Triumfy polskiego oręża

Piotr Pacak

Uwielbiamy świętować klęski. Budowanie pamięci historycznej w oparciu o bohaterskie i krwawe porażki to jakaś polska chora specjalność. Chcę w tym artykule przypomnieć to, co pamięci godne, a tak często dzisiaj zapomniane – nasze zwycięstwa.


Bitwa z Wichmanem (967 r.)
Jest to pierwsze, historyczne zwycięstwo polskiego oręża, chociaż nie jest to pierwsza polska bitwa. Wichman II Młodszy był saskim hrabią z rodu Billungów. Za bunt przeciwko cesarzowi został skazany na wygnanie. Początkowo służył Duńczykom, później margrabiemu Geronowi, aż w końcu udał się do Wieletów. Razem z nim gdzieś w latach 963-65 dwukrotnie najechał państwo Mieszka i zadał klęskę jego armii, zabijając przy tym nieznanego z imienia, młodszego brata polańskiego księcia. Na trzecią wyprawę ruszył w 967 roku. Mieszko tym razem lepiej przygotował się do odparcia najazdu. Jego armię wsparł m.in. kontyngent czeskich rycerzy.
Do bitwy doszło w czasie i miejscu jak dotąd nieokreślonym precyzyjnie. Armia Mieszka liczyła około 5-6 tysięcy wojowników. Jej trzonem była oczywiście zawodowa drużyna, chociaż większość stanowiła piechota z kontyngentów grodowych. Ustawiono ją w centrum szyku, w jednej wielkiej falandze osłoniętej ścianą z tarcz. W pierwszych szeregach stanęli zapewne tarczownicy, z tyłu zaś łucznicy wspierający ich ostrzałem ze słynnych długich łuków. Być może w szyku falangi spieszono również część drużyny. Lepiej opancerzona i uzbrojona była cenny wsparciem dla piechoty. Reszta, konno, razem z Czechami stanęła w ukryciu na skrzydłach. Siły Wichmana składały się przede wszystkim z piechoty Wolinian – zapewne dobrze opancerzonej i uzbrojonej. Uszykował ją, podobnie jak Mieszko w jedną falangę, a tyły osłonił taborem. Brakowało mu konnicy, ale nie spodziewał się jej większych oddziałów po stronie przeciwnej. Przebieg bitwy znamy z relacji Widukinda. Według niego Mieszko postanowił wywabić przeciwnika z pozycji przed taborem i rozkazał piechocie, aby ta powoli cofała się pod naporem Wolinian. Bezbłędne wykonanie tego trudnego manewru świadczy o dobrym wyszkoleniu, karności oraz doświadczeniu polskiej piechoty. Cofano się prawdopodobnie aż poza pozycje jazdy, która w odpowiednim momencie zaatakowała skrzydła i tyły kompletnie zaskoczonego przeciwnika. Wówczas na znak chorągwią ruszyła do ataku również falanga. Wojsko Wichmana zostało otoczone i wybite, a on sam ciężko ranny dostał się do niewoli, w której wkrótce zmarł.

Pomorscy wojownicy z X-XI wieku. M. Szyszko (z cyklu „Bitwy i wyprawy morskie” w Rzeczypospolitej”). Gorąco polecam ten znakomity cykl.

Bitwa z Niemcami w Kraju Dziadoszan (między Odrą i Bobrem, prawdopodobnie gdzieś między Ochlą i Brzeźnicą) 2 września 1015 r.
Było to finalne starcie kampanii, która rozpoczęła się w drugiej połowie sierpnia. Niemieckie siły główne miały uderzyć w centrum piastowskiego państwa – tradycyjnym już szlakiem niemieckich wypraw przez Krosno na Poznań. Tam miało dojść do walnej bitwy, która wobec niemieckiej przewagi technicznej dałaby wojskom cesarskim tak upragnione zwycięstwo. Plan był prosty a zwycięstwo zdawałoby się – prawie pewne. O wszystkim zadecydowała znakomita sprawność polskiego wywiadu. Dzięki swoim szpiegom Bolesław Chrobry znał cesarskie plany z dużym wyprzedzeniem i mógł się odpowiednio przygotować na przyjęcie nieproszonych gości, ściągając na zachodnią granicę wojska praktycznie z całego kraju. Początkowo Niemcy odnosili spore sukcesy. Pod Krosnem syn Chrobrego, Mieszko, nie zdołała zatrzymać cesarskiej kolumny i musiał się wycofać po zaciekłej walce z ciężkimi stratami. W tym samym czasie Bolesław zatrzymał nad Odrą drugą niemiecką kolumnę dowodzoną przez księcia Bernarda. Ten załadował swoje siły na łodzie i popłynął 30-40 km w dół rzeki i bez przeszkód wylądował na jej wschodnim brzegu. Ten pozorny sukces był jednak straszliwym błędem – oddalił bowiem oddziały Bernarda od Polaków, ale również od kolumny cesarskiej. Chrobry natychmiast przemaszerował pod Krosno i połączył się z Mieszkiem zostawiając przeciwko oddziałom Bernarda tylko siły osłonowe. Główna kolumna Henryka II wobec koncentracji polskich sił znalazła się nagle w bardzo niebezpiecznej sytuacji. Polacy mogli bez problemu odciąć ją od zaopatrzenia, zablokować i zagłodzić. Szybki odwrót był jedynym wyjściem. 1 września w Kraju Dziadoszan Niemcy po przedarciu się przez bór wyszli na polanę, za którą znajdowało się rozległe bagno. Nie mogli go przejść ani ominąć – na flankach pojawili się już polscy łucznicy. Przewodnicy (oczywiście podstawieni przez polski wywiad), którzy wprowadzili Niemców w taką pułapkę – zniknęli. Nadchodzili za to Polacy, na tyle silni, by pokusić się o wydanie walnej bitwy. Niemców uratowała szybka budowa mostu, po której główne siły przeszły przez bagno. Uciekli dosłownie w ostatniej chwili. Pozostawili tylko straż tylną dowodzoną przez biskupa magdeburskiego Gerona, saskiego palatyna Burcharda oraz margrabiego Gerona, a złożoną z wyborowych oddziałów. Odparły one dwa ataki Polaków, ale trzeci rozbił ich szyki . Uratowała się tylko niewielka grupa z arcybiskupem i rannym palatynem. Reszta została doszczętnie wybita. Zginął margrabia Gero, przeszło 200 najprzedniejszych rycerzy i kilkakrotnie większa liczba pośledniejszych wojowników. Kampania zakończyła się dla Niemców prawdziwą katastrofą. Cesarz uciekał aż do Merseburga. Polacy ponownie zajęli Łużyce i tylko niespodziewana powódź uratowała Niemców przed utratą Miśni.
Bitwa w Kraju Dziadoszan (Dziadoszyców) była zwycięstwem świetnym, a dzisiaj jest jednym z zupełnie zapomnianych epizodów naszej historii. Nasi przodkowie tutaj, na Dolnym Śląsku zmusili do hańbiącej ucieczki najpotężniejszą armię ówczesnej Europy, niszcząc w otwartym starciu jej najlepsze oddziały. Ale cóż – my po staremu wolimy rozpamiętywać nasze klęski niż świętować zwycięstwa. Tak przy okazji ? warto pamiętać, że już ponad tysiąc lat temu Polacy mieli stałą, zawodową armię i doskonały wywiad.
Fragment z kroniki Thietmara opisujący bitwę w Kraju Dziadoszan:
Kiedy w drodze powrotnej [cesarz] przybył do kraju Dziadoszan, rozbił na swoje nieszczęście obóz w pewnym ciasnym pustkowiu, którego jedynym mieszkańcem był pewien hodowca pszczół, później zresztą zabity […] A gdy zawiadomiono go [Bolesława], że cesarz już się wyniósł, wysłał wielką liczbę pieszych do miejsca, w którym obozowało wojsko [niemieckie], z rozkazem, by starali się choć część tego zniszczyć, jeżeli nadarzy się do tego korzystna okazja. […] Cesarz podążył naprzód i powierzywszy pozostałe wojsko abp. Geronowi, znakomitemu margrabiemu Geronowi oraz palatynowi Burchardowi, zalecił im, aby zachowali większe niż zazwyczaj środki ostrożności. Po pewnym czasie nieprzyjaciele ukryci w pobliskim lesie wznieśli potrójny okrzyk i zaraz potem rzucili się na nasze wojsko z łucznikami, którzy nadbiegli w zamieszaniu. Nasi dzielny stawiali opór przy pierwszym i drugim ataku i zabili wielu spośród nadbiegających. Lecz nieprzyjaciele nabrawszy otuchy na widok ucieczki niektórych spośród naszych, zwarli się i uderzywszy powtórnie rozpędzili wszystkich i wybili pojedynczo przy pomocy zdradzieckich strzał”.

Rysunek B. Gembarzewskiego jest odtworzeniem figur wojowników pruskich z płaskorzeźb drzwi katedry gnieźnieńskiej z 2 połowy XII wieku. Zdaniem autora przedstawienie to może być analogią do polskich lekkozbrojnych wcześniejszego okresu.

Bitwa polsko-ruska 22 lipca 1018 roku.
Zwykle nazywamy bitwę „pod” czymś tam, ale tym razem nie mamy pojęcia, gdzie to „pod” było. Znamy datę bitwy, w miarę szczegółowo jej przebieg i to wszystko. Była krótka, bezdyskusyjnie dla nas zwycięska i zadecydowała o powodzeniu kijowskiej wyprawy Chrobrego. Jak do niej doszło?
Długoletnia wojna z cesarstwem i znaczny wzrost sił zbrojnych wpędziły Bolesława Chrobrego w długi, których nie miał czym spłacić. Pilnie potrzebna była zwycięska kampania zapewniająca wielkie łupy. Za cel obrano bajecznie bogaty Kijów. Sytuacja polityczna na Rusi wybitnie sprzyjała Polakom. Rozbicie dzielnicowe pogrążyło kraj w walkach wewnętrznych. Z wielkoksiążęcego stolca zrzucono właśnie zięcia Chrobrego – Świętopełka. Przywrócenie jego władzy było oficjalnym pretekstem dla wyprawy.
Nowy wielki książę Jarosław w konflikcie polsko – niemieckim popierał poprzednio Niemców. Zagarnął również Grody Czerwieńskie i uwięził żonę Świętopełka (córkę Bolesława). Wyprawa była więc także rewanżem „państwowym” oraz słuszną zemstą rodową. Co ciekawe, taką motywację Chrobrego uznali inni książęta ruscy odmawiając Jarosławowi pomocy. Własne kontyngenty przysłali tylko Haliczanie i Wołynianie. Jarosław zgromadził wojsko silne liczebnie, ale jak się okazało – jego morale było beznadziejne, a chęć do walki żadna.
Tymczasem Bolesław zebrał wielką armię. Wsparł go liczny kontyngent węgierski oraz oddział rycerzy niemieckich (ubiegłorocznych sojuszników Jarosława). Chrobry zaciągnął również około tysiąca wojowników połowieckich, a sam chan Połowców najechał południowe rubieże Rusi wiążąc siły tamtejszych księstw.
Jarosław, orientując się doskonale, że Chrobremu chodzi przede wszystkim o łupy, postanowił stawić mu czoła na pograniczu. Do spotkania doszło 22 lipca 1018 roku gdzieś nad Bugiem. Polska armia po przybyciu nad rzekę rozpoczęła budowę mostu. Kiedy był już prawie ukończony pojawiła się ruska straż przednia. Do wieczora obie strony ostrzeliwały się z łuków. Główne, konne siły Chrobrego stały w szyku asekurując przeprawę. Z drugiej strony rozłożyła się wkrótce armia Jarosława. Zgodnie z ówczesnym obyczajem obie strony zaczęły lżyć się wzajemnie, co traktowano wówczas jako swoistą sztukę. W tym słownym pojedynku uczestniczyli podobno obaj władcy. Jak pisze Gall Anonim Jarosław nazwał Bolesława „wieprzem w kałuży otoczonym przez psy moje i łowców”. Ten zaś odpowiedział, że „we krwi łowców i psów twoich, to jest książąt i rycerzy, ubroczę kopyta koni moich, a ziemię twą spustoszę jak dzik pojedynek”.
Pod wieczór Rusowie popełnili fatalny błąd. Obawiając się nocnego ataku Połowców wielki książę cofnął główne siły, aby zbudowały umocniony obóz. Wyraźnie nie zorientował się, że Polacy budowali most nie dlatego, że rzeka była nie do przebycia, ale dlatego, że potrzebowali go dla przerzucenia piechoty i taborów. Chrobry natychmiast wykorzystał okazję do ataku. Wiedząc, że ponowne ustawienie w szyku ruskiej armii rzucił wpław swoją jazdę. Straż przednia Rusów, nieliczna i lekkozbrojna natychmiast uległa ciężkozbrojnym Bolesława. Widząc co się dzieje Jarosław natychmiast wyprowadził z obozu swoją armię, ale nie zdążył jej ustawić. Kawaleria Chrobrego zaatakowała koncentrując się głównie na drużynie wielkiego księcia. Poczet Jarosława został wybity (podobno największy udział miało w tym 300 niemieckich rycerzy wspierających polską armię), a on sam ratował się ucieczką. W tym momencie było już w zasadzie po bitwie. Większość ruskich oddziałów natychmiast przerwała walkę. Część uciekła, a reszta uznała w Chrobrym nowego władcę. Zwycięstwo było tyleż błyskawiczne, co totalne. Opór stronników Jarosława wygasł całkowicie, a możnowładcy powszechnie hołdowali polskiemu księciu. Tak doświadczony polityk, jakim bez wątpienia był Bolesław Chrobry, nie dał się zwieść świetności nieoczekiwanego sukcesu. Doskonale rozumiał, że Rusi własnymi siłami i tak nie utrzyma, a dużo więcej zyska występując jako sojusznik powracającego Świętopełka. Dwutygodniowy marsz do Kijowa był jednym, wielkim pochodem tryumfalnym. Wjeżdżając do Kijowa Chrobry miał uderzyć mieczem w słynną Złotą Bramę. Był to symboliczny gest, który stał się później legendarną sceną tej wyprawy. Wedle Galla zapytany przez miejscowych czemu to czyni (uderza mieczem w bramę) Chrobry odpowiedział „Tak, jak w tej godzinie Złota Brama miasta została ugodzona tym mieczem, tak następnej nocy ulegnie siostra najtchórzliwszego z królów, który mi dać jej nie chciał. Jednakże nie połączy się z Bolesławem w łożu małżeńskim, lecz tylko raz jeden jako nałożnica, aby pomszczona została w ten sposób zniewaga rodu naszego, Rusinom zaś ku obeldze i hańbie”. Ową „siostrą króla” była Peredsława, którą według Thietmara – „ten stary wszetecznik Bolesław uprowadził bezwstydnie, zapominając o ślubnej małżonce”. W Kijowie Polacy pozostali kilka miesięcy, za pozwoleniem Świętopełka kompleksowo rabując miasto z wszelkich wartościowych dóbr. Ruscy kronikarze jednogłośnie później twierdzili, że nawet największy najazd Połowców nie był tak rujnujący. Łupy jakie wywieźli z Kijowa Polacy i ich sojusznicy były olbrzymie.
We wrześniu 1018 roku Bolesław Chrobry opuścił Kijów zostawiając na tamtejszym tronie Świętopełka. Wracając przyłączył do swojego państwa Grody Czerwieńskie. Nie zdołał jednak uwolnić swojej córki. Uprowadził za to siostry, żonę i macochę Jarosława. Rządy Świętopełka skończyły się jeszcze w tym samym 10181 roku. Jarosław powrócił na wielkoksiążęcy stolec zyskując nawet rozważnymi rządami przydomek Mądrego. Zjednoczył Ruś, zaczął odzyskiwać utracone ziemie i odbudował przewagę militarną nad Polską, atakując po śmierci Bolesława razem z Niemcami piastowskie państwo. Wśród ruskich elit pozostał jednak na wieki szok wywołany wyprawą Chrobrego i przekonanie, że Polacy chociaż znacząco słabsi mają jakiś „patent” na wygrywanie z potężną Rusią. W Polsce pamięć o kijowskiej wyprawie stała się z czasem legendą uosabianą przez scenę uderzania mieczem w Złotą Bramę. Kiedy po śmierci Jarosława zniweczono jego dziedzictwo i Ruś ponownie poszła w rozsypkę Bolesław Śmiały pomścił jego wcześniejszy najazd wyprawiając się do Kijowa szlakiem swojego wielkiego pradziadka. Gruntownie złupił zarówno Kijów jak i inne większe miasta przywożąc łupy jeszcze większe niż swego czasu Chrobry. Na długo była to ostatnia z wielkich polskich wypraw na wschód. Rozdrobnienie feudalne przerwało polityczne kontakty Polski i Rusi. Na powrót wielkiej historii trzeba było czekać aż do XIV wieku.

Bolesław Chrobry ze Świętopełkiem w kijowskiej Złotej Bramie. Mal. Jan Matejko

Zawisza Czarny z Garbowa herbu Sulima
to najsłynniejszy z polskich rycerzy przełomu XIV i XV wieku. Urodził się w 1370 r. Jego ojcem był kasztelan konarsko – sieradzki Mikołaj z Garbowa. Miał dwóch młodszych braci – Jana zwanego Farurejem i Piotra zwanego Kruczkiem. O młodych latach Zawiszy wiemy niewiele. Szybko musiał jednak dojść do pozycji i znaczenia, skoro w 1397 roku biskup krakowski Wysz zgodził się na jego ślub ze swoją bratanicą Barbarą. Małżeństwo to doczekało się trzech synów: Marcina, Stanisława (zginął w 1444 r. pod Warną) i Jana (zginął w 1454 r. pod Chojnicami). Przez długie lata Zawisza służył na dworze króla Węgier Zygmunta Luksemburskiego. Brał udział w wyprawach przeciwko Turkom. Dał się też poznać, jako niepokonany czempion turniejowy. Przeszło 100 razy stawał w szranki przeciwko najsłynniejszym rycerzom chrześcijańskiej Europy. Nigdy nie przegrał! Do legendy przeszła jego walka z księciem Janem z Aragonii w Perpignano. Jan uważany był powszechnie za najlepszego rycerza turniejowego Zachodu. W starciu Zawisza jednym uderzeniem kopii wysadził go z siodła. Był sławny tak jak dzisiejsze gwiazdy sportu i popkultury. Był podziwiany, szanowany i chętnie goszczony na dworach najznaczniejszych władców ówczesnej Europy. Doszedł też do znacznego bogactwa (turnieje rycerskie były dyscypliną bardzo dochodową). Miał w sumie 31 wsi i 3 zamki. W historii odnotowano również słynną ucztę jaką wydał Zawisza Czarny na ulicy św. Jana w Krakowie, dla monarchów biorących udział w uroczystościach zaślubin Władysława Jagiełły i Zofii Holszańskiej w 1424 roku. Wzięli w niej udział król rzymski, duński, polski, książęta mazowieccy, śląscy oraz inni dostojnicy. W 1410 roku na wieść o spodziewanej wojnie odrzucił oferowane przez Luksemburczyka bogactwa i zaszczyty wracając natychmiast do kraju. Pod Grunwaldem walczył jako jeden z przedchorągiewnych wielkiej chorągwi ziemi krakowskiej. Być może to właśnie on uratował jej znak w krytycznym momencie, kiedy padł koń chorążego Marcina z Wrocimowic.
Zawisza wielokrotnie służył też polskiej dyplomacji. Był jednym z sześciu polskich posłów na Sobór w Konstancji (1414-18 r.) , gdzie protestował przeciwko uwięzieniu Jana Husa. W 1412 r. uczestniczył wraz z królem Władysławem Jagiełłą w uroczystym zjeździe monarchów w Budzie, zwyciężając przy okazji w wielkim turnieju rycerskim.
Swoje przeznaczenie spotkał w 1428 roku pod Gołębcem (Golubac). Jego oddział osłaniał odwrót głównych sił Zygmunta Luksemburskiego, cofających się przed przeważającymi liczebnie Turkami. Zygmunt już z drugiego brzegu wysłał łódź po Zawiszę – ten jednak odmówił. Odesłał swoich towarzyszy i razem z dwoma giermkami sam stanął przeciwko Tureckiej armii. Po zaciekłej walce („położył górę trupów?”) ranny dostał się do niewoli, w której zginął.
Zygmunt Luksemburczyk tak pisał w liście do Witolda o śmierci Zawiszy:
„Rycerstwo straciło w Zawiszy najzręczniejszego i najobrotniejszego towarzysza i wodza. Jak to zresztą całemu światu wiadomo, najdzielniejszym był rycerzem, najdoświadczeńszym wojownikiem i wielkim dyplomatą. Domagają się jego znakomite czyny, ażeby zmarły ojciec w swych synach ożył i w swoim potomstwie”.
Już za życia nikt nie mógł równać się z nim sławą. Odszedł w sposób zaiste godny swojej legendy, stając się uosobieniem rycerskości, honoru i legendarnej wręcz słowności.
Ciekawostką może być fakt, że wśród potomków Zawiszy w linii prostej byli min. hetman Stanisław Koniecpolski, książę Bogusław Radziwiłł i major Henryk Dobrzański „Huba”.
Skąd przydomek Czarny? Na pewno nie od czarnej zbroi. Zawisza, podobnie jak jego bracia miał po prostu czarne włosy.

Zawisza Czarny – fragment Bitwy pod Grunwaldem J. Matejki

Bitwa pod Koronowem 10 października 1410 roku.
Na początku października 1410 r. krzyżacki Wójt Nowej Marchii Michał Küchmeister von Sternberg zebrał pod swoją komendą przeszło 4 tysiące zbrojnych (w tym licznych rycerzy gości z krajów niemieckich oraz śląskich i czeskich najemników). Uderzył wraz z nimi na Tucholę, zdobył miasto i obległ zamek broniony przez sławnego Jana Brzozogłowego. Na wieść o polskiej odsieczy zostawił niewielką osłonę i z większością swoich sił postanowił zaatakować warowny klasztor cystersów w Koronowie (miał on stać się bazą dla ataku na Bydgoszcz). Polacy wyszli przeciwko Küchmeistrowi w sile 2 tysięcy ludzi. Było to doborowe rycerstwo wsparte lekką jazdą. Dowodzili Sędziwój z Ostroga, Maciej z Łabiszyna, Dobrogost z Szamotuł i Piotr Niedźwiedzki. Zdążyli oni obsadzić Koronowo ubiegając Krzyżaków. Ci zaskoczeni obecnością polskich oddziałów postanowili się wycofać. Polscy dowódcy wysłali w pościg lekką jazdę. Küchmeister widząc, że nie uniknie starcia zajął ze swoimi oddziałami wzgórze między Buszkowem i Łąskiem. Bitwa pod początku była niezwykle zacięta.
„Rozgorzała bitwa tak zapalczywa, jakiej nie pamiętano od początku wielkiej wojny. Groźni i słynni wśród rycerstwa całego świata „przedchorągiewni” rycerze polscy: Toporczykowie, Powałowie, Sulimczycy, Nałęcze, Oksze, Półkozice, godnych znaleźli siebie „sąpierzy” w niemieckich Herdwardtach, Reidburgach, Trukleszach i Elkingerach?. Tak pisał o tym starciu Henryk Sienkiewicz w „Ongi i dziś”.
Walczono tak jakiś czas, „Aż wreszcie zbrakło oddechu w piersiach ludziom i koniom. Bitwa poczęła mdleć, albowiem omdlały ręce i zdrętwiały ramiona. „Wówczas stało się – mówi kronikarz – że jakby za wzajemną zgodą przerwano bój i oba wojska wykrzyknęły, aby chwilowy uczynić rozejm.” Jakoż za znakiem trąb rozjechały się wrogie zastępy na parę stajań, każdy ku swoim wozom. Tam rycerze zsiadłszy z koni pozdejmowali potrzaskane zbroje i nastała chwila spoczynku.
Lecz wkrótce całe ich gromady pospieszyły z obu stron na pobojowisko, aby oglądać własne czyny i nieść ratunek swoim rannym. Tam zbliżywszy się Niemcy i Polacy poczęli przypatrywać się sobie wzajem, potem podziwiać się, potem podchodzić jeszcze bliżej, aż wreszcie z jednej i z drugiej strony wyciągnęły się ku sobie, prawie mimo woli, drżące jeszcze z wysiłku prawice.
-Cześć Niemce, waszemu męstwu! – huknęli polscy rycerze.
-Cześć wam! – odpowiedzieli Niemcy – Lwie serca biją wam w piersiach i nie znajdziecie równych w chrześcijaństwie!
-Naleźliśmy równych, potykając się z wami.
-Chwała wam!
-Chwała i wam!
Tak wysławiwszy się z obu stron, poczęli szukać rannych, zbierać ich, cucić i oddawać przyjaciołom i krewnym. A gdy pachołkowie odwieźli rannych i omdlałych do dwu obozowisk, rycerze pozostali jeszcze, by dalej świadczyć sobie usługi – i nuż poznawać się: „Tyś walczył ze mną!” – „Ja z tobą”…, nuż ściskać się, obwiązywać co lżejsze rany, obcierać jedni drugim pot i kurzawę. Posłano po konie zdobyczne, by oddać je sobie wzajemnie, a potem po jadło i wino. „Rzekłbyś – mówi kronikarz – dwa bratnie wojska się zeszły, które łączy przyjaźń i miłość…”
Aż trąby przerwały nagle biesiadę dając znać, że rozejm skończony. Rycerze zamienili ostatnie uściski, po czym rozbiegli się ku wozom. Tam, gdy giermkowie podociągali im rzemienie na zbrojach i pozamykali im głowy w hełmy stalowe, siedli znów na koń i ruszyli do nowej bitwy. Bój rozgorzał tym razem jeszcze straszliwiej, albowiem każda strona usiłowała dowieść, że godna jest pochwał przeciwników?
Opisany przez Długosza i Sienkiewicza rozejm jest jak najbardziej faktem historycznym. Co ciekawe po jakimś czasie, kiedy dalej nie było rozstrzygnięcia drugi raz przerwano walkę. Dopiero w trzecim starciu, kiedy Jaśko Naszan z Ostrowic herbu Topór zdobył nieprzyjacielską chorągiew, szyki krzyżackie pękły i wojsko Küchmeistra rzuciło się do ucieczki. Sam wójt oraz wielu jego rycerskich gości dostało się do niewoli. Zwycięstwo Polaków było totalne. Wygrali choć doborowy przeciwnik był prawie dwukrotnie liczniejszy i zaczynał bitwę z lepszej pozycji. Koronowo to ewenement w historii europejskiego średniowiecza. Nie znam drugiej takiej bitwy, w który walczące strony zarządzałyby dwukrotny rozejm i traktowały siebie z wyszukaną wręcz dwornością i rycerskością, właściwą raczej dawnym eposom a nie brutalnym i krwawym starciom rzeczywistych wojen. Co ciekawe Jagiełło po bitwie wydał dla pojmanych rycerzy gości wspaniałą ucztę, w trakcie której usługiwali im ich polscy przeciwnicy – „nie jako niewolników, ale jako miłych gości ich przyjął, w strapieniu pocieszył, hojnie obdarzył i do domów bez okupu wrócić pozwolił”.

Na rysunku – Jaśko z Ostrowic z krzyżackim sztandarem. Rys. M. Szyszko. Jest to ilustracja ze znakomitego cyklu Rzeczypospolitej „Chwała polskiego oręża”. Gorąco polecam!

Bitwa pod Świecinem – 17 września 1462 roku.
Na początku wojny trzynastoletniej toczącej się pomiędzy wojskami zakonu krzyżackiego (głównie wojska zaciężne) a wojskami polskimi króla Kazimierza Jagiellończyka polskie pospolite ruszenie z Wielkopolski liczące prawie 21 tys. ludzi wspierane wojskami nadwornymi poniosło klęskę w bitwie pod Chojnicami 18 września 1454 roku. Bitwa ta wykazała brak zdolności dowódczych młodego króla oraz niską wartość bojową pospolitego ruszenia. Nowo uchwalony podatek oraz pomoc finansowa miast pruskich, których mieszkańcy chcieli przyłączenia do Polski, umożliwiły królowi polskiemu zaciąg wojsk zawodowych. Ich dowódcą został doświadczony dowódca wojsk zaciężnych – burgrabia krakowski Piotr Dunin.
10 września 1462 roku Dunin wyruszył na czele 1500-2000 żołnierzy w kierunku Pucka i Lęborka, które zamierzał zdobyć. Krzyżacy pod Lęborkiem dysponowali prawie 2700 żołnierzami (ponad 1000 zaciężnej jazdy, 400 zaciężnej piechoty i ponad 1300 Kaszubów). Ich dowódca – Fritz Raweneck liczył również na pomoc 600 żołnierzy jazdy Eryka II, księcia słupskiego, które były już w drodze. Do Dunina natomiast dołączył spory oddział zaciężnych z Gdańska (o którym jednak Krzyżacy się nie dowiedzieli). Z Torunia wyruszył też oddział kawalerii zaciężnej w sile 500 żołnierzy.
Nocą z 16 na 17 września Dunin założył obóz obronny typu husyckiego pod wsią Świecino. Zajmował on najwyższe miejsce tamtejszej polany. Od lewego boku oblewało go jezioro Rogoźnica, które, choć samo małe, tworzyło bardzo szeroką, zabagnioną nieckę porosłą ogromnym łanem trzciny. Obóz osłonięty był taborem wozowym, który Polacy otoczyli dodatkowo rowem i wałem. Pozycja była dobra i mocna, ale wycofanie się z niej w razie porażki było niemożliwe. Jedyna droga odwrotu leżała daleko za pozycjami przeciwnika. W lasach wokoło kryło się wielu Kaszubów, którzy z pewnością wyłapaliby w razie klęski wszystkich uciekinierów. Całej armii było to wiadome, co jednak mogło wyjść na dobre. Dla wszystkich bez wyjątku oczywistym było, że jedynie zwycięska bitwa może przynieść ocalenie.
Dunin, otoczony przez Krzyżaków oraz wówczas wrogich Polakom Kaszubów, mógł liczyć tylko na doświadczenie swoich zawodowych żołnierzy. Krzyżacy postanowili szybko i całkowicie rozprawić się z wojskami polskimi, licząc na znaczną przewagę i wiedząc o spodziewanych posiłkach z Torunia. Jednak wstrzymali atak, gdy spostrzegli, że Polacy otrzymali znaczące posiłki. Chociaż Kaszubi śledzili polskie ruchy, to jednak nie wykryli wcześniej, że do obozu Dunina dołączył oddział zaciężnych z Gdańska. Razem Polacy posiadali prawie 3000 zawodowych żołnierzy. Niemiecki dowódca szybko zorientował się, że to nie Dunin, ale on wpadł w pułapkę. Stała przed nim armia nie tylko silniejsza liczebnie, ale też znacznie lepsza jakościowo (Polacy mieli wyłącznie zawodowych żołnierzy, prawie połowę sił krzyżackich stanowili słabo przeszkoleni chłopi). Raveneck nie mógł się wycofać (odwrót wobec ryzyka polskiego ataku mógłby zakończyć się katastrofą). Postanowił umocnić własny obóz i czekać na posiłki.
Inicjatywę przejął jednak Dunin. Wbrew mniemaniu Krzyżaków nie tylko nie zamierzał się bronić, ale zaplanował bitwę zaczepną, i to obliczoną na zupełne zniszczenie przeciwnika. Jako pierwsza zaatakowała polska kawaleria. Chociaż mniej liczna, dysponowała aż 112 ciężkozbrojnymi kopijnikami, co zapewniało jej potężną siłę uderzeniową. Początkowo ich atak wprowadził popłoch w szeregach przeciwnika, ale Krzyżacy opanowali sytuację i wyrównana walka toczyła się do południa. Za obopólną zgodą przerwano bitwę, żeby dać odetchnąć zmęczonym koniom.
Bitwa od początku była niezwykle zaciekła, daleko ponad standardy wojsk zaciężnych. Jazda Dunina składała się przede wszystkim z Polaków. Chociaż służyli za pieniądze to chcieli za wszelką cenę wykazać się w służbie królewskiej. Do samej wojny podchodzili w sposób bardzo emocjonalny, nienawidzili Niemców i za wszelką cenę chcieli ich zniszczyć. Podobnie traktowali sprawę niemieccy zaciężni w armii Rawenecka. Służących polskiemu królowi Czechów uważali za zdrajców. Ci z kolei, w większości weterani wojen husyckich, przypomnieli sobie dawne boje, w którym Niemcy byli ich głównymi wrogami. Zapału do walki nie brakowało więc po obu stronach.
Kiedy wznowiono bój Krzyżakom przydarzyło się nieszczęście ? Raweneck został ranny. Po opatrzeniu powrócił jednak i poderwał chwiejące się szeregi do kontrataku. Udało im się zepchnąć Polaków aż pod obóz – przynajmniej tak się Niemcom zdawało. Dunin wykorzystując zasłonę kawalerii ustawił większość swojej piechoty w niecce porośniętej trzcinami. W obozie pozostawił tylko niewielki oddział gdańszczan. Wycofanie się polskiej jazdy pod obóz było prawdopodobnie celowym manewrem, który miał wystawić Niemców na ostrzał polskich kuszników. Krzyżacy przekonani, że oto w końcu złamali znienawidzonych Polaków nie zauważyli, że dosłownie kilkadziesiąt metrów od ich skrzydła stoi potężnych oddział piechoty. Salwa z prawie tysiąca kusz była prawdziwym nokautem. Z tak małej odległości przed bełtem z kuszy nie chroniła żadna zbroja. Momentalnie padło więc wielu zabitych i rannych. Prawdziwa masakra dotknęła jednak konie. W jednej chwili krzyżacka jazda została rozbita i w popłochu uciekała do swojego obozu. Polacy natychmiast ruszyli do kontrataku wycinając tych, którzy stracili konie. W obozie Raweneck zdołał opanować panikę i jeszcze raz wyprowadził swoją kawalerię w pole. Po ciężkich stratach nie miała ona jednak szansy na zatrzymanie przeciwnika. Dunin wyprowadził swoją piechotę z trzcinowiska i rozwinął naprzeciwko Krzyżaków. Po salwie kuszników ruszyła polska kawaleria. Zaraz na początku, najprawdopodobniej od bełtu z kuszy, zginął Fritz Raweneck. Wśród krzyżackiej jazdy wybuchła na ten widok panika. Około 70 zaciężnych natychmiast się poddało, i ci byli jedynymi, którzy przeżyli bitwę. Ponieważ wszystkie drogi odwrotu zostały wcześniej, na rozkaz Rawenecka, zatarasowane przez Kaszubów, Krzyżacy nie mogli uciec polskiemu pościgowi. Konnica Dunina nie brała jeńców i doszło do prawdziwej rzezi.
W tym samy czasie polska piechota szturmowała obóz, w którym bronili się zaciężni kusznicy Zakonu (wsparci przez 15 dział) oraz kaszubska piechota. Od ognia krzyżackiej artylerii został wówczas ranny sam Dunin. Przełom nastąpił, gdy wróciła z pościgu polska jazda. Uderzyła na obóz od tyłu, gdzie chroniła go tylko palisada. Walka była wyjątkowo zażarta. Kaszubi, wiedząc co ich czeka jako buntowników, bronili się rozpaczliwie. Wybito ich prawie do nogi, podobnie jak zakonnych zaciężnych. Tylko nieliczni zdołali przepłynąć jezioro. Duże straty ponieśli także zaciekle atakujący Polacy. Zginął min. dowódca gdańszczan oraz dwóch rotmistrzów zaciężnej jazdy. Straty Dunina większość historyków określa na – stanów wyjściowych. Ponieważ Polacy wygrali bitwę większość rannych z czasem wróciła do służby. Armia krzyżacka została w – zniszczona. Straciła również cały obóz i artylerię.
Kiedy dorzynano Krzyżaków i Kaszubów w obozie, pojawił się oddział księcia Eryka. Liczył wprawdzie tylko 600 koni, ale uderzając energicznie mógł rozbić zmęczonych Polaków. Pomorzanie nie mieli jednak zamiaru walczyć za obcą sobie sprawę. Większość z nich była Słowianami i sympatyzowała w tym konflikcie z Polską. Zaciężni zaś widzą klęskę Krzyżaków nie chcieli ryzykować niepewnej akcji. Cały oddział wycofał się pośpiesznie, tym bardzie, że Polacy natychmiast go zaatakowali, zadając duże straty straży tylniej.
Znakomity sukces Piotra Dunina pod Świecinem miał doniosłe skutki strategiczne dla całej wojny. Krzyżacy na lewym brzegu Wisły stracili swoje oddziały polowe. Polacy, spokojni o swoje terytoria mogli teraz skupić się na zdobyciu Gniewu – ostatniego bastionu utrudniającego handel wiślany. Było to szczególnie ważne, bowiem handel ten był głównym źródłem bogactwa Związku Pruskiego, umożliwiającym kontynuowanie wojny z Zakonem.

Polscy ciężkozbrojni, zaciężni kopijnicy z czasów Wojny 13-letniej. Rys. K. Lindner

Bitwa pod Vaslui – 10 stycznia 1475 r.
Dzisiaj nawet wielu historyków nie ma o niej zielonego pojęcia, choć było to zwycięstwo świetne, z niebagatelnym polskim udziałem i to w sprawie tak słusznej, że lepiej już chyba nie można. Starcie to było kulminacyjnym momentem mołdawskiego i wołoskiego powstania przeciwko Turkom. Sułtan Mehmed (zwany Zdobywcą) wysłał ekspedycję karną pod wodzą Sulejmana Paszy. Wołosi szybko zdradzili wspólną sprawę, a ich wódz Bassarab Laiota przeszedł na stronę Turków. Mołdawianie hospodara Stefana zdecydowali się walczyć do końca. Jego armia w sile 20-25 tysięcy wojowników (z tego 15 tysięcy lekkiej kawalerii) stanęła na drodze dwukrotnie liczniejszych Turków Sulejmana w wąwozie niedaleko Vaslui. Na jej zachodnim krańcu zbudowano umocnienia polowe, za którymi stanęła piechoty wsparta przez 10 dział. Kawalerię rozmieszczono na skrzydłach. Turcy mimo niekorzystnych warunków terenowych nie pozwalających na rozwinięcie własnych sił postanowili atakować. Nie doceniali siły liczebnej i jakości mołdawskiej armii, a przede wszystkim nie mieli pojęcia o tym, że wsparły ją oddziały polskie i węgierskie. Do obozu Stefana przybyło przeszło 2 tysiące Polaków i około 1.800 Węgrów. Była to elita obu armii – wyborowa, doskonale opancerzona i uzbrojona kawalerii oraz ciężkozbrojna piechota. Przed bitwą do sił hospodara powrócili również Wołosi. Bitwa rozpoczęła się frontalnym atakiem Turków, którzy uderzyli najpierw w centrum. Mołdawska chłopska piechota wsparta przez zawodowe roty walczące husyckim sposobem stawiła twardy opór i utrzymała swoje pozycje zadając napastnikom wielkie straty. Nic nie dały też ataki na skrzydła. Armia turecka zaczęła wprowadzać do walki swoje odwody, co spowodowało tylko ścieśnienie szyku i spotęgowało straty od ostrzału mołdawskiej piechoty i artylerii (która wystrzeliła w tej bitwie aż 7 salw). Wspierający Turków Tatarzy zaczęli się wycofywać z walki i Sulejman musiał rzucić przeciwko nim swoją żandarmerię – spotęgowało to tylko chaos w tureckich szykach. W końcu zdecydował się wycofać i przegrupować. Był to początek katastrofy. Na zupełnie zaskoczonych Turków ruszyło polska i węgierska kawaleria. Już sam widok tych ciężkozbrojnych hufców wywołał panikę w oddziałach Sulejmana. Turcy nie mogli jednak uciekać. Ich konie zmęczone kilkugodzinną walką kompletnie ustawały. Polacy i Węgrzy uderzyli na bezładny, w większości pozbawiony długiej broni tłum i weszli w niego jak w masło tratując i rozbijając pierwszej szeregi. Reszta rzuciła się do panicznej ucieczki i nikt już nie myślał o stawianiu oporu. Nie było jednak szansy na ucieczkę, bowiem Mołdawianie i Wołosi mieli dzięki rotacji oddziałów wypoczęte konie, a nawet rycerskie rumaka doganiały bez problemu umęczone tureckie bachmaty. Z armii Sulejmana uszły tylko niedobitki zaciekle ścigane na przestrzeni kilkuset kilometrów aż do Dunaju. W bitwie padła większość armii (zginęło min. 4 paszów). Zdobyto przeszło 100 sztandarów. Hospodar Stefan w podzięce za wsparcie wysłał królowi polskiemu 4 tureckich dowódców i 30 sztandarów. Podobnie obdarował Węgrów. Sprzymierzeni wzięli wielu jeńców, ale przeżyli tylko ci, którzy poddali się Polakom lub Węgrom. Pozostałych Mołdawianie i Wołosi mszcząc się za krwawy terror tureckiego panowania bez wyjątku wbijali na pal, by umierali powolną śmiercią. Nienawiść była tak wielka, że ciała Turków spalono na polu bitwy razem ze wszystkim co na nich zdobyto. Mołdawianie ze swoim hospodarem trzy dni świętowali zwycięstwo – modląc się i surowo poszcząc o chlebie i wodzie na polu bitwy.
Niedługo trwała mołdawska wolność i tureckie panowanie wkrótce powróciło. Jednak pamięć o dawnej chwale i świetnym zwycięstwie pod Vaslui nie zaginęła, pozwalając przez wieki przetrwać i zachować własną tożsamość.

Kawaleria z 2 połowy XV wieku. Według tryptyku Św. Trójcy z 1467 r. (Katedra na Wawelu, nawrócenie Szawła)

Bitwa pod Byczyną – 24 stycznia 1588 roku.
To w sumie niewielkie starcie miało dla Rzeczypospolitej doniosłe skutki polityczne. Posłużę się tutaj cytatem z artykułu Jarosława Krawczyka -„trwale odepchnęło od tronu olbrzymiego państwa potężna, a starożytną dynastię Habsburgów. Po Byczynie Dom Austriacki mógł już tylko pomarzyć o koronie polskiej”. Jak do tego doszło?
Po śmierci Stefana Batorego jednym z pretendentów do tronu polskiego został arcyksiążę Maksymilian III Habsburg. Jego kandydaturę wysunęli w czasie elekcji bracia Zborowscy, co spotkało się z natychmiastową reakcją kanclerza Jana Zamoyskiego i jego zwolenników. Na polu elekcyjnym omal nie doszło do starcia zbrojnych oddziałów obu stron. 19 sierpnia 1587 roku prymas Karnkowski ogłosił wybór Zygmunta Wazy. Trzy dni później opozycja uznała za króla arcyksięcia Maksymiliana. Rzeczpospolita miała dwóch władców. Oznaczało to otwartą wojnę domową.
8 września oddziały Zamoyskiego wkroczyły do Krakowa, żeby zabezpieczyć królewskie regalia. 14 września granicę Rzeczypospolitej przekroczyła 6 tysięczna armia Maksymiliana. Zaczęło się od oblężenia zamku w Rabsztynie. Broniła go załoga sławnego wówczas Gabriela Hołubki. Wezwany do poddania oświadczył  -„Już innych między Polaki zdradziec nie masz, prócz tych, co u Maksymiliana”. Niewielki zameczek o dziwo oparł się armii Habsburga, wzmocnionej dodatkowo przez 1800 żołnierzy jego polskich stronników. 16 października arcyksiążę pojawił się pod Krakowem. Miasto było doskonale przygotowane do obrony, więc Maksymilian wycofał się do pobliskiej Mogiły, popełniając błąd, który przesądził o wyniku wojny. Kiedy jego armia topniała od chorób siły Zamoyskiego rosły z każdym dniem. Dodatkowo Hołubek z Rabsztyna przecinał linie komunikacyjne i dezorganizował dowóz żywności oraz zaopatrzenia. Zdesperowany Maksymilian zdecydował się jednak na atak. 23 listopada jeszcze raz podszedł pod miasto. Niemieccy garbarze zamieszkujący Garbarę zdradzili, wpuszczając do miast oddział piechurów arcyksięcia. Zaskakujący atak wczesnym rakiem 24 listopada został jednak odparty przez odzianą na czarno polską piechotę pod osobistym dowództwem kanclerza. Przeciwników wybito, a niemieckich zdrajców surowo ukarano. Pobity arcyksiążę wbrew radom swoich niemieckich dowódców nie wycofał się za granicę, ale ruszył do Siewierza. Tam jego szeregi porzuciła większość Polaków, Czechów i część Morawian, a nawet własnych Niemców. Strat nie wyrównały posiłki z Wrocławia. Maksymilian przeszedł następnie na zimowisko do Krzepic, skąd wygnała go epidemia. W połowie stycznia zdobył Wieluń, gdzie postanowił czekać na rozwój sytuacji. Zamoyski tymczasem zbierał siły i w połowie stycznia 1588 roku ruszył na przeciwnika mając przeszło 6 tysięcy żołnierzy. Habsburg postanowił wycofać się na Śląsk do Byczyny, zapewne z nadzieją, że Zamoyski nie odważy się naruszyć granicy. O świcie 23 stycznia armia arcyksięcia dotarła do celu łącząc się z posiłkami. Liczyła teraz przeszło 7100 ludzi (z czego ok. 800 jazdy polskich stronników, głównie sławne „Diabła” Stadnickiego. Hetman wielki koronny Jan Zamoyski przyprowadził prawie 3700 jazdy i 2300 piechoty.
W nocy 24 stycznia oddziały Maksymiliana zajęły pozycje na wschód od Byczyny przy trakcie królewskim do Polski. Zamoyski postanowił obejść lewe skrzydło przeciwnika, co umożliwiła silna mgła. Kiedy arcyksiążę zorientował się , że jego armia może być odcięta od Byczyny postanowił atakować. Bitwę rozpoczęli jednak hetmańscy harcownicy pod dowództwem Andrzeja Karchowskiego. Wywabili z szyku pierwszy rzut przeciwnika. Zamoyski widząc to rzucił do ataku na lewe skrzydło Habsburga kozaków Hołubka oraz lekką jazdą Przerębskiego i młodego Jana Zamoyskiego. Mimo dużych strat związali oni niemieckich konnych arkebuzerów oraz sprowokowali samorzutny atak dalszych oddziałów (w tym kawalerii morawskiej). Na centrum hetmańskich wojsk uderzyła też jazda Stadnickiego. Zamoyski rzucił do kontrataku husarię Sobockiego, Grudzińskiego, Bykowskiego i Karkowskiego. Rozbili oni arkebuzerów (którzy lekkomyślnie przeszli do szarży na białą broń) oraz oddziały Stadnickiego. Dopiero kontratak niemieckiej rajtarii i rezerwy arkebuzerów powstrzymuje Polaków.
Tymczasem hetman rzuca piechotę Wybranowskiego na niemieckich i śląskich piechurów stojących w centrum szyku przeciwnika. Polacy, choć znacznie słabsi liczebnie mieli przewagę ognia (więcej broni palnej) i skutecznie związali roty przeciwnika uniemożliwiając jakikolwiek manewr. Maksymilian zaczął tracić kontrolę nad armią co natychmiast wykorzystał Zamoyski. Do ataku ruszyła husaria Ligęzy z centrum i kozacy z prawego skrzydła. Z lewego ruszyli husarze Pękosławskiego i kozacy Stanisława Żółkiewskiego. Dzielnie dotąd walcząca jazda niemiecka zaczęła się łamać. Do rozstrzygnięcia doszło na polskim lewym skrzydle. Za chorągwią Zygmunta Batorego ruszyła tam do ataku piechota węgierska w sile przeszło 1500 ludzi. Dowodził nią Albert Kiraly, dawny oficer króla Stefana. Na drodze stanęło mu około 600 piechurów morawskich oraz Polaków Stadnickiego. Zostali jednak szybko odrzuceni. Maksymilian nakazał kontratak, który wykonało 500 węgierskich husarzy Prepostvaryego. Rozbili oni chorągiew Zygmunta Batorego i wprowadzili zamęt w szykach piechoty. Sytuację opanowała osobista interwencja Zamoyskiego. Hetman rzucił do ataku przeszło 1200 husarzy z drugiej i trzeciej linii lewego skrzydła. Uderzeniem z flanki roznieśli oni jazdę Prepostvaryego. Widząc załamanie Węgrów zaczęła się cofać niemiecka jazda z centrum. Pociągnęła ona za sobą resztę habsburskiej armii, która w panice zaczęła uciekać w kierunku Byczyny. Arcyksiążę z nadworną rajtarią wycofał się do miasta, w którym starał się zebrać niedobitki swoich oddziałów.
Zamoyski natychmiast otoczył Byczynę swoim wojskiem i rozpoczął ostrzał artyleryjski. Atak piechoty węgierskiej został wprawdzie odparty, ale wstrząśnięty nim Maksymilian postanowił rankiem 25 stycznia poddać się.
Straty obu stron w bitwie byczyńskiej oceniane są na 3,5 tysiąca dla armii Maksymiliana i około 1 tyś. Dla oddziałów hetmana Zamoyskiego. Polacy wzięli do niewoli cały sztab przeciwnika, zarówno cudzoziemskich jak i polskich magnatów ( wojewodę poznańskiego Stanisława Górkę, marszałka Andrzeja Zborowskiego, biskupa kijowskiego Jakuba Woronieckiego), oraz ponad 1,5 tyś. oficerów i żołnierzy. Zdobyto również 46 chorągwi i 50 armat oraz wielkie dobra materialne.
Maksymilian został osadzony najpierw w Krasnymstawie, a później przeniesiony do Zamościa. „Potężna Austria, dotkniętą podwójnie – klęską w bitwie oznaczającą krach dynastycznych planów oraz uwięzieniem cesarskiego brata, przez długie miesiące musiała znosić upokorzenie. Uwolnienia arcyksięcia nie zdołał wyjednać nawet papież Sykstys V”. Arcyksiążę przebywał w niewoli do września 1589 roku. Musiał zrzec się tytułu królewskiego i praw do korony polskiej, a Austria zawarła z Rzeczypospolitą traktat pokojowy (który przyniósł pokój na ponad 150 lat) w Bytomiu. Habsburgowie mieli też zwrócić Polsce Lubowlę oraz zaprzysiąc, że nie stworzą w Rzeczypospolitej własnego stronnictwa.

Juliusz Kossak Poddanie się Arcyksięcia Maksymiliana pod Byczyną

Kircholm (27 września 1605 roku).
Jedno z najefektowniejszych zwycięstw w polskiej historii i wielki dzień naszej superkawalerii – husarii. Przeciwnik miał nie tylko znaczną przewagę liczebną, ale też nieporównywalną siłę ognia i dobrą pozycję. Zdawałoby się – sprawa przesądzona, a jednak Chodkiewicz w ciągu niecałych 3 godzin dosłownie zmiażdżył szwedzką armię. Zwyciężyła taktyka i porażająca skuteczność polskiej jazdy.
Bitwa była kulminacyjnym starciem polsko – szwedzkiej wojny o Inflanty. Po serii dotkliwych porażek w bitwach z oddziałami Krzysztofa Radziwiłła „Pioruna” i Jana Zamoyskiego król Szwecji Karol IX Sundermański postanowił rozstrzygnąć wojnę na swoją korzyść zdobywając Rygę. W sierpniu 1605 roku obległ ją korpus Joachima Mansfeldta. Tym razem przeciwnikiem Szwedów był hetman polny litewski Jan Karol Chodkiewicz (w 1604 roku pobił Szwedów pod Białym Kamieniem). Mając znacznie mniejsze siły mógł albo zaatakować wroga pod murami Rygi, albo sprowokować bitwę na swoim terenie. Wybrał to drugie rozwiązanie. Aby dobrze przygotować się nie zaniedbał niczego – łącznie z dezinformacją przeciwnika, którego przekonał, że jego siły są nie tylko słabe, ale zdemoralizowane i w walce łatwo ulegną.
25 września 1605 roku Szwedzi rozbili pod Rygą polski podjazd. Do niewoli dostał się towarzysz husarski Tomasz Krajewski. Przesłuchiwany powiedział dokładnie to, co chciano od niego usłyszeć – że wojska Chodkiewicza są nieliczne i zmęczone. Trudno dzisiaj orzec, czy Krajewski był przypadkowym jeńcem czy też była to akcja polskiego wywiadu. Faktem jest, że utwierdził Szwedów w przekonaniu o czekającym ich pewnym zwycięstwie. Karol IX wydał nawet dla swojego sztabu ucztę, na której rozdzielał przyszłe łupy po pokonanych Polakach (!). W nocy z 26 na 27 września Szwedzi zwinęli oblężenie Rygi i ruszyli do oddalonego o 13 km Kircholmu, gdzie obozowała armia Chodkiewicza.
Rankiem 27 września obie armie rozwinęły się do bitwy. Chodkiewicz dysponował 1040 żołnierzami piechoty wspartymi przez kilka lekkich dział. Jego kawaleria liczyła około 2400 ludzi (w większości była to husaria). Piechota w dwóch kolumnach stanęła w pierwszej linii. W lukach między piechotą Chodkiewicz umieścił 300 husarzy porucznika Wincentego Wojny. W drugiej linii stanęli husarze Teodora Lackiego, a za nimi konni ochotnicy. Prawym skrzydłem (ok. 700 husarzy oraz konni ochotnicy w dwóch rzutach) dowodził rotmistrz Jan Piotr Sapieha. Na lewym stanęło około 900 kawalerzystów Tomasza Dąbrowy.
Szwedzi rozwinęli swój szyk na rozległym wzgórzu ok. kilometra od pozycji Chodkiewicza. Mieli w sumie około 8500 piechoty i 2500 kawalerii oraz 11 dział. W pierwszej linii stanęło 7 półregimentów piechoty (po ok. 650 ludzi każdy) pod dowództwem Andersa Lenartssona, za nimi 6 półregimentów jazdy (w sumie ok. 1500 ludzi). Na prawym skrzydle stanęła jazda hrabia Mansfeldta, a na lewym pułkownika Brandta. W drugim rzucie stanęła reszta piechoty oraz odwód złożony z 5 półregimentów jazdy.
Ponieważ Szwedzi trwali na swojej pozycji Chodkiewicz polecił Dąbrowie wykonanie manewru pozorowanej ucieczki. Banalnie prosty i zdawałoby się „oklepany” fortel zadziałał bezbłędnie. Pierwszy rzut armii szwedzkiej zszedł ze wzgórza i rozpoczął atak. Wchodzący pod górę Szwedzi dostali z bliska silny ogień polskiej piechoty i artylerii, po czym uderzyła na nich husaria Wojny i rajtarzy kurlandzcy. Rajtaria Mansfeldta próbowała ratować własną piechotę, ale w starciu z najlepszą kawalerią ówczesnej Europy nie miała żadnych szans. Dąbrowa rozbił i odrzucił szwedzką jazdę po czym uderzył od tyłu centrum szwedzkiego pierwszego rzutu. Husaria razem z lekką jazdą szybko złamały szyk piechoty Lenartssona, zmieniając ją w bezładnie uciekający, spanikowany tłum. Anders Lenartsson poległ, podobnie jak książę Fryderyk Luneburski, którego śmiertelnie ranił sam Dąbrowa.
Rozbite oddziały pierwszego rzutu armii Karola IX zmieszały drugą linię uniemożliwiając wprowadzenie jej do walki. Aby zyskać czas konieczny dla uporządkowania szyku król szwedzki rzucił przeciwko prawemu skrzydłu polskiej armii pozostałe siły własnej kawalerii. Jan Sapieha mimo przewagi Szwedów szybko rozbił pierwszą linię przeciwnika i związał w walce drugą.
Chodkiewicz wysłał jako wsparcie prawego skrzydła grupę Lackiego. Rozbił on uderzeniem z flanki rajtarię walczącą z jazdą Sapiehy. Zniszczył też oddziały, które próbowały kontratakować, po czym ścigając niedobitki wyszedł na tyły armii szwedzkiej. Część oddziałów Karola IX wciąż jeszcze broniła się w zabudowaniach Kircholmu. Na wzgórek kościelny zajęty przez szwedzki sztab Chodkiewicz rzucił całą piechotę. Błyskawicznym atakiem zajęła ona tą pozycję i był to koniec szwedzkiego oporu. Niedobitki armii Karola Sundermańskiego uciekały w panice ku morzu, gdzie na ryskiej redzie czekała szwedzka flota. Ścigała ich polska jazda i łotewscy chłopi, mszczący się za liczne rabunki i gwałty. Sam Karol cudem uniknął śmierci, kiedy zabito pod nim konia. Swojego oddał mu przyboczny rajtar, Henryk Wrede, który czyn ten przypłacił życiem.
Historycy oceniają szwedzkie straty w tej bitwie na 6-9 tysięcy ludzi. Zginęła prawie cała piechota. Przepadła artyleria i tabory . Z kawalerii na okręty dotarło zaledwie kilkuset jeźdźców. Polsko – litewskie – kurlandzkie straty to około 100 zabitych (zginęło 13 towarzyszy husarskich) i ponad 200 rannych (w tym Lacki, Wojna i Dąbrowa). Padło też około 150 koni.
Bitwy nie przeżył też wspomniany na początku towarzysz husarski Tomasz Krajewski. Widząc klęskę swojej armii Karol Sundermański osobiście przebił go rapierem.

Kircholm 1605 r. W tle, na wzgórzu, hetman Chodkiewicz ze sztabem. Malował  Wojciech Kossak

Bitwa pod Kłuszynem – 4 lipca 1610 roku.
Była jednym z epizodów polsko – rosyjskiej wojny 1609-1618 r. Wiosną 1610 roku wojska Rzeczypospolitej oblegały Smoleńsk. W czerwcu do obozu dotarły informacje o nadchodzącej odsieczy. Potężna armia rosyjsko – szwedzka koncentrowała się w okolicach Kaługi pod dowództwem Dymitra Szujskiego. Mimo ogromnej dysproporcji sił hetman polny koronny Jan Zamoyski postanowił zaatakować Moskali. Wyruszył spod Smoleńska 6 czerwca. Zbierają po drodze różne oddziały zgromadził w sumie 6556 kawalerzystów (większość stanowiła husaria) oraz około 200 piechoty z dwoma działami. Armia Szujskiego miała prawie 6-krotną przewagę (!). Oddziały rosyjskie liczyły około 30 tysięcy ludzi. Pułki szwedzkie dowodzone przez Pontusa de la Gardie, a składające się z Szwedów, Francuzów, Niemców, Hiszpanów, Flamandczyków, Anglików i Szkotów, liczyły przeszło 5 tysięcy. Artyleria miała 11 dział. Do starcia doszło 4 lipca pod Kłuszynem. Armia moskiewska obozowała za chronioną wysokimi płotami wioską Prieczistoje. Na północy stacjonowały na południu. Pułki szwedzkie na północy.
Żółkiewski postanowił uderzyć w pierwszej kolejności na potężne liczebnie, ale słabe jakościowo oddziały rosyjskie. Płot uniemożliwiający atak kawalerii został rozebrany i spalony, podobnie jak samo Prieczistoje. Pożar zaalarmował przeciwnika. Oddziały szwedzkie stanęły na prawym skrzydle. W pierwszej linii, osłonięta niedopalonymi płotami, rozwinęła się piechota. Na lewym skrzydle w mieszanym szyku stanęła rosyjska piechota i kawaleria. Hetman Zamoyski rozwinął swoje oddziały w dwóch rzutach. W centrum stanęła husaria Mikołaja Strusia i Aleksandra Zborowskiego. Lewe skrzydło tworzyły chorągwie kozackie Samuela Dunikowskiego. Na lewym skrzydle stanął pułk księcia Janusza Poryckiego oraz 400 kozaków zaporoskich Piaskowskiego. Polacy zaatakowali jeszcze przed świtem. Po trzech godzinach zmusili pułki rosyjskie do odwrotu na Kłuszyn. O zwycięstwie przesądziła husaria, której chorągwie według świadków „po 8 i 10 razy przychodziły do sprawy”. Momentem przełomowym było nieudane wejście do akcji zaciężnej rajtarii służącej w armii Szujskiego. Wykonując swój karakol (manewr strzelenia szeregami) rajtarzy zderzyli się z gwałtownym atakiem husarii, która błyskawicznie rozbiła ich i odrzuciła na pułki rosyjskie, które zmieszali swoją ucieczką. Kiedy jazda bojarska w panice wycofała się z walki na polu wciąż pozostała rosyjska piechota, broniąca się w zabudowaniach wsi Pirniewo.
W tym samym czasie lewe skrzydło polskie bez powodzenia walczyło ze Szwedami, nie mogąc przełamać oporu piechoty broniącej się spoza płotów. O klęsce Szwedów przesądziło nadejście polskiej piechoty. Dwa falkonety zniszczyły większość płotu, a hajducy, chociaż zmęczeni forsownym marszem ruszyli do ataku . Odrzucili szwedzką piechotę w kierunku obozu otwierając drogę własnej kawalerii. Żółkiewski wycofał jazdę ścigającą pułki rosyjskie i rzucił ją na skrzydło Szwedów. Żołnierze de la Gardie i Horna, pozbawieni dowódców błąkających się po lesie z niedobitkami, mimo ciężkich strat sformowali się ponownie pod swoim obozem. Również Szujski z licznymi oddziałami schronił się w rosyjskim obozie.
Polskie oddziały zablokowały oba obozy. Żółkiewski zgodził się wypuścić armię szwedzką, pod warunkiem złożenia przysięgi, że nigdy nie będzie walczyć przeciwko Rzeczypospolitej. Kilkuset szwedzkich zaciężnych przeszło przy okazji na polską stronę. Armia moskiewska trwała tymczasem biernie w swoim obozie, nie próbując nawet pomóc piechocie osaczonej w Pirniewie. Po kapitulacji Szwedów Szujski uciekł z obozu, a w ślad za nim reszta wyższych dowódców. Załamało to morale armii, która rozpoczęła bezładną ucieczkę. W obozie armii Szujskiego Polacy znaleźli liczne bogactwa, jak złote i srebrne naczynia, szaty, sobole futra oraz setki wozów na których były także pieniądze przeznaczone na żołd dla wojsk cudzoziemskich w wysokości 20 tys. florenów i 30 tys. rubli. W ręce zwycięzców wpadło także kilkadziesiąt chorągwi, a wśród nich adamaszkowa chorągiew Szujskiego, obszyta złotem a także całe uzbrojenie Szujskiego, czyli szyszak, szabla i buława. Ogromna zdobycz powiększona została o karetę Szujskiego i liczne kolasy. Bitwa trwała w sumie pięć godzin. Według Żółkiewskiego poległo w niej 1200 żołnierzy armii szwedzkiej i jeszcze więcej Rosjan. Niektóre polskie źródła mówią, że zginęło w bitwie około 17 000 żołnierzy armii rosyjskiej i szwedzkiej. Relacja o szczęśliwym powodzeniu oręża polskiego w Moskwie podaje, że armia szwedzka straciła 700 zabitych, a armia rosyjska – do 2000 zabitych. Szwedzki historyk Videking podaje, że było 500 zabitych w armii de la Gardie oraz nieznana ilość w armii Szujskiego. Wszyscy wodzowie przegranej armii zdołali uciec. Pontus de la Gardie według relacji Luny uciekł do zamku Oczepow, gdzie został obrabowany do koszuli, obity kijami i wypędzony. Nie lepszy los spotkał Horna.
Straty polskie zdaniem Żółkiewskiego wyniosły ponad 100 zabitych towarzyszy. Liczba zabitych pocztowych zwykle wynosiła 2-3 zabitych na jednego poległego towarzysza. Ponadto armia polska straciła 400 zabitych koni. Była też także pokaźna ilość rannych.
Operacja wyjścia przeciwko rosyjsko – szwedzkiej odsieczy dla Smoleńska to przykład mistrzowskiego działania na liniach wewnętrznych przeciwnika, zakończonego równie znakomicie rozegraną bitwą. Szujski przegrał, chociaż jego armia dysponowała miażdżącą przewagą liczebną, zwłaszcza w piechocie i artylerii. O zwycięstwie zadecydowała znakomite wyszkolenie, doświadczenie i wytrzymałość zawodowych oddziałów polskich. Górowały one zdecydowanie nad składającą się z półzawodowych formacji armią rosyjską, a nawet nad zawodowym wojskiem w szwedzkiej służbie. Był to też kolejny wielki dzień husarii – wyjątkowej kawalerii, zdolnej zarówno do szybkich manewrów, przełamujących ataków jaki i pościgu.

Hetman Stanisław Żółkiewski, obraz z epoki

Wyprawa na czambuły – przeprowadzona  5-14 października 1672
Po zdobyciu Kamieńca Podolskiego armia turecka 20 września rozpoczęła oblężenie Lwowa. W tym czasie nie biorący udziału w oblężeniu Tatarzy wspomagani przez kozaków Piotra Doroszenki i niektóre oddziały tureckie podzieleni na trzy główne grupy (razem w sile ok. 20-22 tysięcy) pustoszyli kraj. Między Wieprzem a Sanem działał Dżiambet Girej, natomiast Nuradyn Sołtan operował nad Wisłokiem i środkowym Sanem aż pod Jasło. Trzecia grupa dowodzona przez Hadżi Gireja działała na południe od Dniestru.
Hetman Jan Sobieski, mając tylko 2,5 tys. jazdy i dragonii, ruszył 5 października z Krasnego Stawu przeciwko Tatarom komunikiem, bez taborów oraz biorąc po dwa konie na jednego żołnierza. Idąc na tyły grup tatarskich posuwał się w kierunku Zamościa i nocą rozbił mały czambuł pod Krasnobrodem, a 6 października dwa czambuły pod Narolem. Pod Niemirowem dopadł 7 października i rozbił kosz Dżiambeta.
Po jednodniowym odpoczynku 8 października, Sobieski 9 października dopadł i pobił pod Komarnem główne siły Nuradyna Sołtana. Zwycięska jazda koronna ścigała po bitwie Tatarów do Bańkowej Wiszni. Następnie wojska Sobieskiego przeprawiły się przez Dniestr i ruszyły w pościg za cofającym się Hadżi Girejem. Po forsownym marszu długości około 450 kilometrów wojska koronne w sile tysiąca żołnierzy (reszta nie nadążyła i została z tyłu) o świcie 14 października dogoniły Tatarów i rozbiły pod Petranką.
Podczas podjętej przez Sobieskiego wyprawy działający z ogromną ofiarnością polscy żołnierze uwolnili z tatarskiego jasyru kilkadziesiąt (według różnych ocen 30-50) tysięcy ludzi. Kierujący działaniami hetman wielki stosował bardzo skuteczną metodę, polegającą na tym, że rzucał przeciwko Tatarom grupę kilkuset jeźdźców, która odwracała ich uwagę od idących z przeciwnego kierunku sił głównych. Sposób ten zawsze pozwalał rozbić Tatarów, jednak uniemożliwiał ich całkowite okrążenie. Niezwykły przy tak niewielkich siłach własnych i ogromnej przewadze przeciwnika sukces Sobieski zawdzięczał doskonałemu przeglądowi sytuacji, znajomości terenu, szybkości własnych manewrów i oraz doświadczeniu i bitności własnych żołnierzy.

Jan Sobieski – portret z epoki

Bitwa pod Wiedniem, 1683
Szarża polskiej husarii w bitwie pod Wiedniem wedle relacji Wojciecha Chróścińskiego: -Pan Hetman Koronny rzekł do Króla Jegmści: „Niech moja husaria rozerwie te szyki”. Król Jegmść, żeby się był nie zdał żałować swojej także husariej, odpowiedział: „Niech też i królewiczowa skoczy; kędy jest, Mści Panie Podskarbi?”. A ona blisko była hetmańskiej dywizyjej, po którą gdy biegł Jegmość Dobrodziej [podskarbi nadworny koronny Andrzej Modrzewski], przyprowadził też chorągiew husarską królewiczową przed króla, który zawołał: „Dalej w imię Pańskie!” – a Jegmść Dobrodziej, jako od młodości serca męskiego, całemu światu polskiemu wiadomego, będąc, przesadził się na rumaku parowem; za nim husaria królewicza Aleksandra przeprawiać się po jednemu przez on dół poczęła, której Jegmść nie czekając, pod górę do tłumu wszystkiego, gdzie Wezyr stał, skoczył, a za nim i jeden człowiek żywy się nie ruszył. Tam tedy, dzidę w poganinie utopiwszy, i pistolety wystrzeliwszy, obaj do szable się porwali. Turcy, widząc że żaden go nie sekunduje [wspiera], a husaria jeszcze się przez ów rów przebiera [przedostaje], ostępem skoczyli z góry na niego, i zaraz dzirydami pod lewe oko na wylot w głowę, i na prawej stronie pod szczęką kilką także dzid przebitego na wylot, jak snopek z siedzenia podnieśli; w tym rzuciwszy się większym tłumem, w piersi buzdyganem uderzyli, w lewą rękę okrutnie posieczonego, w prawą łopatkę i po udach przebitego, zwalili na ziemię. Tam pancerz i misiurkę, i szablę obdarszy, chcieli już konającemu głowę uciąć; (bo kogo posiekali, głowy ucinali każdemu, i do Wezyra nosili) ? i ze trzy razy okrutnie w szyję leżącego cięli, ale ich tym razem zraziła [odpędziła] husaria królewiczowa, że szyja z głową na krztoni [krtani] zostały. Tu tedy przyrzeczona [wspomniana] husaria, którą Jegmść Dobrodziej przywodził, okryła się w największym ogniu, w same czoło wezyrskie i chańskie uderzywszy tak szczęśliwie, że zaraz nieprzyjaciel tył sromotnie podał i uciekać począł.?

Bitwa pod Wiedniem, Pauwel Casteels, po 1683, z kolekcji Muzeum Pałacu w Wilanowie

Bitwa pod Albuherą, 16 maja 1811
W kulminacyjnym momencie bitwy ułani nadwiślańscy (7 pułk szwoleżerów lansjerów) razem z francuskim 10 pułkiem huzarów zaatakowali z flanki angielską brygadę Colborne’a z 2 dywizji piechoty gen. Stewarda. Trzy brytyjskie regimenty 3, 2/48 i 66 które zostały uderzone z flanki i od tyłu zostały prawie całkowicie zniszczone (3 Regiment 85% zabitych, 2/48 Regiment 75% zabitych i 66 Regiment 62% zabitych). 31 Regiment zdołał w ostatniej chwili sformować czworobok, aby uniknąć zniszczenia przez francusko-polską kawalerię. Ułani zdobyli pięć regimentalnych flag i pięć dział z baterii KGL a huzarzy francuscy 1 flagę. Atak nadwiślańczyków był jedną z najwspanialszych szarż epoki napoleońskiej. Po bitwie Napoleon odznaczył ułanów licznymi krzyżami Legii Honorowej. Pułkownik Jan Konopka awansował na generała brygady. Następnie został szefem instruktorem dla nowo formowanych sześciu francuskich regimentów ułanów (lansjerów). Liczni ułani zostali wybrani do 1 pułku szwoleżerów lansjerów Gwardii Cesarskiej.
Najpoważniejszym skutkiem bitwy było zapewne zauważenie na scenie międzynarodowej oddziału polskich ułanów (lansjerów) i stworzenie takich samych jednostek w innych armiach europejskich, np. w brytyjskiej, gdzie oddziały te są corocznie opiewane w legendzie.

Szarża lekkiej brygady. Malował Wojciech Kossak

Złamanie Enigmy
Enigma (z gr. wym. enigma, pl. zagadka) 0 niemiecka przenośna, elektromechaniczna maszyna szyfrująca oparta na zasadzie obracających się wirników, opracowana przez Artura Scherbiusa, a następnie produkowana przez wytwórnię Scherbius & Ritter. Wytwórnia ta została założona w 1918 z inicjatywy Scherbiusa oraz innego niemieckiego inżyniera Richarda Rittera i zajmowała się konstrukcją i produkcją urządzeń elektrotechnicznych między innymi silników asynchronicznych. Scherbius odkupił prawa patentowe do innej wirnikowej maszyny szyfrującej opracowanej przez holenderskiego inżyniera Hugona Kocha.
Artur Scherbius nie był pierwszym, który skonstruował maszynę szyfrującą opartą na wirnikach. Poza nim i Hugo Kochem prace nad podobnymi urządzeniami prowadzili także Edward Hebern (USA, 1917) i Arvid Gerhard Damm (Szwecja, 1919), ale tylko Scherbius ze swoją Enigmą osiągnął sukces wprowadzając ją najpierw na rynek cywilny, a później do instytucji państwowych.
Enigma była używana komercyjnie od lat 20. XX wieku, a później została zaadaptowana przez instytucje państwowe wielu krajów. Podczas II wojny światowej maszyna ta była wykorzystywana głównie przez siły zbrojne oraz inne służby państwowe i wywiadowcze Niemiec, ale także innych państw. Enigma należała do rodziny elektromechanicznych wirnikowych maszyn szyfrujących i była produkowana w wielu różnych odmianach.
Pierwsze próby złamania szyfru Enigmy podejmowali Francuzi, Anglicy i Polacy już pod koniec lat dwudziestych, jednak bez rezultatu. Głównym problemem dekryptażu było zastosowanie przełomowych na owe czasy szyfrów polialfabetycznych, w których każda litera tekstu jawnego szyfrowana jest za pomocą innej permutacji alfabetu, co pozwala ukryć własności językowe szyfrogramu.
W łamaniu szyfrów główną rolę odgrywali lingwiści, którzy w procesie kryptoanalizy wyłapywali charakterystyczne cechy języka, takie jak częstość powtarzania się liter, długość wyrazów itd. W przypadku zastosowania mechanicznych maszyn szyfrujących analiza lingwistyczna nie przynosiła żadnych rezultatów co wymusiło na kierownictwie Biura Szyfrów Oddziału II Sztabu Głównego zatrudnienie do pracy profesjonalnych matematyków.
W styczniu 1929 na Uniwersytecie Poznańskim zorganizowano kurs kryptologii przeznaczony głównie dla studentów matematyki znających język niemiecki. Wybór uczelni poznańskiej nie był przypadkowy, gdyż ze względu na położenie miasta znajomość niemieckiego była tam umiejętnością powszechną. Na kurs, którego wykładowcami byli dojeżdżający z Warszawy mjr Franciszek Pokorny, kpt. Maksymilian Ciężki oraz inż. Antoni Palluth, zostali skierowani trzej najzdolniejsi uczniowie profesora Zdzisława Krygowskiego – Marian Rejewski, Jerzy Różycki i Henryk Zygalski.
Jesienią 1930 utworzono w Poznaniu filię Biura Szyfrów w której zatrudniono ośmiu najzdolniejszych absolwentów kursu kryptologii. Wśród zatrudnionych znalazł się także Marian Rejewski. Dwa lata później filia została rozwiązana, a Marian Rejewski, Jerzy Różycki i Henryk Zygalski stali się od 1 września 1932 pracownikami warszawskiego Biura Szyfrów Sztabu Głównego Wojska Polskiego. Od września 1932 roku Rejewski zaczął pracować nad Enigmą. Mocarstwa zachodnie tak mocno wątpiły w możliwość złamania algorytmu szyfrującego Enigmy, że w zasadzie zaprzestały jakichkolwiek prób. Dlatego między innymi, francuski wywiad przekazał plany budowy maszyn Enigma zdobyte około roku 1931 przez francuskiego agenta Hans-Thilo Schmidta (ps. Asché) Polakom, traktując te informacje jako bezwartościowe.
W grudniu 1932 udało się Rejewskiemu rozwiązać szyfr Enigmy, a w lutym 1933 zamówiono w Wytwórni Radiotechnicznej AVA kopię niemieckiej maszyny szyfrującej. Od tego też czasu Polacy mogli odczytywać korespondencję niemiecką, choć nie było to proste, bowiem Niemcy stale udoskonalali zarówno maszynę, jak i sposoby szyfrowania.
Polacy opracowali niezwykle efektywne metody deszyfrowania Enigmy, wykorzystując w tym celu w sposób nowatorski istniejące teorie kombinatoryczne tzw. cykli i transpozycji. Do określania permutacji cykli wirników Enigmy wykorzystywano zaprojektowany przez Rejewskiego cyklometr i karty charakterystyk, które ze względu na zmianę kodowania wprowadzoną 15 września 1938 przestały być wykorzystywane. Do tego czasu ustalenie kodu dziennego przy pomocy powyższych narzędzi zajmowało około 15 minut.
Około października 1938 Rejewski opracował kolejne elektromechaniczne urządzenie nazwane bombą kryptologiczną, którego zadaniem było automatyczne łamanie szyfru Enigmy w oparciu o opracowaną teorię cykli. Bomba kryptologiczna składała się z sześciu sprzężonych polskich kopii Enigmy napędzanych silnikiem elektrycznym. W połowie listopada tego samego roku zbudowano sześć takich bomb, wykorzystywanych wyłącznie do rozszyfrowywania podwójnie szyfrowanych kluczy dziennych, nigdy zaś do dekodowania samych szyfrogramów, które dekodowano przy pomocy perforowanych płacht Zygalskiego opracowanych w celu znajdowania właściwego położenia wirników Enigmy. Jedna bomba kryptologiczna pozwalała na odkodowanie klucza dziennego w ciągu około dwóch godzin i zastępowała pracę około 100 ludzi. W 1939 Niemcy kolejny raz zmienili sposób szyfrowania, co wymusiło konieczność zbudowania dalszych 54 bomb kryptologicznych (aby łączna ich liczba wynosiła 60) i opracowania 60 kompletów bardzo pracochłonnych w wykonaniu płacht Zygalskiego (jeden komplet liczył 26 płacht).
Inwestycja taka znacznie wykraczała poza możliwości finansowe polskiego wywiadu, dlatego postanowiono przekazać po jednym egzemplarzu polskiej Enigmy wraz z dokumentacją agencjom wywiadu Wielkiej Brytanii i Francji. Przekazanie odbyło się 25 lipca 1939 w Pyrach pod Warszawą, w których znajdował się polski ośrodek dekryptażu.
Pomimo skromnych funduszy zespół polskich kryptologów kontynuował pracę przy Enigmie doskonaląc matematyczne metody dekryptażu i wciąż rozszyfrowując korespondencje niemiecką. Wkrótce potem w Wielkiej Brytanii w ośrodku dekryptażu w Bletchley Park pod kierunkiem Alana Turinga i w oparciu o polskie materiały rozpoczęto prace nad dekryptażem Enigmy z wykorzystaniem rozbudowanych i zmodyfikowanych bomb kryptologicznych.
Po wybuchu wojny pracownicy Biura Szyfrów ewakuowali się przez Rumunię do Francji, i we francuskim ośrodku dekryptażu Bruno w Château de Bois-Vignolles w miejscowości Gretz-Armainvilliers koło Paryża nadal prowadzili prace kryptologiczne. 10 czerwca 1940 ze względu na bliskość frontu przeprowadzono ewakuację ośrodka Bruno, a 24 czerwca przewieziono kryptologów drogą lotniczą z Tuluzy do Algieru.
Po kapitulacji Francji na terenie administrowanym przez rząd Vichy w willi Domaine les Fouzes w miejscowości Uz?s powoli odbudowano ośrodek kryptologiczny, któremu nadano nazwę Cadix. W Algierze pozostała filia tego ośrodka, którą kierował major Maksymilian Ciężki. Co kilka miesięcy kryptolodzy z obu ośrodków wymieniali się podróżując drogą morską z Francji do Algieru. Podczas jednej z takich wypraw w katastrofie statku Lamoriciere zginęło trzech polskich pracowników ośrodka Cadix, wśród nich Jerzy Różycki i oficer francuski.
Po wkroczeniu Niemiec do południowej Francji 9 listopada 1942 zaistniała konieczność ewakuowania ośrodka Cadix z rejonu Uz’s.
Rejewski i Zygalski 29 stycznia 1943 przedostali się przez granicę francusko-hiszpańską, ale w Hiszpanii prawie natychmiast zostali aresztowani przez tamtejszą policję. Najpierw osadzono ich w więzieniu w Séo de Urgel, a 24 marca przeniesiono do innego więzienia w Lérida. Ostatecznie dzięki wstawiennictwu Polskiego Czerwonego Krzyża obaj kryptolodzy zostali 4 maja uwolnieni i odesłani do Madrytu[24]. Następnie Rejewski i Zygalski przedostali się do Portugalii skąd na pokładzie HMS Scottish popłynęli do Gibraltaru, a stamtąd samolotem Douglas DC-3 do Wielkiej Brytanii, gdzie dotarli 3 sierpnia 1943. 16 sierpnia obaj rozpoczęli pracę w jednostce radiowej Sztabu Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych w Stanmore-Boxmoor pod Londynem, gdzie pracowali do zakończenia wojny.
Pozostali członkowie przedwojennego Biura Szyfrów – płk Gwidon Langer i mjr Maksymilian Ciężki – zostali złapani przez Niemców i wysłani do oflagu Schloss-Eisenberg. Inż. Antoni Palluth i Edward Fokczyński trafili do obozu koncentracyjnego Sachsenhausen, gdzie obaj ponieśli śmierć; Palluth podczas alianckiego nalotu, a Fokczyński z wycieńczenia.
Dzięki pracy kryptologów polskich, a później także brytyjskich z Blechley Park, oraz dzięki przechwyconym w międzyczasie egzemplarzom Enigmy, pod koniec wojny praktycznie cała korespondencja szyfrowana przy jej pomocy była odczytywana przez aliantów. Średnio na dekryptaż niemieckiego meldunku wystarczał jeden do dwóch dni.

Marian Rejewski ok. 1932 roku

Radiostacja WS 10
Wkład polskich inżynierów w rozwój współczesnej wojskowej łączności radiowej jest tyleż fundamentalny, co prawie zupełnie zapomniany. Dzisiaj standardem są ręczne radiotelefony, radiostacje plecakowe i łączność wielokanałowa. Mało kto dzisiaj wie o tym, że opracowali je wszystkie -.. właśnie Polacy.
Polacy już przed wojną rozpoczęli produkcję własnych radiostacji. W 1939 roku Państwowe Zakłady Tele – i Radiotechniczne w Warszawie opracowały radiostację polową N1/N2 ?w owym czasie była to jedna z lepszych konstrukcji w swojej klasie. Wojsko zakupiło 170 tych radiostacji, a tuż przed wojną zamówiło jeszcze 435. Niemcy ocenili wysoko konstrukcję polskiej radiostacji i podjęli jej produkcję w czasie okupacji.
Sprzęt radiowy produkowała również Wytwórnia Radiotechniczna AVA, której dziełem były min. radiostacje dla niszczycieli Wicher, Grom, Burza, Błyskawica, okrętu podwodnego Orzeł oraz radiostacje samolotowe. AVA jako pierwsza w świecie zastosowała zasilanie radiostacji lotniczych prądem zmiennym. Warto wspomnieć również o dorobku Państwowego Instytutu Telekomunikacyjnego, który prowadził badania min. nad generatorami wysokiej stabilności, wielokanałową telegrafią i telefonią oraz magnetronami. W październiku 1938 roku PIT nadał pierwszą transmisję telewizyjną filmu odbieranego w Warszawie przez kilka odbiorników telewizyjnych. Stała emisja programów telewizyjnych miała rozpocząć się w 1941 r.
Te dokonania były wynikiem pracy przeszło 400 fizyków oraz inżynierów elektrotechników, absolwentów polskich uczelni. Część z nich po 1939 r. znalazła się na Zachodzie. Tadeusz Heftmann, jeden z głównych inżynierów wytwórni AVA, kierował w Anglii wytwarzaniem zminiaturyzowanych radiostacji własnego pomysłu, przeznaczonych dla ruchu oporu w całej Europie. Juliusz Hupert z PZT opracował stabilizator częstotliwości nadajników okrętowych, który umożliwił współpracę okrętów z lotnictwem. Henryk Magnuski, szef grupy projektującej radiostacje N1 i N2, jesienią 1940 roku skonstruował dla Motoroli mały (o masie 2 kg)radiotelefon znany jako Handie Talkie, oznaczony SCR 536. Do końca wojny Motorola wyprodukowała prawie 100 tysięcy egzemplarzy tych urządzeń o zasięgu 1 km. Kolejna radiostacja, oznaczona SCR-300, nazywana Walkie Talkie, ważyła 17 kg., mieściła się w plecaku, miała zasięg 15 km i umożliwiała wspólną komunikację artylerii, broni pancernej i piechoty. Można ją było dostrajać do różnych częstotliwości i miała dużą stabilność częstotliwości. Była wykorzystywana przez najniższe szczeble dowodzenia. Motorola zbudowała przeszło 43 tysiące tych znakomitych radiostacji, szeroko używanych tak w Europie jak i na Pacyfiku.
Następnym dziełem Magnuskiego było opracowanie mikrofalowej radiolatarni, w którą wyposażono amerykańskie lotniskowce. Umożliwiała ona nocne loty myśliwców.
Zygmunt Jelonek z PIT stworzył radiostację WS Nr 10 – pierwszą w świecie o 8 kanałach komunikacyjnych, która nie potrzebowała żadnych zestawów pośredniczących. Po wojnie Montgomery oświadczył, że było to najbardziej zaawansowane urządzenie tego typu i żadna wroga armia nie miała tak wydajnego sprzętu łączności.

Mobilna wersja radiostacji WS 10 opracowana przez Zygmunta Jelonka

  • Facebook
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • Grono.net
  • Ulubione
  • Śledzik
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na „Triumfy polskiego oręża

  1. ballest pisze:

    Nacjonalizm polski nie zna granic!
    Wpierw :
    – Zawisza , Zyndram, Marcin z Wrocimowi i wiele innych „polskich” rycerze wywodzilo sie z niemieckich rodow, podobnie jak Mieszko i jego feudalowie tez Polanami nie byli.
    Mysle, ze to powinno byc we Polsce we miedzyczasie znane.

    • yuhma pisze:

      Mocno zwietrzała teza o niemieckim pochodzeniu Mieszka.

    • Adrian pisze:

      Jeśli przypomnienie i duma z polskich osiagnięc na arenie międzynarodowe, nazywasz nacjonalizmem, to tobie się something pojebałos w głowie. Amerykanów też nazwiesz nacjonalistami tylko dlatego ze przy kazdym urzedzie i szkole maja flagę państwową wywieszoną??

    • czesio pisze:

      ballest – Skoro nie byli Polanami to kim byli?, czy nie wstyd ci przyznawać się do tych zdrhajcof co zdradzili twoj narhod? Po czyjej stronie stali? Może to byli przekupni potomkowie twojego rodu którzy za kasę twoich łupili?

  2. demonica pisze:

    Czyżby? Jak widać z treści komentarza nacjonalizm jest Ci znany, niestety o patriotyzmie nic nie wiesz. Czyżby koleś naszych piedestałowych „historyków” ?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.