Zbigniew Herbert. Obywatel Poeta

Bohdan Urbankowski

Poeta i bogini securitas

„Odebrać paszport i nie wypuszczać go z powrotem za granicę. Sądzę, że nie spowoduje to u niego zmiany przyjętej przez niego taktyki nie mówienia. Jest przecież człowiekiem o dużej dozie honoru i skoro dotychczas nie mówi, to przynajmniej w najbliższych rozmowach tego stosunku nie będzie zmieniał. Z takiego rozwiązania sprawy żadnego pożytku nie będzie” – tak próbę podjęcia współpracy ze Zbigniewem Herbertem raportował funkcjonariusz wywiadu, insp. Julian Pieniążek.

W krajach o zniewolonej kulturze postulat sztuki dla sztuki był nieśmiałym protestem przeciwko polityce. Protestem często naiwnym, jeśli nie obłudnym – w społeczeństwie upolitycznionym wszystko jest upolitycznione, liczy się deklaracja i brak deklaracji, pozorna nieobecność może być grzechem zaniechania.

Kultura i agentura. Walka o pamięć

W stosunku do PRL działacze (także poeci) przyjmowali postawę dwojaką: totalnej negacji albo gry. Zwolennicy pierwszej, np. Jerzy Giedroyć, uważali za naganną każdą formę obecności w kraju – niosła bowiem konieczność kompromisów, rozmów, oddychania tym samym powietrzem. Postawa ta miała istotne braki: twórcy emigracyjni ograniczali swój wpływ na społeczeństwo; daniny, których odmawiali władzom PRL, płacili często władzom innych państw; zaś stając się obywatelami marginesu, obniżali też artyzm i siłę oddziaływania własnych dzieł. Namiastką emigracji była emigracja wewnętrzna – granicząca z bierną zgodą na zło. Taki maksymalizm etyczny był niemożliwy w praktyce – sam pobyt w zniewolonym kraju zmuszał do pewnych kontaktów i kompromisów. Nie był wolny od nich nawet Kościół – gdy „odcinał się” od bp. Kaczmarka – choć nie została przekroczona granica hańby. (Co zdarzyło się krakowskim literatom – Błońskiego, Szymborskiej i Mrożka nie wyłączając.) Na absurdalność takiego maksymalizmu zwracał uwagę i Herbert, przypominając, że Traugutt zdobył wykształcenie wojskowe jako carski oficer i że nawet Piłsudski musiał z Austriakami rozmawiać.

Druga z postaw była trudniejsza i pełna pułapek – nie zawsze można było dostrzec granicę non possumus wytyczoną przez kard. Wyszyńskiego. Poza tym opozycyjność oficjalna była ograniczona, czasem nawet koncesjonowana, a prawie zawsze kontrolowana. Świat kultury przeniknięty był agenturą normalną i agenturą wpływu – w której działały nieraz wysokiej rangi autorytety:

ks. Czajkowski – duszpasterz i spowiednik środowisk twórczych, Andrzej Kuśniewicz, Ryszard Kapuściński, Leopold Lewin, Henryk Grynberg, Daniel Passent, Ernest Skalski, Marek Piwowski – listę tę można wydłużać, a trzeba by też dopisać agentów – ochotników w rodzaju Andrzejewskiego, Ważyka i Brandysa, których Herbert nie bez powodu nie lubił. Szczypiorski, który donosił na ojca, dochował się syna, który donosił na niego; na Jasienicę donosiła jego żona, na Słomczyńskiego, który również na parę miesięcy zaplątał się we współpracę1, donosy pisał zapraszany do domu przyjaciel Włodek, a w podstępnych rozmowach brała udział przyszła noblistka.

W znakomitym, a zamilczanym przez salonową krytykę, filmie Macieja Gawlikowskiego o Słomczyńskim sfotografowane zostały donosy Adama Włodka. Ostrzegał on np. bezpiekę, iż Kisielewski może mieć jakiś schowek, zaś na Słomczyńskim muszą ciążyć przewinienia okupacyjne – tym tłumaczył jego nerwowość. Sugerował także, iż Slomczyński przyjechał robić poważną robotę podziemną, z tym, że mógł ją zarzucić – np. ze strachu albo przekonany do racji partii. Najciekawsza jest deklaracja uzasadniająca jeden z donosów: „Oświadczenie, które niniejszym składam, wynika z poczucia czujności partyjnej i obywatelskiej. […] Nie jest to oskarżenie, lecz zwrócenie uwagi. Informacje te dotyczą osoby Macieja Słomczyńskiego, członka Związku Literatów Polskich, zamieszkałego w Krakowie, Krupnicza 22. Pochodzą one z obserwacji i rozmów przeprowadzanych z M. Słomczyńskim przeze mnie, żonę moją Wisławę Szymborską-Włodkową (również członka Partii i literata) oraz Sławomira Mrożka (Kandydat partii i literat) […] Tow. Sławomir Mrożek nie jest poinformowany, iż oświadczenie to składam. Zakomunikowanie mu tego uzależniam od Waszej decyzji. Adam Włodek”. Nie jest pewne, czy Mrożek został poinformowany ani też czy Szymborska świadomie brała udział w donosicielskim procederze.

Postawą równie częstą, jak gra z komuną, była zwykła zdrada. Należy je jednak odróżniać: tylko zdrajca przechodził na stronę wroga.

Poeta chowa się przed boginią Securitas

Nie będzie tu mowy o wojnie, o działalności Herberta w AK2. Chciałbym zająć się polityką – zbyt mocno wpływała na los poety, by jej nie uwzględniać. Obydwa te wątki łączą się ze sobą.

Wojna jest wedle znanego określenia Clausewitza „kontynuacją polityki innymi środkami”. Odwracając tę tezę, możemy powiedzieć, że polityka jest kontynuacją wojny, a powiedzonko, iż każda epoka ma swe wojny dotyczy także polityki. Inaczej wyglądały gry młodego Herberta, inaczej dojrzałego, obdarzonego autorytetem, mającego krajowych i zagranicznych sojuszników; inaczej prowadził je w kraju, inaczej poza zasięgiem przeciwnika – na emigracji.

W pierwszym okresie poeta był przedmiotem polityki. Ona zdewastowała jego życie: przerwała dzieciństwo, zniszczyła młodość i wygnała z ojczyzny – i to są racje, dla których nie wolno jej pominąć. Herbert nie wyjechał ze Lwowa z powodu działań wojennych, była to decyzja polityczna rodziców. Decyzją polityczną poety było podjęcie współpracy z podziemiem – bez względu na to, czy i jakie elementy walki do tego dochodziły. Decyzją polityczną było także zaniechanie tej współpracy, może także zmiana organizacji. Mówił o tym poeta dla „Tygodnika »Solidarność«”: „Dałem nogę. Zdaje się, że nawet szukali mnie jako dezertera, ale ja już byłem w innej dobrze uzbrojonej armii. Dwa lata trwał mój kontakt z »bandytami z lasu«. Wycofałem się, gdy doszedłem do wniosku, że partyzantka się degeneruje, że lepszym pomysłem jest tupamaros (partyzantka miejska) […] do dziś czuję szacunek do tych, którzy pozostali do końca wierni przysiędze, w lasach, bez nadziei”.

Decyzją polityczną byłoby też ujawnienie się – Herbert takiej decyzji nie podjął, miał pretensje do Różewicza, że na taką formę ugody przystał, czego konsekwencją była służba dla socrealizmu. W wywiadzie dla Carpenterów Herbert powiedział o Różewiczu: „Był gwiazdą, aby potem sprostytuować się kolaboracją”. Jeszcze większą pretensję miał do Miłosza: „W decydującym momencie – stwierdził w „Pojedynkach Pana Cogito” – w latach 1945–1947, kiedy ludzie nazywani bandytami umierali w lesie za Polskę (używam bardzo rzadko tego patetycznego zwrotu), Miłosz pisywał niestosowne felietony w »Dzienniku Polskim« podpisywane pseudonimem »czym«. Dostał za to, bo tak to trzeba nazwać, posadę attaché kulturalnego w USA”.

Czy jednak Miłosz nie postąpił politycznie? Pisanie „niestosownych” artykułów było pociągnięciem równie praktycznym, co przejście na litewski paszport. Zachowania odwrotne niosły większe ryzyko. Jeśli Herbert stawia wyżej takie niepraktyczne działania – stosuje do polityki inne kryteria, już nie polityczne, lecz etyczne. To warto zapamiętać.

Herberta gra z polityką – przynajmniej w pierwszym okresie – miała charakter defensywny. Polegała na ucieczce (zmiana uczelni, gdy w Krakowie zaczęły się aresztowania opozycyjnej młodzieży), na przybraniu barw ochronnych. Przestrzegana była jednak zasada non possumus. Herbert współpracował z „Dziś i Jutro” i z PAX – czyniły tak setki akowców, nie widząc w tym nic nagannego. PAX był postrzegany jako organizacja ugodowa, niemniej katolicka, konserwatywna; to tu schroniły się setki byłych akowców. Na narady „Dziś i Jutro” do Warszawy przyjeżdżali ludzie o niekwestionowanym autorytecie moralnym: Hanna Malewska i Antoni Gołubiew, pojawiała się Kossak-Szczucka. Jednak kiedy PAX przejął „Tygodnik Powszechny”, nawet pomimo namowy przyjaciela i mecenasa, jakim był nowy naczelny, Wnuk, Herbert współpracę przerwał. Etyka wzięła górę nad polityką. Na udział w antologii „każdej chwili wybierać muszę” również można spojrzeć z politycznego punktu widzenia: wbrew pozorom nie był to koniunkturalizm. Po pierwsze: w antologii również dominował żywioł kresowy, katolicki, po drugie książka stanowiła estetyczną i ideową opozycję wobec lansowanej polityki. Ukazała się dokładnie w tym roku, w którym wyszła też antologia „Wiersze i pieśni poświęcone pracownikom bezpieczeństwa”. W tej ostatniej znaleźli się tacy poeci, jak: Dobrowolski, Lewin, Słucki, Stiller, Mandalian, Wygodzki, Urgacz – ich decyzja była decyzją polityczną, skuteczną, a przede wszystkim podłą. Herbert nie opowiedział się za okupantami, nie pisał ku czci peerelowskiego odpowiednika gestapo. Ale też nie atakował. Przyjął postawę strażnika pamięci, opiekuna mogił. Zamieszczony w PAX-owskiej antologii jego „Apel” był wierszem cenzuralnym – był jednak apelem niepodległościowców, apelem, na który stawiają się przeciwnicy ustroju i wyznawcy prześladowanych idei.

Warto przypomnieć szkic Herberta „Hamlet na granicy milczenia”. To coś więcej niż eseik literacki. Zwracają w nim uwagę refleksje na temat ochronnej funkcji szaleństwa. A jeżeli szaleństwo może przydać się do maskowania rzeczywistych posunięć, może i upojenie alkoholowe – dodajmy, nie bez intencji. Według poety szaleństwo „wyzwala siłę osaczonych – ironię, pozwala na wybuchy szczerości prawdy nie krępowanej konwenansem”. Nie mogąc walczyć armatami, Herbert walczył szpileczkami wierszy. Ale były to zatrute szpileczki. Hamlet zdobywał się na ironiczne uwagi, pozostawał na granicy milczenia – bo jeszcze nie miał sił, by wezwać do otwartej walki. Czasem zaś swoją walkę maskował jako – tolerowane w Polsce – alkoholiczne wybryki.

Zwróćmy uwagę, że w swym szkicu o Hamlecie Herbert dokonał wymownej reinterpretacji bohatera. Polemizując z Goethem, odwołał się do postawy Konrada Wallenroda – wallenrodycznie nie wypowiadając tego imienia. Nie odkrywając swej strategii, pisał: „To, co bywa interpretowane jako chwiejność, także w dziedzinie intelektualnej, jest w istocie hamletowską orientacją na konkret, odpowiedzią na sytuację. […] Los jest nieubłaganą siłą, z którą ani paktować nie można, ani jej skruszyć. Bohaterowie tedy buntują się i walczą. Hamlet należy do tych sprawiedliwych, którzy nie wygrażają pięściami niebu, ale dorastają do losu. […] W ostatniej scenie Hamlet jest silny i wybierając broń przed pojedynkiem, jest wyższy ponad wszystkie ślepe siły wszechświata.

Pochowany w pauzie huków armatnich i w naszym milczeniu ślubujemy ci książę, bezsenność, niepokój, żarliwość. Pochowany w małej przerwie ziemi i w najgłębszym miejscu pamięci ślubujemy ci książę, że kiedy przyjdzie czas próby, wybierzemy cięższy rapier i cięższą śmierć”.

Polityka jest sztuką osiągania tego, co możliwe, stosowania metod odpowiadających celom. Mierz zamiar podług sił – inaczej niż apelował autor „Ody do młodości”.

Poezja młodego Herberta miała charakter polityczny, to znaczy: nie atakowała frontalnie, nie narażała poety na zamknięcie mu ust. Nie należy jej jednak lekceważyć, gdyż okazała się skuteczna. Poeta posługiwał się bronią ironii. Taka broń może nie zabija, lecz osłabia, odciąga od ośmieszonego przeciwnika sojuszników, a jemu odbiera wiarę w siebie. Poezja, zwłaszcza w Polsce (kraju, w którym poeci musieli nieraz spełniać obowiązki władzy politycznej i religijnej), poezja swymi emocjami organizuje środowisko, pozwala zyskać jawne i tajne wsparcie działań politycznych. Taką rolę odgrywał „Apel”, taką utwór ze „Struny światła” „O Troi” (czyli jednocześnie o Warszawie i o Lwowie), taką też „Las Ardeński”, w którym łatwo było się dopatrzeć Lasu Katyńskiego. W tomie „Hermes, pies i gwiazda” poeta dorzucił kilka bardziej ofensywnych wierszy: satyra na usłużnych poetów reżimu „Ornamentatorzy”, oskarżający totalitaryzm „Pan od przyrody”, „Przypowieść o emigrantach rosyjskich”, „Pieśń o bębnie”, „Bajka ruska”. Od pierwszych zbiorów Herbert zaczynał pisać swojego Konrada Wallenroda.

Gra poety z boginią Securitas

W drugim okresie – po upadku stalinizmu i złagodzeniu terroru – poeta podjął grę. Przestał być biernym przedmiotem, ale nadal starał się grać na własnym – literackim – boisku. Odwołajmy się jeszcze raz do niemieckiego filozofa walki, który stwierdzał, iż prawdziwy strateg musi łączyć analizę logiczną, zrozumienie historii, mechanizmów społeczeństwa i duszy ludzkiej. Strategia nie może być improwizacją. I Herbert nie improwizował. Dla większej swobody posunięć przedłużył swój pobyt na Zachodzie, potem pojechał po raz wtóry. Zaczął także występować publicznie, a siłę jego wystąpień wzmacniały coraz lepsze wiersze i nagrody międzynarodowe. Wtedy zaczął się kontratak służb. Poeta musiał podjąć grę.

Kiedy przebywał za granicą i na dodatek zaczął zdobywać rozgłos – jego „rozpracowywanie” rozpoczął Wydział VIII Departamentu I MSW przeznaczony do zwalczania dywersji ideologicznej, zajmujący się zwłaszcza polskimi emigrantami. Pierwszą rozmowę przeprowadził z poetą, we wrześniu 1967 r., funkcjonariusz wywiadu, insp. Julian Pieniążek (występujący jako pracownik konsulatu). Herbert nie wiedział, z kim rozmawia, mógł jednak coś podejrzewać – na wszelki wypadek mówił mało. Znalazło to odbicie w cytowanym przez Majchrzaka raporcie: „W prowadzonych rozmowach [Herbert] nie powiedział wszystkiego o swoich znajomościach i możliwościach dotarcia do interesujących nas obiektów. Warto zaznaczyć, że był bardzo ostrożny w swoich sformułowaniach i starał się pomniejszać swoje kontakty, jak i zaangażowanie we wrogich nam środowiskach”. Rzekomy dyplomata bezpieczniackim zwyczajem założył po rozmowie poecie teczkę z kryptonimem „Bert”, który za jakiś czas miał zostać zmieniony na inny. Pieniążek, jak sam podkreślił, cały czas działał „z pozycji przykrycia”. Herbert miał wierzyć, że rozmawia z życzliwym rodakiem.

Nie powinno więc dziwić, że podczas kolejnej rozmowy, w grudniu 1967 r., „figurant”, czyli rozpracowywany poeta, „mówił o swoich przeżyciach, jak i planach osobistych”, a nawet wyraził „chęć podtrzymania kontaktu”. Umówił się na jakieś spotkanie, na które chyba nie przyszedł, bo nie ma potwierdzającej adnotacji.

Do spotkania doszło dopiero na przełomie lat 1968 i 1969, oczywiście „z pozycji przykrycia”. Agent nadal udawał serdecznego rodaka, a poeta mógł w to wierzyć. Nie wszyscy pracownicy naszej dyplomacji byli agentami, np. młody Miłosz. Z kolejnego raportu Pieniążka wynika, że szpicel poniósł klęskę, tak bowiem po paru miesiącach raportował o Herbercie: „W rozmowach przeprowadzonych z nim na przełomie 1967/68 r. z pozycji przykrycia mówił bardzo oględnie i fragmentarycznie o swoich związkach z ludźmi […] miał wiele oporów i odnosił się do nich nieufnie”. Nie były to ostatnie wizyty w konsulacie, poeta musiał się tam zjawiać, by przedłużać paszport – nie chciał zostać na emigracji. Dopiero po powrocie do Polski, wiosną 1969 r., Herbert dowiedział się, z kim tak naprawdę miał „przyjemność”.

Pieniążek, jeszcze udając znajomego z konsulatu, zadzwonił i umówił się z Herbertem na 8 kwietnia w hotelu Metropol. Dopiero podczas spotkania poeta został zaskoczony, z czego wniosek, że jednak w Paryżu nie wszystkiego się domyślał. W raporcie esbeka czytamy: „Po przedstawieniu się i oświadczeniu, że reprezentuję Służbę Bezpieczeństwa i interesuje mnie jego pobyt kilkuletni na Zachodzie oraz jego wiedza o ośrodkach i ludziach wrogo działających przeciwko Polsce, w kilkugodzinnych rozmowach nie podał żadnych szczegółów, mogących dać obraz tej działalności bądź w jakiś sposób kompromitować ludzi, których wymienia jako znanych mu osobiście i powiązanych z tymi ośrodkami”. Jednocześnie zdaniem esbeka poeta „deklarował lojalność wobec ojczyzny i dawał szereg przykładów o tym, że wszędzie, gdzie mógł, bronił sprawy polskiej i nie pozwalał w jego obecności szkalować Polski”.

O tym, że czerwcowe przesłuchanie było dla Herberta szokiem, świadczy list, jaki wysłał 19 czerwca 1969 r. do Miłosza – bo o Miłosza też go esbek wypytywał. „Nie spodziewałem się, że dosięgnie mnie ręka panów w czarnych garniturach. Zatelefonowali do mnie w drugi dzień po przyjeździe [dopisek u dołu: »kiedy siedziałem przy chorej matce«] (była Wielkanoc i liczyłem, że oni także jedzą kiełbasę)”. Podkreślmy, że poeta, odbierając telefon, nie wiedział jeszcze, kim był Pieniążek, MSW rutynowo umawiało się na „oddanie paszportu”, czemu towarzyszyły rozmowy. Termin był zazwyczaj trzydniowy, poeta mógł się czuć zaskoczony. Wróćmy jednak do listu Herberta: „Potem były regularne »rozmowy« codzienne i wielogodzinne nie w urzędzie, broń Boże, ale w hotelu Metropol na wysokim piętrze, z oknem otwartym na podwórze. Mógłbym wyjść tym oknem i więcej nie wrócić, a przyjaciele powiedzieliby, że się upiłem, że zawsze miałem tendencje do nihilizmu, no i buch. Jakoś to wytrzymałem, a kiedy zorientowałem się, że zaczyna się Kafka, zwiałem i nie stawiłem się na przesłuchanie. Wiem, oczywiście, że władza nie lubi, gdy się ją wyprowadza w pole, i że nie dadzą mi już spokoju.

Zetknąłem się przeto z ludźmi Moczara – jest to formacja chłopsko-nacjonalistyczna, a zatem przerażająca. Interesowali się wieloma rzeczami, między innymi prądami trockistowskimi na Zachodzie, ale głównie emigracją, którą najchętniej zwabiliby do kotła. Wypytywali także o Ciebie, czy byś nie wrócił, a ja im streszczałem »Dolinę Issy« i analizowałem Twoją poezję, udając, że ich interesujesz jako najlepszy żyjący poeta polski. Grałem głupca, ale bez przyjemności. Stwierdziłem, że się odzwyczaiłem, że nie bardzo potrafię spacerować z gównem na głowie, że jestem tchórzem, bo boję się o resztę życia. Odchorowałem to (bezsenność, depresja), ale teraz jest dobrze i pracuję”.

Co naprawdę wynika z listu? To, że poeta, choć odczuwał strach, nie załamał się, niczego nie podpisał, przy okazji przerwał kontakty. A kiedy nadarzyła się sposobność posłania listu z ominięciem cenzury, wysłał go z Berlina Zachodniego. Poinformował Miłosza, że esbecja się nim interesuje. Nie tylko jemu mówił o tych kontaktach, także Najderowi, Międzyrzeckiemu, Rainie i paru innym znajomym, co ostudziło werbunkowe zapały bezpieki. Z raportów wynika również, że Herbert „oświadczył stanowczo, iż jego znajomości i kontakty z ludźmi, takimi jak Jeleński, Giedroyć czy Nowakowski Tadeusz i inni miały charakter czysto literacki i jakkolwiek wiadomo mu, że są oni zaangażowani w propagandzie antykomunistycznej, nie dyskutował z nimi na te tematy”. W czasie innej rozmowy esbek zapisał, że Herbert był „bardziej elastyczny”, ale że „nic nie wniósł nowego, poza tym, co powiedział poprzedniej rozmowy”. Esbek stwierdzał, że Herbert „traktuje rozmowy bardzo poważnie i zdaje sobie sprawę, że od nich jest zależny” oraz że „liczy się z niepozwoleniem wyjazdu” etc. „Nie ulega wątpliwości – dodawał esbek – że ma znacznie więcej różnych informacji, ale obawia się mówić, aby nie odciąć sobie dróg do środowisk zarówno w kraju, jak i za granicą. Liczy się ze skutkami. Z tym, że będziemy zaraz te dane wykorzystywać, co oczywiście może go odsłaniać i kompromitować, dlatego woli okres miniony przemilczeć, a wobec braku wyboru deklaruje (chyba uczciwie) współpracę, która by swój początek miała od chwili obecnej”. Trudno w raporcie oddzielić, co powiedział Herbert, a co jest chciejstwem esbeka, robieniem sukcesu z nieudanej akcji werbunkowej. W końcowych wnioskach autor raportu proponował:

„1/. Odebrać paszport i nie wypuszczać go z powrotem za granicę. Sądzę, że nie spowoduje to u niego zmiany przyjętej przez niego taktyki nie mówienia. Jest przecież człowiekiem o dużej dozie honoru3 i skoro dotychczas nie mówi, to przynajmniej w najbliższych rozmowach tego stosunku nie będzie zmieniał. Z takiego rozwiązania sprawy żadnego pożytku nie będzie.

2/. Przyjąć te rozmowy za dobrą monetę i zlecić mu zadanie do wykonania w odniesieniu do ośrodków dywersji politycznej. Należy zakładać, że skoro podejmie się współpracy z nami, będzie się z niej rozliczał i będzie szerzej informował o zagadnieniach będących przedmiotem naszego zainteresowania”.

Punkt drugi to oczywiście chciejstwo, tak to też raport potraktowali przełożeni Pieniążka. Poeta dostał jednak kolejny raz paszport – odmowa wypuszczenia Herberta na międzynarodową imprezę miałaby gorszy skutek. W Berlinie próbowano poetę znowu podejść, ale – jak raportował jakiś inspektor Nowak – „wystąpiły u niego pewne opory psychiczne […] przed pełnym zaangażowaniem się w realizację naszych poleceń, aby nie stać [się] w jego pojęciu agentem, co kolidowałoby z jego postawą i etyką jako pisarza”. Przełożony Nowaka, niejaki Zbigniew Mikołajski (zastępca naczelnika Wydziału VIII wspomnianego Departamentu), stwierdził zatem na piśmie: „sprawa rozwija się jednak z oporami ze względu na cechy osobowości Bema. W obecnym stadium sprawy – typową agenturalną współpracę należy wykluczyć”.

Dezawuując wartość dotychczasowych rozmów Mikołajski dodawał: „Informacje podane przez B [ema] mają charakter ogólny”. I tak było. Herbert „wygadał się” „rodakowi z konsulatu” np., że uważa Hłaskę za „mitomana”, że Raina to „fantasta i utopista”, a Miłosz to „najlepszy poeta”. Informacje zdobyte kosztem wielu godzin gadania, wytężonego jedzenia i pełnego poświęcenia picia nie okazały się warte nakładów.

Nowak planował jeszcze jakieś spotkanie w Berlinie Wschodnim, ale Herbert wykręcił się chorobą żony. Nie zareagował także na następną próbę kontaktu. W sierpniu 1970 r. wyjechał do Los Angeles. Wywiad początkowo przemyśliwał, żeby i tam do niego dotrzeć, jednak zrezygnowano. W końcu grudnia 1970 r. jakiś inspektor, E. Studnicki, zawnioskował o zakończenie rozpracowywania „Bema”, bo „Główny figurant w/w sprawy wyjechał w br. do USA i utracił kontakty z interesującymi nas osobami”.

Kilka miesięcy po śmierci poety „Gazeta Wyborcza” przygotowała intrygę w ubeckim stylu. Chyba od Miłosza otrzymała list, który opublikowało afiliowane przy „Gazecie” czasopismo „Zeszyty Literackie” (nr 66). Redaktorki Szczęsna i Bikont udały się następnie do Gustawa Herlinga Grudzińskiego, by wyłudzić potępienie Herberta przez wielkiego pisarza. Nie podając nazwisk, stwierdziły z zaskoczenia: „po marcu ’68 pewien poeta krajowy pisał do emigracyjnego: »Nie spodziewałem się, że dosięgnie mnie«”. Dalej następował znany nam już tekst, wzbogacony jednak o komentarz: „[…] poetę przesłuchiwali ludzie Moczara. Poeta się wił, plątał, pytany o literatów wygłaszał sądy o literaturze, ale nie odmówił spotkań”.

Po tej nieładnej sugestii, z której wynikało, że poecie zależało na przychylności ludzi Moczara (mogli to być jeszcze ludzie Bermana, nawet koledzy Stefana Michnika, których Moczar nie zdążył wyrzucić), redaktorki zaatakowały Herlinga:

„– Z Pańskiej publicystyki można wnioskować, że pisarz, który spotyka się z ubekami, pozbywa się tym samym prawa do występowania w roli autorytetu moralnego. Czy tak?
– Muszą mi panie podać nazwisko.
– Zbigniew Herbert. Adresatem czytanego listu jest Czesław Miłosz. […]
– Nic o tym nie wiedziałem. Zawsze uważałem Herberta za przyzwoitego człowieka.
– No właśnie. Może zatem jest to dowód na niszczycielską siłę systemu, skoro nawet tak przyzwoity człowiek, jak Herbert, mógł chadzać na spotkania z ubekami?”.

O tym, że po tych spotkaniach Herbert ostrzegł lojalnie Miłosza o zainteresowaniach bezpieki, mowy nie było. Herling próbował jeszcze mieć wątpliwości:

„– […] nim panie mi to powiedziały, przedstawiał się w moich oczach jako wzór człowieka, który nigdy się nie poddał […] wiedziałem, że głodował i żył w biedzie, bo nie chciał się poddać.

– Tak, w latach 50… a to był koniec lat 60.” – nokautująco odpowiedziały redaktorki.

Wywiad opublikowany został w „Gazecie Wyborczej” (29 IV – 1 V 2000 r.). Herling zorientowawszy się, jak został wykorzystany, mimo poważnego stanu zdrowia przyjechał do Polski. 23 maja podczas spotkania w „Czytelniku” złożył oficjalne oświadczenie, w którym oskarżył „Gazetę Wyborczą” o manipulację: „To nie był zwykły wywiad, ale przesłuchanie – dziennikarki przedstawiły fragmenty nieznanego mi wcześniej listu Herberta do Czesława Miłosza, z którego mogłoby wynikać, że autor »Pana Cogito« zgodził się na nieformalne kontakty ze Służbą Bezpieczeństwa”.

A 25 maja na łamach „Życia” oświadczył: „Jeszcze raz proszę, aby tę rozmowę opublikowaną na łamach »Gazety Wyborczej« uznać za nadużycie, będące konsekwencją mojego błędu. Powinienem był podczas rozmowy sparafrazować historyczny okrzyk Adama Michnika »Odpieprzcie się od generała!«. Powinienem był odpowiedzieć paniom śledczym: »Odpieprzcie się od Herberta!«”. Gustaw Herling-Grudziński zmarł wkrótce po powrocie do Neapolu, 4 lipca 2000 r.

Poeta jako podmiot polityki

Wyprzedziliśmy znacznie bieg wydarzeń. Bezpieka zrezygnowała z werbowania Herberta, z powodu jego wyjazdu do USA. Po powrocie poeta sam przystąpił do gry. Nie był już przedmiotem, był podmiotem, próbował sam wpływać na bieg wydarzeń. Jesienią 1971 r. był jednym z inicjatorów listu wnoszącego o złagodzenie kar członków niepodległościowej organizacji „Ruch”, wystąpił także w obronie braci Kowalczyków skazanych za wysadzenie – w przeddzień rocznicowych uroczystości MO – auli WSP w Opolu, w której miały się one odbyć. W 1973 r. przygotował projekt listu w obronie „literatów podlegających niesprawiedliwym dyskryminacjom ze strony cenzury”.

Pan Cogito znalazł się znowu pod obserwacją SB, tym razem dostał kryptonim „Herb”. W teczce odnotowano m.in. „rozróbę” poety z 21 grudnia 1973 r. w sklepie spożywczym przy ul. Chełmskiej, gdzie pod wpływem alkoholu (lub udając) „zaczął szkalować partię za to, że doprowadziła swoją polityką do tego, że ludzie stoją w kolejkach”. Skończyło się na kolegium, które skasowała amnestia.

W grudniu 1974 r. Herbert był głównym autorem listu (podpisanego przez 15 literatów) upominającego się o prawa Polaków zamieszkałych w ZSRR. Oportunizm niektórych „autorytetów” spowodował, że poeta trzykrotnie musiał przeredagowywać tekst. Najwięcej „dyplomatycznych” zastrzeżeń mieli Andrzejewski i Słonimski. W roku następnym uczestniczył w akcji zapoczątkowanej przez mecenasa Olszewskiego przeciwko zmianom w konstytucji.

Najważniejszym i do dzisiaj niewytłumaczonym wydarzeniem była nagła zapaść Herberta podczas XIX Zjazdu ZLP w lutym 1975 r. w Poznaniu. Herbert oczywiście należał do skrajnej opozycji. Sprzeciwiał się nawet tym opozycjonistom, którzy zakulisowo usiłowali ustawić wybory, uwzględniając reprezentację opozycji. Herbert ostro wymyślał przedstawicielom jednej i drugiej strony, uaktywniła się grupa, która była gotowa wybrać Herberta w miejsce Iwaszkiewicza. Nagle, 21 lutego, poeta został odwieziony do szpitala z objawami zatrucia. Musiał przeleżeć następny dzień w łóżku. Do końca życia był przekonany, że maczała w tym palce SB. Nie jest pewne, czy była to próba otrucia, raczej „ostrzeżenie”. Tak czy inaczej poeta w wyborach udziału nie wziął, ze środowiskiem wszedł w konflikt, wiosną wyjechał na kolejną emigrację. Do 1980 r. stałym jego adresem był Berlin.

Po powrocie do kraju włączył się w ruch „Solidarności”, podróżował po Polsce – brał udział w uroczystościach w Gdańsku, odsłonił pomnik Ofiar 1956 r. w Poznaniu. Występował z Lechem Wałęsą, Anną Walentynowicz, Adamem Michnikiem, zbliżył się do Kościoła. W tym krótkim okresie nie czuł się emigrantem w ojczyźnie. Również po wprowadzeniu stanu wojennego nie przestał podziemnej „Solidarności”, w podziemnych wydawnictwach. Chciał jednak, by pisano w nich prawdę. W 1985 r. udzielił Trznadlowi wywiadu do książki, która ukazała się pt. „Hańba domowa”. Zaatakował w nim przemalowanych na autorytety pisarzy stalinowskich – skądinąd przyjaciół Michnika. Spowodowało to kolejny konflikt ze środowiskiem. W 1986 r. Herbertowie wyjechali na ostatnią już emigrację – do Paryża. Po powrocie zaczęła się ostatnia walka polityczna Herberta.

Ostatnie pojedynki poety

Celem walki – jak podkreślał Clausewitz – nie było zniszczenie sił żywych przeciwnika, ale narzucenie mu swej woli i swojej wizji świata. Zrekonstruujmy, chociaż w ogólnych zarysach, polityczną wizję Herberta. Podkreślałem już zjawisko prymatu etyki nad polityką. Takim podejściem autor „Przesłania Pana Cogito” wpisywał się w tradycję Włodkowica, który odróżniał wojny sprawiedliwe od niesprawiedliwych i w imię etyki chrześcijańskiej bronił pogan przed krzyżackimi zakonnikami. To także tradycja Modrzewskiego, który opierał ustrój idealizowanej Rzeczypospolitej na fundamentach etyki „wspólnego dobra”. To Arystotelesowe określenie obecne jest też u Herberta, do niego nawiązywał, mówiąc o „społeczeństwie obywatelskim”. Bliższym historycznie ideałem był jednak dla poety „kraj dzieciństwa”, czyli II RP. W „Pojedynkach Pana Cogito” wyznawał: „Urodziłem się i wychowałem w II Rzeczypospolitej. Tamto dwudziestolecie (nie tylko w sprawach honoru i pojedynków) jest dla mnie okresem wzorcowym”. Poeta tam szukał wzorów demokracji, ale i siły, która zdolna jest ją chronić. Stąd, po młodzieńczych wahaniach, uznanie Herberta dla Piłsudskiego. Stąd też wrogość do liberalizmu, za którym kryje się egoizm, walka i wyzysk słabszych. „Dziś wydaje mi się – mówi w »Pojedynkach Pana Cogito« – że liberalizm to najbardziej banalne i najbardziej wulgarne słowo ze współczesnego polskiego słownika politycznego, gdyż usprawiedliwia każdy leseferyzm i gospodarczy, i moralny”.

Jeśli się nie zrozumie tych etycznych założeń – nie zrozumie się politycznych pojedynków Herberta. A staczał je do końca życia. Przede wszystkim odmówił poparcia Mazowieckiego w walce przeciw Wałęsie. Nie z powodu zadawnionej urazy (Mazowiecki wyrzucił go kiedyś z „Dziś i Jutro”), lecz dlatego, że widział, iż za nim stoi KOR, do którego się rozczarował. Ci dawni opozycjoniści poszli na ugodę z dawnymi oprawcami, zaczęli dzielić się Polską. W imię nowego sojuszu KOR-owcy (już jako UW) przeciwstawiali się lustracji. Bez tego nie było jednak możliwe przywrócenie sprawiedliwości, polityka doraźnych korzyści brała prymat nad etyką – która jest długofalową polityką. Zrównując obydwa totalitaryzmy, Herbert domagał się również Norymbergi dla komunistycznych zbrodniarzy – to wywołało agresję zagrożonych postkomunistów i ich „salonowych” sojuszników. Żądał także lustracji dziennikarzy i literatów, a przecież eks-stalinowcy, którzy dla Herberta byli zdrajcami, stanowili teraz podpory Michnikowego salonu. W czasach gdy „więzienia pękały w szwach, zapadały lekką ręką podpisywane wyroki śmierci na żołnierzy antyfaszystowskiego podziemia”, pisarze, tacy jak Brandys, Andrzejewski, Konwicki, wystawiali władzom świadectwa moralności, pisali ku czci oprawców!

Na tym tle musiało dojść do zerwania więzi z Michnikiem, które kiedyś były na tyle bliskie, że poeta dedykował młodemu politykowi wiersz „Msza za uwięzionych”. Teraz jednak dedykację wycofał, uznał Michnika za „manipulatora, intelektualnego oszusta” i w ogóle za „komunistycznego Dyzmę” („Pojedynki Pana Cogito”). Kult redaktora naczelnego „Wyborczej” porównał Herbert z kultem, jaki kiedyś otaczał Piaseckiego. Środowisko Michnika oskarżał o to, iż swoją demagogią wywołało „zapaść semantyczną” w kulturze: słowa przestały znaczyć to co kiedyś, nie nadawały się do odróżniania zła od dobra, zbrodniarzy od ludzi prawych. III RP była zamaskowaną kontynuacją PRL, rządziły te same elity, w tym samym interesie. Najważniejszym zadaniem patriotów była więc – według poety – „misja w Słowie”: „reanimacja” języka o wyrazistych opozycjach, która pozwoliłaby odbudować pamięć etyczną. Ci, którzy spowodowali „zapaść semantyczną” (właściwsze byłoby mówienie o „zapaści etycznej”) w czasach stalinizmu – również obecnie, w czasach III RP – występują jako autorytety, są tym samym największymi wrogami narodu – pisał Herbert w artykule „Wierność”. Ze społeczeństwem, które znajduje się w stanie zapaści, można bowiem uczynić wszystko – co ułatwi powrót komunistów jako „prawdziwych” Polaków, wyzyskiwaczy i oszustów jako dobroczyńców wyzyskiwanych itp.

Etyczny bardziej niż polityczny wymiar miało wyzwanie przez Herberta na pojedynek najwyższych oficerów LWP jako zdrajców, jako ludzi odpowiedzialnych za zniewolenie Polski i w czasach stalinowskich, i w walce z „Solidarnością”. W artykule „Generał” zarzucał Jaruzelskiemu zdradę, tchórzostwo i kłamstwo, wśród baretek na piersiach generała dopatrywał się odznaczenia za „usmierienije polskawo miatieża”.

Specjalnie mocny język miał dodatkowo upokorzyć komunistów, oni nie byli ludźmi honoru. Cóż, kiedy naczelny „Wyborczej” zadekretował, że są….

Mimo iż w pierwszej fazie walk o III RP Herbert poparł Wałęsę, również i nim się rozczarował. Poszło przede wszystkim o sprawę płk. Kuklińskiego, oficera, który, ryzykując życiem, działał na szkodę sowieckiego paktu. Prezydent odmówił ułaskawienia pułkownika i umożliwienia mu w ten sposób powrotu – wciąż obowiązywał wyrok śmierci wydany na Kuklińskiego w stanie wojennym. Nawet nie odpowiedział na list Herberta. Wałęsa nie rozumiał, że zdrada okupantów nie jest zdradą, tak jak służba okupantom nie jest wiernością. To także efekt zapaści semantycznej.

Gdy władza nie stoi na wysokości zadania, na straży polityki, na straży racji stanu muszą stanąć inne autorytety. Herbert miał obowiązek i prawo uznać się za taki Autorytet. W dziedzinie wewnętrznej piętnował obłudę nowych władz, narzucanie prymitywnej, choć innej proweniencji moralności, żądał stworzenia programu edukacji narodowej – bo władza tego nie robiła. W polityce zewnętrznej wypominał Ameryce wiele zdrad i ostrzegał przed następnymi, występował w obronie Kurdów i pisał piękny list do przywódcy Czeczenów Dudajewa – dlatego, że oficjalna władza tego nie robiła. W ciągu kilku ostatnich lat poprzedzających śmierć Herberta sprawował on rząd dusz. Był najważniejszym polskim politykiem – właśnie dlatego, że nie sięgnął po władzę polityczną. Wymazywanie tych kart z historii Polski jest naprawdę działaniem antypolskim, jest zdradą.

1 Wyplątał się po paru miesiącach, wyjeżdżając z Krakowa do Gdańska. Dzięki temu został „wyrejestrowany”.

2 Przyjmujemy jako prawdziwy fakt współpracy z AK – nie ma bowiem dowodów, że kłamali w tej sprawie i poeta, i rodzina, i znajomi bliżsi i dalsi. Nawet spiskowe teorie mają swoje granice prawdopodobieństwa.

3 Urbański streścił to w ten sposób: „W swoich raportach spisywanych po rozmowach z poetą esbecy podkreślali, że Herbert to »człowiek honoru«, który we współpracę z SB »szczerze się zaangażował«. Pisali, że jest »skrupulatny i dokładny«” („Wprost”, 27 VIII 2006 r.).

Nowe Państwo: 28/2008 

DALEJ

strona [9] Fragment książki „Herbert nieznany. Rozmowy”

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Antypropaganda, Eseje, Historia, III RP, Lata PRL, Piosenki, Po 1980, Recenzje, Teatr TV, film, Wiersze, Wspomnienia, Wywiady i oznaczony tagami , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

11 odpowiedzi na „Zbigniew Herbert. Obywatel Poeta

  1. Michał Tyrpa pisze:

    Dziękuję za to wspomnienie.

    Przypomnijmy o Rotmistrzu! Trzeba dać świadectwo..

  2. Melusińska pisze:

    Zbigniew Herbert był wybitnym poetą i człowiekiem-drogowskazem. Chciałabym zawsze postępować zgodnie z Przesłaniem jego twórczości. Pamiętajmy!

  3. Jerzy pisze:

    Być poetą i Polakiem to właśnie Zbigniew Herbert i dlatego tek nie lubił Michnika i jego zakłamanego sposobu bycia. Prawda i wizja jej była tym czym żył. Musimy być świadomi tego, że ataki na takich ludzi jak Zbigniew Herbert będą się nasilać. Czerska i klika Tuska nie śpi. „Polskość to nienormalność” twierdzi „płemieł” i daleko mu do patriotyzmu prawd poety Herberta. Trzeba bronić wszystkiego co polskie i wychowywać w patriotyzmie młodych. To co w głowach namącili Miłosz, Szymborska i sławiący ich Michnik jest bardzo trudne do odrobienia, przy wtórnym analfabetyzmie młodzieży polskiej do samodzielnego czytania literatury , a w szczególności patriotycznej poezji.
    Historia się powtarza!!! Komu przeszkadzają moje komentarze? Jaki duplikat? Udowodnij !!!

  4. Amelia007 pisze:

    Fantastyczny, bardzo ważny artykul! dużo interesujących informacji. Wielkie dzięki za przypomnienie urodzin tego Wielkiego Poety!

    ps.
    zaraz obszerny fragment umieszczę u siebie na blogu

  5. emka pisze:

    Urodził się 89 lat temu.

  6. Jan pisze:

    Panie Zbigniewie
    Dziękuję że byłeś że jesteś że będziesz
    Że się nie dałeś spodlić spodlonym
    I że prawdę ubrałeś w prawdziwych słów treść

    Miasto POtwornie upada ale Dzięki Tobie ocaleje wielu
    W nich prawdziwe miasto trwa i będzie trwać
    Oni są i będą miastem
    Choć teraz znów patrzymy w twarz POtwornej zdrady
    To jednak nasze sny nie mogą być upokorzone

    Szacun

  7. emka pisze:

    Spotkanie z okazji 90. urodzin Zbigniewa Herberta

    Herbert był człowiekiem kompletnie wolnym i niezależnym, i nie dał się manipulować przez kogokolwiek. Żył, tak jak uważał. Był wielkim polskim patriotą, strażnikiem pamięci pokolenia Armii Krajowej, ale również strażnikiem pamięci żołnierzy niezłomnych…
    O Zbigniewie Herbercie opowiadali: Andrzej Gelberg, Krzysztof Masłoń, Jerzy Zalewski i Mateusz Matyszkowicz. >RELACJA

  8. emka pisze:

    Wiara Herberta
    Wydany w 2002 r. w Bibliotece „Więzi”, niewielki tomik pochodzącej z lat 1949-1967 korespondencji Zbigniewa Herberta i Jerzego Zawieyskiego pozwala nam poznać nieco lepiej duchowość jednego z najwybitniejszych polskich poetów. Listy Herberta są intymnym zapisem poszukiwań Boga – często po bardzo krętych ścieżkach

    „Jest Pan jedynym człowiekiem, przed którym gotów jestem wyspowiadać się.” – 8 kwietnia 1950 pisze 26-letni Zbigniew Herbert do starszego o 22 lata Jerzego Zawieyskiego. „Pana osoba i Pana twórczość są mi bardzo drogie i konieczne do odnalezienia Boga”.

    Ten list jest przede wszystkim świadectwem młodzieńczych zmagań. „Na początku był niepokój.” – pisze Herbert. „Budziłem się stale z uczuciem zdziwienia zaprawionego strachem „że istnieję”, było to uczucie wewnętrznej czczości. Potem głowa zajęła się niepokojem. Rozpoczęły się moje wariackie studia, uczyłem się ekonomii, polityki, prawa, literatury i z zapałem, bez planu czytałem książki filozoficzne. Dopiero teraz po pięciu latach rozumiem, że był to niepokój religijny, który chciałem uciszyć szelestem kart, naiwnym wodzeniem piórem po białym papierze. Szukałem systemu, podziałów, definicji, formułek oczywistej prawdy i wszystko wydawało mi się mało prawdziwe albo równie prawdziwe. Odkryłem rozkosz (o jakże gorzką!) relatywizmu.”

    Herbert stawia samemu sobie szereg pytań. „Dlaczego lubię samotność? Dlaczego nie ufam bliźnim? Dlaczego mam dla nich tanią uprzejmość? Dlaczego boję się wyznać im uczucia i myśli? Dlaczego wierni w kościele nie są mi braćmi? Dlaczego śpiewamy każdy swemu Bogu? Dlaczego?” […]
    CZYTAJ DALEJ:
    http://www.teologiapolityczna.pl/Blog/przemyslaw-pietak/wiara-herberta

  9. emka pisze:

    Dziś rocznica urodzin Zbigniewa Herberta (urodzony 29.10.1924 we Lwowie – zmarł 28.07.1998 w Warszawie).

  10. emka pisze:

    Herbert. Obrońca polis

    Herbert to nie antykwariusz, który z uwielbieniem rozpoznaje poszczególne odmiany wersji mitów, czy też z namaszczeniem polerujący zwalone kolumny. On nie archiwizuje, on aktualizuje, doszukuje się pogłębionego sensu w pewnej matrycy kultury, która nas ukształtowała. Kto możne nam lepiej opowiedzieć o nas samych, jak nie ci, którzy nas uformowali i zaprosili do współudziału w uczcie?

    Niełatwo jest pisać o poecie. Każde słowo nie przystaje do jego twórczości, nawet dokładnie jej nie odciska, a na dodatek, gdy jest pisane prozą, grawitacja obchodzi się z nim wyjątkowo brutalnie. Bo jak tu skreślić komentarz o znaczeniu strofy, czy też powab frazy? Gdzie kłaść akcenty, gdy absolutna lapidarność oddała już wszystkie znaczenia? A przecież niepodobna pomijać całego kosmosu znaczeń, który rysuje się w tomikach i tomach – zwłaszcza takich postaci jak Herbert – gigant polskiego słowa i sensu. Zamykający całe światy w kilku wersach, wyprowadzający na pola znaczeń wcześniej niedoświadczanych, a nadto ujmujący sedno polskiego losu w pogłębionej perspektywie – taki był zmarły przed dwudziestoma laty autor Pana Cogito. […]

    DALEJ:
    https://www.teologiapolityczna.pl/herbert-obronca-polis-tpct-121-1

  11. emka pisze:

    Warszawski Festiwal Herbertowski. Zarejestruj się na spotkania!

    Już wkrótce rozpocznie się Warszawski Festiwal Herbertowski – jedno z najważniejszych wydarzeń Roku Zbigniewa Herberta ogłoszonego przez Sejm w związku z dwudziestą rocznicą śmierci poety. W Festiwalu wezmą udział wybitni przedstawiciele kultury, nauki i sztuki. Organizatorami cyklu wydarzeń są Teologia Polityczna oraz Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny. Uwaga – rejestracja obowiązkowa!

    Warszawski Festiwal Herbertowski to cykl czterech spotkań poświęconych myśli i twórczości wielkiego poety. Każde z spotkań składać się będzie z dwóch części: pokazu filmu oraz panelu dyskusyjnego z udziałem najwybitniejszych znawców twórczości Herberta (literaturoznawców, filozofów, historyków idei i ludzi kultury). Debatę przeplatać będzie lektura wybranych utworów Herberta, które zaprezentują publiczności znani aktorzy filmowi i teatralni.

    Podczas czterech wieczorów festiwalowych zatytułowanych kolejno: Herbert-poeta, Herbert-filozof, Herbert-obywatel, Herbert – (Re)integracja, obejrzymy następujące filmy: Obywatel poeta (reż. Jerzy Zalewski), Potęga smaku (reż. Adam Pawłowicz), Herbert. Fresk w kościele (reż. Piotr Załuski) a także filmu Kłopot z istnieniem Henryka Elzenberga (reż. Paweł Woldan).

    Debaty wraz z pokazami filmów (szczegóły w załączonym programie) odbywać się będą w cztery wtorki października: 9 X / 16 X / 23 X / 30 X w budynku Filmoteki Narodowej – Instytutu Audiowizualnego przy ul. Wałbrzyskiej 3/5 w Warszawie (niedaleko stacji Metro Służew). Każde ze spotkań rozpoczyna się o godz. 19.00.
    WIĘCEJ: https://www.teologiapolityczna.pl/wfh-rejestracja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.