niego stoczonych i przetrwają tak długo, jak długo będzie trwała pamięć o tym czynie i o tych wszystkich, którzy legli u stóp góry klasztornej „wierni w Jej służbie”… W służbie Polski.
Tej właśnie pamięci poświęcam moją książkę.

Nastrój czy przypadek?

Zadano mi kiedyś, jeszcze we Włoszech, pytanie: „Czy piosenkę ‚Czerwone maki na Monte Cassino’ napisał pan pod wpływem nastroju, czy ‚przytrafiła się’ ona panu przypadkowo, w poszukiwaniu za aktualnym tematem?”.
Pytaniem tym byłem zaskoczony. Nie tyle może nawet samym pytaniem – ile naiwnością i ignorancją tego, który je zadał. To tak, jak gdyby zapytać, czy na Monte Cassino były maki i czy rzeczywiście były czerwone? Bo tego rodzaju piosenka nie może się „przytrafić”. Piosenka, która się „przytrafia”, nie potrafi wzruszyć, tak samo jak nie może nigdy stać się piosenką popularną, śpiewaną przez ogół. Z jednym jedynym wyjątkiem: jeżeli jest to piosenka głupia. Bo popularne piosenki dzielą się na dwie kategorie: takie, które są pisane pod wpływem nastroju, w których zaangażowane jest jakieś najmniejsze choćby uczucie – i takie, które imponują swoją głupotą. Tych ostatnich niestety zazwyczaj bywa więcej, ale w żadnym wypadku nie można do nich zaliczyć „Czerwonych maków”.
Na stworzenie tej piosenki nie wystarczył nastrój jednej chwili, czy jednego dnia. Była ona wynikiem nastroju wielu tygodni poprzedzających bitwę.
W owych niezapomnianych dniach byłem pod całkowitym urokiem i grozą tego nastroju. Wiedziałem, że jestem mimowolnym świadkiem czegoś wielkiego i tragicznego zarazem. Że przed moimi oczami przesuwa się jakiś gigantyczny rycerski epos, budzący we mnie na przemian dumę i smutek, nadzieję i trwogę. Wiedziałem o tym, że „bitwa o Monte Cassino była tak zacięta, że porównać ją można z bitwą o Verdun w pierwszej wojnie światowej. Że nazwano ją bitwą siedmiu narodów, kolejno bowiem niemiecką obronę atakowały wojska amerykańskie, brytyjskie, nowozelandzkie, hinduskie, francuskie i polskie”.
Amerykański 10 Korpus stracił 1.002 zabitych i rannych.
Francuzi w morderczych walkach na bagnety stracili 1.485 żołnierzy.
Angielski pułk Royal Sussex wycofał się, mając straty 142 zabitych.
Nowozelandczycy, Gurkowie i Maorysi atakowali górę klasztorną, ścieląc się trupem, jak zżęty łan.
Pułki angielskie, bataliony hinduskie i nowozelandzkie w najkrwawszym natarciu na klasztor zasłały trupem gruzy miasta Cassino – ale klasztor pozostał w rękach niemieckich.
I teraz w to piekło mieli iść Polacy.
To znaczy ci wszyscy, z którymi zżyłem się, idąc przez pustynie i piaski, pomarańczowe pardesy i oliwkowe gaje – którzy z biegiem lat przestali być dla mnie jedynie przyjaciółmi – ale stali się moją najdroższą i najbliższą rodziną. Ci wszyscy, dla których tworzyłem, którym niejednokrotnie starałem się dodać otuchy i nadziei, śpiewając o zbliżającym się czynie.
A dziś, kiedy chwila czynu zbliżała się coraz bardziej, ogarniał mnie jakiś smutek i lęk przed tym, co miało się stać.
Na próżno powtarzałem sobie, że od zdobycia tej ponurej góry zależy nasz los i nasza przyszłość. Że to jedyna droga, którą możemy dojść tam, skąd nas wyrzucono. Ale jednocześnie gdzieś w zakamarkach serca tłukło się trwożliwe pytanie: a ilu z nas nie dojdzie?… Ilu zostanie tutaj, wśród tych maków, które dzięki nim właśnie staną się jeszcze jednym symbolem ofiary krwi. Dzięki tym, o których później powie amerykański generał Truscott, że: „przez miłość wolności polegli dla wolności ludzi. Przez ich odejście nie tylko kraj wasz, ale i świat cały stał się nieskończenie uboższy…”
Podobne myśli nawiedzały mnie często. Nawet w momentach, gdy stojąc na skleconej z amunicyjnych jaszczów scenie, śpiewałem najweselsze piosenki. Widziałem wkoło roześmiane żołnierskie twarze, ale zdawałem sobie sprawę z tego, że niektóre z nich widzę po raz ostatni.
Pomimo uciążliwych jazd i warunków chętnie jeździłem do oddziałów, a może pragnąłem stłamsić w sobie te jakby wyrzuty sumienia, że oni za dzień lub dwa pójdą z karabinem, a my aktorzy, jak błazny nieomal – jesteśmy po to tylko, by głupimi żarcikami osłodzić im tę gorzką świadomość, że idą na pojedynek ze śmiercią.
Jakże mizerny i mały czułem się wobec nich wszystkich.
Dopiero słowa jednego z żołnierzy wyzwoliły mnie z tego uczucia niższości. Powiedział do mnie z uśmiechem, jak gdyby wyczuwając moje myśli:
– Panie kolego, nie wszyscy muszą ginąć. Pan na przykład powinien zostać, żeby o tym napisać, bo pan to potrafi…
Kto wie?… Może i jemu częściowo zawdzięczam „Czerwone maki”?…
Groźna była ta cisza przed burzą i groźny był nastrój pełen wyczekiwania i zaciętości. (…)
W nocy z 17 na 18 maja napisałem „Czerwone maki na Monte Cassino”.

Maki zakwitły w nocy

Wróciliśmy z Lucerny późnym wieczorem. Powroty z odcinków nie należały do przyjemności. Jechało się bez świateł po wąskich, wybitych drogach ciężarówkami, które człowiek prawdopodobnie wymyślił po to, by nie zapomnieć, że jest posiadaczem kiszek, mających szczególne zdolności podchodzenia pod gardło oraz posiadaczem nosa, wdychającego bez przerwy biały pył z włoskiej szosy, wciskający się kłębami do rozdygotanej ciężarówki.
Byłem piekielnie zmęczony, ale nie mogłem spać. Co chwila zbliżałem się do okna i patrzyłem na dalekie błyski artyleryjskiego ognia. Momentami błyski następowały po sobie w tak krótkich odstępach czasu, że tworzyły na ogromnej połaci czarnego nieba jedno długie białe pasmo.
Tam jest Monte Cassino. Tam dzieje się coś, czego jeszcze w tej chwili nie mogę objąć myślą. Wyczuwam tylko, że gdzieś pod tym białym pasmem rozwarło się piekło. Tam oni biją się o klasztor…
Położyłem się na łóżku i zamknąłem oczy. Zapadłem w półsen. Po głowie tłukły mi się słowa rozkazu generała Andersa:
„Nadeszła chwila bitwy…”
Nadeszła. Jest. Czuję ją. Widzę, jak odbija się białym błyskiem w moim oknie.
„Długo czekaliśmy na odwet i zemstę nad naszym odwiecznym wrogiem…”
Przyszedł odwet. Przyszła zemsta w pachnącą majową noc… Wiosna mści się za jesień.
„Zadanie, które nam przypadło, rozsławi na cały świat imię żołnierza polskiego”.
Nie pierwszy to raz i nie ostatni… Za wolność waszą i naszą… Wciąż ta sama spuścizna… To samo dziedzictwo…
Drogą pokoleń, śladami cieni,
szlakiem ciernistym i krwawym –
po raz tysiączny wydziedziczeni,
dziedzice tej samej sprawy…
„W chwilach tych będą z nami myśli i serca całego narodu…”
Naród też walczy i modli się o zwycięstwo wolności… Nie dla siebie – dla Niej…
„Z wiarą w sprawiedliwość Opatrzności Boskiej idziemy naprzód ze świętym hasłem w sercach naszych: Bóg, Honor i Ojczyzna…”
Idziemy. A przed nami ziejąca ogniem góra klasztorna… Widzę ją. Czarnym masywem wbijająca się w niebo. Niedostępna. Szczytem chmur sięgająca… A pod chmurami zwał gruzów… A w gruzach kryjące się, wściekłe szczury, których nie sposób wytępić…
Szczury w chmurach… Nielogiczne – a przecież prawdziwe…
I nagle… Samo przyszło…
Czy widzisz te gruzy na szczycie? Tam wróg twój się kryje, jak szczur. Musicie… Musicie… Musicie…
Za kark wziąć i strącić go z chmur…
Zeskoczyłem z łóżka… Gdzie ten przeklęty ołówek? Za kark wziąć i strącić go z chmur? Niedobre. Niezręczne. Ale nie zmienię, bo samo przyszło. Bo dało mi początek. Dalej już pójdzie łatwo. To przecież takie proste i jasne…
I poszli szaleni, zażarci,
I poszli zabijać i mścić.
I poszli, jak zawsze uparci,
Jak zawsze – za honor się bić…
Poszli… Z umarłymi żywi… By ciepła noc majowa, na zboczach, niby makiem – ich krwią się zarumieniła…
Czerwone maki na Monte Cassino,
Zamiast rosy piły polską krew.
Po tych makach szedł żołnierz i ginął,
Lecz silniejszy od śmierci był gniew.
Przejdą lata i wieki przeminą,
Pozostaną ślady dawnych dni
I wszystkie maki na Monte Cassino
Czerwieńsze będą – bo z polskiej
wzrosną krwi…
Pisałem gorączkowo, szybko. Jak gdybym chciał tymi paroma zwrotkami dodać im sił i krwi, która wsiąkała w przekrytą pociskami ziemię. Wydawało mi się, że idę razem z nimi… Że jedynym teraz celem jest ten przeklęty szczyt…
Runęli przez ogień straceńcy,
Niejeden z nich dostał i padł…
Jak ci z Samossiery szaleńcy,
Jak ci spod Rokitny sprzed lat…
Runęli impetem szalonym
I doszli. I udał się szturm.
I sztandar swój biało-czerwony
Zatknęli na gruzach wśród chmur…
Dziś, po latach dopiero, widzę, że piosenka jakby przewidziała bieg wydarzeń. A jeżeli nie wyprzedziła bitwy, to w każdym razie zbiegła się z nią. Przeczucie? Zbieg okoliczności? Magia chwili?
Przeczytałem kilkakrotnie to, co napisałem. Zacząłem nawet nucić melodię, która nasunęła mi się przy czytaniu zwrotki… Po chwili jednak złożyłem zapisany arkusz papieru i wybiegłem na ulicę.
Pierwszego zbudziłem Schütza:
– Fredek, wstawaj…
Spojrzał na mnie pół przytomny:
– Co się stało? Wyjazd?
– Nie. Mam piosenkę. Masz zrobić muzykę i to w ciągu pół godziny. Najdalej.
– Człowieku, czyś ty oszalał? O trzeciej w nocy mam ci muzykę pisać? Pali się?
– Żebyś wiedział. Jutro jedziemy na odcinek i piosenka ma być śpiewana.
– A kto się nauczy?
– Wszyscy. Ty pisz, a ja tymczasem sprowadzę tu resztę i poćwiczymy.
Schütz zamrugał czarnymi oczkami i przytrzymując spodnie od piżamy zaczął kręcić się po pokoju w poszukiwaniu nutowego papieru:
– Zwariował. Jak Boga kocham, zwariował. O trzeciej w nocy on robi próbę.
Ale po chwili siedział już przy pianinie i studiował z uwagą tekst.
– Mogę ci dać temat do zwrotki. Wykorzystaj to.
Zabrzdąkałem na pianinie parę taktów jednym palcem.
– Niezłe. Zobaczę.
Zostawiłem go i wyszedłem na ulicę. Campobasso było pogrążone w śnie. Zbudziłem wszystkich kolegów. Nie obeszło się bez miłych epitetów w stosunku do mojej osoby, ale w rezultacie w ciągu dwudziestu minut wszyscy zjawili się u Schütza. Ten miał już muzykę nakreśloną. Naprędce podyktowałem tekst obecnym. Zaczęliśmy próbować. Włosi za ścianą z pewnością byli zdziwieni i wściekli – ale nie mieli odwagi zabrać głosu w sprawie niezwykłej, jak na tę godzinę, próby.
Po niespełna pół godzinie rozeszliśmy się. Już na ulicy poleciłem Fabianowi, by na dużym arkuszu papieru napisał tuszem tekst refrenu, bo chciałem, by żołnierze śpiewali piosenkę z nami.
Zasnąłem o wpół do piątej rano. Fabian o 6. Schütz tej nocy nie spał w ogóle. Wygładzał muzykę. Zapalił się. Widocznie wyczuł, że „Czerwone maki” staną się czymś więcej, niż zwykłą piosenką…

Tym, którzy odeszli…

O 9 wyjechaliśmy w kierunku Cassina. Zbliżając się do wyznaczonego odcinka, po drodze, ujrzałem za przydrożnym rowem samotny grób żołnierski. Naprędce sklecony krzyż, przewiązany białą taśmą, stał z lekka pochylony. Pod krzyżem – wiązanka maków w łusce od pocisku.
Pomyślałem sobie wtedy, ile nowych krzyży przybyło w ciągu tej majowej nocy?…
Wyjąłem z kieszeni notes i w ciężarówce dopisałem trzecią zwrotkę:
Czy widzisz ten rząd białych krzyży?
To Polak z honorem brał ślub…
Idź naprzód. Im dalej… im wyżej
Tym więcej ich znajdziesz u stóp.
Ta ziemia do Polski należy,
Choć Polska daleko jest stąd…
Bo wolność krzyżami się mierzy.
Historia ten jeden ma błąd.
Śpiewając po raz pierwszy „Czerwone maki” u stóp klasztornej góry, płakaliśmy wszyscy. Żołnierze płakali z nami.
„Czerwone maki”, które zakwitły tej nocy, stały się jeszcze jednym symbolem bohaterstwa i ofiary – i hołdem ludzi żywych dla tych, „którzy przez miłość wolności polegli dla wolności ludzi”…

Pierwsza jaskółka

Pierwsze wydanie nutowe „Czerwonych maków na Monte Cassino” w układzie fortepianowym kompozytora ukazało się już w roku 1944 we Włoszech nakładem Oddziału Kultury i Prasy 2 Korpusu i zostało wykonane w Korpuśnej Drukarni Polowej.
Okładkę w kolorach zielono-czerwonym zaprojektowali bracia Z. i L. Haarowie.
Ilość egzemplarzy była stosunkowo niewielka i jeżeli egzemplarz taki zachował się gdzieś, to dziś można go z pewnością zaliczyć do białych kruków. Sam miałem około dziesięciu takich egzemplarzy, ale rozdałem je przy różnych okazjach tak, że w rezultacie mam już tylko jeden, pożółkły i zniszczony, który przechowuję jak najdroższą pamiątkę. Sądzę, że parę tych rzadkich egzemplarzy zachował również i kompozytor Alfred Schütz, przebywający od wielu lat w Brazylii. (…)
„Czerwone maki” najszybciej dotarły do Nowego Jorku, bo jeszcze w tym samym roku i dokładnie w cztery miesiące od chwili ich napisania ukazały się drukiem w nowojorskim „Tygodniku Polskim”, dnia 20 sierpnia, ze wzruszającym dla twórców komentarzem:
„‚Tygodnik Polski’ jest szczęśliwy, że pierwszy w Ameryce może podać swym czytelnikom nuty i słowa nowej piosenki, którą śpiewa teraz cały Drugi Korpus, którą śpiewać będzie całe wojsko polskie, którą śpiewać będziemy wszyscy. Jest to piosenka urodzona w bitwie, piosenka mówiąca po prostu, co czują wszyscy, przeznaczona do chóralnego śpiewu, piosenka, która jest tym dla naszego dzisiaj – czym dla wczoraj był ‚Rozmaryn’, czym dla Francuzów w poprzedniej wojnie była ‚Madelon’, a dla Anglików ‚Tipperary’. Jest ona bohaterska – jak bohaterskie jest nasze wojsko, jest pełna jak ono wiary. Zapamiętajmy sobie nazwiska jej twórców – autora słów Feliksa Konarskiego i muzyki – Alfreda Schutza, Grajmy ją na naszych uroczystościach i śpiewajmy ją wszyscy”.
A potem już coraz częściej, wszędzie tam, gdzie byli Polacy – czy to w pismach codziennych, czy w wydaniach okolicznościowych, czy wreszcie po prostu odbite na powielaczu, ukazywały się nuty „Czerwonych maków”. Raz rozkwitłe we Włoszech, maki spod Monte Cassino kwitły teraz wszędzie, przenoszone do najdalszych zakątków świata tym samym wiatrem, ale jakże różnymi drogami…

Na wszelki wypadek

Z Kraju dotarły do mnie dwa wydania nutowe „Czerwonych maków”. W wydaniach tych bowiem znalazłem pewne rzeczy, które częściowo zaskoczyły mnie i zdziwiły, a częściowo zasmuciły. Oba wydania ukazały się w latach przedpaździernikowych… Pierwsze nakładem Poznańskiej Spółki Wydawniczej. Rok przypuszczalnie 1947. Opracowanie na fortepian, śpiew lub akordeon H. Rutkowskiego. Bez podania nazwiska autora. Kompozytor A. Suito. Jest to wprawdzie pseudonim Alfreda Schütza, ale prawie że nieznany szerszemu ogółowi, jak również nie użyty w pierwszym, oryginalnym wydaniu.
Załóżmy, że w ciągu trzech zaledwie lat trudno było wydawcom dowiedzieć się, jak brzmi nazwisko autora. A może pominięto je na wszelki wypadek?
Okładkę zaprojektował K. Cichoniak. Owszem, ładna nawet. Bo i maki są, i zasieki, i atakujący żołnierze. Tylko że umundurowanie dziwne i hełmy u tych żołnierzy zgoła niepodobne do tych, jakie były używane w kampanii włoskiej – formą przypominające raczej hełmy inne, których nie widziano na froncie zachodnim. Niby hełmy na okładce nie są znowu takie ważne – ale może zmieniono je na wszelki wypadek?
Drugie wydanie pochodzi z Krakowa – nakładem Wydawnictwa „Cracovia”. Tu już nie ma nazwisk ani autora, ani kompozytora. Po prostu: układ Jana Orlanda.
Tym razem okładka projektu A. Żmudy – trzykolorowa – naprawdę śliczna. Rok 1946-7. Ale tu znowu tytuł jest zmieniony i brzmi: „Pieśń o Monte Cassino”. O to nie mam pretensji, bo to w gruncie rzeczy to samo.
Zwróciła moją uwagę inna rzecz. W obu wydaniach zmieniono tekst. Zdawałoby się drobiazg. Jedno słowo. W oryginale było: „jak ci spod ROKITNY sprzed lat” – w wydaniach krajowych jest: „jak ci spod RACŁAWIC sprzed lat”.
Niby na oko nie ma wielkiej różnicy I to na „R” – i tamto na „R”. I to była szarża – i tamto. I tu biło się „rusków” i tam się „rusków” biło. Tylko że pod Racławicami bili kosynierzy – a pod Rokitną legioniści. O właśnie. Legioniści. Lepiej zmienić. Na wszelki wypadek. Bo i tak już wkrótce „Czerwone maki” staną się piosenką „zakazaną”…

Odgłosy

Na przestrzeni najbliższych trzech lat od momentu zwycięskiej bitwy pod Monte Cassino nie było chyba na Zachodzie jednego polskiego pisma, które by nie przedrukowało „Czerwonych maków”, nie mówiąc o wydawnictwach rocznicowych, śpiewnikach i gazetkach kombatanckich.
Już bez mojego w tym udziału słowa piosenki ukazywały się na szpaltach prasy, częstokroć służąc za „motto” do licznych artykułów, nawiązujących do żołnierskiego czynu i do pamięci o tych, którzy w czynie tym brali udział. (…)
W Kraju, bezpośrednio po zakończeniu wojny, „Czerwone maki” ukazywały się często na łamach prasy krajowej, najczęściej jednak znów jako „motto” do artykułów o Monte Cassino.
Ówczesny reżym nie przeciwstawiał się wówczas jeszcze popularności, jaką sobie zdobyła wśród wszystkich warstw społeczeństwa ta żołnierska pieśń. Chodziło o to, by nie zrażać sobie uczuć żołnierzy przebywających na Zachodzie i zachęcić ich do powrotu do Kraju. Pisano dużo o „dźwiganiu polskiej przyszłości na polskiej ziemi polskimi rękami”…
Aż do momentu, kiedy ci, co chcieli wrócić, wrócili. Do chwili, kiedy żelazna kurtyna zapadła na dobre.
Znikły artykuły o Monte Cassino, a z nimi wersety z „Czerwonych maków”.
Piosenka znalazła się na indeksie – ale nie ucichła. Przeciwnie – stała się dla Kraju bardziej cenna i bliska. Co więcej – stała się symbolem. (…)

Zakazana piosenka

Aż przyszły dni, kiedy „Czerwone maki” stały się piosenką „zakazaną”. (…)
Charakterystyczne dla tych dni były dwa zdarzenia, o których opowiedzieli mi, względnie niedawno, dwaj naoczni świadkowie. W obu wypadkach proszono mnie o niepodawanie nazwisk opowiadających.
Pierwsze zdarzenie miało miejsce w Warszawie. Pewien młody człowiek wrócił po większej bibce do domu późnym wieczorem. Ponieważ „ubaw był nie z tej ziemi”, więc młody człowiek ochoczo podśpiewywał sobie na głos różne melodie. W pewnej chwili zaczął nucić „Czerwone maki”. Coraz głośniej, coraz szczerzej. Nie zważając na otwarte okno. Ulicą przechodził milicjant. Usłyszał. Młody człowiek tej nocy już nie spał w domu.
Drugie zdarzenie miało charakter bardziej groteskowy. Na Mariensztacie obchodzono jakąś wojskową rocznicę. Urządzano jakąś akademię ku czci… Był zespół aktorski i był muzyk. Akordeonista, Żyd. Jednym z numerów programu była wiązanka piosenek żołnierskich. Akordeonista grał ze słuchu. Bez nut. W pewnym momencie zaczął grać „Czerwone maki”. Natychmiast zjawił się jeden z organizatorów akademii, który podbiegł do muzyka i z oburzeniem zawołał: – Czy pan zwariował?… Co pan gra?… Tu?… Na żołnierskiej akademii?…
Akordeonista ze spokojem odpowiedział: – A pod Cassinem kto się bił? Chińczyki??? I grał dalej.
Opowiadanie to przypomniało mi treść listu, jaki otrzymałem z Kraju za pośrednictwem paryskiego radia, mniej więcej w tym czasie. List pochodził z powiatu Legnica, a treść była bardzo zwyczajna, ale wystarczająco wymowna:
„Umiem grać na skrzypcach i na fortepianie. Staram się każdą piosenkę nauczyć grać. Gram nieczysto, ponieważ uczę się grać ich ze słuchu, gdyż u nas nie można dostać nut do zakazanych pieśni. Najbardziej podoba mi się piosenka ‚Czerwone maki na Monte Cassino’. Chciałbym tą piosenkę grać jak najlepiej bez błędów. W związku z tym zwracam się z prośbą o przysłanie mi nut do tej pieśni. ‚Czerwone maki’ śpiewają wszyscy moi koledzy, którzy również proszą o nuty…”
A jednocześnie niejaki Bohdan Czeszko rezonował cynicznie w krajowym „Przeglądzie Kulturalnym”: „Trzeba pisać o tej mordowni na Monte Cassino tak, żeby w pięty poszło, bo inaczej nigdy nie wybrniemy z tych maków…”
Nawet nie przypuszczał obywatel Czeszko, jak trudno jest wybrnąć z czegoś, co stało się cząstką Narodu dzięki ofierze krwi, złożonej przez jego synów. Jest to odwieczne prawo, którego nie jest w stanie zmienić nawet obywatel Czeszko.
Bo pamięć o Monte Cassino ciągle jest i będzie świeża, a „Czerwone maki” nadal wywołują nastrój skupienia i powagi, będący w istniejących warunkach jedynym wyrazem uczczenia tej pamięci.
Mówi zresztą o tym, zupełnie bezstronnie, dziennikarz belgijski w swoim reportażu z Polski popaździernikowej, umieszczonym w dzienniku „Libre Belgique”. (…)
Parę ważniejszych zdań podaję w wolnym przekładzie: „…trochę później orkiestra znajdująca się na małej estradzie zaintonowała melodię przypominającą jakby hymn słowiański w rytmie frapującego marsza…
…melodia grana do tańca, ale nikt jej nie tańczy…
…obecni słuchali w skupieniu i ciszy melodii – granej przez harmonię i dwoje skrzypiec…
…jest to pieśń napisana ku czci Polaków poległych pod Monte Cassino, dzięki czemu stała się ona czymś w rodzaju drugiego hymnu…
…kilka miesięcy temu ta pieśń była uważana za wymierzoną przeciwko reżymowi…”
A więc klątwa została zdjęta – a Kraj pomimo wskazań obywatela Czeszko – nie chce WYBRNĄĆ…

źródła:
Nasz Dziennik 18.05.2005

http://ofiaromwojny.republika.pl/teksty/0291.htm

DALEJ

strona [2] Piotr Lisiewicz, Stonka z „Albatrosa”

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Eseje, Historia, II wojna światowa, Lata PRL, Piosenki, Wiersze i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „„Czerwone maki” Feliksa Konarskiego

  1. demonica pisze:

    Dawno temu ktoś opowiadał jak w knajpie bawili się goście, wśród nich byli żołnierze polscy i sowieccy. Orkiestra grała do tańca. Na zakończenie jeden z gości podszedł do orkiestry i poprosił o „Czerwone maki”, Orkiestra zagrała a jeden z podchmielonych żołnierzy sowieckich, na parkiet, do tańca wyciągnął swoją „damę”. Wtedy podszedł do niego polski żołnierz i strzelił go w pysk, mówiąc „tego się nie tańczy”. Była zadyma.

  2. demonica pisze:

    W latach 70-tych, będąc nad Morzem Czarnym, w Bułgarii, zdarzyło mi się uczestniczyć w międzynarodowej, prywatnej „balandze”. Było troje Polaków, dwie Niemki, para Serbów, i czworo Bułgarów. Oczywiście były śpiewy. I gdzieś koło północy jeden z Bułgarów zapytał czy znamy i zaśpiewamy „Czerwone Maki”. Wtedy wszyscy Polacy znali, więc wstaliśmy i zaśpiewaliśmy, a on z nami, po polsku. Śpiewał, a po jego twarzy płynęły łzy.
    Jego ojciec, zmarły przed rokiem, razem z Polakami zdobywał Monte Cassino i często , w domu, śpiewał tę pieśń, również zawsze na stojąco.
    Ot, takie moje wspomnienie.

  3. Michał pisze:

    W radio Wolna europa nie raz gościlismy miłego i dystyngowanego Alfreda Schütza, kompozytora Makow. W radio rezyserem byl tez Jan Markowski, autor Marszu Mokotowa

  4. SARKASTYK pisze:

    Zapewne mało kto w Polsce i w świecie wie, że od 1965 r. każdego 18 maja o godz. 17 w kościele oo. Dominikanów we Wrocławiu były odprawiane Msze Św. za poległych pod Monte Cassino. Przed pierwszą Mszą słyszałem przesłanie pułkowników, ufających Ojcom Dominikanom. Uczestniczyłem co roku, z jednym wyjątkiem. Były poczty sztandarowe, uczestnicy bitwy, Mszę Św. odprawiał o. rtm. (wówczas) Adam Studziński OP, kapelan spod Monte Cassino. Nigdy takich tłumów przy jakiejkolwiek innej uroczystości w żadnym z wrocławskich kościołów nie widziałem. Była to najbardziej patriotyczna uroczystość nie tylko we Wrocławiu, ale w tej części Polski, w tych czasach. Na zakończenie wszyscy głośno śpiewali „Maki…” nawet organów nie było słychać. Tak było do końca PRL-u. W III RP: pełny ceremoniał wojskowy z Hymnem na początku, kompanią reprezentacyjną Ślaskiego Okręgu Wojskowego, z orkiestrą wojskową, poczty sztandarowe (FORTE). Potem (PIANO) dzieci ze szkoły, bodajże podstawowej, śpiewały, a raczej nuciły ” Maki” przy akompaniamencie gitary, jak balladę przy ognisku. A ja słyszałem szloch nielicznych już kombatantów: „Maki…, maki… maki…” Bo było to wbrew duchowi tej pieśni. Po śmierci o. gen. A. Studzińskiego OP uroczystość przeniesiono do Kościoła Garnizonowego (św. Elżbiety, przy Rynku), a tam, gdy jeszcze żyje ostatni uczestnik bitwy (rok 2015), orkiestra wojskowa grała „Maki..” po uroczystości, ale już na zewnątrz, była tylko sama melodia, bez tekstu, jako część tzw „wiązanki utworów wojskowych”. Jest już tło bez treści.
    …bo chcieli tej Mszy u Dominikanów, i dlatego właśnie tam była, żeby pamiętano o duszach poległych. Pamięć o tej bitwie dla następnych pokoleń trwa też dzięki tej pieśni.
    Ciekawe, jak i czy tradycja będzie kontynuowana…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.